Koleżeństwo, jako czynnik polityczny

<<< Dane tekstu >>>
Autor Theodore Roosevelt
Tytuł Koleżeństwo, jako czynnik polityczny
Pochodzenie Życie wytężone
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1904
Druk A. T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwik Włodek
Tytuł orygin. Fellow-Feeling as Political Factor
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.
KOLEŻEŃSTWO, JAKO CZYNNIK POLITYCZNY.
(Artykuł w Century; w styczniu 1900 r.).

Koleżeństwo, sympatya w najszerszem słowa tego znaczeniu, jest najważniejszym czynnikiem w tworzeniu zdrowego życia politycznego i społecznego. Ani nasze narodowe, ani nasze miejscowe życie obywatelskie nie może być tem, czem być powinno, jeżeli nie cechuje go koleżeństwo, wzajemna uprzejmość, wzajemny szacunek, poczucie wspólności obowiązków i interesów, które rodzą się, kiedy ludzie wnoszą równe usiłowania zrozumienia jeden drugiego, stowarzyszania się dla tego samego celu wspólnego. Znaczna część nienawiści w walce politycznej i społecznej rodzi się albo z prostego zapoznawania przez jednę sekcyę, albo przez jednę klasę innego odłamu lub klasy albo też z tego, że dwa odłamy lub dwie klasy, są oddzielone od siebie w sposób tak wyraźny, że żadna z nich nie ocenia namiętności, przesądów, nadewszystko stanowiska drugiej, podczas gdy obie zupełnie nie wiedzą o wspólności uczuć w stosunku do tego, co stanowi treść męzkości i ludzkości.
Jest to jedna z przyczyn, które szkołę publiczną czynią tak doskonałą instytucyą. Jej to, bardziej niż jakiejkolwiek z licznych przyczyn, które w naszem życiu amerykańskiem przemawiają za tolerancyą religijną, zawdzięczamy niemożliwość prześladowania jakiegokolwiek wyznania. Jeżeli podczas pierwszych najważniejszych wrażeniowo lat protestanci, katolicy i żydzi chodzą, do tych samych szkół, uczą, się tych samych przedmiotów, grają, w te same gry i są, zmuszeni ostrą, i brutalną demokracyą życia dziecinnego do dawania miary własnej wartości, to będzie niemożliwem zrobić z nich później prześladowców jakiejbądź wiary. Ameryka jest zabezpieczona od klęsk prześladowań religijnych.
Jesteśmy też w każdym razie bardziej zabezpieczeni, niż dawniej od klęski rywalizacyi o Unię. Wojna z Hiszpanią była najabsolutniej najsprawiedliwszą z wojen obcych, w których brał udział naród w XIX wieku, a nie najmniejszą z jej dobrych stron była jedność, wytworzona między synami ludzi, którzy niegdyś nosili szare i niebieskie mundury. To oznaczało ostatecznie absolutny zgon dawnej antypatyi. Oczywiście tu i owdzie tli się jeszcze ogień pod popiołami, ale cały kraj wogóle zaczyna się coraz bardziej szczycić wartością, abnegacyą, wiernością ideałowi, której zarówno dali dowody żołnierze obu stronnictw wojny domowej. Teraz — wszyscy jesteśmy zjednoczeni. Wszyscy radujemy się, że Unia została przywrócona i wszyscy zarówno jesteśmy wobec niej lojalni, z ręką w ręce. Z ogólnem uznaniem niesłychanego znaczenia utrzymania Unii przyszło także uznanie tego faktu, że w czasie wybuchu wojny domowej ludzie nie mogli zerwać i wyzwolić się od przyzwyczajeń i tradycyj, któremi byli napojeni od wielu pokoleń i że ludzie Północy i ludzie Południa byli zarówno lojalni wobec wzajemnych podniosłych ideałów obowiązku, kiedy dobywali miecza, albo przykładali karabin do oka, aby się bić aż do zgonu o to, co uważali za sprawiedliwe.
I nietylko Północ i Południe podały sobie ręce. Wschód i Zachód są zasadniczo bardziej zbliżone do siebie, niż były kiedykolwiek. Biorąc słowo „Zachód” w jego starem znaczeniu, jako kraj położony na zachodzie od Alleghanów, jest naturalnie rzeczą zupełnie jasną, że to Zachód ukształtuje losy tego narodu. Wielka grupa bogatych stanów naokoło górnego Mississipi, Ohio, Missuri i ich dopływów będzie miała daleko więcej znaczenia niż jakakolwiek inna okolica aby rozstrzygać o losach rzeczpospolitej w wiekach, które otwierają się przed nami. Nie powinno to zupełnie wzbudzać żalów Wschodu, dla tej prostej i doskonałej przyczyny, że interesy Zachodu i Wschodu tworzą właściwie jedno. Zachód będzie kierował naszemi losami, bo będzie bardziej zaludniony i będzie miał większe terytoryum, bo cały rozwój zachodniej części kraju jest tego rodzaju, że jest on prototypem wszystkiego, co jest potężnie i charakterystycznie amerykańskie w naszem życiu narodowem.
To się stosuje do wybrzeża oceanu Spokojnego, do młodych, olbrzymich Stanów, wzrastających skokami nagłemi. Im większy będą miały udział w kierownictwie naszem życiem narodowem, tem lepiej dla nas wszystkich.
Ani na chwilę nie chcę przez to powiedzieć, że w żadnej okolicy kraju nie będą popełniane fałszywe kroki. Przeciwnie, będą one popełniane z pewnością i bez względu na to, gdzie będą popełniane, obowiązkiem naszym będzie protestować przeciwko nim i próbować zrzucić tych, którzy będą za nie odpowiedzialni; ale chcę przez to powiedzieć, że z biegiem czasu każda okolica będzie zdawała sobie sprawę, że jej dobrobyt nietylko nie sprzeciwia się, ale jest nierozerwalnie związany z dobrobytem innych okolic. Rozwój środków komunikacyi, rozwój wychowania w jego najpiękniejszem i najwyższem znaczeniu, to to samo, co rozwój poczucia solidarności od jednego krańca kraju do drugiego, rozwój uczucia dumy patryotycznej każdego Amerykanina z powodu czynów wszystkich innnych Amerykanów, dumy z powodu historyi przeszłości i wielkości teraźniejszej kraju całego.
Nikogo nic nie obchodzi, że Dewey jest rodem z Vermount, Hobson z Alabamy, Funston z Kanzasu. Gdyby wszyscy trzej pochodzili z jednego hrabstwa, nie stanowiłoby to różnicy. Są Amerykanami i każdy Amerykanin ma równe prawa do cząstki chwały, płynącej z ich czynów. Kiedy czytamy o wspaniałych czynach naszej armii na Filipinach nic nas nie obchodzi, czy pułki pochodzą z Oregonu, Idahy, Kalifornii, Nebraski, Pensylwanii, czy Tennesee. Chodzi tylko o to, że ci znakomici żołnierze wszyscy są Amerykanami; że są naszymi bohaterami; że nasza krew płynie w ich żyłach: że sztandar, pod którym żyjemy, jest sztandarem, za który walczyli, pod którym niektórzy z nich zginęli. Wszelkie niebezpieczeństwo, płynące z antypatyi religijnej, zniknęło, a płynące z antypatyi dzielnicowej zanika, ale chwilami występują bardzo brzydkie objawy antypatyi klasowej. Wydaje się dziwacznem używanie tu słowa „klasy”, bo faktycznie niema klas w naszem życiu amerykańskiem w tem znaczeniu, w jakiem wyraz ten jest używany w Europie. Nasz system społeczny i polityczny nie uznaje ich w teoryi, a w praktyce istnieją, one jedynie w stanie nader płynnym. W większości krajów europejskich klasy oddzielone są od siebie twardemi przegrodami, które można przekraczać tylko bardzo rzadko i z nadzwyczajnemi trudnościami i niebezpieczeństwami. Tu nie można właściwie powiedzieć, że granice istnieją; w każdym razie są one tak nieokreślone, tak niewyraźnie oznaczone, że mogą być dostrzeżone, chyba, że się na nie patrzy bardzo zblizka. Każda rodzina amerykańska, trwająca przez kilka pokoleń, będzie miała przedstawicieli w najrozmaitszych warstwach. Wielcy bankierzy i przemysłowcy, a szczególnie wielcy mężowie stanu, wojownicy i marynarze bardzo często pochodzą z pośród dzierżawców i robotników, a ich starzy rodzice pozostają przy swem starem ognisku, lub przy swym starym warsztacie. Jeżeli kiedykolwiek istniało społeczeństwo w którem jednorodność interesów, obyczajów, zasad i ideałów jest odczuwana jako siła żywa — to jest niem nasze. Mówiąc wogóle, to jest ona odczuwana w stopniu prawie zupełnie nieznanym w krajach naszych rozmiarów. Istnieją oczywiście części Szwecyi i Norwegii, gdzie ideały społeczne i polityczne, oraz blizkość ich urzeczywistnienia nie różnią się zasadniczo od tych warunków w częściach najrdzenniej amerykańskich naszej własnej ziemi; ale nie stosuje się to do żadnego z krajów europejskich o wielkich rozmiarach. Tylko w społecznościach amerykańskich widzimy dzierżawców, robotników, prawników, kupców, może nawet oficerów armii i marynarki, wszystkich sprzymierzonych i wszystkich przyjmujących wzajemne stosunki za zupełnie proste i naturalne. Jest to cechą wybitnie zdrową. Tak być powinno właśnie w całej naszej rzeczypospolitej. To przedstawia ideał, do którego wszędzie i zawsze warto się zbliżyć. W wielkich środowiskach przemysłowych, w ich warunkach niezwykle złożonych, wybitnie wyspecyalizowanych, jest to tylko ideałem. Są części nawet naszych najstarszych Stanów, jak np. New-Yorku, gdzie ideał ten jest faktycznie urzeczywistniony; są inne części, szczególnie wielkie miasta, gdzie życie jest tak zupełnie różne, że urządzenie życia według warunków wiejskich byłoby sztuczne i niemożliwe. Niemniej pozostaje faktem, że jedynie prawdziwe rozwiązanie zagadnień naszych społecznych i politycznych polega na pielęgnowaniu wszędzie ducha braterstwa, koleżeństwa i wzajemnego porozumienia się pomiędzy ludźmi i dobrej woli postępowania z człowiekiem, jak z człowiekiem. Są to zasadnicze czynniki demokracyi amerykańskiej, jak to widzimy jeszcze w okolicach wiejskich.
Głównym czynnnikiem stworzenia sympatyi wzajemnej jest stowarzyszanie się na stopie równości i do wspólnego celu. Każdy Amerykanin zdrowy na umyśle jest zmuszony do nabrania dobrego przekonania o swoich rodakach, jeżeli tylko dojdzie do ich poznania. Trudność polega na tem, że ich nie zna. Jeżeli bankier z dzierżawcą nie spotykają się nigdy, albo spotykają się tylko na obojętnym gruncie interesów, można być pewnym, że powstanie uczucie nieufności, chyba że bank kierowany jest przez ludzi, których dzierżawca ma za swoich przyjaciół i wspólników. Jeżeli kupiec lub przemysłowiec, prawnik lub urzędnik nie spotykają nigdy robotnika lub rzemieślnika, z wyjątkiem rzadkich wypadków, kiedy spotkanie ma może charakter wrogi, każda ze stron czuje, że druga jest jej obca i naturalnie wroga. Ale gdyby jakakolwiek jednostka lub jakakolwiek grupa była rzucona nagle w stowarzyszenie naturalne z inną, to trudności zniknęłyby bez śladu. Byłoby nawet możliwe, że jedna grupa stałaby się obrońcą dążeń drugiej.
Może mi czytelnik wybaczy, że przytoczę jako przykład własne doświadczenie w tej sprawie. Po za studentami i politykami, pierwszymi najbliższymi moimi towarzyszami życia byli ludzie z ranch’ów, pastuchy wołów, oraz myśliwi na grubą zwierzynę, i wkrótce doszedłem do przekonania, że w całym kraju niema równych im ludzi.
Potem miałem dużo stosunków z dzierżawcami i drobnymi posiadaczami i przekonałem się, że na nich to istotnie spoczywają podstawy naszej rzeczypospolitej, że oni są architypami dobrych Amerykanów. Jeszcze później obracałem się dosyć dużo w kole kolejowców i po bardzo poufnych stosunkach zaczynałem czuć, że — zwłaszcza w wyższych szeregach — są oni typem tych właśnie zalet odwagi, zaufania we własne siły, panowania nad sobą, śmiałości, zdatności do pracy, mocy inicyatywy i umiejętności posłuszeństwa, które najchętniej łączymy z mianem Amerykanina. Dalej zdarzyło mi się mieć stosunki z pewnemi stowarzyszeniami cieślów i doszedłem do wielkiego szacunku dla cieślów, dla typu rzemieślników wogóle. Wtedy poczęła we mnie kiełkować myśl, że wszyscy oni są porządnymi i dobrymi chłopcami i że moje kolejne przejmowanie się dolą każdej grupy, po za innemi, pochodziło przeważnie ztąd, że zapoznałem się w danej chwili lepiej z jedną grupą, a mniej z innemi. Innemi słowy, nabrałem sympatyi i zrozumienia dla nich wszystkich, grupa po grupie, dlatego, że zawsze znajdowałem, że oni i ja mamy zamiary wspólne i wspólne stanowisko. Różniliśmy się między sobą, nie wchodziliśmy w porozumienie nie dlatego, że mieliśmy zajęcia różne lub jednakowe, ale z powodu naszych sposobów pojmowania życia.
Ta to zdolność do sympatyi, do koleżeństwa i do wzajemnego zrozumienia musi być podstawą wszystkich naszych istotnie szczęśliwych odruchów w kierunku dobrego rządzenia, oraz ulepszenia warunków społecznych i obywatelskich. Niema systemu patentowanego dobrych rządów. Tembardziej nie ma patentowanego systemu leczenia dolegliwości społecznych i zniesienia nierówności społecznych. Mądre prawodawstwo może pomódz w każdym z obu wypadków, a prawodawstwo surowe, występne, albo demagogiczne, może zrobić nieskończenie wiele złego. Ale polepszenie dzieła musi pochodzić z wolnego działania tych samych sił, które zawsze dążyły do dobra i zawsze doń dążyć będą.
Pierwszą nauką, którą wszczepiać należy, jest nauka o traktowaniu każdego człowieka, stosownie do jego wartości, jako człowieka, i pamiętaniu zawsze, że jeżeli czasem trzeba uważać ludzi jako klasy z podwójnego stanowiska prawodawczego i społecznego, to przecież wogóle nasza pomyślność leży w uznaniu wartości lub braku wartości jednostki, jako głównej podstawy działania, a co za tem idzie, w odpowiedniem kształtowaniu całego naszego postępowania, a szczególnie postępowania politycznego. Demokracya nie może trwać, jeżeli linie polityczne są wyciągnięte tak, że wypadają na liniach klasowych. Rząd, który ztąd bierze początek, bez względu na to, czy reprezentuje klasy wyższe, czy niższe, nie będzie rządem ludu w jego całości, ale rządami części ludu na niekorzyść pozostałych. Tam, gdzie linie podziału politycznego są pionowe, gdzie ludzie wszelkich zajęć i wszelkich warunków społecznych dzielą się według swoich powołań i zasad, rezultat bywa zdrowy i normalny. Jeżeli jednak linie te wyciągnięte są poziomo, rezultat jest niezdrowy, a z biegiem czasu niszczący, bo taki podział oznacza, że ludzie uszeregowani są przeciwko sobie stosownie do ślepych i egoistycznych wymagań chwili. Każdy tym sposobem jest przeciwko swemu sąsiadowi, w postawie chciwej niechęci klasowej, która staje się główną sprężyną jego czynów, zamiast żeby każdy opierał swoją działalność polityczną na przekonaniach własnych, stosownie do tego, co jest słusznem, a co nie, i na własnem bezinteresownem poświęceniu dla interesów społeczności takich, jakiemi je pojmuje. W przeszłości rzeczypospolite upadały głównie dlatego, że stronnictwa, które niemi rządziły, dzieliły je według linij poziomych w ten sposób, że tryumf jednej ciągnął za sobą koniecznie panowanie jednej części nad całością. Rezultatem mogła być oligarchia, albo rządy tłumu; mało nas obchodzi, która z tych dwóch możliwości, bo w obu wypadkach napewno zmieniały się tyrania z anarchią. Bankructwo rzeczpospolitych greckich i włoskich jest wyłącznie następstwem tych przyczyn. Szwajcarya kwitnęła, bo podziały, na podstawie których osiągała swoje zdobycze polityczne, nie były czystemi podziałami kastowemi lub klasowemi, a Ameryka będzie kwitnęła i będzie stawała się coraz większą, większą od każdego państwa, bo ostatecznie w tym kraju jakiekolwiek stronnictwo, które próbowałoby opierać się na zazdrości lub niechęci okolic, czy klas, musiałoby upaść wobec zdrowego rozsądku ludu.
Jedynym środkiem zabezpieczenia się przeciwko podziałowi poziomemu w polityce jest zachęcanie do rozwijania uczuć koleżeństwa, uczuć, opartych nie na stosunkach klasy do klasy, lecz człowieka do człowieka. W okręgach wiejskich nie jest to rzeczą bardzo trudną. W mojem sąsiedztwie, czwartego lipca czterej duchowni protestanccy i ksiądz katolicki przemawiają z wysokości tej samej platformy, dzieci zaś wszystkich chodzą do tej samej szkoły okręgowej, a właściciel ziemski spotyka się z parobkiem nie na polu polityki, ale przy sposobności strzelania do kaczek lub międzynarodowych wyścigów jachtów. Naturalnie, w takiej społeczności niema niebezpieczeństwa podziału na klasy. Istnieje pewna lekka niechęć względem przybywających do nas letników, właśnie dlatego, że nie idzie od nich żaden prąd sympatyi i dlatego, że. nie biorą udziału w naszych interesach lokalnych.
Ale po za tem istnieje dosyć wspólnych przedmiotów, aby w rozmaitych ważnych wypadkach połączyć wszystkich na podstawie danego interesu, a każdy człowiek zanadto szanuje samego siebie, aby specyalnie zazdrościć innemu. Prócz tego, ponieważ ta społeczność miejscowa jest mała i składa się w największej części z osób, które długo zamieszkują ten kraj, podczas gdy przybyli z zewnątrz, nie zasklepiając się między sobą, pożenili się z miejscowemi, więc istnieje jeszcze istotne uczucie pokrewieństwa między ludźmi najrozmaitszych zajęć. Charakterystyczne nazwiska miejscowe noszą ludzie często bardzo różnych położeń towarzyskich i społecznych, zaczynając od majstra miejscowego, przechodząc przez kapitana szalupy do połowu ostryg, fabrykanta żagli, kołodzieja, aż do posiadacza tego, co na wsi nazywają zamkiem, zawierającego zapewne jeden z niezliczonych pokoi, w których jakoby miał nocować Washington. Mamy nieraz ostre rywalizacye i nasza polityka bynajmniej nie zawsze jest tem, czem być powinna, ale przynajmniej nie dzielimy się wedle linij klasowych dla tej najlepszej przyczyny, że nie nastąpiła krystalizacya klas.
Warunki podobne przeważają prawie we wszystkich okręgach wiejskich stanu New-York, które bezwarunkowo są politycznie najzdrowsze. Każdy człowiek, który był w ciałach prawodawczych, zdaje sobie sprawę, że posłowie wiejscy tworzą wogóle bardzo zdrową i czystą grupę prawodawców. Każdy, kto bywał często na jarmarkach w hrabstwie nowojorskiem — prawie jedyna sposobność zbierania się rolników w większych ilościach — nie mógł nie być uderzony podniosłym charakterem zwykłych chłopów. Jest to piękna rasa ludzi, surowa, pracowita, bystra, posiadająca cnoty zasadnicze. Chłop nowojorski i bracia jego ze wsi i miasteczek w zwykłych warunkach nie rachują się zupełnie z wszelkiemi różnicami klasowemi. Traktują oni ściśle każdego człowieka, jako człowieka, stosownie do jego wartości, tworzą więc społeczność, w której jest szczególnie mało ducha kastowego i w której ludzie łączą się na gruncie absolutnie zdrowym i bardzo amerykańskim, na gruncie wspólnych ideałów, wspólnych przekonań i wspólnych sympatyj.
Na nieszczęście, nie można powiedzieć tego samego o wielkich miastach, gdzie warunki życia są tak skomplikowane, że nastąpiła niesłychana specyalizacya i zróżniczkowanie nie tylko we wszelkiego rodzaju zajęciach, ale i w przyjemnościach. Ludzie do pewnego stopnia majętni i oddający się pewnego rodzaju zajęciu, mogą nigdy nie wchodzić w istotne zetknięcie z ludźmi innych zajęć, innego stanowiska społecznego. Życie idzie tu zawsze w kierunku stosunków klas z klasami, a nie jednostek z jednostkami.
Wpływa to na wytworzenie przekonania najzupełniej niezdrowego, że w interesie pewnej klasy, jako przeciwniczki innej, leży, aby jej przedstawiciele klasowi przeważali w życiu publicznem. Dolegliwości takiego systemu są jasne. Zresztą, olbrzymia masa naszego prawodawstwa i administracyi powinnaby się zajmować rzeczami, które dotyczą ściśle wspólnego dobra, a tam, gdzie potrzeba prawodawstwa lub administracyi specyalnej, dla specyalnej klasy, jak tego często może zajść potrzeba, wtedy trzeba jej zadosyć uczynić przedewszystkiem przez prostą uczciwość i zdrowy rozsądek. Ale jeżeli wybory wyciągają ludzi tylko z jednej kasty, jeżeli są wybierani na zasadzie teoryi jakiejś kasty, to wyborca stopniowo podstawia teoryę przynależności do kasty, w miejsce przynależności do rzeczypospolitej w jej całości, i zamiast domagać się zalet zasadniczych uczciwości i szerokiej inteligencyi, które są zaletami koniecznemi dla zapewnienia dobra całości, domaga się przedewszystkiem gorliwości w służbie, lub pozornej służbie w interesach klasy, która może być zupełnie zgodna z najgrubszem zepsuciem na wewnątrz. Jednem słowem, powracamy do warunków, które skazywały demokracyę na bankructwo w dawnych rzeczpospolitych greckich i południowych, gdzie linie stronnictw były poziome i gdzie każda klasa była w walce z inną klasą, przez co każda zmuszona była zamieniać poświęcenie interesom państwa i podstawowe przymioty moralne na poświęcenie interesom jednej klasy.
Jedynym środkiem uniknięcia rozwoju tych dolegliwości, o ile to jest moźliwem, jest pomaganie wytwarzaniu warunków, które pozwolą na zrozumienie się wzajemne i na koleżeństwo członków różnych klas. W tym celu jest rzeczą konieczną i niezbędną, aby istniała naturalna łączność między członkami w imię wspólnego celu albo wspólnego zdania. Dopóki ludzie będą odgraniczeni od siebie odpowiedniemi liniami kastowemi, przyczem każde ciało będzie miało swoje odrębne rozrywki, zajęcia i interesy, jest rzeczą pewną, że będą spoglądali na siebie z tą instynktowną nieufnością, którą odczuwają względem obcych. Bywają wyjątki w tej regule, ale jest to reguła. Człowiek zwykły, kiedy niema żadnego sposobu zetknięcia się z innym, albo przeniknięcia idei i dążeń tego drugiego, wtedy albo nie zna zupełnie owych idei i dążeń, albo też odczuwa względem nich mniej lub więcej łagodny wstręt. Rezultatem tego jest zupełne, a może fatalne nieporozumienie, które zawdzięczamy przedewszystkiem zupełnemu brakowi sposobności do rozkwitu koleżeństwa. Z drugiej strony, gdyby ludzie mogli się pomieszać z sobą w ten sposób, aby rozluźnić więzy klasy, czy kasty, i postawić każdego na swojem miejscu wedle jego wartości jako jednostki, nastąpiłoby z pewnością ugrupowanie, niezależne od linii kast. Jeden węzeł mógłby pozostać pomiędzy członkami jednej kasty, węzeł, oparty wyłącznie na podobieństwie ich sposobu życia, ale byłby on nieskończenie słabszy, niż węzły oparte na jednakowych namiętnościach, przekonaniach, lub zasadach pojmowania życia. Każdy człowiek, który kiedykolwiek, na swoje szczęście, bywał zmuszony pracować z ludźmi w masie, w jakiejkolwiek miejscowości, lub w jakichkolwiek warunkach, lub w jakiemkolwiek stowarzyszeniu, gdzie dyzlokacya kasty była zupełna, przyzna mi słuszność. Dowodzi tego każdy obóz górników, każdy pułk ochotników, który miał powodzenie. W podobnych wypadkach, kiedy istnieje zawsze jakiś cel, który osiągnąć trzeba, a ludzie, interesowani w jego osiągnięciu muszą zapomnieć o własnych przywódcach i własnych więzach towarzyskich, wtedy nowy przywódca może zyskać powodzenie tylko wybierając ludzi, najbardziej zdolnych do wykonania danej roboty, w najrozmaitszych okolicznościach. Wówczas ludzie, którzy pracują razem dla spełnienia pewnego wspólnego zadania, w którem są najbardziej zainteresowani, stają się bardziej skłonni do lekceważenia, a faktycznie do zapomnienia o wierze, pochodzeniu, dawnem stanowisku społecznem, albo zajęciu klasowem człowieka, będącego ich przyjacielem lub wrogiem. Schodzą aż do głębi, aż do czystego kruszcu charakteru i zdolności.
Sprawdza się to w znacznej mierze na organizacyach partyjnych wielkiego państwa, a właściwie na wszelkich poważnych organizacyach politycznych. Jeżeli mają pracować z powodzeniem, muszą być koniecznie demokratycznemi w tem znaczeniu, że każdy człowiek musi być traktowany ściśle według swojej wartości, jako człowiek. Nikt nie może zwyciężyć, kto posuwa się naprzód na innych podstawach, nadewszystko nikt nie może zwyciężyć, jeżeli idzie naprzód z uczuciem, że zamiast poprostu spełniać swój obowiązek robi łaskę społeczności, a przeto jest upoważniony do okazywania swym towarzyszom pewnej górnej łaskawości. Czasami opieka równie irytuje, jak rabunek: reformatorowie stwierdzili niejednokrotnie, że jeżeli masa głosujących bezmyślnie głosowała przeciwko nim, a na korzyść bandy przyjaznych i poufałych łajdaków, to działo się to przeważnie dlatego, że nie odczuwali najmniejszego uczucia koleżeństwa względem swoich rzekomych dobroczyńców.
Tendencya do opiekowania się zostaje napewno wykorzenioną z chwilą, kiedy człowiek wchodzi w życie polityczne w sposób praktyczny, a nie jako dyletant. Bardzo prędko stwierdza, że tajemnica dobrego postępowania, umiejętność wychodzenia z ludźmi i zapewniania rezultatów mogą istnieć w osobach, zdawałoby się, nieprawdopodobnych.
Jeżeli zamierza zapewnić wybór pewnego kandydata, lub powzięcie pewnej uchwały prawodawczej czy administracyjnej, będzie musiał wynaleźć niezliczonych sprzymierzeńców i pracować z nimi, będzie musiał posługiwać się niezliczonymi podwładnymi. Przypuściwszy, że on i oni mają cel wspólny, jedynym kamieniem probierczym, który powinien do nich zastosować, będzie zdolność ich do pomocy w osiągnięciu tego celu. Rezultat będzie ten, że bardzo wkrótce ludzie, których zamiary są jednakie, zapomną o wszelkich różnicach, z wyjątkiem różnicy umiejętności w doprowadzeniu tego zamiaru do pomyślnego końca. Bankier, zainteresowany w danej nominacyi, czy w danym wyborze zapomina o wszystkiem, z wyjątkiem swej wspólności interesów z rzeźnikiem detalicznym, który jest przywódcą pewnej części swojej ulicy, ze „starterem“, który może skontrolować znaczną ilość palaczy, i naodwrót, rzeźnik i „starter“ zupełnie naturalnie uważają bankiera za sprzymierzeńca, którego mogą prowadzić, lub za którym muszą iść, stosownie do nacisku okoliczności. Innemi słowy, wszyscy trzej dochodzą do wspólnych uczuć względem pewnych ważnych spraw, a to koleżeństwo ma następstwa równie szerokie jak zdrowe. Tym sposobem dobro wypływa ze zwykłej politycznej rekrutacyi. Człowiek, który brał czynny udział w życiu politycznem wielkiego państwa, posiada nieobliczalną wyższość nad swymi współobywatelami, którzy w niem w ten sposób nie uczestniczyli, ponieważ niewątpliwie ma więcej od nich zrozumienia stanu duchowego, namiętności, przesądów, nadziei i nienawiści swoich współobywateli, z którymi w zwykłych warunkach nie wszedłby w zetknięcie społeczne. Oczywiście istnieje masa wyjątków od tej reguły. Człowiek, wciągnięty do polityki skutkiem pobudek czysto egoistycznych, a specyalnie człowiek bogaty, który pragnie tylko kupić sobie karyerę polityczną, może zupełnie nie wiedzieć nic ważnego o kimś lub o czemś, wyjąwszy tego, co dotyczy najniższych stron natury ludzkiej, z któremi rozszerzona została jego sfera zetknięcia; a z drugiej strony rozsądny pracodawca lub filantrop, w którym równoważy się szczęśliwie gorliwość ze zdrowym rozsądkiem, może wiedzieć więcej, niż większość polityków. Ale pozostaje faktem, że następstwem życia politycznego i skupień, które prowadzi za sobą, jest bardzo wielki zysk przez wytworzenie lepszego porozumienia i ściślejszego koleżeństwa między ludźmi, którzy bez tego nie znaliby się wzajemnie, albo też znaliby się jako członkowie obcych sobie korporacyi lub kast.
Jeżeli tak jest, to o ile prawdziwszą jest teza, gdy to samo przyzwyczajenie stowarzyszenia się może być zastosowane tam, gdzie cel wspólny istotnie należy do najpodnioślejszych! Wiele uczyniły na tej drodze zakłady uniwersyteckie i stowarzyszenia podobne.
Wszędzie, gdzie stowarzyszenia te zakładane były w duchu czystym i zdrowym, dobro, które czynią, jest nieobliczalnem, skutkiem prostego faktu, że jednoczą w dążeniu do godnego przedmiotu ludzi o doskonałych cechach charakteru, którzy inaczej nigdyby się nie byli spotkali. Dla jednej, zarówno jak i dla drugiej strony, jest równie ważnem, aby człowiek z Hesterstret, z Bowery, czy z ulicy B. i człowiek z Riverside Drive, lub z piątej ulicy mieli jakiś grunt spotkania, na którym mogliby dojść do zrozumienia jeden drugiego, lub znaleźć sposobność do pracowania w imię wspólnego celu. Naturalnie, jeżeli z jednej strony praca jest przedsięwzięta w duchu opiekuńczym, nie wyniknie z niej żadne dobro; z drugiej strony, jeżeli entuzyazm gorliwości straci cechy zdrowego rozsądku, następstwa mogą być tylko złe. W wielkiem państwie jest bardzo wiele strasznej nędzy; gorący, szlachetny młodzieniec, kiedy po raz pierwszy styka się z tą nędzą, czuje, że sympatye jego są tak podniecone, iż może zostać socyalistą, lub stać się obrońcą jakiej dzikiej teoryi, idąc w ten sposób naprzeciw skoku ze złego w gorsze, jak to robi obok niego zbyt wielu przywódców niezadowolonych. Jego zdrowy umysł i zimna krew będą wystawione na gruntowną próbę; jeżeli je straci, moc jego czynienia dobra zniknie.
Mówię to tylko w celu przedstawienia jednej ze stron prawdy ogólnej. Jeżeli człowiek pozwoli na zwyrodnienie szerokości swego serca w osłabienie umysłu, stanie się nieuniknienie klęską we wszystkich stosunkach życia. Jeżeli sympatya staje się fałszywą i chorobliwą, to przeszkadza, zamiast pomagać w wysiłku ku ulepszeniu społeczeństwa.
W każdej zdrowej społeczności musi istnieć pewna solidarność uczuć i znajomość solidarności interesów między jej różnymi członkami. Tam, gdzie solidarność ta nie istnieje, tam, gdzie niema żadnego koleżeństwa, społeczność dojrzewa już do upadku. Naturalnie, koleżeństwo może mieć wartość większą w stosunku do stopnia jego nieświadomości. Uczucie, które jest proste i naturalne, jest warte o wiele więcej, niż takie, które jest wywoływane sztucznie. Ale sztuczne wywołanie jest lepsze niż nic, a uczucie solidarności, zarówno jak wszystkie uczucia, wywołane sztucznie, może stać się następnie zupełnie naturalnem. U większości ludzi odwaga bywa najczęściej uczuciem nabytem; przy pierwszej sposobności, kiedy trzeba ją wykazać, wymaga wyćwiczenia siły woli i panowania nad sobą, ale po dłuższej praktyce odwaga staje się stopniowo prawie automatyczną.
To samo stosuje się do koleżeństwa. Człowiek, który sumiennie usiłuje zaryzykować swój los z tym lub tymi, co go otaczają, zrobić interesy ich własnymi interesami, stanąć na stanowisku, gdzie on i oni będą mieli cel wspólny, będzie z początku miał świadomość swego czynu i będzie sobie zbyt wyraźnie zdawał sprawę ze swego własnego celu. Ale z czasem usposobienie to przejdzie bez śladu. Wkrótce bardzo spostrzeże, że uczucie koleżeństwa, które musiał początkowo wywoływać sztucznie, istniało, chociaż w stanie utajonym, i może rozwijać się pomyślnie. Może naturalnie stać się normalnem dopiero wtedy, kiedy człowiek sam dochodzi do tego, że interesuje się bezwiednie celem, który on i jego towarzysze osiągnąć pragną. Jest więc oczywiście pożądanem, aby cel ten posiadał realny i żywotny interes dla każdego. Zachodzi to w wypadku stowarzyszeń politycznych właściwych. Zrobiono wiele nietylko za pośrednictwem zwykłych stowarzyszeń politycznych, ale także za pomocą klubów i związków obywatelskich i innych, lecz zrobić można jeszcze znacznie więcej. Naturalnie zachodzi obawa znieprawienia takiego towarzystwa przez łajdactwo lub głupotę. Kiedy organizacya polityczna stronnicza staje się poprostu zwykłem stowarzyszeniem w celach rabunku i protekcyi, staje się grozą, a nie pomocą dla społeczności; a kiedy organizacya polityczna niepartyjna podpada pod wpływ fanatyków skrajnych, których takie organizacye zawsze pociągają, z kolei staje się też bezpożyteczną lub szkodliwą. Ale jeżeli te organizacye są prowadzone według przepisów uczciwości i zdrowego rozsądku, to czynią dobro, które zatacza daleko szersze kręgi, niż przypuszczają ich inicyatorowie, i dochodzą do rezultatów daleko większego znaczenia, niż te, które miały bezpośrednie na celu.
Jest rzeczą doskonałą osiągnąć tryumf dobrego rządu przy wyborach, ale daleko doskonalszą jest wytworzyć stopniowo wśród obywateli amerykańskich ten duch koleżeństwa, który będzie coraz potrzebniejszy, jeżeli pragniemy, aby w naszem życiu obywatelskiem tryumfowały zasady twardej uczciwości i mocnego zdrowego rozsądku.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Theodore Roosevelt i tłumacza: Ludwik Włodek.