Dawid Copperfield/XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XX. KWIATY I CIERNIE.

Jakże miłym stał się dom pana Wickfielda po ustąpieniu Heepów. Dawna cisza, dawna pogoda i spokój, swobodny uśmiech Ani i powrót do zdrowia jej ojca.
Ania czuwała nad nim z troskliwością kochającego serca, on, posłuszny jak dziecko, szczęśliwy był, ulegając jej słodkim wymaganiom. Bolesne przejścia lat ostatnich zrujnowały mu zdrowie, które wymagało teraz serdecznej opieki i dłuższej, poważnej kuracji. Lecz oboje wierzyli, że to minie w atmosferze spokoju i zadowolenia i z ufnością patrzyli w przyszłość.
Miss Betsy odzyskała cały swój majątek i marzyła o tem, aby powrócić do Duwru. Odkładaliśmy to jednak do czasu, kiedy stan zdrowia Dory o tyle się polepszy, że będziemy mogli przewieźć ją wraz z babką. Mieliśmy jeszcze niepłonną nadzieję, że odżywczy, uzdrawiający wpływ morskiego tchnienia pokrzepi wątłe jej siły.
Pan Dick tymczasem robił ogromne latawce, opiewające światu, że wkrótce przybędzie do Duwru i zamieszka znowu w dawnym pokoiku.
Możnaby więc powiedzieć, że złowrogie chmury rozproszone zostały szczęśliwie, gdyby nie to, że w moim małym domku nie chciało się wyjaśnić, nie chciała powrócić pogoda. Złocista główka Dory nie podnosiła się prawie z poduszki, umilkł jej śmiech wesoły, lekkie i skoczne nóżki leżały bezwładne, niezdolne dźwignąć wątłego jej ciała.
Ania dla kuracji ojca przyjechała na czas dłuższy do Londynu i wszystkie wolne chwili spędzała w pokoiku Dory. Była dla niej prawdziwą matką i nikt jej zastąpić nie umiał.
Pewnego dnia Dora, trzymając jej rękę, odezwała się w zwykły swój dziecinny sposób:
— Wiesz, Dewi, mnie się zdaje, że jestem waszą córeczką. Czasem myślę, że to się jakoś poplątało, że byłoby naprawdę lepiej, gdybym urodziła się waszą córeczką. O, jakby to było wesoło!
Mimo przykrości tak długiej choroby biedne dziecko zachowało anielską pogodę. Lubiła śmiać się, gdyśmy zasiedli koło niej i rozmawiali w sposób żartobliwy. Z Anią jednak miewała poważne rozmowy, gdy były same, a potem obie miały oczy zapłakane.
Czyżby biedne dziecko przeczuwało prawdę?
Dla nas nadzieja gasła z każdym zachodem słońca i nie budziła się rankiem. Choroba postępowała bardzo szybko, gdyż w wieku Dory niema na nią środka. Z rozpaczą w sercu musiałem się jednak uśmiechać, dla niej miałem siłę ukrywać ból straszny.
Straszny, bo dni jej były policzone, może nawet godziny. Nie wychodziłem z domu, prawie nie odstępowałem od jej łóżka.
Wtem uczuła się lepiej. Zaczęła marzyć o podróży, o domku babki, wydawało jej się, że siły przybywają.
Lecz wiedziałem, że to złudzenie, zwykłe w tej okropnej chorobie.
I pewnej nocy odeszła tak cicho, że nikt nie wiedział, kiedy się to stało.
Niepodobna mi pisać o tych strasznych chwilach...
Gdy wracałem z pogrzebu, byłem tak zgnębiony, że nic mię nie obchodziło na świecie. Nie odczułbym w tej chwili żadnego nieszczęścia. Los mię wystawił na próbę.
W domu zastałem list pilny. Wuj Dan, brat Peggotty, wzywał mię natychmiast do Yarmouth.
I wyruszyłem prawie obojętny, nawet nie usiłując odgadnąć przyczyny tego dziwnego wezwania.
Na stacji dyliżansów oczekiwano na mnie. Mówiono o burzy, usłyszałem imię Steerfortha.
Wkrótce zobaczyłem go po raz ostatni. Leżał piękny, jak we śnie, zdrów, silny i młody, leżał martwy na marach, jak niegdyś na łóżku, kiedy opowiadałem mu powieści.
Wpatrywałem się długo w te rysy tak drogie i zaszlochałem wreszcie. Opuszczali mię pierwsi towarzysze wspólnej wędrówki przez życie.
Zdawało mi się, że sam pozostałem.
Lecz skądże wziął się tu Steerforth?
Rybacy opowiadali o nieszczęściu. Burza, jakiej nie pamiętano, rozszalała się na morzu i lądzie. Okręt hiszpański rozbił się u brzegu w oczach bezradnych widzów, gdyż ratunek był niepodobieństwem. Opisywali mi ten straszny obraz. Ryk fali, wicie wichru, miotanie się na brzeg spienionych bałwanów, łoskot padających masztów, trzask druzgotanych szczątków okrętowych łączył się z krzykiem ludzi i odgłosem dzwonka na głównym maszcie ginącego statku. Rozbitkowie walczyli z odwagą rozpaczy. I widziano Steerfortha, jak uwijał się z siekierą w ręku, przecinając splątane liny, rąbiąc zwalone maszty. Wyróżniał go obcisły fez czerwony, który widniał zdaleka, nie zerwany z głowy przez orkan.
Gdy okręt poszedł na dno, uczepił się masztu i dawał znaki ręką. Kilku najodważniejszych rzuciło się pomimo wszystko na ratunek, lecz fala odtrąciła na brzeg poranionych, a wysoka zielona góra z białą grzywą pokryła wszystko śmiertelnym całunem.
Nazajutrz fala wyrzuciła zwłoki.
Siedziałem przy nim, póki nie przygotowano pogrzebowego wozu, który miałem odprowadzić do rodzinnego domu przyjaciela. Siedziałem i patrzyłem na obrazy, długą wstęgą przesuwające się w mej wyobraźni. Widziałem go w Salem House, wyższego od nas wszystkich, wodza niezależnego, zuchwałego. I cicho przesunęła się blada i nikła postać nauczyciela, pana Mella, którego usunął ze swej drogi wyniośle i z krzywdą...
I widziałem go w jego domu, otoczonego miłością i zbytkiem, bożyszcze matki, władcę nieograniczonego, którego wola była dla wszystkich wyrokiem. Lecz on w tym domu był gościem jedynie, jego energja nie miała tu pola.
Potem w Londynie. Czyż był złym duchem dla mnie?... Czy Ania miała słuszność?... Wybryk młodości to rzecz tak zwyczajna — zwłaszcza, że — jakież on miał obowiązki? Co go wiązało z ludźmi prócz zabawy?
Sam powiedział: źle zostałem wychowany...
Może zczasem byłby się zmienił, przesycony pogonią za przyjemnościami, coraz nową rozrywką. Czyż nie powiedział, że puhar rozkoszy wyczerpuje się prędko? Czy go wychylił do dna?... Co mu przyniósł ten rok ostatni?...
Leży martwy i piękny, życie nie powróci, jakiż ślad po nim został? Jakie u ludzi wspomnienie?
Zdawało mi się, że widzę przed sobą bezcenne skarby ducha zmarnowane, inne rozbicie okrętu wśród burzy... I ból ściskał mi serce, oddałbym pół życia, gdybym mógł przelać je w pierś przyjaciela...
Gdy stanąłem przed matką, nie mogłem znaleźć słowa. Jak powiedzieć jej rzecz tak okropną?
— Czy pan chory? — spytała, widząc moją bladość.
— Nie, pani — wyjąkałem drżącym głosem.
— Mój syn? — szepnęła nagle przerażona.
— Słaby — odpowiedziałem bezdźwięcznie.
— Gdzie on? — krzyknęła prawie i chciała się podnieść, lecz zrozumiała wszystko z wyrazu mej twarzy.
Nie widziałem takiej bladości, jaka okryła ją nagle. Wyprostowała głowę, oczy stanęły słupem, zesztywniała.
Panna Róża z krzykiem rzuciła się ku niej, zadzwoniłem na służbę, wezwano doktorów. Pani Steerforth leżała sztywna, skamieniała, bez ruchu i bez mowy, cichy jęk tylko od czasu do czasu był oznaką życia i bólu.
Złożyliśmy w rodzinnych grobach jego zwłoki. Odjechałem.
Powróciłem tak wyczerpany, że już nie miałem siły nawet cierpieć. I we mnie życie skamieniało. Wszystko było mi obojętne, nawet współczucie babki i obecność Ani; nie mogłem wskrzesić w sobie żadnej iskierki uczucia.
Wtedy babka i Ania zmusiły mię prawie do wyjazdu na czas jakiś zagranicę. Traddles załatwił za mnie wszelkie formalności, jak dziecko odprowadzili mię wszyscy na statek.
Rachowały na zmianę wrażeń, na konieczność zajęcia się codziennemi sprawami.
Trzy lata trwała moja nieobecność w kraju. Z początku bezmyślnie przenosiłem się z miejsca na miejsce, uciekając przed sobą samym, patrząc, ale nie widząc, obojętny na wszystko, co mię otaczało, zmartwiały we własnym bólu.
Ocknąłem się dopiero po kilku miesiącach w Szwajcarji. Była to dziwna chwila. Schodziłem stromą ścieżką ku dolinie, w której tuliła się niewielka wioska, tonąc w świeżej górskiej zieleni. Na skałach gorzało zachodzące słonce, zdołu płynęły echa dalekiego śpiewu, i ten spokojny obraz pięknego wieczoru na tle majestatu wspaniałej natury przemówił do mnie wreszcie. Głęboko wzruszony, rzuciłem się na mchy wilgotne i płakałem głośno i długo, a ze łzami spływało z duszy odrętwienie.
Zatrzymałem się tutaj, osiadłem na dłużej, z nieznaną mi rozkoszą odczuwając piękno przyrody i z zajęciem obserwując ciche życie ludzi prostych i dobrych. Zajrzałem w serca i znalazłem w nich skarby wielkie, połączyła mię z nimi przyjaźń. Robiłem dłuższe i dalsze wycieczki, lecz wracałem tu stale, witany radośnie, żegnany zawsze z żalem. Odczułem znowu słodycz życzliwych stosunków i podziału radości i smutku. Wtedy oceniłem swoje samolubstwo, osądziłem surowo niewdzięczność i słabość, zrozumiałem, że nie mogę być wyjątkiem od powszechnego prawa, które wszelkie życie splata z bólu i szczęścia, że męstwo jest obowiązkiem w tej walce, a współczucie dla bliźnich koi cierpienia własne.
Przyznać muszę, że listy Ani najwięcej mi do tego dopomogły. Dotąd przesyłałem do Anglji tylko krótkie karty z nowym adresem i wiadomością o zdrowiu, stąd doniosłem pierwszy raz, że mi tutaj dobrze i że zostanę dłużej. Wkrótce otrzymałem odpowiedź i pierwszy list dłuższy od Ani.
Pisała po swojemu: serdecznie i prosto. Wyrażała ufność w moje moralne siły. Mówiła o cierpieniu jak o rzeczy nieuniknionej, od której życie wolne być nie może, które podnosi często naszą wartość, a pogłębia wszystkie uczucia i myśli. Człowiek silny z tej próby wychodzi zwycięsko, uszlachetniony i z bogatszą duszą. Pytała, czy pracuję i co robię. Potem kilku słowami przeniosła mię w czasy dzieciństwa, przypomniała szczęśliwe chwile, wywołała uśmiech na usta i zbudziła słodkie wspomnienia i spokojne, poważne myśli.
Jej list pokrzepił mię jak dłoń przyjazna. Odczytałem go kilkakrotnie i odpisałem tego samego wieczora, przyznając, że jak dawniej potrzebuję jej serca i rozsądku, gdyż sam sobie widocznie wystarczyć nie umiem.
Odtąd wymienialiśmy listy dosyć często. Zwolna w mej wyobraźni snuć się zaczęły pomysły, przejrzyste cienie, żądające kształtów, zbudziła się twórczość tak długo uśpiona i zacząłem pracować, pisać.
Pierwszą skończoną pracę posłałem na ręce Traddlesa i sprawiło mi wielką przyjemność jej ukazanie się w postaci książki. Zapał autorski ocknął się z całą potęgą, dając mi chwile najwyższej rozkoszy i nieznanego szczęścia. Imię moje stało się znane powszechnie.
Zatęskniłem wreszcie do swoich, do kraju, i zacząłem rozmyślać o niespodziance powrotu. Poco ich mam uprzedzać? Czy nie milsze będzie zjawienie się moje bez przygotowania? Uczułem, że ich kocham serdecznie, gorąco, że mam jeszcze na świecie drogie mi bardzo istoty.
To też radosna była chwila powitania, kiedy znalazłem się w domu Traddlesa. Pani Zofja śmiała się wciąż srebrnym śmiechem, a zacny Tomek jeżył niesforną czuprynę, coraz to w inny sposób okazując swe zadowolenie.
Prosiłem go o dyskrecję, gdyż chciałem i babce zrobić niespodziankę, lecz przedtem zamierzałem odwiedzić swe rodzinne gniazdo i cichy cmentarz, gdzie stare drzewa już tak dawno szumiały nad grobami moich rodziców.
Uścisnąwszy dłonie przyjaciół, wsiadłem wreszcie do dyliżansu i o wieczornej porze wpadłem jak mały chłopiec do pokoju, gdzie babka w okularach siedziała przy stole, pijąc herbatę i rozmawiając z panem Dickiem.
Jaki hałas powstał nagle w całym domu, trudnoby opisać dokładnie. Przybiegła Peggotty i padła mi z płaczem w objęcia. Pan Dick śmiał się i ściskał moje ręce, a babka wzywała wszystkich do porządku, ponieważ muszę być głodny.
Naturalnie że gawędziliśmy do północy i że spałem w swoim pokoju na górze, w tym samym, który zajmowałem niegdyś.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.