<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Komornicy
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wyd. 1900
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




Powszechnem jest mniemanie, że górale, to ogromnie wesoły naród; śmiechu i gwary u nich pełno, wesele tryska im z oczu snopami iskier świetlnych, humor niewyczerpany ich owiewa... Zaiste! Przyjeżdżającym w odwiedziny chłop nie pokaże smutnego oblicza. Nie jest to jednak ten bezinteresowny, szczery uśmiech, jaki ubielał twarz dawnego kmiecia, gdy witał w progu nowych gości. Jest to raczej maska, konwencyonalny śmiech, banalny owoc cywilizacyi, która każe robić »przyjemną twarz« wobec spotykanych ludzi, kiedy dusza płacze, albo, co gorsza, radość zwykła, uprzedzająca spodziewany zysk. Pierwszy rodzaj tej wesołości sztucznej widzi się powszechnie w całem plemieniu górskiem, drugi stał się płaską grzecznością kupiecką dwóch miejscowości, zatracających szybko charakter swój pierwotny, czysty. Mam tu na myśli Rabczanów i Zakopiańców. Ci wykształcili jedną władzę umysłu — spryt. Staną się też niezadługo zupełnie poprawnymi europejczykami, bo i krew ich góralska odbarwia się powoli... Cywilizacya uszlachetnia! Wiadoma rzecz.
A cały naród górski jest w sercu swojem smutny, daleko bardziej, niż dolinne Lachy. Smutek to ziemski, bo wynikły z biedy, z ekonomicznego upadku — poprostu smutek pragnących ciał... Ale gdy się rozpęta, gdy się uduchowi — staje się smutkiem ugorów i tłoków i tych jałowców i tej pustki głuchej, rozpaczą prawie, żalem beznadziejnym, tęsknicą wieczną trawiących się dusz...
Stąd w realnych obrazach piszących górali będzie to smutek owiec, szukających paszy, a w poezyach — własna ich dusza, idąca ugorem, wśród pustki głuchej, nieskończonej, z melodyą wieczną, dziwnie smutną: »Na Anioł Pański biją dzwony...«
Powszechnem też jest mniemanie, że chłopska dusza jest mało złożoną, myśli zaś, o jednem skrzydle, trzepocą się jak drób; wesołość musi stać się koniecznie grubym śmiechem, strapienie musi być koniecznie lamentacyą! Subtelnych uczuć nic... A przecie jest w tej duszy tak szeroka skala, tyle nieznanych strun, że potrącone, grają przeczystą lirykę naiwnego serca pierwotnych ludzi-pasterzy, albo szepcą dziwne słowa płanetniczą gwarą, zrozumiałą jedynie tym, co zwykli siadać na powietrznych chmurach i patrzeć stamtąd okiem smutnem na tę małą okruszynę u stóp swoich — ziemię... W zapadłym jakimś kącie można spotkać panteistę, co zna mowę ptaków, nerwowego poszukiwacza skarbów, milczącego filozofa rezygnacyi, który się już niczemu na świecie nie dziwi, a prócz tych naturalnie wszystkie warstwy ludzi, jakie się widzi i w szerokim świecie. Najmizerniejsza z wioszczyn ma swoją arystokracyę rodową, średnio zamożnych chałupników i bezdomną, od wspólnego stołu życia odłączoną, rzeszę. Na zewnątrz, podobnie jak w cywilizowanym całym świecie, wszystko zdaje się jednako szarem, smutnem, nie wartem uwagi — a wewnątrz, pod skorupą bezbarwnego życia, dzieją się rzeczy straszne, tragedye ciche... snują się bezustanku te podwodne widma — czasem bełkot, wir mówi, że coś tam się stało — lecz wnet powierzchnia się wygładza i dalej płynie to życie mętną rzeką: jednakie, szare, monotonne...
Maleńka fala tego życia bełkocze, szemrze i w niniejszym szkicu, aż połączona z szumem wodospadów, zahuczy głośniej w roztokach...

Dobromil 1900.
W. O.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.