>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Galopada
Podtytuł Szkic do obrazku rodzajowego
Pochodzenie „Nowiny“, 1877, nr 41
Redaktor Erazm Piltz
Wydawca Erazm Piltz
Data wyd. 1877
Druk J. Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


GALOPADA.
(Szkic do obrazku rodzajowego)
przez
Klemensa Junoszę.





Ciekawa rzecz, po co taki gruby szlachcic jak pan Jan, jeździ do Ciechocinka?
Czerwony jest jak ćwik, zdrów jak rydz, a jak krzyknie u siebie na ganku w Wólce na Maćka, żeby konie zaprzęgał, to w sąsiedniem miasteczku szyby drżą i żydowskie dzieciaki chowają się po wszystkich kątach.
Pomimo tego, jeździ on biedaczysko corocznie, kąpie się w słonej wodzie, smaruje błotem... i płacze w duchu, na myśl, że tam deszcz może zmoczyć świeżo skoszone siano, a grad poobcinać główki ciężkim kłosom pszenicznym... ale cóż robić, Pan Bóg zsyła na ludzi ciężkie krzyże, które dźwigać musi bez szemrania każdy prawowierny chrześcianin.
Pan Jan dźwigał też krzyż, małżonka jego bowiem nie była do zniesienia tak łatwą... Drogi ów ciężar miał charakter despotyczny, nie lubił, aby mu się sprzeciwiano, a tak miał rozwinięte krasomówcze zdolności, że niejeden gwardyan bernardyński mógł mu daru słowa pozazdrościć.
Niebo, w niewyczerpanej szczodrobliwości swojej, obdarzyło pana Jana sporą dozą cierpliwości i pokory owej co to niebiosa przebija, był on więc cichy, posłuszny, potulny jak gołąbek i słuchał rozkazów magnifiki, jak żołnierz komendy słuchać winien.
Magnifika mniemała, że w Ciechocinku i w ogóle u wszystkich źródeł, znajduje się skład hurtowy hrabiów, baronów, jednem słowem wszelkiego rodzaju śmietanki, uprzyjemniającej życie na tym padole łez i westchnień.
Pani Janowa lubiła życie, a życiem nie mogła nazwać przecież monotonnych dni pędzonych w Wólce, światem nie mogła nazwać gęsi i kur po dziedzińcu spacerujących, ani nie uważała za towarzystwo tych poczciwych ludzi, co się co niedziela zbierali w parafialnym kościele i nosili za procesyą świece woskowe, bardziej jeszcze żółte, aniżeli twarz warszawskiej elegantki... przed pomalowaniem.
Małżonka pana Jana lubiła tańczyć, jest to właściwość wszystkich kobiet w pewnym wieku i okazałej tuszy. Taniec to życie, mówiła zawsze do mnie, a ja myślałem sobie: moja jejmość, mylisz się, życie to raczej jest nieustannym tańcem, tańcem bez przerwy, przy dźwięku fałszywej muzyki kłopotów, tańcem, w którym człowiek zadyszy się, padnie, wstanie, znów tańczy, znów się zrywa, dopóki nie padnie jak długi, aby już więcej nie powstać.
Lecz co tam tłomaczyć takie rzeczy kobiecie, która lubi tańczyć i waży dwieście siedmdziesiąt cztery funty sprawiedliwej wagi...
Jeździła też jejmość do wód nie dla czego innego, tylko dla tańca, a przytem miała sposobność sprawienia sobie kilku nowych sukien wedle najświeższej mody, tak pięknie odznaczającej formy ciała...
Jeżeli w pokoju świeci słońce — spuszczamy rolety, jeżeli nie chcemy odsłonić części komnaty — mamy na to parawan. Mowa jest parawanem myśli, uczucie parawanem interesu, parawanem zaś matek lubiących zabawy są córki...
— Ach, jaka pani dobrodziejka szczęśliwa! mówiła na wieczorze pewna pani do swojej sąsiadki.
— Dlaczego?
— Masz pani córkę.
— Ach, kochana pani, jest to z jednej strony rozkosz wielka... ale tyle kłopotów, tyle kosztu...
— A jednak, gdybym ja miała córkę, byłabym najszczęśliwszą z kobiet.
— Czy pani tak lubi dzieci?
— Nie, pani, ja lubię tańczyć pasyami.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rosło to sobie jak kwiatek, ale nie jak owa wypieszczona i wymęczona w sztucznej cieplarni roślina, na której kwiatach takie są barwy, jak rumieniec na chorobliwej suchotnika twarzy... Ona rosła jak konwalia leśna, jak polny gwoździk na ugorze, jak ów kaczeniec żółty, co się po łąkach rozsypuje tak gęsto...
Kto to chował? kto to uczył? kto dał tam taki wdzięk pełen prostoty, tak rzadkiej już dzisiaj...
Kto szył jej te sukienki z perkaliku, tak skromne a tak wdzięczne zarazem, kto zrobił z niej królową, którą kochała okoliczna ludność; do której wzdychało tyle młodzi w palonych butach...
Ba, kto ją chował, Pan Bóg i ludzie dobrzy chowali i uchowali też, uchowali takie caceczko wdzięczne, takie sympatyczne a poczciwe, że nie było psa w Wólce, któryby na nią śmiał szczeknąć, nie było kota, coby nie otarł się o jej sukienkę mrucząc i ogonem długim objawiając swą radość; a jak wyszła na wieś, to pyzate dzieciaki biegły za nią i całowały jej rączki drobne, kształtne i, nie oburzajcie się panie, opalone cokolwiek...
Pani Janowa nie zajmowała się Brońcią, wykarmiła ją jakaś wiejska kobieta, gdyż mamie, jak rydz zdrowej, mogłoby to zaszkodzić. Przypuszczenie to potwierdziła nawet najpierwsza znakomitość medyczna... powiatowa. Wychowała dziewczynkę ciotka jej, biedna wdowa, kobieta zacna, która właśnie dla tego że była zacną i biedną, pokochała Brońcię jak rodzone dziecko i dla niej za kawałek chleba znosiła wszystkie przykrości, jakich jej lubiąca tańczyć jejmość nie szczędziła...
Ciotka umarła... z jej śmiercią skończyła się edukacya Brońci, kilka dobrych książek dopełniło reszty.
W główce jej jasnemi włosami pokrytej jasno było, w sercu przechowywały się najpiękniejsze skarby miłości i uczucia, a w czarnych dużych oczach świeciły blaski inteligencyi i rozumu.
Zapomniałem dodać, że z lewej strony twarzy, nad zagięciem ust uśmiechniętych łagodnie, miała maleńką brodaweczkę, z czem było jej bardzo ładnie...
Brońcia siedzi w ogrodzie pod cieniem rozłożystego kasztanu; niedawno przestał deszcz padać, słońce przegląda się z ukosa w dużych kroplach wody, zawieszonych na liściach, w powietrzu woń prześliczna, ptaki otrzepują skrzydła po deszczowym prysznicu, a psiak młody przed domem, kręci się w kółko, goniąc za własnym ogonem, niby za ideałem.... psim...
Idźmy do Brońci...
Niestety, spóźniliśmy się, — towarzysz jej, wysmukły z ogorzałą twarzą młodzieniec podaje jéj rękę i oddala się powoli. Brońcia zostaje w zamyśleniu, a pan Jan, pstrząc na tę scenę z otwartego okna, uśmiecha się, zaciera ręce i puszcza z fajki takie kłęby dymu, jakby chciał na jego skrzydłach sinawych rozesłać wieści o swych marzeniach, aż po granice powiatu całego...
Łzy błyszczały w oczach dziewczęcia, chmurka osiadła na czole... lecz raptem z szerokiego liścia kasztanu spadła duża kropla zimnej wody, uderzyła w jasne czoło Brońci i przerwała marzenie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Teraz powiem Wam bajkę.
Było sobie trzech braci, ma się rozumieć, dwóch mądrych a jeden głupi. Mądrzy, dlatego może właśnie że mądrzy, przenieśli się do lepszego żywota, głupi został sam jeden na świecie...
Nie zupełnie sam jeden, bo z dużym, chociaż dobrze już przez mądrych braci nadszarpanym, majątkiem...
Na imię było mu Alfred, czterdzieści parę lat gniotło mu ramiona, włos przerzedził się trochę i przypruszył siwizną, twarz szeroka, pełna, bez zarostu, wyrażała zadowolenie z siebie i ozdobiona była zawsze owym uśmiechem impertynencko-ckliwym, właściwym ludziom tego gatunku co Fredzio...
Ciechocinek wrzał życiem... ciechocińskiem prawdziwie.
Pod tężniami chodziły piękne panie i dzieci postrojone jak lalki, a wśród tego wieńca żywych kwiatów wyróżniała się pani Janowa, niby olbrzymia piwonia o liściach jedwabnych, a obok niej powszechną uwagę zwracała Brońcia. Wszystkie oczy śledziły za nią, a między innemi nie mogły jej także nie zauważyć małe, przymrużone oczy Fredzia.
Biegały one wszędzie za piękną kujawianką, śledziły ją na każdym kroku, rano na wodach, po obiedzie pod werendą gościnnego domu pana Millera, pod tężniami wieczorem, nie dawały im spoczynku i wytchnienia aż dotąd, dopóki pewnego pięknego południa właściciel ich nie złożył wizyty.
Przyjęto go bardzo grzecznie i uprzejmie. Pan Jan, z otwartością prawdziwie kujawską, wyspowiadał się przed nim, że przed trzema laty skołowaciał mu najpiękniejszy baran, sas rodem; że mu zaraza padła na kartofle i że chłopi robią ogromne szkody w łąkach.
Wysłuchał tego wszystkiego Fredzio, wysłuchał również długich lamentacyj pani Janowej, uskarżającej się na brak towarzystwa na wsi, na nudy straszliwe i nieznośne, a ponieważ potakiwał szanownej damie i wzdychał jak miech kowalski — zjednał więc sobie zaraz jej zaufanie bez granic i stał się powiernikiem wszystkich cierpień damy ze świata, którą srogi los przykuł do nudnej wsi i do tych «figur niesmacznych,» co to nie mają ani wyższej ogłady, ani politury salonowej, ani światowego werniksu.
— Zrozumie pan to dobrze, że wieś, mówiła szeroka dama, dla kobiety, która zna świat i jego powaby, jest nieznośnem więzieniem...
— Tak, istotnie, szanowna pani, w Paryżu naprzykład...
— Pan był w Paryżu... mój Boże, jakie to roskoszne miasto być musi, jakie życie i ruch... podaj mi pan rękę i bądźmy przyjaciółmi, ludzie z jednej sfery rozumieją się wybornie...
Fredzio ucałował podaną sobie rękę pulchną i szeroką, a dama obdarzyła go wejrzeniem tak wymownem i tak pełnem wyrazu, że aż pan Jan wyjął z ust fajkę i szepnął:
— Czego ona może chcieć od niego?
Po kilku wizytach, Fredzio usiłował zawiązać z Brońcią rozmowę. Nie szło mu to jednak, nie raz chciał jej powiedzieć coś dowcipnego i powiedział banalny koncept jakiś. Brońcia spojrzała na niego zdziwiona, a on pod wrażeniem tego wejrzenia mieszał się, bladł i może pierwszy raz w życiu sam sobie głupim się wydawał...
— Lubi pani kwiaty? pytał jej pewnego razu.
— Naturalnie, któżby kwiatów nie lubił.
— To tak samo jak i ja — i znowu milczenie...
— A lubi pani tańczyć...
— Trochę.
— To także tak samo jak ja — i znowu milczenie.
— A co pani najlepiej lubi?
— Najlepiej lubię pytania dowcipne.
— Więc i mój dowcip podoba się pani?
— Jeżeli mam prawdę powiedzieć, to lepiej wydajesz mi się pan jako tancerz...
— Czy tak? o, jeżeli pani mogę zrobić przyjemność, to będę tańczył do upadłego.
— Wybornie, uszczęśliwisz mnie pan prawdziwie, lecz jeśli chcesz mnie pan uszczęśliwić podwójnie... tańcz pan z mamą... ona tak lubi tańczyć...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Miłość tworzy cuda, a lubi niekiedy płatać figle.
Żaden humorysta, chociażby nawet był Prusem podniesionym do potęgi szesnastej, nie wymyśli takich facecyj jak ta stara, odwieczna, a jednak wiecznie młoda siła, co serca ludzkie jak stare zegary nakręca, w głowach przewraca, w piersiach pali, kieszenie pustoszy, myśli plącze i Bóg wie co jeszcze wyrabia.
Bal w Ciechocinku wrzał życiem i weselem.
Umyślny extra-pociąg towarowy przywiózł z Warszawy dwa tuziny bladych idealnie tancerzy, a schorowane damy, którym kuracya tak bardzo dla zdrowia potrzebną była, wyzdrowiały na ten wieczór.
Szanowni czeladnicy Eskulapa, gdy wyczerpiecie wszelkie środki medyczne bezskutecznie, a jeśli pragniecie życie pacyentki waszej uratować, przepiszcie jej suknię jedwabną z kwiatami, muzykę i kilkunastu tancerzy do użytku zewnętrznego, a ona, jakby za dotknięciem czarodziejskiej laski, wyjmie nogę z grobu i wepchnie ją w balowy trzewiczek, wraz z tuzinem korków.
To jest granica, po za którą wiedza wasza nie pójdzie już ani kroku.
Ożywienie było ogromne. Fredzio był bohaterem dnia, tańczył do upadłego, a kiedy zmęczony padał na krzesło, Brońcia sama przychodziła do niego, mówiąc:
— Wybornie, wybornie, obie z mamą zachwycone jesteśmy...
Nowa siła wstępowała we Fredzia, muzyka zagrała galopadę skoczną... bohater dnia podał ramię pani Janowej i masa ta posunęła się naprzód w szalonym pędzie.
O losie! czemuż stawiasz ludziom na przeszkodzie wierzycieli! czemu na drodze miłości siejesz rywali, czemu nakoniec dzielnemu tancerzowi rzucasz ogon od sukni pod stopy?!
Pani Janowa miała szafirową suknię jedwabną, z ogonem jak nieszczęście długim, na zwrocie ogon ten jak wąż olbrzymi splątał nogi Fredzia, uścisnął je w splocie fatalnym, przykrępował do tancerki... bohaterowie chwili zachwiali się i padli w szalonym impecie... oberwany ogon, przyczyna całego nieszczęścia, leżał na ziemi jak płaszcz bandyty na miejscu wypadku krwawego.
Pani zemdlała... Ciechocinek się trząsł... śmiech ogólny dobijał nieszczęśliwych.... Na drugi dzień pociąg odwoził nieszczęśliwych... Fredzia za granicę, a panią Janowę do domu...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pod cieniem rozłożystego kasztanu siedzi Brońcia, niedawno przestał deszcz padać, słońce przegląda się padając z ukosa w dużych kroplach wody zawieszonych na liściach, w powietrzu woń, ptaki strzepują skrzydła po deszczowym prysznicu, a młody psiak przed domem kręci się w kółko, goniąc za własnym ogonem, jak za ideałem... psim...
A obok Brońci siedzi młody człowiek o ogorzałej twarzy i pan Jan, który mówi do niego:
— Mój zięciu.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.