<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Argonauci
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1900
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.

Kiedy po spędzeniu nocy u Maryana i długiej rozmowie z Malwiną Darwidową Kranicki wchodził do swego mieszkania, stara Klemensowa, z za wielkich okularów na niego spojrzawszy, rękoma plasnęła.
— Chory jesteś, czy co? Awantura arabska! Jak ty wyglądasz! Co ci się stało? Może te boleści schwyciły, co to już kilka razy... Czemuż futra nie zdejmujesz? Poczekaj! Zaraz pomogę! Ot, i rozchorujesz się w dodatku do wszystkiego.
Była to kobieta przysadzista, gruba, w kraciastej chustce na plecach i krótkiej spódnicy, z pod której ukazywały się płaskie stopy w podartych kaloszach. Miała pewnie lat siedemdziesiąt; wielka twarz jej, z cerą żółtą, bardzo zwiędłą, w oprawie włosów siwych i białego czepka, jaśniała blaskiem ciemnych oczu, jeszcze ognistych i bystro patrzących z pod wysokiego, pomarszczonego czoła. Z całej tej postaci wiało coś wiejskiego i pierwotnego, co z salonikiem tym i jego właścicielem zdawało się nie zostawać w związku najmniejszym. Bo był to salonik, posiadający wszystko, co zwykle znajduje się w salonikach, więc: kanapę, fotele, stoły, zwierciadło z konsolą, a nadto otomanę nizką i szeroką, poduszki w smaku wschodnim, figurynki porcelanowe na konsoli, szafkę staroświecką z książkami w pięknej oprawie, kilka malowidełek małych, ale ładnych na ścianach, mnóstwo fotografii gustownie ugrupowanych nad otomaną, wielkie album z fotografiami na stole przed kanapą. Tylko, że wszystko to było zbieraniną, gromadzoną w czasach różnych i przez czas nadwerężoną. Haft na poduszkach wypłowiał, z ram zwierciadła gdzieniegdzie starła się pozłota, skórzane obicie na sprzętach popękało i świeciło otwartemi na pilść szczelinami, album było podarte, porcelanowy postument lampy wyszczerbiony. Na pierwszy rzut oka, salonik sprawiał wrażenie elegancyi, po chwili jednak przez dziury i plamy jego wyłaziła starannie łatana nędza. Łatała ją głównie doskonała, drobiazgowa czystość, w której znać było jakieś ręce czujne, pracowite, niezmordowanie wymiatające, wycierające, zszywające, naprawiające... Były to małe, stare ręce, z szeroką dłonią i krótkimi palcami, które teraz pomagały Kranickiemu zdejmować futro. Przytem głos gderliwy, szorstki, z czułością na dnie prawił:
— Ot i znowu nie nocowałeś dziś w domu. Pewno tam z karteczkami, albo i madamkami jakiemi! Oj, obraza Boska! A teraz chory przychodzisz! Już ja widzę, że chory! Cała twarz w czerwonych plamach i na nogach ledwie utrzymać się możesz! Awantura arabska!
Kranicki głosem zbiedzonym odpowiedział:
— Niech mi matka da pokój! Jestem chory i najnieszczęśliwszy z ludzi. Już wszystko skończyło się dla mnie. Tout est bien fini pour moi. Proszę Klemensowej drzwi pilnować, aby nikt nie wszedł. Zanadto cierpię, abym mógł znieść natrętów. Je souffre trop.
Miał istotnie łzy w oczach i wygląd jego był opłakany. Nikt oprócz starej i jak pies wiernej sługi nie widział go w tej chwili, więc pozwolił, aby opadły z niego kajdany sztucznej młodości i elegancyi. Plecy miał przygarbione, policzki obwisłe, nad brwiami gęste zmarszczki i czerwone plamy. Tak zniknął za wpół zamkniętemi drzwiami sypialni, a Klemensowa wróciła do roboty, którą przerwało jego wejście. Pośrodku saloniku na otwartym stole karcianym, leżał rozpostarty szlafrok męski, z pięknej niegdyś materyi tureckiej, teraz spłowiały i z podartą podszewką. Naprawianie i łatanie tej podszewki przerwał Klemensowej powrót do domu Kranickiego; teraz znowu przy stole usiadła i w wielkich okularach z drucianą oprawą, z mosiężnym naparstkiem na grubym palcu, zaczęła przyglądać się dziurze, przez którą ciekawie wyglądała na świat wata. Pomimo jednak skupienia uwagi nad robotą, szeptała, a raczej cicho i monotonnie mruczała:
— Drzwi pilnować, aby kto nie wszedł! Jakby tu kto kiedykolwiek wchodził? Przychodzili dawniej kamraty i protektory różne; przychodzili czasem, potem już rzadko kiedy, a teraz, może już ze dwa lata będzie, jak i pies tu nie zajrzał. Natrętów znieśćby nie mógł! A jakże! pełno ich tu zaraz nalezie, książąt, grafów, bogaczów różnych! A jakże! Póki był nowy i świecił, to bawili się nim, jak błyszczącym guzikiem, a gdy opatrzył się i wytarł, w kąt rzucili. Krewni, przyjaciele, kamraty! Awantura arabska! Oj, świat!
Pomilczała chwilę, przyłożyła do dziury kawał starannie dopasowanej materyi, podniosła kilka razy rękę z długą nicią i zamruczała znowu:
— Albo to świat? Grzech, nie świat! Wierci się to w grzechu, jak dyabeł w smole, a potem lamentuje, że smoła piecze! Oj, oj!
Cisza panowała w pokoju; tylko zegar, ten niezbędny lokator wszystkich mieszkań i towarzysz wszystkich ludzi, monotonnie tętnił na konsoli, pod zwierciadłem, pomiędzy porcelanowemi figurynkami. Klemensowa, szyjąc pilnie, mruczała dalej. Ciągła samotność i uzbierany w starej głowie zapas myśli, a w sercu trosk, dały jej przyzwyczajenie mówienia do samej siebie.
— A czy tak jeszcze będzie! Długów ma co niemiara! Przyjdzie mu jeszcze na barłogu, albo w szpitalu zamrzeć. Żeby to nieboszczka pani widziała! Awantura arabska! Chyba my ze Stefankiem wyciągniemy go z tej otchłani!
Przestała szyć, okulary podniosła na czoło, tak, że dwojgiem szklanych oczu świeciły nad siwemi brwiami i zamyśliła się głęboko. Poruszała czasem wargami, ale nie mruczała. Po tym ruchu warg i zmarszczek poznać można było, że układała plany jakieś, marzyła. Wtem z sypialni dał się słyszeć głos Kranickiego:
— Klemensowa! Klemensowa!
Porwała się z żywością dwudziestoletnią i z głośnem klapaniem starych kaloszów, do drzwi pobiegła.
— A co?
— Niech mi matka da szlafrok. Niedobrze mi, nigdzie dziś nie pójdę.
— Masz tobie! szlafrok! a kiedy podszewka podarta!
— Podarta, czy nie podarta, niech go Klemensowa da i pantofle także... bo mi niedobrze.
— Masz tobie! niedobrze! Zgadłam, że chory! Boże kochany, co z tego będzie?
Jednak pomagając mu do wciągania szlafroka, niedowierzająco zapytała:
— Czy to prawda, czy żarty, że dziś z domu wcale nie wyjdziesz?
— Żarty! — z goryczą odpowiedział. — Gdybyś matka wiedziała, jakie to żarty! Nie wyjdę z domu ani dziś, ani jutro, ani może już nigdy. Będę tu leżał i gryzł się, aż się na śmierć zagryzę, oby jak najprędzej! Voilà!
— Awantura arabska! Jeszczeż tak nigdy nie było! Dobrze widać smoła przypiekła! — zaszeptała do siebie Klemensowa.
Głośno zaś rzekła:
— Nim zagryziesz się, trzeba ci obiad zgotować. Zbiegam do miasta po mięso. Drzwi za sobą i z tamtej strony zamknę.
I z ironią dodała jeszcze:
— Aby natręty... grafy i barony różne... nie naleźli!
Kranicki pozostał sam w zamkniętem na klucz mieszkaniu i okryty szlafrokiem, niegdyś kosztownym, teraz spłowiałym i z wystrzępionymi brzegami rękawów, leżał na szezlongu, naprzeciw kunsztownie ułożonej przy ścianie kolekcyi fajek. W świecie, pośród którego się obracał, kolekcyonerstwo było powszechne. Jedni zbierali obrazy, inni miniatury, sztychy, autografy, porcelany, stare książki, stare łyżki, stare materye. Kranicki zbierał fajki. Trochę nabywał je, daleko więcej otrzymywał je na imieniny, w dowód przyjacielskiej pamięci, w upominku z podróży. Zebrało się ich przez lat wiele sztuk ze sto; były pomiędzy niemi kosztowne, były i liche, ale oryginalne, albo i śmieszne. Od ogromnych do malutkich, od jaskrawych do prawie czarnych, stały u ściany na półkach, ustawione w sposób gustowny i efektowny.
Oprócz tych fajek, znajdowały się w sypialni inne jeszcze przedmioty cenne: biurko do pisania z osobliwego drzewa, ramy porcelanowe z amorami u szczytu, dokoła zwierciadła owalnego, ostawionego flakonami, puszkami, pudełkami toaletowemi, szczerozłota, podługowata papierośnica, którą Kranicki nosił z sobą zawsze, a teraz, leżąc na szezlongu, machinalnie w palcach okręcał. Ta papierośnica była pamiątką drogą. Otrzymał ją wkrótce po przybyciu do tego miasta, przed dwudziestu kilku laty, od ciotecznej siostry swej matki, hrabiny Eugenii, która od pierwszego poznania, zaczęła po prostu przepadać za nim. Świat nawet utrzymywał, że pomimo wieku więcej niż dojrzałego, szalenie kochała się w chłopaku niepospolicie pięknym, świeżym, przez matkę z troskliwością niezmierną wychowanym i ułożonym tak, aby mógł z powodzeniem obracać się w rodzinnym jej świecie. Sama, wskutek różnych przyczyn, stawszy się ofiarą mezaliansu, przetęskniwszy i skrycie przepłakawszy życie w wiejskim zakącie, w małżeństwie ze szlachcicem zupełnie uczciwym, ale ani światowym, ani bardzo majętnym, matka Kranickiego pragnęła dla jedynaka losu nad swój lepszego i zdala już go do niego przygotowywała. Po francusku mówiący z akcentem paryskim, a wcale nieźle też po angielsku, oczytany w literaturach zachodnich, tancerz znakomity, przytem usłużny, z wrodzonym instynktem życzliwości dla ludzi, był lubiony, zapraszany, pieszczony; gdy środki pieniężne, których dostarczała mu matka, okazały mu się nie wystarczające, przez protekcyę możnych krewnych otrzymał mały urząd, który oprócz zwiększenia dochodów, dawał mu pewne pozory niezależności. Dni całe spędzał w domach wielkich i bogatych, gdzie księżnom i hrabinom czytywał głośno książki, księżniczkom i hrabiankom trzymał na rozpostartych rękach motki zwijanych jedwabi. Załatwiał sprawunki i różne drobne sprawy, na wieczorach prowadził tańce, bawił się, kochał się, bywał nawzajem kochany, niekiedy wieczory i noce spędzał w salach klubowych, w gabinetach restauracyjnych, w teatrach i za kulisami scen teatralnych, gdzie uderzał czołem przed słynnemi artystkami różnych rodzajów i stopni. Były to czasy prawdziwie wesołe, złote. Nie miał jeszcze wtedy przy sobie Klemensowej, ale lokaja; jadał, jeżeli nie u krewnych i przyjaciół, to w pierwszorzędnych restauracyach. W tej również porze dopełnił pięknego czynu, który przyniósł mu nagrodę w postaci wielkiej korzyści umysłowej. Z krewnym swym, hrabią Alfredem, chorym na suchoty, przepędził cały rok we Włoszech, pielęgnując go, rozrywając, pocieszając, z przywiązaniem, cierpliwością i czułością, które były zupełnie szczere, pochodziły z serca skłonnego do ciepłych, niemal pokornych uczuć. W zamian, rok ten przyniósł mu biegłość w języku włoskim i szerokie zaznajomienie się z dziełami i szkołami sztuki, której był entuzyastycznym wielbicielem. Wkrótce potem pojechał z księciem Zenonem do Paryża, poznał dobrze Francyę i jej stolicę, a po powrocie, stale przez czas jakiś przebywał u boku chorującego na oczy księcia, w charakterze lektora. Wówczas to talent jego pięknego czytania w kilku językach zdobywał sobie sławę najszerszą, a on sam poznajomiony ze światem, ze sztuką, z piśmiennictwami, jaśniał w salonach swobodą słowa i tonu, bywał dla jednych cennym pomocnikiem w zajmowaniu gości i miłym towarzyszem godzin samotnych, dla innych prawie mistrzem w dziedzinie zabaw, elegancyi, sztuki przypodobania się i użycia. W tej to również porze poznał Aloizego Darwida i spotkał się z jego żoną, którą znał od dzieciństwa i która była pierwszym ideałem kobiecym jego lat młodzieńczych... Odtąd, stosunki jego z innymi domami rozluźniły się znacznie, bo temu oddał się duszą i ciałem. Chociaż dzieci Malwiny miewały wielu nauczycieli, on jedną z jej córek uczył po włosku, drugą po angielsku, a czynił to z oddaniem, z radością, że przez to dom ten stawał się dla niego jakby swoim i zawsze otwartym. Zresztą, przez dziesięć lat ostatnich, wielkie zmiany zaszły wśród towarzystwa, którego był przybranem i tak długo ukochanem dzieckiem.
Hrabina Eugenia wydała córkę za hrabiego, Francuza i zamieszkała w Paryżu; hr. Alfred umarł; umarła też ta dobra, miła baronowa Blauendorf, od której w podarunku otrzymał był to zwierciadło w porcelanowej ramie z amorami. Inni też poumierali, powyjeżdżali. Pozostał tylko książę Zenon, ale znacznie dla dawnego lektora swego oziębiony przez żonę, która Kranickiemu przebaczyć nie mogła jego zbyt wiadomego wszystkim zajmowania się żoną wiecznie nieobecnego milionera.
Było jeszcze sporo znajomości i stosunków nowszych, ale nie mających już ani uroku, ani pewności tych, które czas na sposób rozmaity potargał, zerwał, lub rozluźnił.
Matka, sprawczyni losu jego, oddawna już nie żyła.
Pauvre maman! pauvre maman!
Jak czule i bez granic kochała go ona! Jak długo wahał się i walczył z sobą, nim dom rodzinny, z namowy jej, opuścił! Żal mu było ogromnie wsi, swobody, jasnowłosej dziewczyny z sąsiedztwa. Ale świat szeroki i miasto wielkie przybierały w opowiadaniach matczynych postać raju, a dostojni krewni kształty półbożków. Kiedy nakoniec, po długich wahaniach i walkach, postanowił wyjechać, ileż było pocałunków i uścisków z matką! Ile jej nauk, zalecań i przepowiedni rajskiego szczęścia! On sam zaczął nieustannie przeglądać się w zwierciadłach i uczuwać w sobie wprawione w ruch ambicye, nadzieje, żądze. Raz złapał sam siebie na pomimowolnem prawie próbowaniu przed zwierciadłem ukłonów, min, gestów. Zaśmiał się głośno, śmiała się matka, która go także na tym gorącym uczynku pochwyciła.
Pauvre maman! pauvre chère maman!
I na tle tej wesołości domowej, tych nadziei cudnych, jedna tylko istota zachowywaniem się przypominała chmurę na rozpromienionem od pogody niebie. Była to Klemensowa, stara sługa domu i niegdyś jego piastunka, już wtedy niemłoda i owdowiała, bezdzietna. Markotna była, zgryziona, rozgniewana, ale długo nie mówiła nic, nie przeszkadzała cieszyć się i roić ani wychudłej, osiwiałej matce, ani pięknemu, jak marzenie młodzieńcowi; aż dopiero raz, sam na sam z ulubionem dzieckiem pozostawszy, przemówiła. Był to koniec dnia jesiennego, zmrok spływać zaczynał na dziedziniec Lipówki i gaj lipowy czarnym pasem przerzynał palącą się na zachodzie zorzę. Klemensowa, z oczyma wlepionemi w gaj i w zorzę, przemówiła:
— Oj! Tulek, Tulek! jakże to będzie? Pojedziesz, weźmiesz i pojedziesz, a słońce będzie wschodzić i zachodzić, gaik szumieć, żytko dojrzewać i śnieżek padać — bez ciebie!
On, siedząc na ławce gankowej, milczał. W zamian, na polach dalekich, w gęstniejącym zmroku, trąbka pastusza grała; tony proste i monotonne, czyste, leciały polem, jak płacz przestrzeni.
— Od czego jedziesz, wiesz; do czego — jeden Bóg wie. Co porzucasz? — ot, piękności Boskie. Z czem powrócisz? — może z błotem ludzkiem.
Krowa ryknęła w oborze, spóźniona robotnica zanuciła gdzieś w głębi ogrodu. Zorza gasła; natomiast z nad dachu wypływał sierp księżyca, cienki i srebrny.
Klemensowa szeptała:
— Biedny ty! biedny ty!
Ogromnie daleki był od mniemania, że jest biednym, jednak w sercu mu coś bolało po wiosce rodzinnej, po Malwinie i pomyślał: możeby zostać?!
Pojechał jednak. Pojechał w świat dwudziestokilkoletni argonauta, wysmukły, zgrabny, z czarnem okiem ognistem, jak młodość, z kształtnymi policzkami, świeżymi, jak brzoskwinia, z czołem białem i gładkiem, jak płatek lilii, po żonę z majątkiem, po wszelkie rozkosze świata — po złote runo...
Teraz owijał się szczelnie w poły spłowiałego szlafroka i głowę tak nizko zwieszał, że widać było bielejącą u jej wierzchołka łysinę; dolna warga w dół mu opadła, czerwone pręgi stały nad czarnemi brwiami na zmarszczonem czole. W ręku trzymał pamiątkową papierośnicę od hrabiny Alfredowej, która mieszkała w Paryżu i czasem ruchem nieświadomym okręcał ją w palcach, a błyszczący przedmiot rzucał na wystrzępione rękawy szlafroka, na twarz cierpiącą, na długie, wypieszczone ręce, migotliwe połyski złote.
Tymczasem, Klemensowa z miasta powróciła, do kuchenki weszła i tam, nie bez głośnego klapania kaloszów, obiad gotować zaczęła. Ale Kranicki nie słyszał nic i nie spostrzegał głowy w wielkim czepcu, która co chwila wyglądała przez drzwi w kuchni, i niespokojnie na niego popatrzawszy, cofała się, aby wnet znowu wyjrzeć.
Nakoniec przemówiła:
— Czy będziesz zaraz jeść obiad? Już gotowy.
Stłumionym głosem poprosił o obiad, jednak nie jadł nic prawie; Klemensowa nigdy jeszcze nie widziała go tak zgnębionym. Nie zapytała jednak o nic. Gdy nadejdzie stosowna chwila, sam powie jej wszystko. Nie należał do tych, którzy tajemnice swe niosą do grobu. Usługiwała mu, podawała jadło, przyniosła herbatę, stół uprzątnęła — milcząc. Raz wpadła w kłopot. Spiesznie przechodząc przez pokój, zgubiła jeden z kaloszów, które miała na nogach.
— A niechże cię! co moment z nóg spadają! — mruknęła i przez kilka minut walczyła z kaloszem, który uciekał od stopy, z szelestem posuwając się po podłodze. Kranicki głowę podniósł.
— Co tam takiego? — zapytał.
Nie odpowiedziała, ale kiedy była już blizko drzwi kuchennych, on zawołał:
— Co Klemensowa masz takiego na nogach, że tak klapie? To irytujące!
Zatrzymała się przy drzwiach.
— Co mam na nogach? A twoje stare kalosze! Czy mam może trzewiki na codzień niszczyć, a potem zaraz nowe kupować? « Irytujące!...» Awantura arabska! Daj Boże, abyś gorszych irytacyi nie miał, niż ta, że kalosze po podłodze klapią!
A w kuchence, z wypróżnioną szklanką ku samowarowi idąc, mruczała jeszcze:
— Miałbyś ty szczyptę herbaty w domu, gdybym ja w nowych wiecznie trzewikach chodziła!
Zmrok zapadł. Kranicki palił teraz papierosy jeden po drugim, tak zamyślony, że drgnął cały, gdy Klemensowa wniosła lampę z mlecznym kloszem, która napełniła pokój światłem białem i łagodnem. Kranicki wpatrzył się w oblaną tem światłem głowę starej kobiety i pierwszy raz od kilku godzin przemówił:
— Chodź, matko, tu! bliżej!
A gdy podeszła, schwycił w obie ręce jej grubą pięść i silnie nią wstrząsnął.
— Co jabym począł? co teraz stałoby się ze mną, gdyby tu ciebie nie było? Ani jednej duszy, ani żywej duszy, swojej! Seul, seul, comme au désert!
Przypływ czułości zerwał tamę. Polały się zwierzenia. Po raz ostatni w życiu kochał, le dernier amour i wszystko się skończyło. Zabroniła mu widywać siebie. Oddawna już dojrzewało w niej to postanowienie. Wyrzuty sumienia, wstyd, rozpacz nad dziećmi. Jedna córka wie o wszystkiem, druga lada dzień dowiedzieć się może... Ona wypuściła z rąk ster tych serc i sumień, bo gdy rozmawia z niemi, własna wina, jak paląca pieczęć, zamyka jej usta. Czuje się najnędzniejszą z istot. Nie chce dłużej używać bogactw męża i stanowiska, które one jej dają w świecie. Pragnie oddalić się stąd, osiąść w jakim cichym zakącie, zniknąć z oczu ludzkich.
Tu w mowę Kranickiego, tak rozrzewnioną, że blizką szlochania, wpadł głos szorstki i szyderczy:
— Dobrze, że choć raz przyszła do upamiętania!
— Jakie upamiętanie! Co matka pleciesz! Matka nic nie wiesz. Miłość nigdy występkiem nie jest. „Ils ont péché, mais le ciel est un don...“
— Czy ty zwaryował, Tulek? Czy ja madama jaka, żeby do mnie po francusku gadać?
On jednak kończył.
Ils ont souffert, c’est le sceau du pardon. Ja to matce przetłómaczę: «Zgrzeszyli, lecz niebo jest darem...»
— Tulek, daj pokój niebu! Takie rzeczy mieszać z niebem... awantura arabska!
— Czy Klemensowa jest księdzem? Ja Klemensowej opowiadam o cierpieniach swoich i tej drogiej, cudnej istoty... de cet être noble et doux...
Tu, w przedpokoju, którego drzwi Klemensowa, powracając z miasta, nie zamknęła, dały się słyszeć stąpania i męski, młody głos zawołał:
— Pan w domu?
— Awantura arabska! — splatając ręce, zaszeptała Klemensowa.
— Maryś! — z radością wykrzyknął Kranicki i głośno odpowiedział:
— W domu jestem, w domu!
— Wypadek godzien zapisania w kronikach świata — trochę przez nos i zęby odezwał się w przedpokoju drugi głos męski.
— I baron! — zawołał Kranicki, poczem szeptał:
— Niech Klemensowa drzwi od salonu zamknie. Muszę się przecież trochę... odświeżyć!
Z poza zamkniętych drzwi przemawiał do tych, którzy znajdowali się w saloniku:
— Natychmiast, moi drodzy, natychmiast służyć wam będę. Un quart de minute et je suis prêt.
Jakoż, w świetle lampy, którą Klemensowa w bawialnym pokoju zapaliła, ukazał się po kilku minutach ubrany, uczesany, wyperfumowany, elegancki, z ruchami sprężystymi i swobodnym uśmiechem na ustach. Powieki tylko miał zaczerwienione i dużo niepodobnych do wygładzenia zmarszczek na czole. Klemensowa z przeraźliwem klapaniem kaloszów do kuchni wracając, mruczała:
— Komedyant! ot komedyant!
Dwaj młodzieńcy przyjacielsko uścisnęli mu rękę. Znać było, że go lubili.
— Cóż pan nam zniknął dziś na dzień cały? — zapytał baron Emil. — Czekaliśmy na pana u Borela... wyborny dziś dał nam obiad... A może pan pości?...
— Daj mu pokój, on ma zmartwienie — wtrącił Maryan. — Tak mi cię żal, mon bon vieux, że namówiłem barona, aby ze mną do ciebie zajechał. Nie mogę przecież pozostawić cię na pastwę melancholii...
Kranicki był rozrzewniony, wdzięczność i czułość patrzały mu z oczu.
Merci, merci! quel coeur! Rozrzewniacie mię...
Uścisnął po kolei ich ręce, rękę Maryana dłużej, niż barona w dłoni zatrzymując, ze słowami:
Mon cher... cher... cher...
Młodzieniec śmiał się.
— Nie rozczulaj-że się tak, bo to na wątrobę szkodzi! Jesteś przecie synem generacyi, która posiada antidotum od melancholii.
— Jakie? — zapytał Kranicki.
— No, wiarę, nadzieję, miłość, rezygnacyę i... inne malowane garnki. My ich nie mamy, więc jedziemy do Tron-tron, gdzie Lili Kerth śpiewać będzie. Wydajemy dziś dla niej wieczerzę u Borela, który przyrzekł mi wszystko, na co zdobyć się może pięć części świata.
— Co za zagadkowa natura tej Lili — zauważył baron. — Bywają chwile, w których nabiera czegoś zaświatowego, idealnego...
Kranicki wybuchnął.
Qulle idée, cher baron! Lili i — zaświatowość, idealność! Mais c’est un animalcule, qui chante merveilleusement des choses objectes!
— Otóż to, otóż to! — twierdzenia swego bronił baron — zwierzątko w postaci anioła... Śpiewanie szansonetek z takim diable au corps, a zaraz potem cera twarzy, wzrok, uśmiech, rozlewające jakąś woń liliową, mistyczną... To jest właśnie ten dysonans, ten zgrzyt, ce mystère, którymi podbiła Europę... To zaciekawia, drażni, sprzeciwia się szablonowi, harmonii... Czy pan tego nie rozumie?
Laissez, Emil! — śmiejąc się, zawołał Maryan: — przemawiasz do strażnika grobów. On jeszcze czci harmonię.
Kranicki wydawał się nieco upokorzonym. Przesuwał dłoń po włosach i nieśmiało zaczął:
— Ależ tak, moi drodzy. Sam spostrzegam, że staję się staroświeckim. Rówieśnicy moi i ja nazywaliśmy kota kotem, a filuta filutem. Jeżeli taka Lili przybierała pozory anielskości, mawialiśmy: «A to filut kobiecina!» I wiedzieliśmy co o tem myśleć. Ale to wasze teraźniejsze mieszanie du prophane et du sacré, najgrubszych cielesności z popędem do mistycyzmu...
Baron i Maryan śmieli się.
Tout cela est et restera pour toi du grec, mon bon vieux! Urodziłeś się w epoce harmonii, harmonijnym pozostaniesz. Ale teraz trêve des conversations. Jedziemy. Jedź z nami! Posłuchasz Lili, zjemy razem wieczerzę...
— Niech pan z nami jedzie, mamy w powozie miejsce dla pana — poparł zaproszenie młodego Darwida baron.
Kranicki zajaśniał, jakby mu blask słońca na twarz spłynął.
— Dobrze, mes três chers, dobrze, merci, pojadę z wami, to mię rozerwie, orzeźwi. Chwilkę czasu tylko... pozwolicie?
— Owszem. Chętnie. Zaczekamy.
Wpadł do sypialni i drzwi za sobą zamknął. W głowie jego krążyły wyobrażenia i wyrazy: teatr, śpiewy, muzyka, wieczerza, rozmowy, rzęsiste światło, wszystko, słowem, z czem zżył się, czem przez lat wiele żył. Ciężką jego zgryzotę przeniknął przedsmak rozkoszy. Po gorzkiej miksturze uczuł w ustach smak karmelka. Biegł ku gotowalni, ale pośrodku stanął, jak wryty.
Wzrok jego spotkał się z piękną heliominiaturą, stojącą na biurku, w świetle lampy. Kranicki, ze środka pokoju, w postawie nieruchomej, wlepił wzrok w twarz kobiecą, ujętą w ozdobne ramy.
Pauvre, pauvre, chère áme! Noble créature! — szeptał i wargi mu drżały, a nad brwiami ukazywały się znowu czerwone pręgi. Za drzwiami Maryan wołał:
— Spiesz się, mon vieux! Już się spóźniamy!
W kilka minut potem Kranicki wszedł do bawialni. Plecy miał przygarbione, powieki czerwieńsze, niż przedtem.
— Nie mogę... Jak was kocham, nie mogę jechać z wami! Czuję się niezdrów.
— Naprawdę, on musi być niezdrów! — zawołał Maryan — spójrz, Emilu, jak nasz stary wygląda! Zmieniony? prawda?
— Ale przed chwilą pan źle nie wyglądał! — bąknął Emil i dodał: — Nie stańże się pan nudnym, nie choruj. Ludzie chorzy to nawóz pod żniwo śmierci... i nudy!
— Wybornie powiedziane! — zawołał Maryan.
Non, non — tłómaczył się Kranicki — to nic ważnego, une ancienne maladie de foie. Tylko dziś się odzywa... musicie jechać bezemnie.
Prostował się, uśmiechał, usiłował czynić swobodne gesty, ale w rysach i wyrazie oczu odbijało się nieprzezwyciężone udręczenie.
— Może ci przysłać lekarza? — zapytał Maryan.
— Nie, nie — zaprotestował Kranicki, a baron wziął go pod ramię i skierował ku sypialni.
Chociaż Kranicki miał w tej chwili przygarbione plecy, postawa jego była kształtna i imponująca; uczepiony mu do ramienia baron, mały i wątły, przypominał komara.
W sypialni z cicha mówić zaczął:
Il y a du nouveau! Po mieście krąży wieść, że papa Darwid przeciwny jest moim zamiarom względem panny Ireny. Czy pan wie co o tem?
Od kilku miesięcy baron często mówił z Kranickim o swoich zamiarach, radząc się go nawet niekiedy i o wskazówki prosząc. Nie byłże on najbliższym przyjacielem tego domu, prawie opiekunem i pewnie doradcą rodziny? Kranicki o baronie Emilu nie inaczej myślał i nawet mówił:
Ce brave garçon ma najlepsze w świecie serce, jest bardzo wykształcony i inteligentny, oui, très intelligent, a matka jego, ta miła i anielska baronowa Blauendorf, była jedną z najpiękniejszych gwiazd, które życiu memu przyświecały.
Więc przez wrodzoną skłonność do optymistycznego zapatrywania się na ludzi i wdzięczną pamięć o «jednej z najpiękniejszych gwiazd» był baronowi bardzo życzliwy i dla zamiaru jego względem Ireny przyjazny, tem bardziej, że i w niej zajęcie baronem dostrzegał. Zwykle więc udzielał baronowi rad i odpowiedzi chętnie, wyczerpująco. Tym razem jednak spadł mu na twarz wyraz przymusu i cierpienia.
— Nie wiem, kochany baronie, doprawdy, nie mogę nic... powiedzieć... bo już... bo ja...
Kilka kropel potu wystąpiło mu na czoło; z trudnością wymówił jeszcze:
— Zdaje się, że panna Irena...
— Panna Irena — nie spostrzegając wzruszenia Kranickiego przerwał baron — to sonet z Baudelaire’a Les fleurs de mal. Jest w niej coś niejasnego, przewrotnego...
Kranicki uczynił żywe poruszenie.
— Mój baronie...
— Ależ nie zrozumiałeś mię, kochany panie Arturze. Nie mam intencyi obmawiać panny Ireny. W moich ustach, epitety, które wymieniłem, są najwyższą pochwałą. Panna Irena dlatego właśnie jest interesującą, że jest niejasną i zawikłaną. To jest kobieta rozczarowana. Posiada tę wszechironię, która jest cechą natur wyższych. O, panna Irena nie jest fijołkiem, chyba z zielnika Baudelaire’a! Ale właśnie przez to zaciekawia, irytuje... Une desabusée... Une vierge desabusée. Czy pan to rozumie? Jest w tem zapach tajemniczy... nowy dreszcz. Tylko, że z naturami takiemi nigdy niczego pewnym być nie można.
— To natura szlachetna! — z zapałem zawołał Kranicki.
Baron z uśmiechem podjął:
— Pan dzieli natury na szlachetne i nieszlachetne, a ja — na nudne i zajmujące...
Za drzwiami ozwał się podniesiony głos Maryana:
— Emilu, zostawiam cię tu i sam do Tron-tron jadę. Lili powiem, że zostałeś na noc u chorego przyjaciela, aby go pielęgnować.
Słowa te wydały się im obu tak zabawnemi, że z dwu stron drzwi zamkniętych jednogłośnie się zaśmieli.
Bon! — zawołał baron — zrobisz mi sławę dobrego chrześcijanina. Jak Brandeburczyk tylko Boga, lękam się tylko śmieszności i jadę z tobą.
W kilka minut potem dwóch przyjaciół nie było już w mieszkaniu Kranickiego, który siedział znowu na szezlongu i zgarbiony, z głową pochyloną, okręcał w palcach złotą papierośnicę. Ulica za oknami była dość ustronna; słychać tu było turkot oddalającego się powozu. Kranicki ścigał go słuchem, a gdy umilkł, przez chwilę pożałował namiętnie, że nie pojechał tam, gdzie śpiewają, żartują, jedzą, piją, w rzęsistem świetle, w fali śmiechu. Ale zaraz uczuł do tego wszystkiego wstręt niezmożony. Był tak smutny, zgnębiony, chory... Dlaczegóż oni, ci dwaj młodzi przyjaciele, dłużej tu nie pozostali? Przecież oddawał im nieraz przysługi najrozmaitsze, zawsze był poprostu na ich usługi i kochał ich, szczególnie Marysia, ce cher enfant... I innych wielu... Ileż razy pielęgnował w chorobach, pocieszał, wyręczał, bawił... Teraz, gdy on, jak pinczer za swą panią, w ślad ich biedz nie może, towarzyszkami jego są tylko ciemność i cisza.
Ciemność panowała w saloniku, cisza grobowa w całem mieszkaniu. Przerwało ją klapanie kaloszów po podłodze i we drzwiach kuchni stanęła Klemensowa. Na czole wysokiem, nad siwemi brwiami, świeciły szklane oczy okularów, a lewa ręka powleczona była męską skarpetką, której cerowanie przed chwilą rozpoczęła. We drzwiach stojąc, patrzała na zgarbionego, zestarzałego, w ponurem milczeniu pogrążonego człowieka i trzęsła głową.
Potem, najciszej, jak tylko mogła, zbliżyła się do szezlonga, na taborecie blizko stojącym usiadła i szepnęła.
— No, cóż tak milczysz i zgryzotę sam żujesz? Porozmawiaj ze mną, lżej ci będzie...
Gdy patrząc na nią, milczał, jeszcze cichszym szeptem zapytała:
— Cóż ona? kochała cię bardzo? naprawdę? Jak to się stało, że powróciliście do siebie?
Po kilku minutach wahania, czy namysłu, Kranicki, z łokciami opartymi o brzeg szezlonga i czołem w dłoniach, zaczął mówić:
— Matce wszystko powiedzieć mogę, bo do naszego świata nie należysz i jesteś istotą szlachetną, wierną, jedyną na ziemi moją...
Po cichym pokoju rozległ się jakby odgłos trąby: to Klemensowa wyciągnęła z kieszeni róg grubej chustki i nos utarła. Oczy jej były mokre. Kranicki drgnął, skrzywił się, ale mówił dalej:
— Kiedyśmy się pierwszy raz po rozstaniu z sobą spotkali, wiosna nas owiała. Matka wiesz, że rozstaliśmy się tylko dlatego, że ja byłem za mało bogaty, aby módz ożenić się z ubogą dziewczyną... Mama słuchać o tem nie chciała, abym ożenił się z guwernantką... Wziął ją wkrótce potem ten bogacz. Fiu, fiu! co się z tej guwernantki, z tej dziewczyny, jak fiołek skromnej, zrobiło! Dama światowa, pełna ożywienia, elegancyi, szyku... Ale wiosna nasza nas owiała, wspomnienia wsi, kwiatów polnych, pierwszych wzruszeń serdecznych. Czy ona kochała męża? Pauvre, chère âme! zdaje się, że z początku przywiązała się była dla niego, ale opuszczał ją, zaniedbywał, miliony po świecie łapał, nieugięty, twardy... Wiecznie samotna! W świecie i w domu samotna... bo dzieci jeszcze małe, a taka tkliwa i słaba, przyjaźni, pieszczoty, serca oddanego potrzebująca. Ja od razu duchem padłem przed nią na klęczki i ona to czuła, a on, odjeżdżając, zostawił mię przy niej jako doradcę, opiekuna, poniekąd nawet protektora, tak, pro-tek-to-ra... Parweniusz! głupiec! Taki mądry, a taki głupi, cha, cha, cha!
Śmiech szyderczy, mściwy, twarz mu wykrzywił, czerwone pręgi nad brwiami rozszerzyły się aż do połowy czoła, ściągniętego w grube fałdy.
— Nie irytuj się, Tulek, nie irytuj się... zachorujesz — perswadować zaczęła Klamensowa, ale on, raz zwierzenia rozpocząwszy, mówił dalej:
— Rok przecież, czy więcej, nic pomiędzy nami nie było. Byliśmy przyjaciółmi, ale trzymała mię w oddaleniu, walczyła... Matka wiesz, czy miałem szczęście do kobiet...
— A miałeś, na wieczne zgubienie swoje, miałeś! — sarknęła kobieta.
— Od młodości miałem dar pięknego czytania, któremu wiele zawdzięczam...
— Oj zawdzięczasz! Co zawdzięczasz? Obrazę boską, zmarnowanie się... — znowu do kłótni porwała się Klemensowa, ale on nie zważając na to, mówił dalej:
— Raz czuła się słabą, po silnej migrenie, wieczór był późny, wielkie mieszkanie puste i ciemne, dzieci spały... Otaczałem ją staraniami, jak brat i jak matka. Byłem delikatny, to, co działo się we mnie, ukryłem, postępowałem tak, jakbym czuwał nad chorem, ukochanem dzieckiem. Bawiłem ją rozmową, mówiłem z cicha, podawałem lekarstwa i cukierki. Potem zacząłem czytać. Czytaliśmy Musseta. Matka nie wiesz, kto to taki. Poeta miłości, takiej właśnie, którą świat nazywa występną. Zażądała czegoś z przyległego pokoju, poszedłem, a gdy wróciłem, spotkały się oczy nasze i... «jużeśmy dnia tego więcej nie czytali».
Ostatnie słowa zaledwie mógł wymówić, twarz zakrył chustką, głowę oparł na poręczy szezlonga, znieruchomiał, może płakał. Klemensowa pochyliła się, róg grubej chustki ukazał się z kieszeni i po pokoju rozległ się znowu odgłos trąby. Potem, razem z taburetem przesunęła się bliżej jeszcze i ręką w skarpetce ramienia jego dotykając, zaszeptała:
— Daj pokój, Tulek, nie desperuj! Niech tam Bóg was sądzi, sędzia sprawiedliwy, ale i miłosierny! Mnie ciebie żal, a i tamtego biedactwa także! Cóż? serce nie kamień, człowiek nie anioł! Tylko już nie desperuj! Wszystko przechodzi i żal twój przejdzie! Może tobie będzie jeszcze lepiej na świecie, niż teraz! Może ty jeszcze spokojności miłej zażyjesz, w Lipówce, we własnej chacie... Może my ze Stefkiem co takiego obmyślim, żebyś ty z tego miejskiego błota wylazł.
Kranicki nie odpowiedział; kobieta mówiła dalej:
— Od Stefka znowu list miałam...
Kranicki wyszeptał:
— Cóż pisze ten poczciwy człowiek?
Klemensowa zaindyczyła się znowu:
— A pewno, że poczciwy i niepotrzebnie nazywasz go tak, jakby z łaski, albo drwiąc sobie. Awantura arabska! To mój chrzestny syn tylko, ale lepszy od innych rodzonych... Pisze, że gospodarstwo w Lipówce idzie dobrze, że znowu sto drzewek fruktowych w ogrodzie zasadził, że za dwa, albo tam cztery tygodnie przyjedzie i pieniędzy trochę przywiezie.
— Pieniędzy! — wyszeptał Kranicki — a to dobrze!
— Pewno, że dobrze, bo jużby ci ten żyd graty zabrał, żebym ja go raz ze schodów nie zepchnęła, a drugi raz o poczekanie nie uprosiła.
Zaśmiała się.
— Zepchnąć łatwiej było, niż uprosić, bo ja silna, a on mały jak komar. No, ale prawiem go w ręce całowała i obiecał czekać... «Dla Klemensowej to zrobię, powiedział, bo Klemensowa to taka sługa, co to jak matka». A pewno, że jak matka! Swoich dzieci nie mam, nikogo na świecie nie mam, ciebie jednego mam!
Kranicki patrzał na nią i ruchem powolnym głową wstrząsać zaczął. Ona także, ogniste i posępne oczy w jego oczach zatapiając, głową wielkim czepkiem okrytą zwolna wstrząsała.
Paląca się na biurku lampa białem światłem oblewała te dwie głowy, melancholijnie bez słów rozmawiające i ustawioną przy ścianie pstrą kolekcyę fajek, a w złotej papierośnicy, którą Kranicki obracał w palcach, wzniecała przelotne błyski.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.