<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.

Alleluja! Alleluja! Alleluja!
Śpiewały wielkanocne dzwony. Śpiewały serca człowiecze, upojone zwycięztwem, i wraz też śpiewała wszystka natura głosami czarów i cudów. Wielkanocny dzień stał się jakoby bramą, przez którą wkroczyła na świat królewna wiosna, spowinięta w słoneczne promienie i przepasana zielenią. Iścił się słoneczny cud zmartwychwstania. Nowe królowanie zwiastowało się nad światem. Złoty trybularz słońca rozsiewał blaski, wonie i moce. Ciepła aura przejmowała lubością. Niebo rozpięło się lśniącym namiotem z bławatów. Przeciągał słodki, pieszczotliwy wiatr. Drzewa zdały się śpiewać hymny obłokami świeżej zieleni. Ptaki krzyczały, jak oszalałe. Radością wrzała Warszawa. Radością brzmiały wszystkie głosy. Ulice były rojne i gwarne, kto jeno żył, wychodził na miasto; Każdy pragnął własnemi oczami sprawdzać miejsca bojów, każdy pragnął nasycić duszę echami zwycięstwa, sławić bohatyrów.
Ślady bitew widniały na każdym kroku. Obryzgane krwią ściany, spalone domy, powyrywane okna, rozwalone mury, potrzaskane bronie i wielkie place, pozasypywane żółtym piaskiem, świadczyły o morderczych walkach.
Ale wróg pobity! Insurekcya tryumfująca i Warszawa wolna! — odpowiadał sobie niejeden z tysięcy, którzy przy szablach, z karabinami na ramionach, w cudackich pióropuszach, przepasani bandoletami, z żoną u boku i dziećmi, snuli się od samego rana po mieście, z dumą pokazując miejsca swoich przewag.
Te tłumne i pobożne pielgrzymki odprawowały się do zgliszcz pałacu Igelströma, do arsenału, do domów u wylotu Miodowej i pod Świętokrzyski kościół. Ciżbiono się tam godzinami w modlitewnem zgoła skupieniu i cichości.
A już prawdziwe pielgrzymki odbywały się do kościoła Kapucynów, do trumien panny Radzymińskiej i Woyny, o których bohaterskiej śmierci rozniesło się po Warszawie. Leżeli obok siebie na nizkim katafalku, w gloryi jarzących świateł, zarzuceni gałązkami bukszpanu, pękami śnieżnych narcyzów i fijołków. Ciche msze za ich dusze odprawiały się nieustannie, a łzy żalów, tkliwe westchnienia i podziwy tłumów spływały długim pacierzem.
O wczesnej dosyć godzinie zjawił się Zaręba z Ceśką i stryjem, którzy byli zjechali do Warszawy wczoraj popołudniu. Porucznik, stratą tylu przyjaciół dotknięty, dawał postać wielce przygnębionego. Ceśka zaszlochała przy trumnach, zapłakał i stryj Onufry, dawny towarzysz pancerny starego Radzymińskiego. Wreszcie przemógłszy żałość, poszli do Ojca Serafina, dogorywającego w swojej cichej, samotnej celi. Powaliły go śmiertelne rany.
Tłumy przy zwłokach zmieniały się co chwila; jedni przybywali, a drudzy nasyciwszy duszę smutkiem, cisnęli się w rynek Starego Miasta, pod Ratusz, obstawiony obywatelskiemi wartami, gdzie zakwaterował się Rząd Tymczasowy. Witano przyjeżdżających dygnitarzów burzliwymi okrzykami. Wiwatowano na ich cześć. Kiliński nie mógł się nigdzie pokazać, tak go rzęsiście oklaskiwano. Generała Cichockiego wyrwano z karety i wśród radosnych wrzasków zaniesiono na Ratusz. Każdego z oficyerów przyjmowano z entuzyazmem. Bowiem każda sposobność była dobrą do wyładowania ze siebie nadmiarów szczęścia.
Popołudniu rozeszła się wiadomość, że pułkownik Sokolnicki, pobiwszy Moskalów pod Karczewem, powraca ze zdobytymi taborami i jeńcami. Całe miasto ruszyło na jego spotkanie do mostu na Bednarską, że musiał się bronić przed niezasłużonemi owacyami.
Zasię o zmierzchu rozbłysły rzęsiste iluminacye, powywieszano transporty, po oknach ukazały się ogniste kolumny z napisami, z portretów Kościuszki uczyniono jakby ołtarze, pełne świateł i kwiatów. Tu i owdzie zagrały kapele. Śpiewano po ulicach. Tłumy przewalały się po mieście, niby morze kipiące nieokiełznanem weselem.
Ale wśród powszechnej radości, szałów i entuzyazmów krążyły wiadomości o aresztowaniu Ankwicza, Ożarowskiego, biskupa Kossakowskiego i Zabiełły. Przyjmowano te nowiny wybuchami szalonej uciechy. Chodziły też bajędy o usiłowanej ucieczce króla do Moskalów, czemu miał przeszkodzić Kiliński. Nie brakowało i trwożnych wieści, jakby rozsiewanych umyślnie, że Igelström z wielkiem wojskiem maszeruje na Warszawę, obiecując nie zostawić z niej kamienia na kamieniu. Nikt się tem jednak nie przerażał. Wierzono bowiem w przywódców i ufano już teraz we własne siły i męstwo.
I w takiej weselnej dyspozycyi przeszły święta Wielkiejnocy.
Podtrzymały ją wiadomości, otrzymane w parę dni później, jako Jasiński owładnął Wilnem, pobił Moskali, a hetmana Kossakowskiego, zdrajcę narodu, powiesił.
Potem, jak ptakowie na wiosnę, tak zaczęły nadlatywać ze wszystkich krańców Rzeczpospolitej wieści, jedna radośniejsza od drugiej. Owo cała Litwa powstała, Kurlandya opowiedziała się przy Polsce, Libawa rzuciła okowy, Żmudź wypędza wrogów. Na Białej Rusi Prozor gromi. Ukrainne dywizye przedzierają się do Korony. Wielkopolska grzmi, bije i wygania! Że już cała Rzeczpospolita podnosi się w dawnej chwale i mocy i majestacie.
Dnie i tygodnie przechodziły w gorączce oczekiwań, w krwawym trudzie znojów i walk.
Kto nie egzercyrował się w wojskowych obrotach, ten szedł do sypania wałów dokoła Warszawy.
Aż przyszły majowe rozruchy, wieszania zdrajców i uderzyła potem szczekocińska klęska.
I już złe wieści, niby psy, jęły kąsać serca oddane ojczyźnie.
Zajączek przegrał bitwę pod Chełmem. Prusacy zajęli Kraków. Sierakowski przegrał bitwę pod Krupczycami. Nieco później przegrał po raz drugi pod Brześciem.
Zwycięska obrona Warszawy podniesła znowu serca. Wyprawa Dąbrowskiego do Wielkopolski, zdobycie Bydgoszczy, podtrzymywały jeszcze wiarę w zwycięstwo nad wrogami.
Kościuszko wytężał wszystkie siły, organizował, zbroił, zachęcał, groził i błagał obywatelów o ratowanie własnej ojczyzny. Nie przemógł jednak okrutnego przeznaczenia.
Nieskończone ofiary, morza krwi, nadludzkie poświęcenia i bezgraniczne wysiłki.
A po tem wszystkiem — Maciejowicki pogrom.
A potem rzeź Pragi.
A potem kres wszystkiego. Otchłań długiej, beznadziejnej nocy.
Nie zginęła! Woła z pod ruin i zgliszcz Dąbrowski, za gwiazdą Napoleona wiodący hufce wierne ojczyźnie na lata tułaczki, bojów, ofiar męki i poświęceń.
Księstwo Warszawskie. Królestwo Kongresowe. Marzenia stają się ciałem.
A potem wybucha rok 1830.
I znowu nowe mogiły, wygnania, ofiary i Syzyfowa praca od początku.
A potem rok 1863.
Grobowe płyty przywalają umarłe i żywe; mogiła okuta kajdanami, a na straży nahaje.
Ale nie zginęła!
Burza się rozszalała. Oceany wystąpiły z brzegów. Zapadają się światy. Himalaje rozsypują się w gruzy, ale ze straszliwych odmętów, ze smagania się żywiołów, z walki kosmicznych potęg, podnosi się zwolna nowy ląd, zapala się nowe słońce, a na niem piorunami jaśniejące zgłoski:

»Wolność! Całość! Niepodległość!«

jak ongi, przed laty, na Kościuszkowskich sztandarach, i jak zawsze, w każdem sercu polskiem wyryte.

KONIEC.


Wł. St. R.


Czyżów i Winiary.
W ziemi sandomirskiej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.