O wilkołakach, szczególniej świata roślinnego/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Rostafiński
Tytuł O wilkołakach, szczególniej świata roślinnego
Podtytuł Wykład publiczny
Pochodzenie Niwa, 1882, nr 177
Redaktor Mścisław Godlewski
Wydawca Stanisław Ostrowski
Data wyd. 1882
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Właściwie już skończyłem. Przedmiot, o ile się to dało w pewnych szczupłych ramach, starałem się wszechstronnie wyczerpać. Będziemy teraz wiedzieli, zkąd się wzięło pojęcie wilkołaka, czem była w średnich wiekach lykantropia, jaka jest przyczyna cholery much, czem są tak zwane „muchy rostujące“ — czyż to na godzinę nie dosyć? Znając publiczność, do której przemawiam, czuję, że to nie dość. Wiem, że szukacie raczej treści niż błyskotliwych frazesów, harmonii słów, melodyi zdań, jednem słowem całego powierzchownego szyku. Nie dość też wam dać objaśnienie całości budynku: chcąc się należycie wywiązać z zadania, trzeba wam jeszcze wytłómaczyć, na jakich prawach został wzniesiony, zkąd się wziął styl jego i jakie ma przeznaczenie. Z każdej rzeczy, choćby na pozór najbłachszej, da się taka głębsza treść wydobyć. Trzeba tylko chcieć i umieć. Sprobujemy.
Pierwsze pytanie, jakie każdemu myślącemu słuchaczowi nasunąć się już musiało, będzie zapewne to: jakim sposobem Empuza powstać mogła?
Już proste zastanowienie się uczy nas, że pasorzyt i jego gospodarz nie mogli powstać jednocześnie. Nie mogli, bo w takim razie pierwsze muchy zostałyby od razu zabite przez pierwsze krew ich ssące Empuzy. Te ostatnie musiały więc później powstać. Kiedy powstały, tego nie wiemy, ale jakim sposobem, to nie jest dla nas tajemnicą, bo do dziś dnia istnieją jeszcze te pokrewne rody, z których się Empuzy, może już przed wiekami, oddzieliły. Wspólny praszczur szczepu, do którego one należą, nazywa się Mucor. Występuje on w licznych gatunkach pleśni bardzo pospolitych. Na pokarmach, które kilka dni zostały zaniedbane, szczególniej na mącznych i owocach, konfiturach i t. p. wyrastają grzybki, które gołemu oku przedstawiają się jak las delikatnych, nikłych, srebrzysto-przezroczystych niteczek, z których każda zakończona jest w wierzchołku kuleczką szarawą, wielkości mniej więcej łebka od szpilki. Te wierzchołkowe kulki są to zarodnie Mucoru, czyli torebki z których tworzą się liczne zarodniki. Zarodniki te są połączone glonowatą istotą. Dlatego też, skoro delikatna, krucha ścianka zarodni pęknie, zarodniki wydobywają się na zewnątrz, wszystkie razem zespolone w kroplę gęstego śluzu. Ten sprawia, że przylegają do przedmiotu, na który się dostaną. Czy się jednak dostaną na miejsce, na którem mogą wykiełkować, to rzecz wypadku, a prawdopodobieństwo nie tak wielkie jak Empuzy, bo zarodnik jest tu bezwładny. Rodzaj Pilobulus, który się z Mucoru, przez doskonalenie się właściwe wszystkim jestestwom, wytworzył, jest dla tego właśnie wyższym, że tu cała zarodnia zostaje w górę wyrzuconą. Wyrzuconą takim mechanizmem, naprężenia nóżki wodą, jakiśmy poznali u Empuzy. Tu istnieje więc większe prawdopodobieństwo, że jedna z licznych zarodni dostanie się na miejsce, w którem zarodniki wykiełkują i dla tego mówimy, że Pilobolus jest doskonalszą rośliną od Mucoru. Empuza ma już ten sam herb co Pilobulus: pocisk wylatujący z działa, tylko inne nazwisko. Ma zaś inne dla tego, że powstała jeszcze później, przez szczególne przystosowanie się jednego gatunku z rodzaju Pilobulus do pasorzytnego sposobu życia na musze. Nie pierwszy to ród, którego początek świetności na pieczeniarstwie oparty.
W stosunku pasorzyta do gospodarza, który go krwią swą własną żywi, jest jedna okoliczność, podobno najdonioślejszego znaczenia, którą podnieść wypada. Będzie to pytanie, dlaczego jakiś owad, na którym ten lub ów grzybek pasorzytuje, cierpi z tego powodu; dlaczego cierpią pewne tylko osobniki, kiedy jednocześnie inne mają byt swobodny; dla czego jedne giną przedwcześnie w takich męczarniach.
Do głębszego rozbioru tego pytania potrzeba nam szerokiej podstawy. Znajdziemy ją, przypominając sobie te prawa rozwoju, które na tem samem miejscu w wykładzie „O prawie Maltusa w przyrodzie“ starałem się przed dwoma laty wyjaśnić i na przykładach uzasadnić. Jest ich kilka. Jedno uczy, że w przyrodzie wszystko z drobnych powstaje zaczątków i rozwijając się powoli ale bez przerwy i bez skoków, dochodzi do pewnego szczytu, by znów rozpaść się kiedyś na składowe części, z których powstało i rozpocząć nowy szereg skupień w doskonalszej postaci. W rozwoju tym doskonali się wszystko w ciągłem współzawodnictwie wszystkiego ze wszystkiem i o wszystko, w tak zwanej walce o byt.
W powolnym więc rozwoju, wśród walki, dąży wszystko do doskonalenia się, zawsze wedle tej samej modły, a ztąd cierpienie pojedynczych jednostek, jak to zaraz zobaczymy.
Zdaje mi się, że porozumienie będzie łatwiejsze, jeżeli uprzytomnimy sobie dobrze, że głównym celem przyrody jest wydawanie coraz doskonalszych jestestw. Przejdziemy do następnego porównania. Gdzieś, w ludzkiem społeczeństwie, zdarza się człowiek, który za cel życia stawia sobie utrwalenie świetności swego rodu. Cóż on robi? Przedewszystkiem będzie się zapewne starał wyposażyć jak najdoskonalej następne pokolenie i zabezpieczyć je z największą przezornością od możliwych, zewnętrznych szkodliwych wpływów. A zatem, będzie zbierał kolosalną fortunę, da dzieciom jak najlepsze wychowanie, szczególniej wiele będzie łożyć, jeżeli jest rozsądny, na ich wykształcenie. Nie dość na tem. Jeżeli przejął się bardzo tą główną myślą, jeżeli ta owładnęła całą jego istotą, to wtedy inne uczucia, nawet ojcowskie, w nim przygasną. Ten człowiek ma bowiem kilkoro dzieci i nie jest w stanie wyposażyć wszystkie tak, żeby następnie schodzić do grobu z przekonaniem, że dokonał zamierzonego celu. Cóż w takim razie zrobi? Zapewne bez względu na powołanie odda córki do klasztoru, jeżeli nie znajdzie dla nich zięciów, którzy przystaną na stokrotnie obcięty posag; a z pomiędzy synów najzdolniejszemu da więcej niż drugiemu bez względu na to, że i córki i inni synowie będą się mogli czuć pokrzywdzonemi, będą może wyciągać dłonie do ojca, wołając sprawiedliwości! A on odpowie im: niewdzięczne, czyż nie rozumiecie, że to nie chodzi ani o mnie ani o każde z was z osobna, ale o nas, o ród nasz, żeby zapewnić mu przyszłość i to przyszłość jak najświetniejszą.
Taki sam cel zakłada sobie przyroda: każde jestestwo istnieje na to, żeby jego typ jak najlepiej mógł się rozwijać, żeby się doskonalił bez końca. Tylko że ta przyroda jest matką, która jednako miłuje swą dziatwę, i jednako ją zabezpiecza na drogę życia. Jeżeli więc nie wszystkie umieją korzystać z jej darów, jeżeli niektóre cierpią, to już nie jej wina. Nie zapominajmy bowiem, że w przyrodzie nie jeden ród istnieje, ale tysiące żywotnych postaci roślinnych i zwierzęcych. Wszystkie są jak najchojniej wyposażone, wszystkie mają złożoną w sobie zdolność doskonalenia się, i wszystkie do niego dążą. Dążą we wzajemnem współubieganiu, którego wynikiem — wybór naturalny. W tem to wzajemnem współubieganiu się, tkwi właśnie źródło doskonalenia się żyjących jestestw. Z pomiędzy tysiąca osobników tego samego rodu, te się utrzymują przy życiu i przeradzają swoje przymioty, które się umiały do danych warunków przystosować: inne cierpią i giną. Cierpią i giną, ale nie marnie, jak nie marnie ginęły zarodniki Empuzy, które nie trafiały muchy, bo giną i cierpią dla wyższego celu jak los pojedynczego osobnika: dla idei wspólnej świetności i udoskonalenia typu, do którego należą. Giną w dążeniu do tego, co możnaby nazwać platońskim ideałem typu, bo w zasadzie nigdy ostatecznie osiągniętym być nie może. Giną pojedyncze osobniki nieraz wśród cierpień wielkich, ale utrzymuje się coraz doskonalszy ród i powstają z dawnego coraz nowe a wytworniejsze typy. A tak jak pomiędzy wieloma osobnikami tego samego rodu, tak również między wieloma rodzajami zwierząt i roślin. Z pomiędzy wielu rodzajów niektóre giną dla tego, że na wzajemnem współubieganiu się okazały się być niedoskonałemi, giną dla idei znów wyższej, bo wspólnej, coraz większego doskonalenia się wszystkich tworów przyrody.
Te tak rozmaite jestestwa — rośliny i zwierzęta. A człowiek? Człowiek jest także tylko jedną z postaci, w którą wciela się życie, więc i między nami zupełnie podobnie, tylko — w innym kierunku. Tysiączne jestestwa, które człowieka poprzedzały na ziemi, doskonaliły się przeciwnie tylko w ciasnych granicach kształtów ciała i przystosowania się tychże do fizycznego środowiska. Wszystkie takie tylko widziały świata koło, jakie tępemi zakreślały oczy.
Aż został stworzony człowiek, który prometeuszową dłonią do nieba sięgnął po ogień. Niebieskim tym płomykiem zatlony duch jego zaczął się duchowo doskonalić w duchowem cierpieniu. Bo człowiek, doskonaląc się, cierpi. Cierpi zawsze, czy gdy szuka jak najlepiej przewrócić skibę roli, czy gdy wsłuchuje się w harmonią sfer niebieskich. Cierpi najwięcej i najpotężniej, kiedy natchnienie, które w duszy jego powstało, szuka w marmurze, barwie, dźwięku czy słowie formy, z którą mogłoby się złączyć i do ludzkości przemówić. Ból ten twórczy, który pierś ludzką rozrywa, jest jednocześnie największą rozkoszą i najwyższą nagrodą jego bytu, bo podsyca tu strop niebieskiego światła, przy którego blasku jeden człowiek rozejrzeć się zdołał w wszechświecie. Zdołał, by zamiast ciemnego chaosu ujrzeć wszędzie ład harmonii, by zamiast brutalnego gwałtu odczuć niespożyty ideał sprawiedliwości, by wytężywszy duszy swej ramiona oprzeć się o nieskończoność i dążyć w badaniu tam gdzie graniczą duch i natura.
Czem wobec tego cierpienie, zwłaszcza dla tego, kto choć chwilkę kochał — czy białą chmurkę na pogodnem niebie, czy wiekuistą prawdę. Chwila taka starczy mu na zawsze, bo miłość, w jakiejkolwiek postaci, nie gaśnie nigdy i, jeszcze jako wspomnienie

„Powinna smutne rozpromieniać noce
I przez ciemności przedzierać się drżąca,
Pełna tęsknoty cichej i żałoby
By wieńczyć śpiące ruiny i groby.“

Czem wobec tego cierpienie? czem? zwłaszcza że jak mówiłem, w przyrodzie nie ginie nic, tylko znikać może nam z przed oczu jako utajona siła. Nie ginie nic, a nawet nasze pragnienia, dążenia, cierpienia na to

Chwieją się, ważą i męczą
By mogły w przyszłości żyć.

W obec tego wszystkiego, pojmując doskonalenie się ludzkości jako cel naszego bytu, można wśród laokonowych splotów życia rzucić przecież pieśń greckiej wesołości, bo z cierpień naszych odmładza się ciągle stary pień ludzkości, i coraz nowemi a doskonalszemi pokrywa się latoroślami.

„Ucisz się serce! swoich strat
Już nie opłakuj, stroskane;
Ale wschodzący pozdrów świat,
I jego jutrznie różane.“







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Rostafiński.