<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł January
Podtytuł Powieść współczesna
Wydawca Redakcya »Świata«
Data wyd. 1891
Druk WŁ. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Nazajutrz January spoglądał z okna swojego na ogród który był widownią scen nocnych. Wzruszenia i wypadki nie zostawiły na jego twarzy widocznego śladu, przeciwnie, zdawało się, że odzyskał zupełnie panowanie nad sobą. Jakie bądź określone położenie — akcya — działanie, przywracały mu pogodę. Siny dym jego cygara unosił się w górę, a on patrzał na ten cichy ogród, dziś przepełniony wonią spalenizny. Kwiaty były połamane, zdeptane trawniki, sprzęty powynoszone na prędce i zwalone na kupy, przedstawiały smutny obraz zniszczenia. Około zczernionej dymem werendy zwieszały się zwęglone łodygi dzikiego wina, co chwila za podmuchem wiatru rozlatujące się w popiół, a zamiast strojnych okien eleganckiego mieszkania, widniały popękane szyby i spalone ramy.
Ten smutny obraz przecież nie zdawał się bynajmniej czynić takiego wrażenia na Januarym; spoglądał nań ze spokojnością człowieka, przypatrującego się normalnemu biegowi wypadków, który się nie dziwi i nie smuci niemi, bo wie, iż one iść muszą wedle praw niezmiennych.
Wprawdzie, przypadek niejednokrotnie niweczy najlepiej osnute zamiary, ale w zamian też nieraz przynosi niespodzianą pomoc. January na przypadek żalić się nie mógł, okazał się on najdzielniejszym jego sprzymierzeńcem, tak dalece, iż pomimo wszystkich pesymistycznych teoryj, jakie wygłaszał zwykle, świat wydawał mu się dzisiaj wcale nieźle urządzonym.
Umysł jego kreślił, z właściwą sobie śmiałością, najrozmaitsze plany przyszłości, kiedy zadzwoniono do drzwi jego.
Pan Tytus, zaledwie obudziwszy się, przybiegł wyrazić mu swą wdzięczność.
January znał ludzi, wiedział, że odwiedziny te i podzięka nastąpić musiały. Przygotował się na nie i przyjął, jak przyjąć należało, ze skromnością człowieka, który, chociaż zasług swoich przyznać nie chce, nie może przeszkodzić uznaniu drugich. Wyrozumował sobie nawet, iż miał wszelkie prawo do jego osobistej wdzięczności, bo, koniec końców, gdyby nie jego pomoc, kto wie, co byłoby się stało.
A jeśli stanowczo odrzucał wdzięczność Heleny, i żądał stokroć więcej, powody te nie istniały względem pana Tytusa.
Zaledwie się on oddalił, jak bomba wpadł do pokoju Emil. Fejletonista nie myślał wypuszczać z ręki szacownej szansy wyzyskiwania Januarego i jego domniemanych sentymentów, chociażby przez czas krótki.
— No i cóż? — zawołał poufale, — czekałem na ciebie w Dolinie, upatrywałem na wszystkie strony, i nie ja jeden... doprawdy nie ja jeden.
Sprytne oczy jego szukały wzroku Januarego, uśmiechał się, jakby chciał wzajem wywołać uśmiech na jego ustach; ale manewra te były zupełnie daremne. January, rozgniewany plotkami, jakie on rozsiewał, pozostał zupełnie chłodny. Niezrażony Emil, dodał tajemniczo, jakby pewny swego tryumfu:
— Była i pewna piękna pani; rozmawialiśmy o tobie.
W tej chwili sprzymierzeniec ten i poufałość jego wydały się nieznośnemi Januaremu. Cała duma powróciła mu na usta i błysnęła w oczach.
— Jeśli sądzisz, — spytał szyderczo — że, jak tylu innych, dostarczę ci tematu do powieści, lub skandalicznego epizodu do fejletonu, to się mylisz. Wyprowadziłeś ze słów moich wczorajszych, rzuconych na wiatr, wnioski nie ratyfikowane bynajmniej; a wieści, jakieś rozpuścił, jakkolwiek mało mnie obchodzi to, co podoba się gawiedzi o mnie rozpowiadać, wyleczyłyby mnie z chętki poznania bliżej jakiegobądź świata, gdybym ją miał kiedykolwiek na seryo.
Mówił to suchym tonem, nie zostawiającym żadnej wątpliwości, co do znaczenia wyrazów, którym posługiwał się w wyjątkowych chwilach.
Emil ugryzł się w język.
— Widzę to — zawołał — gniewasz się na mnie za te plotki, którym ja w gruncie najmniej jestem winien.
— Wiesz, iż nie cierpię rzeczy bezpożytecznych, dlatego też nigdy nie gniewam się na nikogo. Słowo podobne nie istnieje w moim słowniku. Co najmniej, zostawiam je lichym pedagogom względem krnąbrnych uczni. Pomiędzy ludźmi nie mogą mieć one znaczenia.
Fejletonista, słuchając tej mowy, rzeczywiście podobnym był do skarconego ucznia, bo nawet, korzystając z chwili, w której January odwrócił oczy, zrobił po za plecami jego wymowny grymas. Nie tracąc jednak humoru i nie biorąc do siebie przymówki, zmienił temat rozmowy, jak to także czynią niekiedy dzieci w podobnych warunkach.
— Ale cóż to? pożar był w domu?
— Czy z fejletonisty zdegradował cię Karol na reportera — spytał uszczypliwie January — że cię to obchodzi?
Emil skrzywił się.
— Jesteś dzisiaj w złym humorze — wyrzekł kwaśno. Gotówem cię posądzić, że winna temu jedna z tych pięknych pań, o której mówiłeś wczoraj.
— Posądzaj mnie o co chcesz, nawet o ból głowy, spowodowany dymem i hałasem pożaru.
Tłumaczenie, zwłaszcza dane w tej formie, wydało się racyonalnem fejletoniście; nie nalegał więc, i widząc, że dnia tego nie usłyszy nawet żadnego paradoxu, usunął się czemprędzej.
January nawet nie obejrzał się za nim.
Nieco później nadszedł Ignaś, punktualny, jak zegarek. Pośrednictwa jego przestał potrzebować January, a teraz nie myślał zwierzać mu się z wypadków nocnych; odzyskał samego siebie; rozmarzenie, tęsknota, wszystkie te niezwykłe uczucia ustąpiły pod pozorami zwykłego szyderstwa i chłodu. Co myślał, co czuł lub zamierzał, zamknął w samym sobie.
Poczciwa i pogodna zwykle twarz Ignasia była zasępioną; pod letnim, narzuconym paltotem, widać było staranne wizytowe ubranie.
— I cóż? — wyrzekł — kazałeś mi przyjść, przyszedłem.
January wstrząsnął głową i wskazał mu przez okno ślady pożaru, zamykając się w dyplomatycznem milczeniu.
Twarz Ignasia wypogodziła się nagle.
— Ha! — wyrzekł, siadając naprzeciw Januarego, — chciałeś, żebym cię tam zaprowadził, nie mogłem ci odmówić; ale doprawdy, że to szczęśliwie się stało.
Nieokreślony uśmiech zarysował się na twarzy Januarego.
— Odkądże to nauczyłeś się tej groszowej moralności? Zapewne wykłada ci ją panna Jadwiga, we własnym interesie.
Ignaś wstrząsnął niechętnie głową.
— Choćbyś miał nie wiem jak śmiać się ze mnie — mówił dalej Ignaś — ja nie mogę obronić się od tej myśli, że, wprowadzając cię tam, przykładałbym rękę do złego uczynku.
January wpatrzył się w niego przenikliwemi oczyma.
— Masz oryginalne pomysły — wyrzekł z lekceważeniem. — W każdym razie sumienie twoje może być spokojne. Samo fatum stanęło w jego obronie, pod postacią zapałki, papierosa, wywróconej lampy, lub jakiejbądź innej przyczyny pożaru, (bo istotnie nie mam pojęcia, zkąd wyniknął). Masz wszelkie prawo umyć ręce i stanąć pomiędzy niewinnymi.
— Mów sobie co chcesz — pochwycił Ignaś — żartuj ile chcesz, ale widzisz, ta kobieta jest szczęśliwą, wszyscy są szczęśliwi koło niej. Szczęście jest rzadkim darem na ziemi, uszanować je trzeba. Ale czegóż się śmiejesz?
— Bo przygotowałeś oracyę, którą koniecznie wypowiedzieć musisz, chociaż okoliczności się zmieniły. Coś niby mówkę pogrzebową, gdy tymczasem nieboszczyk wstał z letargu. Powtarzam: delikatne sumienie twoje może zasypiać w spokoju; nie przykładasz ręki do żadnego zbrodniczego czynu.
Ignaś przypatrywał się z zakłopotaniem końcom lakierowanych bucików, obracając przytem na wszystkie strony laskę, trzymaną w ręku, jak gdyby miał jeszcze coś do powiedzenia, pomimo, iż szyderstwa Januarego zamykały mu usta.
— Widzisz — wyrzekł znowu — są ludzie, obdarzeni potęgą, których woli oprzeć się niepodobna; wiesz dobrze, iż ty do takich należysz.
— Masz o mnie nie lada wyobrażenie; gdybym był zarozumiałym...
— Mówię ci prawdę jedynie; pomyśl o tem, January, pomyśl, że silny powinien być oględnym także, i powiedz, czy ja nie mam słuszności.
— Powiem ci, że wraz z wizytowym strojem przywdziałeś kaznodziejską togę, w której ci wcale nie do twarzy. Idźże raz i zdejm je czemprędzej, bo wszakże widzisz, że jedno i drugie równie niepotrzebne. Ale lepiej siadaj; muszę ułożyć prospekt mego pisma; myślałem o tem właśnie; chcę, i potrzebuję wziąść się na seryo do tej pracy. „Hasło“ poczuje, co straciło, odrzucając przymierze ze mną.
Powstał, mówiąc to, i zaczął przechadzać się po pokoju, dyktując Ignasiowi prospekt gwałtowny i namiętny, jak były jego przekonania. Czyniąc to, zapalał się coraz więcej, jakby pragnął zwrócić w tę stronę myśl swoją i działalność, dać zajęcie wyobraźni, lub skrócić jakiś czas oczekiwania.
Za każdym peryodem, ożywiała się radością twarz Ignasia. Gdy skończył wreszcie, zerwał się, pełny zapału.
— Zabijemy „Hasło“! Jak oni mogą przypuścić, że się bez ciebie obejdą? Ukazanie się twego dziennika, January, stanowić będzie epokę!
Zwracał się ku niemu z góry już dumny jego sławą, pewny, że spotka na jego twarzy, uczucia jakie się w nim budziły. Ale wzrok jego był zamyślony, zdawał się zwracać do głębi własnego ducha, jakby tam tonął we wspomnieniach, lub szukał jakich obrazów.
— Ale o czemże ty myślisz? — zapytał nagle Ignaś, zmrożony w swoim zapale.
January wzruszył ramionami niecierpliwie.
— Naturalnie myślę o „Gazecie porannej.“ Mam piekielnie wiele zajęcia, chcę ją rozpocząć od kwartału, a mam przed sobą tylko sześć tygodni czasu. Trzeba wybrać lokal na redakcyę, zgodzić drukarnię, rozpisać listy, przygotować materyały.
— To za mało czasu — westchnął Ignaś.
— Czasu jest dość, tylko trzeba umieć go użyć; nie znoszę bezczynności. Dziś zaraz poczynię potrzebne kroki. Ty, Ignasiu, idź, oddaj prospekt do cenzury; będzie to najlepsza odpowiedź na wczorajszą rozmowę z Karolem.
Pożegnał go temi słowy; Ignaś podobnego zlecenia nie dał sobie powtórzyć.
Gdy wyszedł, January zamknął drzwi na klucz, odgraniczając się tym sposobem od natrętów wszelkiego rodzaju. Znajdował się w dziwnem usposobieniu, potrzebował jakiegoś gwałtownego zajęcia, w któremby namiętności jego były zainteresowane; pomimo to, co chwila zapadał w marzenia.
Rzeczywiście, wydawnictwo, jakie prowadzić zamierzał, potrzebowało energicznej działalności. Ignaś mógł mu być pomocnym, ale zastąpić go nie był zdolen. Zaczął się wybierać do wyjścia, a czynił to ze starannością, nieznaną mu dawniej, przywiązując do drobiazgów wartość, jakiej nigdy nie miały dla niego; a wychodząc, (rzecz niesłychana), szukał oczyma lustra, w któremby się mógł przejrzeć. Ale w mieszkaniu jego nie było tego zbytkownego sprzętu. Wzruszył ramionami nad własną fantazyą, i wyszedł.
Gdyby się był przejrzał przecież, byłby niezawodnie zadowolony ze swego obrazu. Noc bez snu i wrażenia doznane wyryły mu się bladością na twarzy, tą bladością wrażliwą, namiętną, świadczącą, że krew zbiegła się do serca i co chwila zapala spojrzenie, gorącą falą oblewa czoło. Na czole tem, dumnem i jakby odświeżonem marzeniami, tkwiła ta potęga myśli, ta nieugiętość woli, nadająca mu wpośród ludzi tak wydatne piętno, iż wszystkie oczy zwracały się na niego. Strój nawet, staranniejszy niż zwykle, uwydatniał wykwintność powierzchności, będącej wrodzonym przymiotem pewnych bogato obdarzonych natur.
Wychodząc, ażeby załatwić ważne sprawy swego przedsiębiorstwa, miał prawo dowiedzieć się, chociażby u drzwi pani Halskiej, o jej zdrowie. Myśl ta sprawiała mu wzruszenie, nad którem trudno mu było zapanować. W milczeniu schodził ze schodów, miarkując krok swój, ale nie mogąc wstrzymać gwałtownych uderzeń serca.
Nie tracił, pomimo to, ani na chwilę władzy analizowania swoich wrażeń. Zatrzymał się nawet i uśmiechnął nad sobą z politowaniem.
— Doprawdy, jestem dziecinny — szepnął z odcieniem niecierpliwości — gotówem wyjść na arkadyjskiego pasterza.
Siła uczuć świadczyła o sile indywidualności; nie oburzał się na nie, chciał tylko być więcej panem siebie; oburzał się na niedołęztwo własnej woli, z pod kontroli której wyłamywały się te uczucia.
Z mieszkania, które zajmowała Helena, zaledwie parę pokoi ocalało; tutaj umieściła się tymczasowo; służba była zdezorganizowana, drzwi otwarte, przedpokój pusty. Dzieci tylko, uszczęśliwione, według zwyczaju dzieci, zmianą każdą, obiegały radośnie nowe kąty.
Widząc Januarego, zatrzymały się oboje, zmieszane spoglądając na niego.
Ale chłopczyk poznał go widać, bo po chwili podskoczył ku niemu z wyciągniętemi rączkami; a potem pobiegł do drugiego pokoju, i January słyszał, jak wołał:
— Ten pan, co mnie i Anielkę wyniósł z ognia!
Uśmiechnął się w duchu; był przyjmowany tak, jak tego pragnął; zdobył sobie w tym domu stanowisko, jakie zamierzał.
Helena wybiegła ku niemu z okrzykiem, z wyciągniętemi rękoma. Widocznie pilno jej było zobaczyć go znowu, wypowiedzieć to wszystko, czego niewypowiedziała wczoraj, lub wypowiedzieć raz jeszcze. Serce jej przepełnione wzbierało na usta.
Wiedziała już, kto on jest; spoglądała ze zwilżonemi oczyma na tego człowieka o tak rozgłośnej sławie, który ukazał się wśród płomieni, jak anioł zbawczy.
January był bardzo blady, ręka, którą przesuwał po głowie Lucyana, drżała lekko; głos jego, gdy się odezwał, był także drżącym.
Ale Helena nie mniej od niego była zmieszana. Utraciła zupełnie ten dumny spokój, przyprowadzający go do rozpaczy. Patrzała na niego, jakby niedowierzała samej sobie, zmysłom własnym. I wówczas spotkała ten wzrok, pełny nieprzepartej, narzucającej się siły, przejmujący ją tajemniczą zgrozą, którego potęgi doświadczyła już dwa razy, z którego wspomnieniem walczyła.
Zabawił tylko chwil kilka, chciał tylko dowiedzieć się o jej zdrowie, odnowić wrażenia, jakie ich łączyły, zdobyć sobie prawo obywatelstwa w jej domu. Na teraz wiedział dobrze, iż było to wszystko, czego mógł żądać.

∗             ∗


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.