<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriele D’Annunzio
Tytuł Intruz
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1899
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aleksandra Callier
Tytuł orygin. Intrus
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIV.

W jednym z takich napadów postanowiłem opuścić Badiolę, pojechać do Rzymu, szukać szczęścia.
Miałem pretekst gotowy. Ponieważ nie przewidzieliśmy tak długiej nieobecności, pozostawiliśmy dom w stanie prowizorycznym. Naglącem było pozałatwiać różne sprawy tak, aby nieobecność nasza przedłużyć się mogła bez oznaczonego terminu.
Oznajmiłem o moim wyjeździe. Przekonałem matkę moją, brata, Julianę, że to było rzeczą nieodzowną; przyrzekłem, że wszystko pozałatwiam w ciągu dni kilku i począłem robić przygotowania do podróży.
W wigilię wyjazdu wieczorem, późno już w noc, kiedym zamykał jedną z waliz, posłyszałem pukanie do drzwi mego pokoju. Wymówiłem:
— Proszę!
I ku memu zdumieniu zobaczyłem wchodzącą Julianę.
— Ach! To ty?
Wyszedłem na jej spotkanie. Była cokolwiek zdyszana, zmęczona może wejściem po schodach. Podsunąłem jej krzesło. Podałem filiżankę zimnej herbaty z cieniutkim plasterkiem cytryny, napój niegdyś lubiany przez nią, który przysposobiono dla mnie. Zaledwie umaczała w niej usta i oddała mi ją zaraz. Jej oczy zdradzały niepokój.
Nakoniec rzekła nieśmiało:
— A zatem wyjeżdżasz?
— Tak — odpowiedziałem — jak wiesz, jutro rano.
Nastąpiła potem długa przerwa ciszy. Przez otwarte okna wdzierał się chłód rozkoszny; promienie księżyca w pełni oblewały poręcze okien; słychać było chór śpiewny świerszczy, podobny do tonu nieco świszczącego i nieokreślenie dalekiego fletu.
Spytała mnie głosem zmienionym:
— Kiedy powrócisz? Mów ze mną otwarcie.
Nie wiem — odpowiedziałem.
Nastała nowa przerwa. Lekki wietrzyk powiewał od czasu do czasu i wzdymał firanki u okien; każdy powiew przynosił aż do nas w głąb pokoju rozkosz tej nocy letniej.
— Porzucasz mnie?
W głosie jej była rozpacz tak głęboka, że we mnie węzeł nieczułości rozluźnił się nagle i że ogarnęły mnie żal i litość.
— Nie — odpowiedziałem — nie lękaj się niczego, Juliano. Ale potrzeba mi trochę odpoczynku. Niepodobna mi już wytrzymać dłużej. Trzeba odetchnąć choćby.
Wymówiła:
— Masz słuszność.
— Zdaje mi się, że niedługo powrócę, jak ci to przyrzekłem. Napiszę do ciebie. I ty także, kiedy już nie będziesz patrzeć na moje cierpienie, doznasz może pewnej ulgi.
Odparła:
— Ulgi? Nie, nigdy.
Zdławione łkanie drżało w jej głosie. I dodała natychmiast z akcentem rozdzierającego udręczenia:
— Tullio, Tullio, powiedz mi prawdę! Czyś ty mnie znienawidził? Powiedz prawdę?
I oczy jej pytały mnie z większym jeszcze niepokojem niż słowa. Przez chwilę, powiedziałbyś, że utkwiła we mnie całą swą duszę. I biedne te oczy, szeroko rozwarte, to czoło tak czyste, te usta ściągnięte boleśnie, ta twarz wychudła, która stanowiła kontrast z sromotną bezkształtnością postawy i te ręce, te wątłe ręce cierpiące, które się wyciągnęły do mnie z gestem błagalnym, wszystko to sprawiło mi większą przykrość, niż kiedykolwiek, usposobiło do litości i rozrzewniło.
— Wierz mi, Juliano; wierz mi raz na zawsze. Nie mam żadnej urazy do ciebie i nigdy mieć jej nie będę. Nie zapomnę, że jestem twoim dłużnikiem; nie zapomnę niczego! Czyliż nie miałaś już tego dowodów? Uspokój się. Myśl teraz o twem wyzwoleniu... A potem... kto to wie? Ale w każdym razie, Jaliano, ja cię nie zawiodę. Na teraz pozwól mi odjechać, może kilka dni nieobecności przeniesie mi ulgę. Powrócę spokojniejszy. Spokój będzie bardzo potrzebny na dalsze chwile. Ty potrzebować będziesz także całej mojej pomocy.
Odrzekła:
— Dziękuję. Zrobisz ze mną, co zechcesz.
Teraz pośród nocy dobiegł do nas śpiew ludzki, który zagłuszył cały koncert polny: może to był chór żniwiarzy na dalekiej płaszczyźnie pracujących przy świetle księżyca.
— Czy słyszysz? — rzekłem.
Słuchaliśmy. Czuć było oddech wietrzyku. Cała rozkosz tej nocy letniej napełniła mi serce.
— Czy nie zechciałabyś pójść usiąść na tarasie? — spytałem, z cicha Juliany.
Przystała; podniosła się. Przeszliśmy do przyległego pokoju, gdzie nie było innego światła, prócz pełni księżyca. Wielka fala białego światła, coś niby mleko jakieś niemateryalne, zalała posadzkę. Chcąc wyjść na taras, szła przedemną w tej fali światła i mogłem widzieć cień jej bezkształtny, rysujący się czarnemi konturami na tle jasności.
Ach! gdzież się podziała istota smukła i gibka, którą obejmowałem uściskiem mych ramion? Odzież była teraz kochanka odzyskana wśród bzów kwitnących w kwietniowe południe? W jednem oka mgnieniu serce ogarnął mi żal wielki, wszystkie pragnienia razem, wszystkie rozpacze.
Juliana usiadła i oparła głowę o żelazo balustrady. Twarz jej, oświecona zupełnie, bielszą była od wszystkiego, co ją otaczało, bielszą od murów. Powieki miała wpół przymknięte. Rzęsy kładły na górną część policzków cień, który mnie niepokoił więcej niż spojrzenie.
Jakże mogłem powiedzieć choć słowo?
Zwróciłem się w stronę doliny, przechyliłem przez balustradę, ściskając palcami żelazo lodowate. Widziałem przed sobą olbrzymi stek niewyraźnych kształtów, pośród których rozróżniałem tylko migotanie lśniącej powierzchni Assora. Śpiew dochodził do nas, to urywał się, stosownie do powiewu wietrzyku, w tych przerwach słychać było dźwięk fletu cokolwiek świszczący i nieokreślenie daleki. Nigdy noc nie wydała mi się tak pełną nieskończonej słodyczy i smutku. Z najdalszych głębin mej duszy podnosił się krzyk rozdzierający, acz go słyszeć nie było można, okrzyk za szczęściem utraconem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gabriele D’Annunzio i tłumacza: Aleksandra Callier.