Encyklopedja Kościelna/Bennoni

<<< Dane tekstu >>>
Tytuł Encyklopedja Kościelna (tom II)
Redaktor Michał Nowodworski
Data wyd. 1873
Druk Czerwiński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron

Bennoni. Niemcy katolicy, mieszkający w Warszawie, po większej części kupcy, fabrykanci i rzemieślnicy, r. 1623 zawiązali bractwo, p. t. św. Bennona. Początkowo należało do tego bractwa 12 osób, niebawem powiększyła się liczba członków; bractwo zakupiło dom na Nowém Mieście i tam założyło szpital, szkołę i przytułek dla cudzoziemców biedniejszych. Przy szpitalu znajdowała się mała kaplica, w której jezuici służbę Bożą sprawowali. Ks. Lejer, jezuita, spowiednik królewicza Jana Kazimierza, miał zachęcić rzemieślników, a mianowicie mularzy i cieśli, że ci, nocami pracując, zbudowali kościół św. Bennona. Po kasacie jezuitów, kościół ten stał pustką, dopóki mu Opatrzność nowych nie zesłała kapłanów. Nuncjusz apostolski w Polsce Ferdynand książę di Carigliano Saluzzo, arcybiskup kartagiński, zażądał r. 1787 dwóch mężów apostolskich na missję dla Kurlandji. Wyznaczeni na tę missję zostali dwaj redemptoryści (ob.): Klemens Marja Hoffbauer (ob.), morawianin, i Tadeusz Hübl, czech. Gdy ci dwaj, wraz z trzecim braciszkiem Emmanuelem Kunzmanem, przybyli do Warszawy (1788 r.), nuncjusz wystarał się o ich tu zatrzymanie i wyprosił dla nich kościół św. Bennona; ztąd redemptorystów nazwano u nas bennonami, bennonitami, bennonistami. Ci, zaledwie przybyli, rozpoczęli prace swoje od nauk po rynkach, po ulicach, w miejscu zbiegowisk, na targach, zbierali uliczników, nędznych, młodych żebraków, przytulali ich, karmili i przyodziewali, uczyli pracy i modlitwy, chodzili z garnkami żywności do chorych, ubogich, nie pytając co świat na to powie, a mianowicie ówczesny zepsuty świat warszawski. Poświęcenie chrześcjańskie odnosiło jednak zwycięztwo: Hoffbauer porywał za sobą tłumy. Bieda jednak w nowym domu była wielka; kiedy Hoffbauer wszedł do tego domu, miał trzy talary w kieszeni, dwa stoliki i jeden stół długi. Zasilały ich ofiary wiernych, ale wydatki były wielkie. Nuncjusz pisał o tej biedzie do Rzymu r. 1791, i Pius VI wyznaczył dla nich 900 złp. rocznego wsparcia. Pierwszym z Polaków, którzy do zgromadzenia wstąpili, był Jan Podgórski; za nim wstępowali i inni. R. 1805 zgromadzenie liczyło 24 kapłanów gorliwych. Kościół bennonów słynął z nabożeństwa. W siedmiu konfesjonałach słuchano spowiedzi od rana do wieczora; raport z r. 1796 złożony przez o. Hoffbauera donosi, że t. r. spowiadało się tam 18,777 osób; r. 1799 liczba penitentów podniosła się o 10,000; r. 1807 penitentów było znacznie więcej jak 100,000. Codziennie o 5ej rano było kazanie katechizmowe dla służących; po prymarji kazanie drugie. Po wotywie o 10 godzinie trzecie kazanie niemieckie; poczém odbywała się summa. Po południu, po odśpiewaniu godzinek niemieckich, następowało kazanie niemieckie. Wieczorne nabożeństwo kończyło się rachunkiem sumienia i aktami wiary, nadziei i miłości. Kościół był zawsze napełniony wiernymi. Rósł i sam zakon w liczbę; wysłał do Mitawy na Kurlandję 3 księży, 3 do Lutkówki pod Mszczonowem, 1 do Radzymina i 5 do Jesteten w Niemczech. Władza duchowna poleciła im w kościele św. Krzyża przez czas jakiś odprawiać nabożeństwo, a nadto zawezwano ich do odprawiania missji w archidjecezji warszawskiej. W domu s. Bennona trzy były szkoły: 1) elementarna dla przychodnich chłopców; 2) szkoła sierot w domu wychowywanych, których liczba czasami do 100 dochodziła; 3) szkoła aspirantów i kleryków zgromadzenia. Nadto, po za domem urządził o. Hoffbauer szkołę, z domem sierot dla dziewcząt (do 100). Wychowaniem zajmowały się niewiasty pobożne, żyjące pod osobną regułą, a pod kierunkiem bennonów. Miewali bennoni katechetyczne dysputy dla dyssydentów i żydów. Większa część ochrzczonych rodzin żydowskich w Warszawie z tego czasu swój początek wiedzie. Taka gorliwość, jak z jednej strony zyskała uwielbienie wiernego ludu, tak z drugiej kłuła w oczy zgangrenowaną moralnie część społeczeństwa warszawskiego. Zaledwie prusacy zajęli Warszawę, naodbierali denuncjacji pełno na bennonitów. Oskarżano ich o brudy moralne i o spiski polityczne. Spodziewała się szajka publicznych gorszycieli, że rząd protestancki rad będzie tym dennucjacjom i zamknie usta gorliwym nauczycielom prawdy. Zaczęto nawet próbować ulicznych demonstracji. Ścisłe śledztwo rządowe pokazało zupełną niewinność zakonników, nakazano im tylko:1) zamykać wieczorem kościół godziną wprzód;2) nie miewać kazań na ulicach;3) nie przyjmować nowicjuszów przed ukończeniem 24 lat życia;4) donosić władzy cywilnej o każdém święceniu aspirantów na subdjakonat. Ograniczenia te nie zmieniły stanu rzeczy: z ponawianych denuncjacji, bennoni wychodzili zawsze zwycięzko. Zawziętość nieprzyjaciół nie znała wówczas miary: najohydniejsze puszczano na nich paszkwile; na maskaradach i teatrach przedstawiano ich w haniebnych sytuacjach, odgrażano pistoletami w kościele, czychano z kijami pod wieczór na ulicach i pastwiono się nad bezbronnymi. Zakonnicy znosili to wszystko w pokoju, bez skargi; lud tém żywiej ich uwielbiał. Gdy do Warszawy weszli Francuzi, nieprzyjaciele zmienili taktykę: jak wprzód oskarżali bennonów o spiski przeciwko Prusakom, tak teraz oskarżano ich o spiski przeciwko rządowi narodowemu i o korespondencję z rządami nieprzyjaznemi Francji i Polski. Taki, zupełnie bezzasadny, zarzut robi im Fryderyk hr. Skarbek w swoich Dziejach księstwa Warszawskiego, a powtarza go niebacznie ks. Fabisz w Wiadomości o legatach i nuncjuszach w dawnej Polsce. Ówczesny rząd francuzki nieprzychylny był Kościołowi, a w szczególności zakonom; denuncjacje więc poskutkowały. Za pozór posłużyła burda i bijatyka dwóch oficerów francuzkich z publicznością, przy wychodzeniu z kościoła w wielką sobotę po rezurekcji (16 Kwietnia 1806 r.). Ob. Sześcioletnia korespondencja, wydana przez ks. arcyb. Raczyńskiego. Zrobiono z tego wielką sprawę, choć jej nie roztrząsano sądownie; nareszcie, wielcy dygnitarze polscy wyrobili w Paryżu, przez marszałka Davoust, rozkaz rozpędzenia zakonników. Fryderyk August, król saski a książe warszawski, ze łzami podpisał narzucony mu dekret 9 Czerwca 1808 r. O. Hoffbauer był już na wszystko gotów. W oktawie Zielonych Świątek, mówiąc pacierze kapłańskie, kiedy przyszedł w Ps. 87 do miejsca: Pauper sum ego et in laboribus a juventate mea: exaltatus autem humiliatus sum et conturbatus, uczuł w całém ciele takie potężne wzruszenie wszystkich członków, że zadrżał, jakoby potężną febrą wzruszony. Poznał, że znak mu jest dany, aby się gotował na przyjęcie wielkiego ciosu. Jakoż nazajutrz przyszedł do niego jeden z wysokich urzędników i zawiadomił go, co za kilka dni spaść ma na całe zgromadzenie; objaśnił przytém, że z domu nic im wynieść nie podobna, bo pod najściślejszym zostawali dozorem rozstawionej tajnej policji. Relikwje rozdzielił o. Hoffbauer pomiędzy zakonników, najkosztowniejsze sprzęty ukrył w sklepach kościelnych (później do Wiednia przewiezione); każdy opatrzył się w bieliznę i odzież do podróży. Nabożeństwo odbywało się jak zwykle. W kilka dni później wojsko francuzkie zaległo ulice prowadzące do kościoła św. Bennona; 20 wozów zajechało przed klasztor, kościół z obu stron zamknięto, przy każdym wozie 6 konnych żołnierzy stanęło, całą eskortę podzielono na oddziały po trzy wozy. Komissarz policyjny wszedł z urzędnikami do o. Hoffbauera, przerwano nabożeństwo w kościele, zwołano zakonników do refektarza, przeczytano dekret rozwiązania, a zarazem nakazano siadać na wozy i w cwał rozmaitemi ulicami rozwieziono (zawieziono ich do Kiestrzyna, Cüstrin). W kilka godzin po wywiezieniu i zrewidowaniu klasztoru, otworzono kościół, wezwano ludzi do wyjścia i drzwi kościelne opieczętowano. Po wywiezieniu bennonitów, następnej zaraz nocy w loży massońskiej odbyła się wielka hulatyka, wesołe krzyki i strzelaniny, na znak radości z odniesionego zwycięztwa. Ob. art. Redemptoryści, Hoffbauer, tudzież życiorys jego w Przeglądzie katolickim warszawskim r. 1864 n. 19 i n.N.