<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Kosowskie dzieci
Podtytuł (Wspomnienia w wakacji)
Pochodzenie Skaut, Nr 2 (1911)
Wydawca Kazimierz Wyrzykowski
Data wyd. 1911
Druk I. Związkowa Drukarnia we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały numer
Indeks stron
Kosowskie dzieci.
(Wspomnienia z wakacji).

W lecznicy dr. Tarnawskiego w Kosowie za Kołomyją, w środowisku, które skupia rokrocznie Polaków ze wszystkich ziem polskich i z zagranicy, znalazło się podczas tego lata dwu członków lwowskich drużyn skautowych. Skauci nasi zorganizowali na miejscu dwa patrole z dzieci kuracjuszów i poprosili o objęcie komendy nad nimi dra. Kazimierza Lutosławskiego. W Kosowie, ku radości dr. Tarnawskiego nastało nowe życie, bo wszyscy skautingiem zaczęli się interesować. Ignacy Chrzanowski, Zygmunt Balicki, Lucjan Rydel, dr. Marian Janelli i w. ś. należą obecnie do gorących przyjaciół naszego ruchu. Członkowie patrolów tak silnie zawiązali między sobą przyjaźń, że postanowili zachować ją do końca życia, a za rok przyszły umówili się na wspólne ćwiczenia skautowe.
Opowiadanie jednego z „dzieci kosowskich“ świadczy o tak żywych i silnych wspomnieniach ze spędzonych razem chwil, że umieszczamy je całkowiście. Instruktor

»Dzieci kosowskie zgarniają po deszczu błoto, spełniając tym »dobry uczynek« dla kuracjuszów«.

Była nas spora gromadka młodzieży, wesołej i ochoczej, której wakacje się uśmiechały po trudach całorocznej pracy, tymbardziej, że spędzaliśmy je wszyscy w miłej lecznicy dra Tarnawskiego w Kosowie. Codzień nowe powstawały plany, w jaki by sposób uprzyjemnić sobie wolne chwile, a więc tennis, przechadzki, kąpiel rzeczna, wycieczki na rowerze, ale to wszystko za mało, chcieliśmy czegoś więcej. Nagle doszła nas wiadomość, że we Lwowie powstały drużyny skautowe; do Kosowa przybyło dwóch skautów, którzy dali nam podręcznik skautowy, zawierający tyle ciekawych ćwiczeń i zabaw. Skauting! Otóż znaleźliśmy naraz to, czegośmy szukali tak długo — i zabawa, i nauka, a jaka miła! Powstały dwa zastępy skautowe, nasz i zastęp młodszy. Nazwaliśmy się »dziećmi kosowskimi« na pamiątkę »dzieci warszawskich«[1], których znana dzielność wzbudzała zawsze nasz zapał. Jako godło obraliśmy sobie »rybę«, godło pierwszych Chrześcijan, tak czcząc tradycję owych harcerzy średniowiecznych, którzy odznaczali się nietylko dzielnością oręża, ale i gorącą wiarą. Wobec tego jednak nie mieliśmy »żadnego zawołania patrolu«, porozumiewaliśmy się gwizdnięciem, a »ryba« przypominała nam rzecz tak ważną — i to nie tylko w czasie ćwiczeń skautowych — milczenie.
Odtąd dzień nam schodził na ćwiczeniach, zabawach, wspólnej pracy, czytaniu wieszczów. Nie chcieliśmy być darmozjadami, więc pomagaliśmy ogrodnikowi w okopywaniu drzew, grządek, a gdy deszcz rozmoczył ścieżki w ogrodzie, zgarnialiśmy błoto lub naprawialiśmy zepsute drogi. Pomagali nam w tym i inni kuracjusze, którym się nasza organizacya niezmiernie podobała.
Codzień o godzinie 11-tej przedpołudniem odbywała się musztra zastępów, każdego z osobna, potym całego plutonu. Gdy deszcz padał, musztrowaliśmy się w krytej sali gimnastycznej, w czasie pogody na dużej łące koło zakładu. A jakie miłe były te godziny musztry!
Z daleka przyglądali się nam kuracjusze, nieraz z wielkim zajęciem śledząc nasze ćwiczenia. Urządzaliśmy też wycieczki w okoliczne góry, w czasie których bawiliśmy się zawsze wyśmienicie. Jedną z ulubionych naszych zabaw była zabawa w »zająca«. Tylko, że nasz zając zostawiał różne ślady, więc strzały, złożone z kwiatów lub z jasnych kamieni ze strumienia, badyle wyrwane, nadłamane gałązki itp. i wolno mu było podejść którąkolwiek »pogoń« (o ile się dało naturalnie) i aresztować. Trzeba więc było nie tylko znaków śledzić, ale wciąż mieć się na baczności, czy »zając« nie podejdzie niespodzianie z tyłu lub z boku. Drugą ulubioną zabawą było wykradanie chorągiewki.
W ogrodzie za zakładem stała duża szopa. Tam ćwiczyliśmy się w strzelaniu z karabinków japońskich, celując w kamyki, pudełka z zapałek lub centy zatknięte w ściany szopy.
Czasem szopa zmieniała się w twierdzę niezdobytą. Jeden zastęp, rozstawiony w czatach, bronił dostępu, drugi zastęp podchodził. Przed twierdzą była zatknięta w ziemię chorągiew, kto ją podszedł na 20 kroków, zdobywał twierdzę.
Pamiętam, raz broniliśmy twierdzy.
Czaty były rozstawione w promieniu jakich 150 kroków dokoła. Kolo naszej twierdzy prowadziła ścieżka, którą przechodzili kuracjusze i Huculi, idący w pole do pracy.
Ścieżka była również czatami obsadzona. Dnia tego z szczególną uwagą postanowiliśmy bronić naszej twierdzy, tym bardziej, że nieprzyjaciel obiecywał sobie napewno zwycięstwo. Czaty, pochowane w kukurydzy, w wiklinach nad strumieniem, w stogach siana, na rosochatej wierzbie — wytężały wzrok i słuch, ale nieprzyjaciela jak niema, tak niema.
Nigdzie żywej duszy, tylko w dali ścieżką szło dwóch chłopców huculskich. Szli krokiem niedbałym, ociężałym, jak zwykle Hucuł idzie po równinie. Już omijali naszą twierdzę, gdy wtem jeden z nich pędem rzucił się ku chorągwi. Z przerażeniem poznaliśmy w nim jednego z naszych »nieprzyjaciół«, który się przebrał za Hucuła i tak nas podszedł.
Innym znów razem, jeden z chłopców, stojący na czatach, ubrał krzak w swoją pelerynę i kapelusz, a sam ukrył się opodal.
Drugi chłopiec, który czaty podchodził, widząc zdaleka jakąś skuloną postać, pod kradł się cicho i, będąc już dosyć blisko, gwizdnął na znak, że czatę aresztuje.
Czata jednakże ku jego zdziwieniu nie ruszyła się, podszedł więc ku niej i przekonał się, że to był manekin, a wtedy ów chłopiec, stojący na czatach, wypadł z ukrycia i aresztował nieprzyjaciela.
Wśród takich zabaw i ćwiczeń schodził nam czas niezmiernie szybko i miło.
Wieczorami schodziliśmy się zwykle pod kapliczkę zakładową na modlitwę, by z Bogiem kończyć dzień. Wszak i rycerstwo polskie modlitwą zaczynało każdą bitwę, i po zwycięztwie znów w modlitwie Bogu dziękczynienie składało. Piękne były to wieczory!
Pierwszy biwak! Z jakąż radością powitaliśmy ten dzieli, w którym mieliśmy po raz pierwszy wyruszyć na biwak za miasto. Ranek wstał cudny. Wypakowawszy plecaki wiktuałami, naczyniami, płótnem z namiotu (bo mieliśmy własny namiot) ruszyliśmy wszyscy t. j. oba zastępy, na Monasterskie.
Tu rozbiliśmy namiot na małym wzgórzu, zasłoniętym od północy dość stromym zboczem góry, a otwartym ku południowi na prześliczną dolinę Rybnicy. Opodal namiotu biło znakomite źródło. Cały ranek zeszedł nam na zakładaniu obozu, a więc, rozbijaniu namiotu, budowaniu szałasu, kuchni polowej, łóżek obozowych, śmietniska obozowego i t. d.
Rozstawione warty otrzymały hasta i odzew i miały pilnować bezpieczeństwa obozu.
Zaczęły się zabawy i ćwiczenia. Dzień był niezwykle skwarny i słoneczny, bawiliśmy się ochoczo. Po obiedzie, który zjedliśmy z niezwykłym apetytem, przyszli zwiedzać nasz obóz dr. Tarnawski z Lucyanem Rydlem, Zygmuntem Balickim, i innymi kuracjuszami.
Obóz nasz ogromnie się wszystkim podobał, pomimo, że czaty nie chciały gości wpuścić i mocno się opierały póty, póki nie otrzymały rozkazu od komendanta. Wtedy pod eskortą wprowadzono gości do obozu. Wieczorem, zastęp młodszych powrócił do zakładu, a nasz pozostał na noc.
Roznieciwszy duże ognisko i usiadłszy dookoła niego po skautowemu[2], zaczęliśmy gawędzić, przeplatając opowiadania od czasu do czasu ochoczym śpiewem.
Wieczór był prześliczny. Namiot nasz na wzgórzu bielił się w świetle księżyca; w dolinach przewalały się mgły, zasłaniając krajobraz swymi srebrnymi oponami, tylko góry po nad nimi wznosiły dumnie swe czoła. Chwilami zdawało się nam, że poza tymi mgłami kryją się również namioty, szałasy i że o świcie zagra gdzieś trąbka, i pójdziem wszyscy na wielki bój! — Narazie zamiast trąbki zabrzmiał głos komendanta, wzywający nas na spoczynek. Położyliśmy się w namiocie, tylko warta została, pilnując obozu i ogniska.
Spaliśmy już, kiedy nagle wśród nocy rozległ się donośny głos gwizdawki wartownika. Nieprzyjaciel! Zerwaliśmy się w mig na równe nogi. Chwyciliśmy łopaty, siekiery, kije, i stanęliśmy w równym i zwartym szeregu, czekając rozkazu.
Rozkaz padł: »Wracać do namiotu!« Alarm był fałszywy. Mieliśmy wielką ochotę naciągnąć miny, że nas z tak smacznego snu nadaremno wyrwano, ale przypomnieliśmy sobie, to to »skautom« nie przystoi, więc ochoczo wróciliśmy do namiotu. O świcie zbudził nas znowu gwizdek ostatniej warty na znak, że czas wstawać. Wykąpawszy się w strumieniu i zwinąwszy obóz, ruszyliśmy w drogę powrotną do Kosowa. Czuliśmy się niezwykle rzeźwi i wypoczęci, zauważyliśmy przytem, że spania w namiocie na skautowych materacach jest nietylko przyjemne, ale i niezmiernie wygodne.
Wakacje tymczasem zbliżały się już ku końcowi. Chcieliśmy je jakoś godnie zakończyć. Urządziliśmy więc 8-dniową wycieczkę na Czarnohorę. Nocując w szałasach, kolibach, dnie spędzając na marszach, wśród bajecznej przyrody, choć czasem o głodzie i chłodzie, ale zawsze wesoło, przeżyliśmy tak te ostatnio chwile naszych wakacji. Żal nam było trochę powracać w mury miejskie, ale obiecaliśmy sobie zaciągnąć się do drużyn skautowych i pilnie ćwiczyć się rok cały, by przyszłe wakacje jeszcze piękniej sobie urządzić.







  1. »Dziećmi warszawskimi« nazywał się słynny na całą Polskę pułk Czwartaków.
  2. w kuczki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.