Królewscy synowie/Tom I/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Królewscy synowie
Podtytuł Powieść z czasów Władysława Hermana i Krzywoustego
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1877
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



KORNELOWI UJEJSKIEMU


jako upominek przyjaźni, ten grosz wdowi


przesyła




AUTOR.


Drezno.
22. kwietnia 1877.
I.


Słońce zachodziło za lasy złocąc niebiosa, które się gorzeć zdawały, tam nawet gdzie bledły jego blaski, lazur się mienił w barwę ołowianą, jaką po skwarach przybiera. Wieczór był duszny, najmniejszego ruchu w powietrzu. Na starych drzewach, które cichy klasztor otaczały, liście wisiały jakby powiędłe od gorąca. Co żyło szukało cienia, a w nim spoczynku i orzeźwienia. Niebo bez chmurki nie zapowiadało zmiany.
W klasztorze i po za tynem, który opasywał jego podwórza, cisza panowała głucha; niekiedy szmer, jakby powolnego, znużonego chodu ludzkiego przerywał ją na krótką chwilę i ginął gdzieś w dali.
Ukośne promienie słońca, zabarwione gorąco, padały na czoło małego kościołka, na mury i ściany klasztorne, silnemi cieniami oznaczając każde wgłębienie, gzéms, kamień, zarysowaną powłokę.
Jak pustka wyglądały teraz te budowy ze drzwiami pozamykanemi, z pozasuwanemi oknami, około których ani człowiek, ani zwierz, ani nawet mała ptaszyna nigdzie się nie pokazywała. Wszystko co żyło chroniło się w mury, czekało aż wieczór odżywi powietrze rosą, a noc świeżość z sobą przyniesie.
Był to rok posuchy, na polach zboża pożółkły przed czasem, samotnie stojące drzewa miały już spalone liście, w rzekach resztki wód, jakby wstrzymane w biegu, drzémały i okrywały się pleśnią; strumienie w obnażonych łożyskach jeżyły się oschłemi kamieniami, w studniach brakło wody, trzęsawiska wśród lasów gorzały; gdzieniegdzie bory zażegnięte przez pastuszków paliły się łuny szerokiemi, czerwieniąc niebo po nocach.
Powietrze przejęte było tą zgorzelizną błót i lasów, i jakby od dymu skwaśniałe.
Klasztór stojący wśród puszcz niedawno przetrzebionych, choć na owe czasy rozległy, wspaniałéj nie miał powierzchowności. Znać na nim było i trudność budowania i pośpiech może i małą troskę o kształty jego zewnętrzne. Kościół się nie wiele nad nim podnosił, a w skromnéj wieżyczce jego zaledwie para z blachy kutych dzwonów wisiała. Mury z których się składały budowy, były z kamieni polnych grubo i nie bardzo foremnie polepione. Część budowli do nich przytykająca z drewnianych brusów zaledwie ociosanych złożona, ciemniejszą barwą odbijała od ścian kamiennych.
Obok tych gmachów, dość rozległych a niepozornych, znać jednak było w podwórcach i ogrodach przytykających, troskliwą rękę, która koło nich chodziła. Bujnie tu rosły pozasadzane krzewy, którym dostarczano wody ze studni, jak świadczyły leżące na ziemi korytka; nieznane pod północném niebem rośliny kwitły tu i rozwijały się na podziw bujno i pięknie.
Na wbitych w ziemię kołach obwijały się latorośle winne, między których liśćmi już ciemne grona się zafarbowały; na grzędach rozściełały się zioła, wonią aromatyczną napełniające powietrze. Tuż około studni z któréj ożywcze na sad rozlewały się wody, wysoki krzyż drewniany ze znakami męki pańskiéj zdawał się ubłogosławiać źródło. U stóp jego na tablicy głoskami wielkiemi stał napis:

Tu es fons et vita.
(Tyś jest źródłem i życiem.)

Wpośród sadu na pochyłości wzgórza ku południowi zwróconéj założonego, ręka co trzebiła las tam niegdyś rosnący, pozostawiła kilka starych drzew rozłożystych, ocieniających szerokie przestrzenie, zieloną okryte murawą.
Pod kilką z nich stały ule z pszczołami, pod innemi leżały kamienie dla spoczynku, lecz teraz ani pszczół około ulów, ni ludzi na siedzeniach widać nie było.
W rogu sadu, gdzie kilka razem skupionych starych lip zostało, a krzaki pod niemi promieni słońca nie dopuszczały, przyparty do parkanu był daszek słomą okryty, a pod nim ława leżała z jednego kloca drzewa.
Dwóch ludzi ukrytych siedziało tu w milczeniu. Oba odziani byli w suknie czarne, braciszków klasztornych odznaczające; nie mieli jednak ani kapturków, ni zwierzchnich sukni kapłańskich. Oba młodzi byli, a choć ubiorem nie różnili się od siebie, najmniéj wprawne oko musiało w nich dojrzeć, jeśli nie stanu różnicy to charakterów i usposobienia.
Jeden z nich siedział w rogu ławy, sparty na rękach, które na kolanach trzymał jak wbite; drugi patrzący nań z rodzajem obawy i podziwienia, nieco opodal się umieścił i z oka go nie spuszczał. W rysach twarzy jego malowała się zarazem litość, podziwienie i trwoga. Ten drugi twarz miał łagodnego wyrazu, bladą, oczy niebieskie, włos jasny krótko postrzyżony, ciało wątłe i delikatne, ręce małe. Suknia czarna, zbyt dlań obszerna, w szerokich a grubych fałdach opadała na wychudzonych jego ramionach, pas którym był ściśnięty, osuwał się i zdawał rozpuszczać.
Ten, na którego on patrzał, jak gdyby tylko co mówić poprzestał, a ostatniemi słowy trwogą napełnił towarzysza — mimo sukni zakonnéj, nie miał mnicha pozoru. Odzież, którą miał na sobie zdawała się dlań za ciasną, wyszarzaną była jakby obchodzeniem się z nią niedbałém i dzikiém; w kilku miejscach widać było na niéj dziury jakby gałęźmi wyszarpane, plamy od tłuszczu i kurzawy która przylgnęła do niego. Twarz i postać cała stan ten sukni tłumaczyły. Mężczyzna był zaledwie zmężniały, bujno się jeszcze rozrastający, na wojownika może bardziéj stworzony niż na spokojnego mnicha. Ręce wystające z rękawów silne były i do dźwigania miecza lub siekiery jakby ulane; kark obnażony, ogorzały, ponad kołnierz wychodzący, nadawał głowie charakter zwierzęcéj siły jakiéjś. Wyrazistszą jeszcze nad te kształty była głowa sama z długą i wielką twarzą bladą, która miała w sobie coś dzikiego. Ponad nią obcięty włos jeżył się twardy i poplątany.
Mimo wieku młodego oblicze było prawie stare, zbladłe, zżółkłe i patrzące srogo a szydersko. Rysy jego nie piękne, wyciosane grubo a twardo, odpychały dumą i jakby złością tłumioną, trawiącą wnętrze człowieka. Szerokie dosyć usta warg nie miały prawie, jednym wązkim pasem przecinając policzki. Nad oczami brwi zmarszczone, pofałdowane, ruchome wisiały jakby je myśl jakaś ściągnęła gniewna. Z bladych oczów patrzących bystro, grozę tylko tłumionéj złości można było wyczytać.
Z pod sukni nogi wysunięte w chodakach zaniedbanych i okurzonych, tak silnie wryły się w ziemię, jakby je w nią gniew jakiś i miotanie się wkopało. Na całym też młodzieńcu widać było wyraz buntowniczy, bezsilnego uporu.
Milczeli tak, dwaj pod daszkiem siedzący dosyć długo; ostatnie promienie słońca zapadały za lasy, a ogród okrywał się pół mrokiem zwiastującym chłód wieczorny.
— Wracajmy do celi — rzekł w końcu cicho, bojaźliwie niemal młodszy brat siedzący na rogu ławy.
Zadumany smutnie młodzian odwrócił ku mówiącemu głowę, i potrząsnął nią tylko na znak, że tego uczynić nie myśli.
Po niejakim czasie, znowu cicho powtórzył towarzysz toż samo żądanie. Usłyszawszy je jakby gniewem zatrząsł się słuchający i nagle zwracając się cały do mówiącego, zawołał:
— Nie chcę! dosyć się w niéj nasiedzę... Dusi mnie ta cela wasza, zdaje mi się w niéj żem w trumnie.
— Ojciec przełożony gniewać się będzie — szepnął drugi oczy spuszczając.
Uśmiech przebiegł po ustach niecierpliwego młodzieńca, który zadrżał i twarz na chwilę ukrył w dłoniach.
— Bracie Aleksy, ozwał się łagodnym głosem drugi — bracie Aleksy, jużby wam czas było z tém się położeniem oswoić a o dawném zapomnieć. Co być nie może, tego się daremnie spodziewając człowiek dręczy tylko... Trzeba się poddać...
— Tak! tak! dziwnym bełkotliwym głosem wybuchnął brat Aleksy, w którym czuć było razem złość i szyderstwo — chcecie, to wam powiem to co wy mnie mieliście mówić?? Rozum mieć trzeba, rezygnację mieć należy, głowę skłonić, całować rękę co chłoszcze, milczeć, uśmiechać się, jakby to było szczęściem co jest karą i tyraństwem... Hę??
— A tak, tak! potwierdził młody, który słuchał z trochą podziwienia — wyrwaliście to mi z ust. A czemuż nie czynicie tego co tak dobrze znacie??
— Bo, nie mogę — zawołał brat Aleksy — bo nie jestem bratem Aleksym, tak jak wy jesteście bratem Łukaszem, ale księciem jestem i królewskim synem! Na mnicham się nie rodził, suknia ta cięży mi i ściska jak żelazna, pali jak ogień, parkany te mnie duszą, klasztór mi się wydaje więzieniem, wy katami i stróżami, a ojciec przełożony — oprawcą...
Z trwogą obejrzał się młodszy i załamując ręce zawołał:
— Na Boga! coście to rzekli! Idźcie i spowiadajcie się ze słów waszych, bunt to grzeszny.
— Idź, idź, zdradź mnie, powiedz że mi się te słowa wyrwały, jeśli chcesz — krzyknął wstając z ławy i napowrót się na nią rzucając królewski syn, z miną pogardliwą. — Braciszek Łukasz zarumieniony spuścił głowę i zamilkł.
— Nie potrzebuję ja was zdradzać — odezwał się po przestanku łagodnym głosem politowania — wy się co dzień zdradzacie sami, mową, wzrokiem, milczeniem nawet. Żal mi was.
— A co mi po twojéj litości! rozśmiał się królewicz. Ona mi téj sukni nie ściągnie i nie da swobody.
Westchnął ciężko.
— Gdybym choć zapomnieć mógł dziecinnych lat i moich nadziei, i czyja to krew płynie we mnie, i co mi wydarto.
— Zapomniéćbyście mogli gdyby wola — odezwał się brat Łukasz — wy się daremnie tém trujecie i jątrzycie. Wszystko to sny są tylko i marzenia niezdrowe.
— Jakie sny! wybuchnął królewicz znowu zrywając się z ławy i opadając na nią. Matka moja była tak dobrze żoną królewską czy książęcą jak Judyta, dla któréj ją precz odegnano, gdyby nałożnicę. Ojcem moim był król, czekało mnie panowanie. Cóż z tego że z książęcego nie szła rodu, kiedy łoże pańskie podzielała przez lat tyle. Gdybym nie był królewskim synem, gdyby się mnie nie bali, czyby mnie byli postrzygli i gwałtem zaparli w tych murach obrzydłych?
— Dajcie już pokój tym żalom — począł uśmiechając brat Łukasz — gorycz pijecie dobrowolnie.
— Daj mi ją pić — przerwał królewicz — co ci moja gorycz szkodzi? Ja tém żyję, temi piołunami się karmię — postrzygli mnie, ale i postrzyżeni na świat wracają, włosy odrastają.
— Darmo o tém nie marzyć! wtrącił braciszek.
— Któż ci powiedział że darmo? gniewliwie przerwał drugi — póki człowiek żyje, póty nic nie stracone!
Brat Łukasz ruszył tylko ramionami.
— Ach! rzekł cicho — czyż może być większe szczęście nad to jakie my tu mamy? Zaprawdę, jabym go na żadną stolicę książęcą nie mieniał. Czegoż nam brak? sługami jesteśmy największego z panów, panów pana, nie znamy trosk życia, w ciszy możemy chwalić Boga, zarabiając na królestwo niebieskie. Na tronie, na wojnie żadna chwila życia nie pewna, brat morduje brata, wrogi się zasiadają, wojna sieje niebezpieczeństwy.
— Tak — odparł szydersko królewicz — a tu! co za rozkosze! W murach ciasnych jedne ścieżki o jednéj codzień wydeptywać godzinie, milczeć, śpiewać, pościć, słuchać i powoli umierać. Tak, bracie Łukaszu, dla ciebie to wszystko dobre, ale nie dla mnie, nie dla mnie. Mnie należało i należy panowanie, mnie wydarto ziemie moje, imię moje, godność moją, starszeństwo moje, cześć matki, prawo, własność... wszystko.
Brat Łukasz wstał, stanął przed mówiącym i przypatrywał mu się bacznie.
— A nie powinniścież Bogu dziękować, że wam, jak drugim, życia albo oczów nie wydarto?
Podniósł głowę z groźném wejrzeniem królewicz.
— Tyś małe człecze — krzyknął — tyś się gdzieś rodził w ubogiéj chacie; tobie przystało za wszystko dziękować, boś ty nie miał nic; a ja się burzę, bo mi wydarto wszystko! Dosyć tego!
— Zaraz zadzwonią na chór wieczorny — rzekł Łukasz — chodźmyż już.
— Idź — jam chory, zostanę w ogrodzie, rzekł na ręku się podpierając królewicz.
— Bez was nie godzi mi się.
— Boście do mnie łańcuszkiem przykuci, stróż mój — zaśmiał się królewicz. Weź że mnie siłą, nie chcę i nie idę.
— Siły nie mam, a gdybym ją i miał nie użyłbym — rzekł Łukasz.
— Widzisz żeś stworzony do niewoli — zaśmiał się złośliwie drugi. Ja, gdybym mógł, gdyby się to na co zdało, choć cię lubię, zdusiłbym cię jak żabę aby być wolnym. Ciebie, twoję bracią zakonną, i samego przełożonego.
— Człowiecze! krzyknął przerażony brat Łukasz.
Królewicz śmiał się złośliwie — wstał z siedzenia, wyciągnął się tak silnie, że ciasna suknia zakonna pękać na nim poczęła, ręce do góry podniósł z dłoniami zaciśniętemi, popatrzał z pogardą na towarzysza i zdawał się, mimo to co mówił, zabierać do pochodu; gdy nagle, jakby zmieniwszy postanowienie, by mieć przyjemność dręczyć dodanego mu towarzysza, znowu padł ciężko na kłodę i położył się na niéj. Odetchnął całą piersią, powietrze zaczynało ostygać nieco; otarł czoło po którém krople potu spływały...
Łukasz stał, zdając się niecierpliwie oczekiwać na niego, spozierając niekiedy ku klasztorowi.
— Idziemy — rzekł z cicha.
Królewicz śmiał się urągająco.
— Czekaj, rzekł, dlatego że ty chcesz iść tak posłuszny, ja właśnie nie chcę? co mi uczynią?
— Ojciec przełożony, począł braciszek.
Królewicz ramionami ruszył z pogardą.
— Wszyscy nad wami litość mają — dodał brat Łukasz — tylko wy jéj nie macie nad sobą. Gdyby chciał ojciec przełożony, tak dobrzeby was posadził do ciemnicy na chleb i wodę jak każdego innego.
— A ja, myślisz, nie zaniósłbym do ciemnicy mojéj dumy i moich dum? szydząc rzekł brat Aleksy. I ręką zamachnął w powietrzu.
Mrok padał, ptastwo w gałęziach ruszyło się przed snem czyniąc przygotowania, około gniazd polatując z krzykiem. Jaskółki pokazały się górą szybując ponad ich głowami, leciuchny wietrzyk zaszemrał w gałęziach.
— Chodźmy już! prosił brat Łukasz.
— Iść i w dusznych murach się zamknąć teraz, gdy właśnie jest tu czém odetchnąć. Bodaj was wszystkich z tym waszym klasztorem.
Zamilkł, wziął liść z drzewa i odwilżył nim usta, ale wnet zębami poszarpał go w kawałki i odrzucił.
— Co wam dziś jest? zapytał stojący i oczekujący braciszek.
— Dziś?? a! macie słuszność, odparł żywo królewicz, prawda!! Dziś jestem gorszy, rwę się z powroza jak ciele które do rzeźni prowadzą. Wiesz czemu?
— Cóż się nowego stało?
— Miałem sen — odparł królewicz.
— Sen? Sny zsyłają złe duchy, aby kusiły ludzi. Snom nie potrzeba dawać wiary — rzekł Łukasz.
— Nieprawda, są sny prorocze — zawołał królewicz. Nie czytałżeś w biblji o snach wykładanych przez Józefa?
— Ale wy nie jesteście Faraonem — szepnął braciszek.
— Jestem synem królewskim! odparł z dumą zagadniony. Sen był straszny, dziwny, wstałem po nim jakbym wyszedł z łaźni, długo oprzytomnieć nie mogłem. Śniła mi się dawno zmarła matka moja; widziałem ją przed sobą tak, jak oto was widzę; taką piękną, silną, zdrową, jak ją niegdy pamiętam. Ale miała włos rozpuszczony, szaty podarte, wzrok z gniewu ciskający pioruny. Choć uśmiechała się do mnie, straszną była. Wyciągnęła rękę ku mnie leżącemu i poczęła głosem w którym gniew mięszał się z płaczem, choć po ustach jéj uśmiech się przesuwał. — Zbyń! — tak ona mnie nazywała. Zbyń! wstawaj, zrzuć tę suknię plugawą, zbroję wdziéj, drzwi wyłam, koń tam stoi i czeka na ciebie. Idź! śpiesz! pamiętaj że wolność ci dam na to abyś się mścił na nich wszystkich, wszystkich do ostatniego, na ojcu nawet, tak, na własnym ojcu. Mścij! mścij!
— A! okropny sen! zawołał kleryk drżący.
— Na ojcu! tak mówiła — kończył królewicz. Co mi za ojciec, który się wyparł własnego dziecięcia!! Cały dzień tętniały mi w uszach te wyrazy matki. Widzę ją jeszcze przed sobą rozkazującą — wstawaj, idź. — Mam ochotę wybić furtę klasztorną i lecieć w świat!
Zbudzony napół, wpół śpiący, mówił daléj — chciałem zaraz zerwać się posłuszny, nie mogłem. Coś mnie przybijało do łoża, głowa była jakby obręczą przykuta do poduszki, nogi jakby żelazném obciążone brzemieniem.
Wysilałem się aby wstać, jęcząc, miotając się, a nie mogąc ruszyć z łoża. Matka wołała ciągle: Wstań, idź, mścij!
Dopiero nad ranem okrutną tą męczarnią znękany zerwałem się z krzykiem, dzwon na jutrznię wołał do chóru. Obejrzałem się, matki nie było, ale głos jéj, głos ten mam jeszcze w uszach, w pamięci...
— Sen mara, Pan Bóg wiara! szepnął braciszek. Było się przeżegnać i pomodlić, ustąpiłyby siły nieczyste.
Słów tych domawiał, gdy nagle królewicz się zerwał.
— Tst! krzyknął głosem stłumionym — tst! Słyszysz?
Milczeli oba.
Na drodze wiodącéj do klasztoru, która przechodziła po za parkanem ogrodowym, coraz wyraźniéj zbliżający się słychać było tentent koni. Ucho królewicza rozróżniało już brzęk rycerskich zbroi i mieczów, głosy jakieś obce. Lice mu się mieniło.
Gościńcem jechali niewidzialni, bo parkanem zakryci jeźdźcy jacyś, których kilkunastu lub kilkudziesięciu być musiało. Długo tak słychać było wolne stąpanie koni, pobrzękiwanie oręża i zbroi. Królewicz uczepił się ławy, aby spojrzeć na drogę, ale dach spuszczający się na ogrodzenie nie przepuścił wzroku. Ciche jakieś szepty od téj gromady jeźdźców, dostawały się tylko do sadu klasztornego. W dźwiękach ich zdało się królewiczowi rozpoznawać mowę znaną, tę pierwszą, którą z ust matki słyszał w dzieciństwie. Po czole jego przepływały światła i cienie.
Teraz już i on chciał co rychléj do klasztoru powracać, bo rzeczą było pewną, że ktokolwiek byli ci podróżni, pod noc znajdujący się na gościńcu wśród lasu, musieli u mnichów szukać spoczynku i do gościnnéj furty zapukać. Królewski syn rad był zobaczyć tych obcych ludzi rycerskich, coś od nich posłyszeć, zwłaszcza że z pochwyconych kilku wyrazów, domyślał się Czechów lub Polaków.
— Chodźmy! odezwał się — żywym krokiem wyprzedzając towarzysza — chodźmy, żywo!!
Brat Łukasz z trudnością mógł za nim podążyć, tak szybko przez wązkie między krzewami i zielem zostawione ścieżki, przesuwał się królewicz, ciągle towarzysza swojego i stróża wyprzedzając. Właśnie bramą drewnianą przez całą klasztoru szerokość z sadu na dziedziniec wiodącą, dostawali się w pierwsze podwórze, gdy do zewnętrznych wrót stukać zaczęto.
W gorączce niecierpliwéj, chciał już sam królewicz biedz otwierać przybyłym, gdy brat Łukasz zatrzymał go chwytając za poły i odezwał się surowo, że to do brata odźwiernego należało, a nikt inny do wrót mięszać się nie miał prawa.
Stanął królewicz i za wrotami pierwszemi, na wpół otwartemi ukryty, mimo że go towarzysz odciągał, pozostał uparcie, chcąc koniecznie zobaczyć przybywających.
Odźwierny, człek stary, wlókł się mrucząc powoli z pękiem kluczów, nie otworzył jednak zrazu bramy, wstąpił na wschodki przy furcie, z których gościniec widać było i wyjrzał za wysokie ogrodzenie.
Rozmowy która się między nim a podróżnemi rozpoczęła, dosłyszéć nie było można. Stary zdawał się z otwarciem wahać i układać z podróżnemi o warunki, gdy, powołany, przyszedł mu w pomoc, zakonnik drugi. Układano się jeszcze; naostatek zstąpił odźwierny i otworzył nie wrota całe, ale furtę z boku, przez którą jednego z przybyłych wpuścił do wnętrza.
Cały wychylony, rozciekawiony, oczyma pożerał przybywającego brat Aleksy.
Ten który wszedł nie młodym był już mężczyzną, silnym, rycerskiego oblicza! w żelazne blachy odzianym, z hełmem kowanym na głowie, mieczem u pasa, ostrogą u nogi, cały kurzem okryty. Znać przybywał z daleka...
Barwy jego włosów dla pyłu rozpoznać nie było można, twarz też ogorzała pomalowała się dziwnie, bo pot który po niéj spływał, jakby zaschłém popstrzył ją błotem. Wąs tylko ciemny i brodę widać było na kaftan spływającą, siwizną już pomalowaną. Odźwierny starzec został u furty na straży, a drugi zakonnik powiódł gościa do przełożonego. Nim jednak zaprowadzono go do klasztoru, rycerz ów zwrócił się ku swoim i głośno do nich zawołał.
— Stać i czekać na mnie, aż wrócę.
Słowa te zadźwięczały dziwnie w uszach słuchającego królewicza, mowa to była, któréj nie słyszał już od lat kilku, która mu dziecinne przypomniała lata; ręce zacisnął silnie, twarz oblała się krwią, jasne oczy ogniem zapalały.
Byłby się rzucił naprzeciw gościa gdyby go kleryk stojący przy nim, strwożony coraz bardziej, oburącz objąwszy, gwałtem całą nie powstrzymał siłą.
— Na miłość Bożą, do celi! chodźmy do celi! bracie Aleksy — błagać począł obejmując go rękami. Do celi! My tu nic do czynienia nie mamy, to do nas nie należy!
Zrazu wyrwał mu się królewicz, i zdało się jakby iść chciał przebojem, potém spuścił głowę jakby go jakaś myśl złamała, i, słowa nie mówiąc dał się prowadzić.
Ciemnemi wschodkami poczęli na piętro wstępować. Tu wązki ciemny także korytarz, ciągnąc się przez całą długość budowy, zaledwie kilką wązkiemi otworami od podwórza oświecony, wyciągał się przed niemi cichy i pusty, smutny ze swym więziennym mrokiem i pustki milczeniem.
Tuż przy wschodach były dwie cele obok siebie. Do jednéj z nich jakby z rozpaczą jakąś, rozdrażniony wpadł królewicz, a brat Łukasz, widząc go w takim stanie, po krótkim namyśle, wcisnął się za nim.
Cela była zakonna, nielepsza od innych, po mniszemu urządzona. Jedno w niéj okno, na sad wychodzące, zasunięte okiennicą, natychmiast z trzaskiem, gwałtownie otworzył przybyły. W pół świetle, które izbę oblało, widać w niéj było łoże twarde, prosty klęcznik z krzyżem nad nim, dzban u drzwi gliniany, drewnianą misę i skrzynię, któréj wieko napół stało otworem.
Królewski syn był tu niczém więcéj jak ubogiém Ś. Benedykta dziecięciem.
Królewicz popatrzawszy przez okno, odskoczył od niego, rzucił się na twarde łóżeczko, siadł na niém i głowę zanurzył w dłonie.
Poruszony był, niespokojny, rozgorączkowany. Przybycie tych rycerzy po śnie nocnym, rodziło w nim przeczucia i nadzieje.
Milczał trochę, potém głowę podniósł i począł głosem niespokojnym.
— Słyszałeś? to są Krakowianie, to moi są. Po mowie ich poznałem. Zkąd oni tu? po co? Między Sasami? Jak? dla czego?
— To może Czesi od Pragi — odparł Łukasz — onić tak samo mówią i rozpoznać ich od Polan trudno... Czesi tu często się zapędzają.
— Oh! oh! począł królewicz — co ty mi mówisz? Czeska mowa pieszczona inaczéj brzmi niż nasza. Słowa jedne a śpiew inny. Moje ucho nawet Szlązaka rozróżni od Krakowianina, co dopiero Czechów od Polan? To są moi, Krakowianie — począł rozgorączkowując się coraz bardziéj — moi są! Sen mój! sen! konie stoją za wrotami. Siadaj, jedź, mścij! mścij. — Bełkotał coraz żywiéj i pięściami bił po kolanach...
Brat Łukasz, patrząc jak na obłąkanego ruszał ramionami, nie wiedząc co z nim robić.
— A! gdybym choć widzieć się, choć pomówić mógł z niemi — rozpoczął po przestanku królewicz. Któż wie? Serce którego z nich ulitowałoby się może krwi królewskiéj... Wzięli by mnie z téj niewoli.
Zbliżył się doń brat Łukasz, i w ramię go pocałował.
— Bracie mój — rzekł — bo mi was inaczéj nazywać nie wolno, bracie, na miłość Boga, zaklinam was, uspokójcie się! uspokójcie. Co wam pomoże mówić z niemi, aby się rany otworzyły i smutek potém urósł jeszcze? Choćby i Polanie byli, wasi, cóż oni wam pomogą? Ztąd was żadna siła nie może wyrwać.
Królewicz zlekka go odtrącił.
— Precz! — krzyknął — tyś prawy klecha... Ty tego nie rozumiesz, że kto swéj rodzonéj mowy od dawna nie słyszał, ten dla tego tylko aby się jéj napić uszami i sercem, gotówby się skazać na męki. Ty! ty!
I pogroził mu. Brat Łukasz milczał ręce załamując. Zwolna odstąpił ku oknu.
Cisza panowała w klasztorze, a że korytarz sąsiedni na podwórze wychodził, słyszeć prawie ztąd było można co się na niém działo.
Po chwili zaskrzypiały szerokie wrota, tentent koni wchodzących na dziedziniec tłumnie i wrzawę rozpoznawali braciszkowie, brzęk żelaza, rozmowę gwarną, to cichszą, to głośniejszą.
Królewiczowi twarz się paliła, nastawiał ucha, serce mu biło, zrywał się po kilkakroć z siedzenia, jakby chciał biedz, a towarzysz łagodnie, chłodno ale uparcie spychał go na łoże; w pół prośbą, na pół musem zmuszając do pozostania na miejscu.
— Cierpliwość miejcie — dodał. Jeżeli ich tu już wpuszczono, toć i do refektarza poproszą, nocleg tu pewnie mieć będą. Zobaczycie ich, posłyszycie, choćby jutro na mszy świętéj w kościele, boć bez niéj przecie odjechać nie mogą.
Zmilczał brat Aleksy, ale usta zagryzając rzucał się niecierpliwie. Szmer, który słyszeli w dziedzińcu, zrazu cichy, wzmógł się, głosy jakieś gwałtownie podnosić zaczęły, brzmieć groźno. Zdawało się jakby spór jakiś powstał między wpuszczonemi gośćmi a zakonnikami. Brat Łukasz rozpoznawał podniesiony głos Ojca przełożonego, potém odpowiedź nań hałaśliwą, niecierpliwą i okrzyk. Rycerze wtórowali swojemu, i znowu mówił przełożony, potém wszyscy razem rwali się wrzawliwie głusząc jedni drugich. Po krótkich ciszy przestankach, następowały jakby wybuchy i milczenie znowu; krzyki uparte i postukiwania oszczepami o ziemię.
Można się było domyśleć, że spór o coś zajść musiał, brat Łukasz drżał, Aleksy podchodził ku drzwiom, uśmiechał się, siadał na łóżko, zrywał.
Po burzliwéj owéj rozmowie, nastąpiło łagodniejsze mruczenie i umiarkowańsze głosy, ustał spór, wróciło znowu milczenie klasztorne tak dziwnie i niespodzianie przerwane.
Wtém na korytarzu dały się słyszeć szmer i kroki, brat Łukasz niespokojny podbiegł ku drzwiom, gdy się one otwarły szeroko i Ojciec Abdon przełożony, wszedł z twarzą chmurną, krokiem powolnym. Widać było na nim że tylko co był do gniewu pobudzony, i teraz dopiero odzyskiwał spokój zwykły i powagę.
Zjawienie się jego niespodziane w celi jednego z braciszków, było tak dziwnym wypadkiem, iż ujrzawszy go, królewicz już nawykły do karności, na pół zachowując regułę klasztorną, która z przyklęknięciem, pocałowaniem ręki witać przełożonego nakazywała, na pół się z niéj wyłamując, pochylił się tylko i nie zgiąwszy kolan, zawołał:
— Ojcze przewielebny — ojcze! to moi, Krakowianie są.
Opat spojrzał nań surowo, zatrzymał wzrok na nim, usta mu się litościwie uśmiechnęły, i rzekł z westchnieniem:
— Bogu jednemu wiadomo, ażali wy się tém cieszyć macie czy zasmucić. Tak, Polanie to są i Czesi, którzy nie mając prawa, gwałtem wymódz chcą na mnie, abym was im wydał... Ja wojny z niemi prowadzić nie mogę. Wdarli się tu jako goście, a postąpili jako gwałtownicy.
Królewicz zaledwie dosłuchawszy, wykrzyknął z radości. Radość ta była z początku tak wielką, iż padł na kolana i rękę opata niechętnie mu podaną, ucałował, ale wnet zerwawszy się z ziemi począł wołać:
— Sen mój! matka moja! koń stoi! Ja jechać muszę z niemi! Muszę...
Rzucił się niepatrząc na starszego ku drzwiom, wypadł niemi, i słychać było jak biegł po wschodach. Opat zwolna poszedł za nim zamyślony.


II.


W wielkiéj izbie na dole, w któréj gości zwykli byli przyjmować zakonnicy, zdawna tak tłumno i huczno nie było jak tego wieczora.
Przy blasku kilku kaganków, widać było kilkunastu zbrojnych ludzi, którzy stali, oczekując, pozdejmowawszy hełmy z głów oblanych potem i z kurzawy twarz i odzieże swe ocierali.
Byli to tylko co przybyli goście, do których biegł królewicz. Zatrzymano go jednak, drzwi pozamykawszy i sam opat miał go tu wprowadzić. Napróżno się zżymał i wyrywał, uledz musiał, choć złość nim miotała.
Czesi i Polanie czekali z równą niecierpliwością, jak on się ku nim wyrywał. Na twarzach ich widać było radość, że się nareszcie do celu podróży dobili i postawili na swojém. Mężowie to byli wszyscy niemal lat poważnych, znać wojennego rzemiosła, ogorzali, silni, niektórzy z bliznami na twarzach, poodziewani dostatnio, bogato nawet, zbrojni jak należało.
Zostawieni sami sobie, gdyż zakonnik, który ich tu wprowadził wyszedł zaraz, rozpatrywali się ciekawie po foresterium.
Na głównéj ścianie jéj wisiał olbrzymi krucyfix, z wielką figurą ukrzyżowanego Chrystusa, wyrzeźbioną z drzewa nie bardzo zgrabnie i pomalowaną. Naturalne włosy okrywały głowę. Wyraz rzeźby, jak całej sztuki owych wieków, surowy był, smutny i groźny. Bóg i święci jego tym ludziom namiętnym i dzikim musieli się przedstawiać jako siły straszliwe; nie dobrocią, ale strachem można było pokonać tych, dla których łagodność słabością się wydawała. I sztuka owych czasów nie miłością i miłosierdziem, lecz grozą i trwogą mówić musiała, przedstawiając męki, malując postacie surowe a niezbłagane. Takim był i ten Chrystus na ścianie forestorium.
Izba była rozległa, nizka, z ławami u ścian i podobnemiż siedzeniami ciężkiemi przy dwu stołach, które środek jéj zajmowały.
U stóp krucyfiksu paliła się lampka mała, światełkiem mdłem niekiedy oblewając spuszczoną twarz Chrystusa. Miedziane naczynie z święconą wodą u wnijścia, było jedyną ozdobą ścian nagich i pociemniałych. U stropu widać było belki olbrzymie, na których topor ciesielski probował rysować jakieś ozdoby. Przez otwarte okna na przestrzał widać było zielony sad z jednéj, podwórze puste z drugiéj strony.
Niektórzy z przybyłych znużeni już na ławach spoczywali, inni chodzili, oknami ciekawie wyglądając na sad bujno i pięknie rozrastający się, jakiemiś nieznanemi krzewy. Wiadomo, iż benedyktyni pierwsi z sobą z innych krajów przynosili nietylko winną latorośl, ale wiele innych nasion i roślin pożytecznych.
Trzech czy czterech panów w pośrodku izby kołem stanąwszy, mówiło z sobą po cichu, jakby się naradzając.
Za każdym od strony drzwi szelestem zwracali ku nim głowy, ale już po kilkakroć zawiodło ich oczekiwanie. Zwłoka zdawała się ich niepokoić. Ten, który pierwszy zjawił się u furty klasztornéj stał na przedzie, gotując się widocznie wyręczyć towarzyszów w rozmowie i przyjęciu tych, których oczekiwano, bo na drzwi ciągle miał zwrócone oczy.
Był to Dobek z Morawicy, daleki jakiś powinowaty matki królewicza, przy nim stali Sreniawa, Kaniowa i Mutyna Czech dodany im w Pradze. Siedzący na ławach wszyscy byli Szlązacy lub Krakowianie.
Gdy tak czekają, po trosze się zżymając już, podejrzewając opata, kręcąc głowami, bo mimo obietnicy zaczęli powątpiewać, czy ten, po którego przybyli, wydany im zostanie. Otwarły się nareszcie drzwi i opat wszedł, wiodąc za rękę królewicza Zbigniewa, w téj saméj sukni poszarpanéj i poplamionéj, w któréj siedział przed chwilą w ogrodzie. Odmienić mu ją chciano, ale się oparł temu.
Nikt z przybyłych, nawet Dobek z Morawicy, po matce mieniący się powinowatym Zbigniewa, nie znał go z twarzy. Wszyscy sobie wystawiali królewskiego syna, owo dziecię pańskie, po które przybyli — piękném, rysów twarzy szlachetnych, postawy rycerskiéj. Jakież było zdziwienie ich, gdy ujrzeli przed sobą niezgrabnego kleryka w sukni ciasnéj, rozrosłego wprawdzie i silnego, lecz do parobka stajennego podobniejszego niż do książęcia, z twarzą długą, bladą, odstraszającą, na któréj się zwierzęca niemal radość jakaś rozszalała, malowała.
Jakiś czas stali osłupieni, nie mogąc przyjść do siebie, takim zawodem wydał się im ten wyrostek, którego widzieli przed sobą. Zmierzyli się oczyma, ledwie nie posądzając opata, że ich oszukać pragnął, podstawując im innego kleryka w miejsce królewskiego syna. W tém nie czekając na ich powitanie, Zbigniew gwałtownym ruchem naprzód wystąpił, stanął i począł śmiejąc się głosem drżącym.
— Witam, miłości wasze.
Brzmienie mowy wywiodło ich dopiero z wątpliwości i osłupienia. Ci, co króla znali i słyszeli mówiącego, w głosie znaleźli jakieś z nim podobieństwo. Dobek z Morawicy poszedł ku niemu i hełmem, który trzymał w ręku, do kolan mu się pokłonił.
— Czołem a głową miłości waszéj — odezwał się. — Myśmy po was tu przybyli. Dosyć tego zamknięcia w klasztorze, pojedziemy z wami, aby odzyskać, co wam odebrano.
Śmiejąc się głośno, Zbigniew rzucił się go ściskać.
— Zbawcami mi jesteście! — zawołał — marłem zaszyty w téj sukni.
To mówiąc, potrząsnął nią. — Konałem w téj ciemnicy — osiem lat, wiek, nim dorosłem, zestarzałem.
Łatwość i śmiałość z jaką mówił, poprawiła pierwsze niemiłe wrażenie. — Przybyli powstawszy z ław, kołem go otaczać zaczęli.
Opat tymczasem, mowy téj nierozumiejący, widząc siebie i godność swą nieco zaniedbaną — ponury stał i milczący. Dawny wychowaniec wcale się nie zdawał zważać na niego, poczynał już sobie jako człek swobodny, który przełożonego nad sobą znać nie chce.
Wyczekawszy chwilę opat, skinął na Dobka z Morawicy, który starszym się zdawał między przybyłemi i szepnął mu, gdy się zbliżył, iż chciałby z nim mówić na osobności. Dobek żwawy i poradny człek, swoim coś rzekł i zostawując na ich rękach królewicza, sam z opatem udał się do jego celi.
Zwolna kroczył ojciec Abdon, nic nie mówiąc, zamyślony. Mąż to był powagi, doświadczenia wielkiego i zdobytego wiekiem spokoju ducha, a przełożeństwo po kilkakroć w różnych miejscach piastował i nawykł był do rozkazywania. Nadawało mu to postać i obyczaj prawie pański. Dobek z Morawicy czuł się, im dłużéj z nim obcował, bardziéj przybitym i zmalałym... Coś biskupiego dlań miał w sobie, a pod owe czasy biskupia dostojność, niemal się z królewską równała.
Weszli do sporéj izby, w któréj ojciec Abdon zwykł był gości dostojniejszych przyjmować. Nie było w niéj innego zbytku nad ten, jaki przystał duchownemu: ksiąg wiele, obrazów złocistych kilka, krucyfiksy, ołtarzyk do modlitwy, ozdobnie przybrany. Otwartemi oknami wpadało światło jeszcze żywe i jaskrawe, choć dołem w podwórzach mrok się już poczynał.
Zajął miejsce opat w krześle swém z poręczami, na poduszce, a drugie wskazawszy Dobkowi, odezwał się po krótkim namyśle:
— Przynieśliście mi list i pieczęć z Pragi, abym na ręce wasze wydał wychowańca mojego Zbigniewa. Ci, co go żądają, nie dali mi go, prawa doń nie mają, bierzecie mi go siłą.
Z Krakowa mi był powierzony, z woli króla, jak mówiono, dziś może przeciw niéj go bierzecie?? Miły panie, gdym brał tego młodzieńca, nie wielem o nim wiedział; gdy mi go zabieracie, godziłoby się, byście mnie nauczyli, dla czego wprzódy odsunąć i zamknąć go chciano od oczów ludzkich w ciszy klasztornéj, a dziś go chcą ztąd siłą odebrać? Ciemném to dla mnie. Obcym jestem i zakonnikiem, o sprawach Polan tak jako nic nie wiem. Sasi téż o nich tyle tylko wiedzą, iż się napaści na siebie od królów waszych lękają.
— Byćże to może ojcze przewielebny — spytał Dobek, ażeby was zostawiono w nieświadomości?
— Tak ono jest — odparł opat spokojnie. Lat temu osiem przywieziono płaczącego chłopaka, gwałtem znać do klasztoru, ze znacznym darem dla kościoła naszego. Niepomnę, jak się zwał ten, co go oddawał, stoi zapisane na mszale imię jego. Powiedziano mi, że dziecko jest nieprawym potomkiem księcia polskiego, że je chcą zamknąć i oddalić, aby król czy książę żonę biorąc ślubną, dziecka się nie wstydził, i aby prawym następcom jego uszczerbku nie było. Kazano go do zakonu sposobić, przyrzekając wyposażenie.
Imie mu było Zbigniew, myśmy w zakonie zwali go Aleksym.
Dobek słuchał zawstydzony i nieco zdziwiony.
— Ani królów waszych, ani królestwa waszego dziejów i spraw nie znam — kończył opat. — Tyle moich uszu doszło, iż mieliście zuchwałego pana, który się na swojego ojca duchownego porwał i zamordował go; że z Rzymu Ojciec nasz, interdykt rzucił na królestwo wasze, iż korony pozbawiono panującego, a ta się pono z woli Ojca naszego biskupa rzymskiego, czy cesarza, dostała czeskiemu królowi.
Dobek ramionami ruszył.
— Niechże mnie przewielebność wasza posłucha — rzekł powolnie — ja wszystko, jak umiem opowiem. Prawda to jest żeśmy króla mieli, który jak rycerzem był wielkim, tak niepohamowanym i zuchwałym, bo ani królów swych braci za równych, ani Papieża, ani cesarza za wyższych nad siebie mieć nie chciał. Zabił on biskupa naszego, męża świątobliwego, który mu grzéchy jego na oczy wyrzucał, ale potém sam z kraju uchodzić musiał. Ulitował się przecie Papież rzymski nad nami, brat króla, choć nie koronowany, królestwo dzierży, przecie dla nas królem jest.
Synem jego pierworodnym ten oto Zbigniew, po którego my przybyliśmy.
— Ale dziecięciem nieprawém — wtrącił opat.
— Jako żywo — odparł Dobek — my téj różnicy nie znamy. Dawnym obyczajem naszym domowym, wziął Władysław pan nasz żonę, krewną moją, Hannę, żył z nią jako z małżonką, choć kościół nie pobłogosławił związku, boć u nas to nie było w owe czasy koniecznością i duchowni się o to nie upominali jako teraz.
Z téj Hanny, ciotecznéj mojéj, miał król oto tego syna, który tak jego prawym synem jest, jako i ten drugi co mu się późniéj z czeskiéj Judyty narodził za przyczyną Idziego świętego.
Gdy król Judytę brać miał za małżonkę z krwi królewskiéj, zażądano, by nietylko pierwszą żonę, ale i pierwsze dziecię odtrącił od siebie i zapomniał o nich. Zmarła z boleści wielkiéj żona, sierota została, tę wtrącono do klasztoru jak w studnię.
Opat się poruszył mocno.
— Miły bracie — rzekł — nie na zgubę, ale na zbawienie dano go nam, nie studnia to jest, ale wrota do wiecznéj szczęśliwości.
— Pewnie, pewnie — poprawił się zmięszany, głowę skłaniając Dobek — ale, dałże on się nałamać i skłonić, aby umiłował ten stan, ojcze przewielebny?? Powiedzcie, abyście nasze uspokoili sumienie?
Opat pomilczał nieco, w twarzy jego znać było zakłopotanie pewne, smutek, walkę z samym sobą. Namyślał się, miałli rzec, co mu na sercu leżało.
— Miłościwy panie — odparł — nie zataję prawdy przed wami. Osiem lat trzymamy go na oku, mogę rzec na pasku, zobowiązaliśmy się do tego. Dziecko zepsute i krnąbrne tu przyszło, a daj Boże, aby lepszém ztąd odebrane zostało. Naturę ma do przezwyciężenia trudną i niezgiętą, umysł pojętny, krew burzliwą. Nie wiem co z nim czynić myślicie, lecz jeśli władzę jaką z rąk waszych ma otrzymać — bodajbyście danéj mu nie pożałowali.
Ostatnie wyrazy ciszéj domówił opat, spuścił głowę na piersi i umilkł. Zdziwił się mocno, gdy podniósłszy na Dobka oczy, ujrzał go prawie uśmiechniętym i rozradowanym tém, co go powinno było nastraszyć.
— Ojcze przewielebny — odezwał się Dobek — takiego nam potrzeba właśnie, któryby rękę silną i wolę miał, a strasznym był... Stary król nie wiele może, rządzi Palatyn i nas wszystkich zabierać chce w niewolę. Niech będzie zły, byle silnym był, a mógł się mu opierać...
Opat się poruszył.
— Nie żądajcie złego w złą godzinę! — rzekł cicho.
— Nie odwołuję com rzekł — począł Dobek — pan nasz pobożny Władysław Herman, dobrym jest, ale słabym i bojaźliwym, nie panuje on, a nad nim panują. Nie pana mamy, ale z ręki jego tyranów, a raczéj tyrana, przez którego królestwo paść może. Zawczasu o sobie myśleć musimy; królowa niewiastą jest i nie wié kędy idzie, król zawojowany, wojewoda Sieciech, faworyt obojga, bodaj na przywłaszczenie sobie wszystkich ziem godzi i zastawia sieci. Nie było rady innéj, jak oto to królewskie dziecię wziąć, a niém się podeprzéć przeciw samowoli Sieciechowéj. Garnie on wszystkie ziemie pod siebie, a każda chce swoje prawo i wojewodę mieć...
— Daj Boże, by wasze lekarstwo gorsze od choroby nie było — odezwał się opat — Świeckie sprawy obce mi. Nie radbym téż obmawiać tego wychowańca mojego, ale o niego i o was trwoży się dusza moja. Dzikie zwierzę w klatce nie straszne, na wolności biada z niém.
Umilkł.
— A cóż w nim tak złego jest? — zapytał Dobek.
— To najgorsze, żem dobrego w nim znaleźć nie mógł. Jak na suchéj płonce com zaszczepił zmarniało, a dzikie wilki bujają. Ugiąć się, usłuchać, ukorzyć nie umiał nigdy. Rozumu nie brak, słowo ma łatwe, bystrość wielką, gdy zechce, ale przewrotność w nim większa jeszcze...
Jakby znużony opat zamilkł znowu i czoło ocierał.
— Nie posądzajcie mnie — dodał — abym niechęć jaką miał ku niemu, Bóg mi świadkiem, kochałem go i litowałem się, trochę z serca mi zdejmujecie, zabierając go. Nie miałbym sumienia jednak, gdybym was nie ostrzegł, nie oznajmił wam, iż pilno czuwać nad nim powinniście.
Dobek pochyliwszy się do ręki opata, ucałował ją.
— Dziękujemy przewielebności Waszéj — odezwał się. — Bynajmniéj to niezmienia naszych zamiarów. Jakikolwiek on jest wziąć go musimy. Kto wié, czy swobodniéj puszczony nie zmieni się, a nie stanie takim panem, jakiego nam trzeba. Namby teraz żelaznych rąk Mieszka i twardéj prawicy Bolka Chrobrego nie nadto było...
— Mówiliście przecie sami, że pobożnego i dobrego króla macie? — spytał opat.
— Pobożnego, tak ci jest — odezwał się Dobek — dobrego téż, ale słabego. On dziś już nie panem jest tylko na łasce Sieciechowéj posłuszném narzędziem.
— Mówiliście, że syna ma? — wtrącił opat, spoglądając niedowierzająco.
— Dziecko to prawie jeszcze — rzekł Dobek — zawojowane przez Sieciecha, który je wychował, bo u nas Sieciech Palatyn wszystkiém i królowéj ulubieńcem i króla prawą ręką i królewicza nauczycielem i królestwa władcą, a jutro kto wié czém być zechce?
— A któż ten Sieciech jest? — rzekł opat.
— Kto Sieciech pytacie? — rozśmiał się przybyły, ramionami ruszając, jakby go to pytanie nie pomału zdziwiło. — Jakże to rzec, kto on jest? Byłto gładki młodzieniec, Toporczyk rodem, nie wielkiego imienia, ale pięknéj postawy i żywego ducha, śmiałości wielkiéj. Królowi się podobał, bo mu do wszystkiego służył, miłym się stał królowéj, która młodzież lubi. Umiał się przymilić, wyręczyć i objął powoli wszystko. Króla obsadził swojémi ludźmi, w ręce wziął miecze i klucze, Władysławowi dając spoczywać, modlić się i zażywać pokoju. Żołnierz i wódz szczęśliwy, rozumem i nauką choćby z biskupami o lepszą iść gotów. Dziś on pan na Sieciechowie, a jutro na ziemiach i karkach naszych panem być może.
— Cóż jeden taki chłopak przeciw niemu znaczy? — odparł przełożony.
— Bardzo wiele — zawołał Dobek. — Mamy dlań zapewniony Szlązk, gdzie go Wrocławianie i wojewoda Magnus przyjmą za pana, aby postawić przeciw Sieciechowi. Ukrócim władzę jego i uratujemy krew pańską.
Pomilczał trochę opat.
— Lepiéj to zapewne wiecie co czynić macie — odparł krótko — róbcie jak was Bóg natchnął, ja z sumienia mojego zrzuciłem brzemię. Teraz — dodał, zlekka się podnosząc duchowny — idźcie miłościwy panie, sam na sam weźmijcie przyszłego pana, a zajrzyjcie mu w duszę. Obaczym co o nim powiecie.
— Pospieszę, gdy dozwalacie — rzekł Dobek i raz jeszcze rękę opata ucałowawszy, wyszedł z celi. Tu stojący kleryk, który na rozkazy czekał, drogę mu do foresterium pokazał.
Zbliżając się do wnijścia, już omylić się nie mógł Dobek, taką tam wrzawę wewnątrz słychać było i śmiechy, w których głosy towarzyszów swoich poznawał. Nad wszystkimi huczniéj rozlegało się ryhotanie dzikie, w którém się domyślał Zbigniewa.
Uchyliwszy drzwi ujrzał widowisko osobliwe. Polanie przybyli z Dobkiem, którzy jadąc na tę wyprawę, zawczasu obmyślili, czego potrzebować będą, zabrali z sobą suknie i uzbrojenie stosowne dla przyszłego księcia, aby się w nich mógł przystojnie Wrocławianom okazać.
W czasie niebytności Dobka albo oni się o przebranie nędznie odzianego kleryka upomnieli, lub on sam zażądał innych sukni. Dobek trafił właśnie na tę chwilę, gdy sakwy i węzły na ziemi leżące rozwiązawszy, towarzysze jego młodego syna królewskiego na nowo przyodziewali.
Zbigniew szczęściem swém był upojony, i, jako się nie dawno rzucał rozpaczliwie w niewoli, tak teraz miotał się oszalawszy swobodą bez miary. Nie czyniło go to piękniejszym. Rozebrany z ciasnych sukien silnym się okazał, ale równie niezgrabnie wyciosanym, jak wprzódy. Twarz jego blada rumieniła się weselem, a oczy iskrzyły dziką jakąś zapalczywością, niemal rozpasaną, która już i tych, co go otaczali raziła.
Gdy Dobek wszedł, ujrzał na ziemi podarty w szmaty drobne habit zakonny, Zbigniewa już na pół rycersko przyodzianego, samemu sobie dziwiącego jak się dziecię. Wszyscy dokoła posługiwali mu chciwie; jeden kaftan podawał, drugi pas opinał, inny chciał hełm próbować. Zbigniew nogą obutą bił w ziemię, śmiał się, urągając i wykrzykiwał głośno.
— Osiem lat mię więzili — wołał — raz wolny wolę zginąć, niż się im dać okuć na nowo. Ani panu ojcu, co się zaparł syna, ani królowéj macosze, ani miłemu bratu, ni w świecie nikomu.
Wydali mi wojnę gdym dzieckiem był; zaprawdę, nie poczynałem jéj, będą mieli wojnę, bo ja tak ich nie znam, jak oni mnie znać nie chcieli. Prawo tylko swe znam i Boga nad sobą, więcéj nic.
Dobek nie zbliżając się, przysłuchiwał z za drugich.
Kleryk (bo mu już tu pierwszego dnia niektórzy nadali to przezwisko, mające przy nim zostać na zawsze) im mu bardziéj śmiechami potakiwano, tém raźniéj wykrzykiwał. Nie wiedział Dobek, czy się miał tém radować, czy trwożyć; miarkował, że człek był jeszcze nie wytrzeźwiony z pierwszego szału, a młody, lecz w zahukaném dziecku nieśmiałości się zbytniéj raczéj było można spodziewać, niż takiego nagłego rozzuchwalenia.
— O! ho! — wołał ryhocząc wyzwolony, gdy mu miecz przypasywano — oho teraz mi już nikt nie zabroni, gdy włosy odrosną puścić je na ramiona i brodzie téż dać bujać, a jeść a pić i — na niewiasty patrzéć i pieśni słuchać i śmiać się dowoli!!
— Na niewiasty — wtrącił któryś — nietylko patrzéć wam wolno, ale je i brać.
— O! — przerwał Zbigniew — a no cicho! tu o nich ani mówić, ani ich widzieć, ani myśléć o nich nie wolno pod karą wielką. Ojcowie mówią, że szatan siedzi w nich.
Śmiali się niektórzy, inni szeptali.
— Krew nie woda, teraz sobie nagrodzi!
Zbigniew dosłyszał to i ręce podnosząc, począł wołać.
— Zaprawdę! zaprawdę! nagrodzić sobie muszę stracone lata! Gędźby, pieśni, śmiechu, swawoli zażyć, jak mężczyźnie przystało.
— Wszystko mieć będziecie — odezwał się poważniéj Dobek — ale i miecz téż nie będzie próżnował.
Zbigniew spojrzał na wiszący u boku obojętnie jakoś.
— Tym ja jeszcze nie władnę, rzekł, bo mi téż ani go dotknąć, ani probować nie dano. Zkądżebym miał wziąć go tam, gdzie i pałka zakazaną była?
Nauczycie mnie z nim się obchodzić.
— Nauczymy! nauczymy! — odezwali się chórem wszyscy.
Wesołość była wielka, bo każde słowo książęce nią witano, on zaś był jak pijanym i rozpasanym do zbytku. Nogami gniótł i szarpał zrzucony habit, i wyciągał się radując wygodnemu kaftanowi, mieczowi przypatrywał, pasa pociągał, a coraz to mu się słowo wyrwało zuchwalsze, niżby się z ust kleryka spodziewano.
Dobek odwiódł Starżę na stronę.
— A co, pan nasz? — spytał po cichu.
— Widzicie go — rzekł Starża — człek chudy, zasępiony i frasobliwy z natury. Musiało mu się od téj nagłéj swobody w głowie zakręcić. Mówi jak po pijanemu — po mnie ciarki chodzą słuchając.
Pochylił mu się Dobek do ucha.
— Jeszczeby was gorsze wzięły dreszcze — rzekł — gdybyście posłyszeli, co do mnie o nim opat rozpowiadał — a, no, wyboru nie mamy.
— Cóż mówił?
— Straszył mnie nim. Ażali my na nasze karki nie ostrzymy topora? — Szeptał Dobek nieco zasępiony. — Któż wié?
Namyślił się Starża.
— Gorzéj ci nie będzie — odparł po namyśle. — W naszych on rękach, jakeśmy go wzięli, tak go porzucić możemy...
— Łacniéj pono wziąć, niż się zbyć — dokończył Dobek. — Znajdzie sobie zawsze tych, co go podpierać będą.
Spozierali z ukosa na królewicza, a Starża rzekł w końcu:
— Po tém, coście wy od opata słyszeli i ja się trwożyć będę. Bogiem a prawdą, ten syn królewski do serca mi nie przystał. Suknia zakonna nie uczyniła go lepszym, choć na rozumie i języku mu nie zbywa.
Przysłuchajmy się im — Czech wtrącił.
— Dzieckiem jest jako oni wszyscy po klasztorach, po wielkiéj niewoli bryka człek jak źróbek, którego na łąkę wypuszczą.
— Prawdęś rzekł — potwierdził Dobek. — Nie łapmy ryb przed niewodem!!
I zbliżył się do wesołego kółka, które Zbigniewa otaczało.
Właśnie stoły dla gości zakonni braciszkowie przygotowywali do wieczerzy, gdy Dobek ze Starżą podeszli do królewicza, który odziany w szaty nowe, pysznił się niémi. Siedział na ławie, dumnie spoglądając na braciszków, niedawno towarzyszów swych, z obawą jakąś rzucających nań przestraszone wejrzenia. Przeistoczenie to człowieka, którego wczoraj sądzili, już na wieki obleczonym suknią i ślubem, budziło w nich myśli trwożne. Wedle ich pojęć zgubionym był i zaprzedanym nieczystéj sile. Z poszanowaniem podnieśli z ziemi podartą suknię zakonną, którą Zbigniew zdeptał nogami, i jeden z nich wyniósł ją co prędzéj z foresterium. Na twarzy pozostałych malowała się zgroza, oburzenie, postrach kary bożéj, która świętokradzcę dosięgnąć miała.
Zbigniew się im rozparty na ławie urągał.
— Bracie Łukaszu, bracie Agapicie, braciszku Odonie, patrzajcie no! nie wyglądamli ja na rycerza? nie dobrze mi tak? Chciałoby się i wam takiéj sukni? hę?
Braciszkowie nie spoglądali nań, nie odpowiadali nawet, ustawiali na stole miski, kładli chleby, krzątali się około kubków i dzbanów; spuszczali oczy. Wesołość tylko co rozdzianego kleryka, choć się tłómaczyć dała, nawet świeckim jego towarzyszom wydawała się nieco dziwną, trochę rażącą, cóż dopiero skromnemu braciszkowi Łukaszowi! Szał ten trwożył go nad wyraz wszelki, gdyż i ów sen i przygody uważał za dzieło złego ducha, wiodącego nieszczęśliwego do zguby.
Wejście nawet opata i kilku milczących zakonników, którzy mu pokornie towarzyszyli, postępując za nim z oczyma w ziemię wlepionymi, nie wiele uśmierzyło rozbujanego książęcia.
Dobek musiał go cichą przestrogą skłonić, aby nieco skromniéj i ciszéj się znajdował, za co mu wejrzeniem złośliwém zapłacił.
Opat odmówił stojąc błogosławieństwo, gościom podano miednice, nalewki i ręczniki, skromny posiłek zastawiła służba na stołach, na trzech jedną, wedle obyczaju, dając misę, z któréj społem jedli.
Rozmowa stała się ciższą i nieśmiałą, opat był poważny i milczący. Nie biesiadowano téż nad miarę, gdyż, choć przyjęcie dostatnie było, zbytku w klasztorze nie dopuszczano. Piwa po kubku postawiono przy każdym, jadła brał każdy ile chciał i jak stało. Mięso dawano tylko dla obcych, a Zbigniew długo pozbawiony go, niepomiernie użył i z widoczną żarłocznością.
Nie okazując tego opat mierzył go oczyma, spoglądali nań i inni, nie mogąc poznać w tym śmiałym aż do zuchwałości chłopcu, który się im urągać zdawał, chmurnego, milczącego braciszka, jakiego znali w sukni zakonnéj.
Po dziękczynnéj modlitwie mnisi ucałowawszy z przyklęknięciem rękę opata, opuścili jadalnię, przełożony sam został z obcymi.
Widać było, iż życzył sobie mówić ze Zbigniewem, który unikać się go zdawał. Stało się to nareszcie niemożliwém, gdy o. Abdon wprost doń podszedłszy, stanął, mierząc go oczyma, które wzrok spuścić zmusiły. Sile tego wejrzenia, którego słuchać był nawykł, uledz musiał. Gniewny czekał, co opat mu powie.
— Powinszować wam chcę i pobłogosławić — odezwał się głosem surowym przełożony. — Zmienił się los wasz tak pono, jakeście w duszy waszéj pożądali; daj Boże, by na szczęście dla was i dla tych, co was na pana ku sobie powołują. Wielki ciężar zaprawdę spada na ramiona wasze, a ujrzycie kiedyś, iż cięższym jest do dźwigania od téj sukni ubogiéj, któréj nie umielibyście umiłować. Idźcież w świat z Bogiem miłościwy panie — tak z Bogiem! nie zapominajcie o Bogu, którego wola spełnia się nad wami. Jutro do dnia, niżeli rozpoczniecie podróż, odprawię mszę świętą na intencyę waszą i pobłogosławię...
Sądzili wszyscy, słuchając, że się chłopak słowy pełnymi dobroci uczuje za serce ujęty, że się ugnie, jako należało przed opatem i podziękuje za doznaną opiekę i względy. Czekali. Zbigniewowi czoło się zachmurzyło tylko, zmarszczyły brwi, oczy spuścił w dół, zamruczał coś niewyraźnie i nie pochylił się nawet do ręki opata.
Kapłan stał, popatrzał chwilę, nie rzekł już więcéj nic, głowę skłonił ku otaczającym się zwracając i krokiem powolnym, z klerykiem, który ze światłem czekał nań u drzwi — wyszedł.
Gdy się te za nim zamknęły, książę dopiero podniósł głowę z wyrazem niemal gniewnym.
— Ha! — mruknął — chciał, bym mu jeszcze dziękował może, że mnie ręką żelazną trzymał przykutego bez litości lat tyle. Niedoczekanie ich! Mnichy i życie mnisze mi dojadło. Jutro jak świt, w drogę!
— Ale nie bez mszy i błogosławieństwa — odezwał się Dobek. — Niepewna jeszcze, co nas i was miłościwy panie czeka, jest o co Pana Boga prosić.
— O! dla mnie byle na swobodę i za te mury — zawołał Zbigniew, ręką machając przed siebie.
W tém zbliżył się nieśmiało braciszek Łukasz, dawny towarzysz, pytając go, czy w dawnéj swéj celi nocować nie zechce.
— Ja, w téj dziurze! — krzyknął szydersko Zbigniew. — Nie! wolę tu na gołéj ziemi. Od moich towarzyszów nie odejdę krokiem.
Wnet młodsi wzięli go między siebie, a brat Łukasz zawstydzony, skłoniwszy głowę, z pomiędzy nich się wyśliznął.




III


Działo się to w roku 1096.
Zamczysko w Płocku, kędy król, (bo tak go w domu zwano, choć koronowanym nie był) najczęściéj przebywał, już naówczas nieco przystojniejszy, niż za lat dawnych pozór miało, acz i teraz obozowisko i namioty więcéj przypominało niż gród stołeczny.
Stolic téż naówczas stałych nie mieli królowie, czasowo przemieszkując po grodach i ziemiach, do których ich upodobanie, obowiązki, wojny i sprawy domowe powoływały.
Kraków, od tego czasu gdy Bolesław Szczodry skalał kościelne progi krwią świątobliwego biskupa, był jeszcze jakby pod klątwą; unikano go, tkwiły w nim wspomnienia straszne, obawiano się jakby miejsce samo nieszczęśliwém było. Pustoszało potrosze opuszczone zamczysko, nie zatarte nosząc ślady niedawnej jeszcze przeszłości.
Władysław Herman bezpieczniéjszym się czuł w pośrodku ziem swoich, na mazurach w Płocku, niż w Poznaniu, Gnieźnie, na Szlązku i w Krakowie. Tu więc i on i dwór i królowa Judyta, cesarskiéj krwi pani, przebywać z nim musiała, tu lata pierwsze spędzał Bolko, młodziuchny, jedyny syn królewski z Judyty czeskiéj, bo z niemki trzy tylko córki rodzinę pańską pomnożyły.
Wdowa po królu Węgrów, krwią z domem cesarskim blizko połączona, królowa Judyta, pędziła tu życie, które sobie sama zabawami i wesołością zaprawiać umiała.
Król chorowity lubił ciszę, ale nikomu się weselić i wedle myśli swéj zabawiać nie bronił.
Zamek w skwarne dni lata tego, bardzo ożywionym nie był. Połowę budynków jego zajmowała ze swym dworem, niemiecko-węgiersko-polskim królowa pani, pół mniejszą król zamieszkiwał. Do koła obojga dwór a raczéj dwa osobne dwory się rozkładały, nie licząc trzeciego, otaczającego królewicza Bolesława, naówczas jedenastoletniego, przy którym nieodstępnym był ochmistrz jego, Wojsław, Sieciecha pokrewny i rówieśnicza drużyna.
Dworska gawiedź przy królu i królowéj w większéj części młoda była, raźna, ochocza i dosyć swobodna, bo taką i królowa pani i Władysław otaczać się lubił. Starszyzna służyła tylko aby trochę ładu wśród niesfornéj młodzieży utrzymać i z karbów jéj wyjść nie dawać.
Pięćdziesiąt i kilka lat mający król, starszym się wydawał niż był w istocie. Zwał się panem i królem, ale królować się obawiał; cugle z rąk jego dawno się już w inne dłonie dostały. Rad był temu. Chorzał i stękał, a jeśli mu się kiedy rozjaśniło lice, to chyba gdy oznajmiono przybycie Wojewody Sieciecha. Naówczas i król i królowa, która go nad wszystkich przenosiła, występywali jak dla najmilszego z gości, życie się budziło w Płocku, twarze jaśniały radością, zamek brzmiał weselem.
Sieciech wojewoda wojewodów, naczelny wódz, namiestnik pański, ręka prawa, zjawiał się tu często, ale bawił krótko. Musiał zarazem na wszystko mieć oko, docierać wszędzie, pilnować granic, a w środku strzedz by mu się Starostowie z pod zwierzchnictwa nie wyłamywali. Trzeba było to się ku Krakowu puścić, to na czeską granicę podsłuchać co się tam działo, to na Szląsk, to na niespokojne Pomorskie rubieże, to do Gniezna i Poznania, na grody, po ziemiach, gdziekolwiek się co luzowało i psuło.
Król dawał mu czynić co chciał, a co on uczynił, dobrém było. Królowa się téż nie przeciwiła. Z jego ręki ludzie stali przy panu i przy pani, krewny jego Wojsław był przy królewiczu, a kto nie od niego był, albo nie z nim, długo tu trwać nie miał nadziei.
Po skwarnych dniach lata, król osłabłym czuł się bardzo, a im się gorzéj na zdrowiu czuł, tém Sieciecha więcéj pragnął, bo mu tylko z nim i przy nim dobrze było.
Już dnia przeszłego wyglądano Wojewody; pytała się nieustannie królowa, król przypominał co chwila — Sieciech, mimo obietnicy nie przybywał.
Zamknięty w izbie, któréj okna ku północy obrócone, gorących promieni słonecznych nie dopuszczały, Władysław Herman wstał następnego dnia blady, nieustannie czuł pragnienie, wargi miał spiekłe, oczy zaognione, oddech ciężki, ręce drżące. Patrząc nań litość brała, tak nad wiek wyniszczonym się zdał i z sił opadłym. Oczy jego podnosiły się nieśmiało, patrzały trwożliwie, cały wyraz twarzy cierpieniem był napiętnowany i wyczerpaniem. Dopalały się w nim resztki życia.
Wstającego z łoża dwu młodych chłopaków wzięło pod ręce, aby go przeciw okna otwartego, na świeżem powietrzu posadzić.
Król powiódł oczyma zgasłemi po izbie, po dworze swym, jednego z chłopaków służących mu pogłaskał pod brodę i zapytał głosem ochrypłym.
— Niema?
— Pana Wojewody? podchwycił odgadując chłopak, który się nieznacznie uśmiechnął — nie, miłościwy panie.
— A gdzież on jest? — odezwał się jakby sam do siebie król — gdzie on jest?
Na to mu odpowiedzi nie dano.
Nie było stołów rannych, obiednich dla dworu razem i państwa; król chory jadł u siebie, królowa sama, gdy rozerwać się była rada, szła między dwór i za stołem panowała. Szmer, tłum, gwar króla męczyły.
Że klęknąć nie mógł król pobożny, siedząc począł modlitwy odmawiać, co postrzegłszy chłopcy, stary szatny pański i podkomorzowie, którzy w progu stali, oddalili się. Wzdychając modlił się król, zadumywał, czasem modlitwa marła mu na ustach, to się jak pokutnik bił w piersi ręką wychudłą i kościstą.
Do koła cicho było, niekiedy śmiech się wyrwał zdala stojącéj młodzieży i wnet przycichnął; to goniących się po podwórzu swawolników słychać było, których rozkaz starszych precz odpędził.
W drugiéj stronie dworca u królowej hałaśliwiej i żwawiej ranek się poczynał, bo każde z państwa po swojemu żyło, jak chciało.
Raniéj od wszystkich wstał królewicz i już w lesie był. Ten z konia prawie nie złaził, a choć jedenaście lat liczył dopiero, jak stary do łowów i do wojny tylko wzdychał. Mordowali się z nim wszyscy, on nigdy dosyć nie miał.
Gdy po skończonéj modlitwie służba weszła królewska i komornicy, niosąc jadło w misach pokrytych i napój w dzbanach, zapytał król naprzód słabym głosem o syna. Odpowiedziano mu że w lesie już był ze psami, a nie wracał zwykle aż nocą.
Mimowoli oko królewskie zwróciło się na rozpostartą skórę niedźwiedzią.
Była ona pamiątką pierwszego, dziecinnego przed laty dwoma boju młodego Bolka ze strasznym zwierzem, na którego i starszy człek sam jeden nie rad by się porwał. Spotkawszy w borze starego niedźwiedzia, który się z połowicą swą w pląsach zabawiał i igrał wesoło, Bolko puścił się nań mężnie, i choć mu śmierć groziła od rozjuszonéj bestyi dla przerwanéj zabawy, oszczepem go przebił. Skórę tą ojcu pod nogi młode chłopię rzuciło, jako zdobycz pierwszą.
Był to zadatek przyszłości.
— Nie darmo on Bolesławów imię nosi, odezwał się naówczas król, ale mu zapewne Szczodrego losy przyszły na pamięć, bo posmutniał.
Zapytawszy wprzódy o syna, spytał król potém o królowę, panią swą. Podkomorzy oznajmił iż obiadowała ze dworem i panami, którzy przybyli z pokłonem. Starczyła ta wiadomość królowi i nie badał już więcéj.
Na stojące przed sobą misy popatrzył obojętnie i polewkę jeść począwszy, o czémś innem dumać się zdawał. Oczy jego patrzały w jedno miejsce i nie widziały nic, bo nic widzieć niechciały.
W tém w podworcu zdala zaszumiało coś, zatętniało, królowi łyżka wypadła z ręki, zatrząsł się cały, na poręczach sparł i poruszył jak do wstania. Ale sił mu nie stało.
— Wojewoda? — zapytał.
Służba rzuciła się do okien, inni wybiegli precz, i komornik królewski Zegrzda, rzekł wyjrzawszy.
— Tak jest, miłościwy panie.
Z radości widocznéj, drżąc cały, usiadł król bo na nogach się utrzymać nie mógł, blask jego oczom bladym powrócił, uśmiech ustom.
— Wojewoda! — powtórzył sam do siebie, Wojewoda!
Rozradowany był i ożywiony.
Zaledwie wyrazów tych dokończył, gdy drzwi boczne otwarły się z łoskotem, dał się słyszeć szelest sukni niewieścich i niewiasta ukazała się w progu, wchodząca śmiało, ku któréj król oczy obrócił.
Była to pani już nie pierwszéj młodości, ale pragnąca być młodą jeszcze; siostra cesarza Henryka IV., Judyta, małżonka schorzałego pana, tak zdrowa i rzeźwa, jak on był zniszczony i wybladły. Prawda że i twarz i strój z wielką sztuką były barwy jasnemi odżywione. Słusznego wzrostu, bujnych kształtów, dumą i lekceważeniem królowa, trzepiotowatość miała zarazem odbijającą dziwnie od dobrze zwiędłéj twarzy, obwisłych policzków, oczu podbitych i pofałdowanych skroni.
Ubiór jasny, włos starannie trefiony, nawet kwiatek który trzymała w białych rękach przystałby lepiéj młodéj dzieweczce, a śmieszną czyniły niewiastę, która dawno młodą już nie była.
Szła królowa ku siedzeniu męża, zwolna rozglądając się na wsze strony, uśmiechając do podkomorzych i komorników, nie wiele zdając troszczyć o chorego. Stanęła wreście o parę kroków od siedzenia i wąchając kwiatek, odezwała się głosem nieprzyjemnym, jakby w nim fałsz jakiś czuć było.
— Ciesz się, miły panie — pana Wojewodę mamy. Przyjechał.
Klasnęła w ręce, patrząc ku drzwiom, król uśmiechnął się, skłonił głową i razem z nią ku drzwiom już spoglądał niecierpliwie, czekając zapowiedzianego.
Wszystkich wejrzenia zwracały się w tą stronę, milczenie było w izbie, Wojewody spragnieni byli wszyscy, królowa nogą uderzała o podłogę, król siedział oparty o poręcze jakby do wstania się gotował. Upragniony ów gość nie ukazywał się jeszcze.
Judyta oglądała się i niecierpliwiła coraz bardziéj, uśmiech przebiegał po jéj zwiędłych ustach, oczy zmrużała z wyrazem jakimś czułym; ręką w któréj trzymała kwiat potrząsała, to ją podnosząc do twarzy, to zabawiając się dziecinnie.
Król o jedzeniu zapomniał, skinął na podkomorzego, który rozkaz ów niemy zrozumiawszy wyszedł. W tém za progiem kroki słyszeć się dały, lica króla i królowéj rozjaśniły się, po brzęku ostrogi, po chodzie śmiałym, poznali wszyscy przybywającego, on to sam był, a z nim dwór dosyć liczny i bogato przybrany, który się u progu pokłoniwszy, zatrzymał.
Słuszny, wspaniałego wzrostu i postawy, w sile wieku mężczyzna, z twarzą jasną i młodą jeszcze, okoloną włosem złocistym, oczyma bystremi zdala policzył kto był w pańskiéj komnacie. Wzrok to był co dwa razy spozierać nie potrzebuje. Królowa pierwsza, nim wszedł już go ręką z kwiatkiem witała, przymrużając oczy, uśmiechając się czule.
Król rozradowany wyciągnął dłonie obie, jakby wzywając ku sobie. Zwolna szedł ku nim po rycersku ubrany, można było powiedzieć, strojny Wojewoda; gdzieindziéj z pozoru za książęcia, a nawet za króla wziąćby go było można; tak pańskie, piękne, rozkazujące, dumne, promieniste miał oblicze. Wpatrzywszy się w nie jednak strach przejmował, oczy były nielitościwe, w ustach siedziały fałsze i zdrady.
Stworzonym się zdał do rozkazywania, wyraz twarzy, postawa, chód, wodzem go czyniły; królowa Judyta patrząc nań zdawała się zachwyconą i przejętą.
Szedł jakby umyślnie powoli, gdy serca ku niemu leciały.
Król i królowa, znając go dobrze, spostrzegli zdala że niósł z sobą coś niemiłego, że przybywał gniewny czy smutny. Chorego pana oblicze ściągnęło się, królowa posunęła się ku drzwiom, jak gdyby pytaniem uprzedzić chciała lub przestrzedz.
Zawahawszy się nieco w progu, wolnym krokiem, niby winowajca, lub zwiastun złéj wieści, przybliżył się Wojewoda, kłaniając panu i pani. Judyta, niezważając na małżonka, który także pragnął zwabić ku sobie, wyciągała rękę białą.
— Sieciech do mnie! — zawołał król żywo. Cóż tak ociężałym krokiem?
— Bo ciężkie, ciężkie na sobie brzemię niosę, odparł ponurym głosem Wojewoda.
— Jezus ukrzyżowany niech będzie z nami! wykrzyknął król — cóż się stało?
Mniéj daleko zatrwożona królowa, usta zagryzła i bystrém wejrzeniem w oczach Sieciecha szukała tajemnicy, z któréj wypowiedzeniem się tak opóźniał.
— Czesi nam niepokój i zawichrzenie niosą, rzekł Sieciech.
— O! te Przemysławy obłudne! — zamruczała królowa nogą uderzając o ziemię.
— Z jakiegoż powodu? — zapytał król ręce trzymając załamane.
— Bo im Szląska żal straconego, odparł Sieciech, stojąc u stoła przy którym król siedział — bo im się znowu zachciewa może Wrocławia i Krakowa i niewiem czego.
Odetchnął Sieciech, jakby się znużył, twarze się chmurami powlokły — królowa przystąpiła bliżéj, zablizko może, bo się niemal o Sieciecha otarła, usiłując zwrócić na siebie jego uwagę.
— Miéj, miłościwy panie męztwo wysłuchać wszystkiego jak jest, mówił zwolna patrząc na twarz króla Sieciech. Przekupiono Magnusa, którego ja dawno precz wyrzucić, oślepić lub zabić radziłem, bo czułem w nim zdrajcę; wzięto z klasztoru saskiego Zbigniewa.
Królowéj twarz się zmarszczyła groźnie, król oczy sobie zasłonił i jęknął.
— Tak, miłościwy panie, kończył Wojewoda. Czechy co przytułek zdrajcom i zbiegom dawały, użyły ich i Zbigniewa, który śmie się synem starszym i prawym mienić. Zbigniewowi Magnus Wrocław wydał, siedzi już na nim — Szląsk opanował.
Głuche milczenie w izbie zapanowało. Król siedział ciągle z oczyma rękami zasłonionemi; królowa spoglądała nań z rodzajem zimnego politowania. Sieciech stał ponury i zachmurzony.
— Trzeba lud zwołać i swoje odzyskać, a buntu nie dopuścić — odezwał się Wojewoda.
— Wojna więc! — znowu wojna! krwi przelew chrześciańskiéj, wojna ojca z synem, jęknął król — a! nie, nie!!
— Niemożemy tracić Szląska, zawołał Sieciech, jutro puszczą się daléj, jutro nam zabiorą więcéj.
Milczał król długo i jęk głuchy tylko z piersi mu się dobywał.
— Czechy! zaczął cicho. — Czechy. Król nie może być przeciwko mnie, przeciw nam! Swawolnicy obszyli się jego imieniem. Do króla się ze skargą na nich udać potrzeba, wezwać go o pomoc. W przymierzu z nim i z Węgrami jesteśmy, niech nas ratują.
— A myż sami się ratować nie możemy? zapytała królowa.
Sieciech głową potrząsnął.
— Z Magnusem zdrajcą jest część naszych — Wojna to przeciw miłościwemu panu, ale bardziéj przeciw mnie, co łaską jego żyję i szczęśliwy jestem. Mnieby to oni obalić i odegnać chcieli, aby broili bezkarnie. Szląsk się oderwać chce, jutro Kraków tego zażąda, Mazury też i wszystko się rozpadnie.
Gdy Sieciech wspomniał że jego obalić chcą król wtrącił prędko:
— Ja bez was żyć nie chcę i nie mogę!!
Królowa potwierdziła to głowy skinieniem.
— Musimy się odezwać do sprzymierzeńców bośmy swoich niepewni, dodał Wojewoda, ludzi przekupują i odwodzą.
Zamilczał król tuląc twarz w dłoniach i pasując się z sobą. Sieciech czekał odpowiedzi. W tém zniecierpliwiona wtrąciła się królowa, dotknęła ręką Wojewodę i rzekła.
— Co wy postanowicie i uczynicie to będzie dobrém. Widzicie że król się słabym czuje, zdał na was wszystko. Wy myślcie, wy poczynajcie, niedopuścicie aby lada bękart groził ojcu własnemu.
Sieciech słuchając patrzał na króla, który myślami zdawał się być gdzieindziéj.
— Magnus! przerwał nagle, niby sam do siebie. Magnus zdrajcą! a komuż ufać, wierzyć komu!
I ręce spuściwszy załamał.
— Miłościwy panie, wtrącił Sieciech — sprawa trudna, ale z pomocą Bożą damy radę bękartom i zdrajcom.
Dwa razy w rozmowie wyrzeczony wyraz, piętnujący nieprawe urodzenie Zbigniewa, przykro się zdawał razić króla. Syknął jak z bolu i Sieciechowi dał znak ręką aby umilkł. Królowa gniewnie ramionami ruszyła.
Tak rozpoczęta rozmowa, przeszła w opowiadanie, które Sieciech ciągnął daléj, starając się wywołać gniew pański. Król słuchał milczący, blady, siedząc w krześle swém zwisły i bezsilny. Judyta przerywała niekiedy wykrzyknikami oburzenia. Wojewoda coraz się bardziéj zapalał.
Wieść przywieziona przez niego popłoch na całym rodziła dworze, podawano ją sobie z ust do ust; wchodzili i wysuwali się u drzwi stojący komornicy, na podwórcu widać było skupiających się coraz gromadniej i gwarzących z dworem Sieciecha. Król tak był widocznie przejęty i osłabły że Wojewoda sam na razie, powieść swą o Zbigniewie przerwać musiał, i rzekł.
— Wam, miłościwy panie, spoczynek potrzebny.
Nieprzecząc temu, powiódł Władysław oczyma osłupiałemi i oparłszy się o krzesło zmrużył powieki.
Widząc to Sieciech powoli od stołu się odsunął, królowa skinęła aby szedł za nią.
Komornicy zaczęli się cofać ku wnijściu, król usypiać się prawie zdawał, ale z pod powiek zaciśniętych płynęły dwie łzy świadczące że cierpiał okrutnie, a wybuchnąć nie śmiał z tym bólem. Gdy wszyscy wyszli, podniósł powieki strwożony, i szybko zamknął je znowu.
Zostawiono go samym.
Królowa wiodła Wojewodę podsieniami i krużgankami ku swojemu mieszkaniu. Tu inny był świat, inne życie. Króla w jego komorach otaczała cisza jakaś złowroga, jakby śmierć zwiastująca, około cesarskiéj siostry kręciło się wesoło ludzi mnóstwo, wszystko strojne, butne i trochę swawolne.
Swobody widać mieli do zbytku.
Przepych téż większy daleko spotykał się na każdym kroku.
Judyta wprost do swéj komnaty prowadziła Wojewodę, którego orszak został u wnijścia, w drodze już poufną z nim rozpocząwszy rozmowę. Chociaż przedmiot jéj był smutny, siostra cesarska prowadząc ją niemal wesoło się wdzięczyła do pięknego towarzysza, który butnie a śmiało szedł koło niéj. Oczy jéj z téj męzkiéj postaci rycerza nie schodziły na chwilę i zdały się w niéj po długiém niewidzeniu lubować.
Zbigniew[1] niekiedy się uśmiechał, lecz wnet wracała mu powaga, znać było na nim troskę przygniatającą, która zaprzątała go mocno, tarł czoło dłonią, marszczył się i okazywał w mowie popędliwym i gniewnym.
W obec króla miarkował się i łagodził, teraz poufalej sobie poczynał, pewien będąc że słowa jego zostaną dobrze przyjęte. W istocie królowa im potakiwała tylko i starała się widocznie dowieść że z nim trzymała jedno. Niekiedy słowem to ruchem wyrazistym potwierdzała oburzenie Sieciecha.
Komnata gościnna królowéj, do któréj weszli, lśniła przepychem, lecz był to przepych owym czasom właściwy, który mógł przylgnąć na chwilę do ścian każdego domowstwa, gdyż cały był przenośnym i ruchomym. Nie zamieszkiwano wówczas nigdzie, obozowano życie całe. Najlichsza chata mogła się stać pałacem, gdy ją jak te izby obito oponami, kobiercami wysłano, zastawiono w niéj sprzęty, okryto ławy proste poduszkami, i sukiennemi szkarłaty. W izbie królowéj całe ściany odziane były szytem obiciem, podłoga wyłożona suknem, stoły zwyczajne osłaniały kobierce i opony.
Lśniło wszystko i świeciło, a kwiatów nad miarę rozrzuconych wszędzie, upajającą wonią napełniało powietrze. Lubiła bowiem królowa i co świeciło i co wonném było, i co się uśmiechało niosąc z sobą wesele: śpiewy, gędźbę, twarze młode i mowy swobodne.
Przedłużała swoją młodość, okłamując się sama.
Wszedłszy do komnaty, padła królowa na krzesło swe u stoła, całe wygodnie poduszkami wzorzystemi miękko wysłane, umieściła się w niém tak aby wdzięczniéj wydawać mogła, podparła na ręku, a widząc Sieciecha stojącego, wskazała mu poufale ławę naprzeciw, ręką zapraszając aby bliżéj jéj zajął miejsce.
Twarz Judyty, która piękną być chciała, przybrała jakiś pożyczany wdzięk młodość przypominający; spoglądała to tęskno, to zalotnie, to wyzywająco: gryzła kwiatek w ustach, i rzucała go pod nogi, ciągle Sieciechowi bystro patrząc w oczy, Wojewoda niezdawał się na to zważać wiele.
— Złe, złe wieści przywieźliście królowi, poczęła cicho i poufnie, jakby się lękała być podsłuchaną; złe bardzo, boję się aby to biedaka chorego nie wzruszyło zbytecznie. Kruchy i wątły ten pan mój, szeptała głos zniżywszy — słaby ciągle i stękający. Życia w nim mało! to przeznaczenie moje, nigdzie długo szczęścia nie zaznać.
Jakże się wam król zdaje? — gorzéj? nieprawda?
Sieciech oczy spuścił.
— Tak, gorzéj niżelim się spodziewał, rzekł cicho.
— O! gorzej jest co dnia! źle jest! Ja o tém najlepiéj wiem, ja się znam na tém. Człowiek ten, niestety, nie może długo pociągnąć.
Mówiąc to królowa zdawała się bardziéj tego pożądać niżeli się lękać, Wojewoda zmilczał.
— Uchowaj Boże co na niego teraz, poczęła szybko siostra cesarska, rzucając oczyma niespokojnemi, cóż z królestwem, co z nami, co się ze mną stanie?
A! ojciec Bruno, który mnie na to namówił małżeństwo, odpowie przed Bogiem! W jednym, w was mam całą nadzieję, wy moim opiekunem będziecie...
Wlepiła oczy swe ciemne w Sieciecha, wyzywając go do odpowiedzi, lecz nim miał czas ją dać, szczebiotliwa niewiasta dorzuciła.
— Na brata mojego Henryka, na synowców nie wiele liczę; chybaby młodszy syn wziął koronę, najbardziéj na was, Wojewodo. Wy mnie nie opuścicie. Weźmiecie i sprawę i mnie, na ręce wasze...
Podała mu dłoń białą, którą Wojewoda milcząc do ust przybliżył, lecz bez zbytniego ukorzenia i uniżoności. W jego obejściu się z królową poznać było można iż ona go więcej niż on jéj potrzebował, że pewnym był swojego stanowiska.
— Ja z wami zawsze — rzekł cicho.
Wyjaśniło się czoło Judyty, przysunęła się, pochyliła i zniżywszy głos, poczęła głosem śpiesznym.
— Król jest źle, on już z tego nie wyjdzie. Najmniéjsza rzecz go niepomiernie trwoży, siły traci, nie w smak mu nic. Często godzinami ust nie otwiera, siedzi dysząc z oczyma zamkniętemi...
Ani go pytać trzeba, ani się radzić, wy radźcie sami...
Ruszyła ramionami białemi.
Wojewoda ciągle skłopotany milczał; brwi Judyty ściągały się trochę gniewnie.
— Uchowaj Boże nieszczęścia, wy tylko i ja zostanę. Wy królestwo całe macie w ręku, dziecko małoletnie, tego syna niewolnicy nie liczę, nie ma prawa żadnego...
Tak, Wojewodo, wy ze mną!
Widocznie chciała Judyta stanowczą wywołać odpowiedź, z którą Sieciech się ociągał, wodząc do koła oczyma i ważąc coś w sobie.
— Miłościwa pani, rzekł nakoniec, zawczasu dziś o tém mówić co jeszcze chyba dalekie jest. Król chorowity pożyje, potrzebny on nam dziś bardzo...
Wrocław zajęty, to są wszystko wrogi moje, zawzięci na mnie, przeciwko tym nie ja, ale król sam iść musi. Chory czy zdrów, trzeba go nam mieć.
— A! zrobi co wy mu każecie — spiesznie wrzuciła królowa — ale nie wiem czy wywiózłszy go ztąd, nazad z nim żywym powrócicie.
Potrzęsła głową obojętnie; uśmiechając się do Sieciecha, król nie zdawał się ją obchodzić wiele.
— Zdzieciniały biedak cały dziś w rękach waszych, ani go już liczyć — mówiła. Wsadzicie go na koń, pojedzie choćby konał. Jeżeli go tam potrzebujecie, czemuż nie? bierzcie — niestanie go, wy zastąpicie.
Wyraziste te do zbytku usłyszawszy słowa, Sieciech dał znak królowéj, wskazując na drzwi których zasłona zlekka zadrżała, jakby za nią ktoś odprawiał podsłuchy. Nie przestraszyło to jednak królowéj, która usta zaciąwszy uśmiechnęła się pogardliwie i ramionami potrzęsła.
Jednakże wstała z siedzenia, podeszła ku ławie i gdy Sieciech powstał, prędko mu coś szeptać poczęła. Rada była widocznie iż miała pozór zbliżenia się do Wojewody, parękroć uderzyła go po zbroi, klapnęła po ręku, dotknęła ramienia. Niesłychać było co mówili z sobą, lecz po szeptach przedłużonych, siostra cesarska głośniéj skończyła.
— Dokuczyło mi już z tym trupem żyć. Gdy się wola Boża stanie, nie wiele łez wyleję. Brat lub synowiec mój temu da to królestwo kogo ja zechcę, a ja wiem kogo mam wybierać.
Cynicznie uśmiechnęła się królowa, Sieciech nie sprzeciwiał się jéj wcale, chociaż oświadczenia te przyjmował dosyć zimno. Niekiedy trwożyła go drgająca zasłona, w słowa był skąpy, słuchał więcéj niż mówił i świetnym obietnicom nie radował się tak bardzo. Napróżno Judyta usiłowała go ożywić.
Zbigniew, Wrocław, Magnus i Czechy nie dawały mu pokoju.




IV.


Noc już była prawie, gdy na osobny podwórzec, królewicz Bolko, w kilkanaście koni z drużyną swą, zajechał z łowów wracając. On i mało co od niego starsi towarzysze, w czwał, jak burza i wichry wpadli przeganiając się we wrota, i popędzili przed podsienia, u których służba czekała. Bolko konia swojego osadził w miejscu żelazną ręką, aż się spiął do góry i omało wznak nie przewalił; skoczył lekko z niego i puścił, dwu towarzyszów ze swoich szkap zleciało.
Wojsław ochmistrz królewicza, mający nadzór nad nim, wolniej dociągnął za niemi, gdy już Bolko, otrząsnąwszy się z kurzu, śmiejąc się stał ująwszy w boki.
Ci co pospadali śmieli się także, dwór cały był dobréj myśli, zwierzyna nabita oszczepami i strzałami wisiała na siodłach, wlokła się poprzywiązywana do nich.
Dzień nie był stracony, powiodły się łowy; rżały do stajen i otrząsały się zmęczone konie, psy ujadały wesoło, trzepotały się sokoły, rozprawiali głośno ludzie, a młode chłopię co tym oddziałem dowodziło, po królewsku spoglądało na swe otoczenie, rzucając ku niemu słowy wesołemi. Ochmistrz tylko Wojsław burczał ponuro z konia zsiadając powoli znużony.
Śliczniejszego pana nad to chłopię, które z niebios na ziemię zesłał Ś. Idzi patron cudowny, nad to dziecię wymodlone u Boga, widzieć było trudno jak te ziemie szerokie stały.
Lat dziewięć mając Bolko już w puszczy bił niedźwiedzie, a gdy z Sieciechem pierwszy raz na wojnę się wyprosił, trudno było powściągnąć i utrzymać dzieciaka, który się parł gdzie największe było niebezpieczeństwo.
Natura to była owych pierworodnych, do wielkich spraw przeznaczonych gorąca, niepohamowana, szybka, nierozważna, zuchwała, prędka jak piorun, szalona jakby się swą młodością upajała.
Gdzie się on ukazał, był jak ogień co wszystko grzeje; ciepło się robiło gdy przystąpił, pobłyskiwały oczy, śmiały się ku niemu usta, słowem ludźmi miotał jak chciał, rzucał niemi, bo miał owo królewskie słowo co nie rozkazując nawet budzi do posłuszeństwa.
Mimo własnej woli krnąbrni nawet biegli gdzie wskazał, a on sam, skoro go myśl porwała nie zważając na niebezpieczeństwo, pędził zapamiętale nie zważając na nic. Kipiało w nim życie i jak wrzątek wylewało się za brzegi...
Chociaż jedenaście ledwie miał skończonych, rycerzem już się mógł nazwać, szanowano go jak dorosłego męża. Nad wiek się rozwinął, zmężniał, zolbrzymiał; tylko nie porosła twarz i policzki niewieście o latach świadczyły.
Gniewało go to że starszym nie był, ale mu chłopięcych lat niktby był zadać nie śmiał, obawiano go się. Biłci już Pomorzan, krew przelewał, raną się chlubił, śmierci w oczy zaglądał nie drgnąwszy, chłopak od Boga darowany.
Dość spojrzeć nań było gdy tak stał między słupami, otoczony drużyną, zdala każdy królewicza w nim poznał: kształtny był, krzepki, zwinny, giętki, choć całego swojego wzrostu nie miał jeszcze, już duży, ramion szerokich, piersi wypukłéj jakby puklerzem okrytéj, rąk silnych choć drobnych.
Twarz téż była piękna, rycerskiego wyrazu, tylko około ust z jednéj strony, wrzód który był nabrał i rozpękł w dzieciństwie ślad po sobie zostawił, piękne wargi skrzywiwszy, nieco. Dziwny to wyraz dawało twarzy, nie szpecąc jéj bardzo. Królewicz mawiał wskazując na szram ten że broda i wąsy go pokryją. Szkoda tylko że blizna nie od włóczni jest ale od wrzoda lichego.
Twarz miał ciemno ogorzałą, bo jéj nie szanował i nie krył; czoło tylko jak śnieg białe, policzki rumiane jak jagody, oczy ciemne w których płomię skryte nieustannie paliło się i gorzało.
Gdy stał, choć spokojnym być chciał królewicz, drgał jakby go wewnątrz coś bodło i spokoju nie dawało.
Gwiazda to była wszystkich co się do niego zbliżali, kochali go wszyscy, choć podczas i srogim być umiał a popędliwym. Gdy się pogniewał a rozjątrzył ubić gotów był druha, choćby go potém opłakał.
Mówili nań niektórzy — Bolesława to onego wielkiego potomek prawy, odżyje w nim tamten, wdał się w niego. Miał odwagę niezłomną Chrobrego a Szczodrego szał bojowniczy i wspaniałość.
Straszném się to zdało że tak wczesnym był, bo w jedenastu leciech mężem prawie. Nic mu nie brakło, bo pobożność ojca i matki, któréj nie znał, odziedziczył, męztwo dziadów i ich rozum; po księgach go jednak szukać nie lubił. Słuchał chętnie rozumnych ludzi, mawiając że lepsze są księgi żywe nad te co się na zdechłych skórach piszą. Do nich téż i czasu nie miał, bo koń i oręż, zabawa rycerska śmiała mu się w dzień, marzyła w nocy...
Pieszczot macierzyńskich nie znał Bolko, niewieściego wychowania nie kosztował; matka mu zmarła na świat go wydając, a macocha nie lubiła téj perły, która nie jéj była. Wyszło mu to na dobre, że go zawczasu wzięli między siebie wojacy, bo w tym wieku, gdy drudzy się jabłkami bawią, on z łuku ptastwo strzelał, a konia małego dosiadał jakby doń przyrosnął...
Macocha go precz od siebie oddaliła, zdając na ręce Wojsława, ale ojciec za to miłował jak oko własne jedynaka, owe dziecię z daru Bożego.
Szanował w nim niemal ten cud wyjednany ofiarą Ś. Idziemu złożoną, że gdy się już potomka nie spodziewał, Bolko na świat przyszedł.
Pobożny król gryzł się bezdzietnością swą, bo mu Zbigniewa bez ślubu i błogosławieństwa duchownych narodzonego, za syna uznawać nie dozwolono. Kochał i tamtego a wyrzec się musiał, pragnął więc takiego któregoby kochać mógł bez grzechu. Miłował go téż nad wszystko w świecie, a i z tém prawie się musiał ukrywać, bo macochę to jątrzyło że nie jéj był ten którego kochano.
Z królem razem kochali go wszyscy oprócz zazdrośnéj Judyty i oprócz Sieciecha.
Wojewodzie ten syn pański, dziedzic prawy, choć go przy ojcu pod niebiosa wynosił, był solą w oku i strachem; stał mu na drodze, zapierał wschody do góry...
Przed królem Sieciech mawiał zawsze iż młodego pana ostro i surowo trzymać było potrzeba aby się nie rozbujał zawcześnie, nie zhardział do zbytku, cugli sobie nie popuścił. Po cichu i wzdychając przypominano cesarza Henryka IV, który z obu synami miał zatargi. Z ręki też Sieciecha, krewny jego Wojsław dodany był za ochmistrza królewiczowi.
Wojsław może w początkach posłusznym był temu co go posadził na straży, gdy Sieciech nań patrzał, surowo się z wychowankiem obchodził, ale się wprędce rozmiłował w nim, nawykł mu ulegać i sprzeciwić się nie umiał. Urok ów i potęga życia pełnego młodości podziałały nań. Zaczynał często od strofowania a kończył na uścisku, wołał głośno a wprędce zniżał głos, uśmiechał się, milknął.
Wojsław mrukliwy był, podżyły, ciężki, często do zbytku milczący; w potrzebie śmiały, ale nie prędkiéj myśli i niepewien siebie; Bolko go wyprzedzał we wszystkiém, a gniewnego czasem objąwszy za szyję skruszył pocałunkiem i śmiechem. Powoli rozmyślając Wojsław widział więcéj, rozumiał lepiéj niż się zdawało, nie chwalił się z tém, milczeć umiał. Mówił mało, ale to co rzekł ważyło. Do niedźwiedzia podobnym był z postawy i obyczaju, ruszyć mu się było ciężko, a gdy się dźwignął, druzgotał co popadł.
Rachował nań Sieciech jako na krewniaka ze swéj ręki postanowionego, przeliczył się jednak sądząc że mu w myśl jego działać będzie. Wojsław obowiązek swój pełniąc, nic na deń zrozumieć nie chciał. Zżymał się Wojewoda, ale go już z miejsca ruszyć nie było można.
Gdy burza ta młodzieńcza wpadła w podwórzec zamkowy, aż cały grod niemal zatrząsł się od niéj, pozostałe psy zamknięte w psiarni zawyły, konie w stajniach rwać się i rżeć poczęły, ludzie z komor powybiegali. Każdy się domyślił że to królewicz przyjechał.
W spokojnéj nawet izbie królewskiéj, oddalonéj od Bolkowego dworu, zadźwięczały naczynia stojące na stole. Władysław nastawił ucha i uśmiechnął się; on także czuł że to syn jego ukochany przylecieć musiał... On jeden a chyba Pomorcy drudzy na zamek iść mogli z takim szturmem i nagłością. Sieciech co przy królu siedział zmarszczył się, królowa stojąca przy mężu, zacięła wargi. Na twarzy Władysława Hermana malowało się jakby ubłogosławienie.
Przybywało życie jego, tak jak ten co Wrocław zajechał, był dlań śmiercią i sromem.
Bolko stał w przedsieniu, chciał widzieć gdy zdejmą zwierzynę, gdy psy, konie i ludzie się rozejdą, a na jutro nowe łowy, ludzi, konie i psy zakazać. Na jutro mu obiecywano niedźwiedzia. Polowania dlań nie było na tego zwierza co pierzchał, ale na tego co walczył.
Już miał Bolko zakrzyknąć na swą czeladź, gdy z ławy na któréj wdali w kącie podsienia siedział, podniósł się młody chłopak bladéj twarzy, szczupły, drobny, ale zręczny jak jaszczurka co się między kamieniami zwija, z długim włosem jasnym, z ogromnemi oczyma niebieskiemi, które mu z pod czoła wyskakiwać się zdawały. Był to ulubiony służka i towarzysz królewicza a zwali go Pruszynką, choć imie miał Mikołuszka.
Szedł jak ocucony ze snu, i domyślić się było łatwo czemu; choć panu ulubiony w domu pozostał, bo rękę jedną miał całą chustami obwiązaną i niósł ją, niemogąc poruszyć. Na polowaniu dobijając borsuka dał mu się pochwycić zębami, tak że musiano żelazem ściśniętą rozwalać paszczękę, aby wydobyć dłoń chłopca strzaskaną, która się dopiéro ziołami okładana goiła.
Dla Pruszynki zostać w domu było srogą karą, ale ruszyć się nie mógł, bo słuchać musiał. Królewicz go lubił nad innych ze swéj drużyny, bo Pruszynka szedł i biegł z nim, choć sił jego niemiał, w ogień i wodę. Dla Bolka gotów się był dać ubić i zarznąć. Sypiał u pańskiego progu, stał cały dzień u jego boku, chodził i jeździł gdzie się kolwiek ruszył.
Zobaczywszy go Bolko krzyknął wesoło.
— Cóżeś to nie zdechł Pruszynko?
Chłopak potrząsł głową i włosy odgarnął.
— Nie, miłościwy panie, odparł z pokłonem, tylko z nudów a żalu żem tu sam jeden zostać musiał, o małom nie przepadł; ręka się już goi, baba mówi za dni pięć, a ja za trzy do licha, płachty i onuczki rzucę w pokrzywy.
Rozśmiał się, rękę chciał podnieść i jęknął, pogroził mu królewicz.
— Nie dokazuj, rychło mi będziesz potrzebny.
— Wojewoda Sieciech przybył! cicho odezwał się Pruszynka.
Skrzywił się nieco Bolko.
— Co mi potem! rzekł krótko.
— Licha nam nawiózł.
— Jakiego? co?
Wojsław stał niedaleko, usłyszawszy rozmowę zbliżył się zwolna swym niedźwiedzim, ociężałym krokiem.
Pruszynka mówił daléj.
— Srogie rzeczy rozpowiadają.
Wyrwał się słyszę klechom Zbyś co siedział w klasztorze u Sasów, zawiedli go panowie do Wrocławia i jak na stolicy posadzili. Biorą go Szlązacy za księcia.
— Co ty szalejesz! przerwał Wojsław.
— Cały już dwór o tém prawi! zawołał urażony Pruszynka, tak ci jest, król o mało nie omdlał gdy się dowiedział.
Stał Bolko namarszczony.
— Nic tak strasznego, odezwał się, ludzi zebrać a prędko, nie tracąc i dnia, dopóki oni głów nie mają, póki się nie spodziewają paść na nich i rozbić a zgnieść...
Ręką w powietrzu zakreślił koło i pokazał na ziemię.
— Dobrze! dodał, wojna będzie, a nie, toby się ludziska pospali i popuchli! — a! dobrze pójdziemy na wojnę...
Spojrzeli nań wszyscy — oczy mu pałały.
— Ale on z sobą ma Czechów pono i Magnusa, rzekł Pruszynka, ludzi dużo nazbierali.
— A my to ich niemamy? śmiał się Bolko — on zbiéra, my tylko wici poślemy aby stawano, pod gardłem. Muszą być!
Co drugim zachmurzało czoła, królewiczowi twarz rozjaśniło, rad był! Spodziewał się na tę wojnę wyprosić. Czemże dlań były łowy przy prawdziwéj wojnie, w zażartym boju do którego wzdychał, walki w któréj się rąbano zajadle i on mógł ręki na karkach ludzkich spróbować!
Z drugiego podwórca pędem biegł komornik królewski.
Król już wiedział o synu i wołał go do siebie bo cały dzień nie widział ukochanego i tęsknił, a chciał wiedzieć czy był cały, czy mu się nie stało nic.
— Król, pan miłościwy, wzywa a żąda was pilno — rzekł komornik, pospieszajcie.
Choć nie odziany był tylko tak jak na łowy, w kaftanie krótkim, w łosiowém, obcisłém ubraniu do konia, w bucikach do jazdy, a róg jeszcze miał na plecach i mieczyk myśliwski u boku — pospieszył jak stał.
A że nieumiał ślimaczym chodem iść jak drudzy, popędził przedsieniami żwawo, nim Wojsław miał czas mu przypomnieć aby się przeodział. Ruszył za nim powolny ochmistrz, gdy już mu z oczów zniknął, więc ręce załamawszy stał mrucząc.
W komnacie królewskiéj, Władysław siedział na tym samym miękko wysłanym stołku, na którym go z rana zła wieść znalazła. Stała królowa u jego boku tak, iż król jéj widzieć nie mógł, a ona Sieciecha naprzeciw stojącego miała przed sobą. Znaki mu dawała jakie chciała, nie bardzo troszcząc się o to iż u progu stojący podkomorzowie i komornicy je także widzieli.
Król posępniejszy był niż z rana, ale rzeźwiejszy nieco. Sieciech przy nim, gdyby drugi król swobodnie się obracał, a choć pana szanował z nawyknienia, znać było że go nie wiele ważył.
Po szybkim chodzie ojciec poznał Bolka, twarz mu się rozjaśniła, usta otwarły, na drzwi wzrok obrócił, zapomniał o wszystkiém.
W tém po młodzieńczemu wpadło chłopię z czapeczką w ręku, z rogiem na plecach prosto biegnąc ku ojcu. Długie włosy rozwiane na ramiona mu spadały, twarz umyślnie rozweseloną przybrał, i szedł spiesząc do ręki ojcowskiéj. Oburącz pochwycił go król za głowę i począł nic nie mówiąc, ściskać i całować. Od ojca zwrócił się królewicz ku Judycie.
Ta dziwnie się z nim obchodziła, kochała go czasem do zbytku, częściéj nienawidziła i niechęć wyraźną okazywała. Urok młodości téj wesołéj, żywéj, wdzięcznéj chwytał ją za serce, potém wstręt jakiś odpychał. Była macochą, a niemiała syna.
Zawahała się z podaniem mu ręki, aż zwolna wyciągnęła ją ku niemu. Bolko pochylił się do pocałowania i ustąpił prędko. Sieciech stał jak mur groźny, surowy, niemal straszny, na powitanie oczekując i niewyprzedzając go. Z wejrzenia jakie rzucał na syna królewskiego widoczném było że dlań nie miał życzliwości, że mu zawadzało to chłopię tak ukochane ojcu i wszystkim.
Pokłonił się zdala wojewodzie królewicz, w zamian Sieciech ledwie głową skinął lekceważąc sobie dzieciaka.
— Bolek — zawołał król zwracając się ku niemu i ręce doń wyciągając — słyszałeś? wojna, mieć będziemy wojnę!
— Tak, mówiono mi coś gdym z konia zsiadał, rzekł królewicz, niech więc Bogu będą dzięki!
Ręce obie podniósł do góry, Sieciech się obrócił doń zmarszczony...
— Niegodzi się, rzekł surowo, wojny pożądać nigdy, nikt nie wie jak ona wypadnie.
Król westchnął głośno.
— A! gdyby i najgorsza była, rzekł wesoło królewicz, zawsze to wojna, a dla ludzi rycerskich cóż nad nią milszego.
Czoło króla rozpogodziło się, cieszyła go ta odwaga dziecięcia.
— Prawy wojak z ciebie będzie, zawołał i pociągnął go ku sobie, całując w głowę.
Judyta skrzywiła się, Sieciech przeszedł w głąb izby kroków kilka, jakby na te pieszczoty ojcowskie nie rad patrzał. Stanął potém nieco opodal, zwrócił się i przerwał szepty króla z Bolkiem, których dosłyszeć nie mógł.
— Miłościwy panie, królewiczowi po łowach czas spoczywać, ja czekam rozkazów waszych, bo i jednéj nocy tracić nie trzeba.
Odprawiony w ten sposób Bolko oczyma się pytającemi do ojca odwołał, a król ręką wskazał aby nieco ustąpił. Chłopak się cofnął ku ścianie, Sieciecha wzrok poszedł za nim.
— Mów, wojewodo, odezwał się król, nic nam chłopiec nie wadzi, niech słucha owszém i waszego się uczy rozumu.
Była chwila wahania się i milczenia. Sieciech spoglądał na królowę, ta mu znaki jakieś dawała, nareście począł, będąc posłusznym królowi.
— Miłościwy panie, rany goić potrzeba dopóki się nie zaognią.
Wyślę więc posłańców po grodach aby się ludzie nasi ściągali co najrychléj tu do nas. Musimy iść siłą znaczną na Magnusa i Wrocław. Zdrada jawna, lecz przystało nam zrazu w nią nie wierzyć, oczy zamknąć, sprobować ażali się nie pomiarkuje. Jeżeli go do rąk dostanę, łeb mu zetnę.
Pójdzieli jedna ziemia po swéj woli, osobno każdéj się zechce swego księcia mieć i stać samopas...
Magnus zaskoczony nim siły zbierze, uledz musi i Zbigniewa nam wyda. Ale mnie nie przystało samemu iść, powiedzą że ja to czynię a nie wy, miłościwy panie. Musicie być ze mną osobą swą, Sieciecha, nienawidzą, dla tego że wam wiernie służy. Sieciech im solą w oku, na Sieciecha wszystko złe zwalają! Bez was, miłościwy panie, powagi nie będzie, Magnus ulegnie wam a mnie się opierać będzie.
Król słuchając z uwagą natężoną, kilkakroć dłonią drżącą powiódł po czole — wzdychał ciężko.
— Luźnym słowom które lada kto przynosi odezwał się, nie dawajcie łacno wiary. Nim się rycerstwo zbierze, nim wystąpiemy, do Magnusa trzeba słać z pytaniem, niech powie czego chce, co myśli. Podda się może bez bitwy, nie, pójdziemy nań, gdy inaczéj nie może być.
Sieciechowi słuchającemu, twarz się mieniła i ramiona poruszały.
— Ślijmy do Magnusa, kiedy taka wola Wasza — odparł miłościwy panie; ślijmy doń, ale wici trzeba słać i lud gromadzić, aby być pogotowiu.
— Gromadźcie, potwierdził król smutnie, wy lepiéj wiecie co trzeba.
Bolko stojący pod ścianą ręce zacisnął z radości. Młodéj głowie jego tylko zdało się że słać do Magnusa nie było po co, a z buntem się w rozmowę wdawać nic potem; wprost nań uderzyć, rozbić i ukarać... Po dziecinnemu myślał. Po co tu w słowa grać, gdy w miecze brzęknąć można!
Stało się milczenie.
— Niewiem ci co Magnus powie, począł Wojewoda, ale to wiem że podłym zdrajcą jest. On to z jamy dobył klechę, aby go przeciw nam prowadzić, nim się zastawić i ranić serce ojcowskie. Tak! zdrajcą jest, on i wielu innych po tych ziemiach co z nim przeciw mnie trzymają. Niemogą na króla uderzyć, biją we mnie, wiedząc że król stoi za mną.
Wszyscy przeciw mnie są, wszyscy przeciw wam, panie! zdrajcy niepoczciwi wszyscy!
Poczynał się coraz bardziéj unosić.
— Na mnie biją, mówił, bo ja stoję na straży dobra pańskiego i całości tych ziem, które oni rozerwaćby radzi na kawały; każdy z nich ciągnie w swą stronę, radby sam panem być, słuchać niechce nikt. A co warte królestwo rozerwane na poły i szmaty?
Wszakci je krwawo Mieszko i Bolko spoili na to w jedno, aby siłę miało, na to korona im była dana, aby pod nią się wszystkie ziemie jak kurczęta pod kokoszą gnieździły...
Władysław słuchając niby na stół patrzał, myślał niewiadomo o czém; wzrok czasem ukradkiem wyrywał się ku synowi. Roztargniony był i gdy się Wojewoda zatrzymał, rzekł jakby machinalnie.
— Ślijcieno do Magnusa.
— Kogoż, wasza miłość posłać każecie! pytał Wojewoda.
— Wybierzcie sami — szepnął Władysław, ja niewiem.
Królowa poczęła znaki dawać Wojewodzie, który się namyślać zdawał, milczał.
— Duchownegobym słał — odezwał się Sieciech, aby pokryjomu i z ks. biskupem Żyrosławem się rozmówił, a jego téż ku nam nakłonił. Gdy ojciec a pasterz słowo rzecze, ludzie rychléj za nim pójdą niż za Wojewodą. Duchownegoby potrzeba, ale takiego coby i mógł i chciał, niewidzę.
— Znajdźcie i wyślijcie kto wam po myśli, potwierdził król zbywając się ciężaru.
Znowu królowa dała znak.
— Duchownego nie mam, Wojsława poślę, gdy innego nie znajdę — odezwał się Sieciech. Temu przynajmniéj zawierzyć mogę że mnie nie sprzeda. Mojéj krwi jest i wam wierny, miłościwy panie, Wojsław małomówny, powolny, ale jak kamień twardy; nie przemienią go, nie kupią, nie nastraszą.
— Ślijcie Wojsława, zamruczał król obojętnie.
Ruszyła z politowaniem ramionami Judyta.
— Co ma rzec im? — zapytał uparty Wojewoda.
— Co wy mu każecie, rzekł król zimno, spuszczając oczy, będziecie wiedzieli jak mówić do nich. Niech wichrzeń wszelakich zaniechają, niech Zbigniewa nazad pod strażą do klasztoru odeślą.
Mówił coraz ciszéj, rozmowa widocznie króla nużyła, ocierał pot z czoła tuwalnią, wzdychał, oczyma niespokojnemi po izbie wodził, jakby ratunku szukał przeciwko temu męczeństwu.
— Idźcie, wojewodo miły — dodał żywiéj, idźcie, rozporządzajcie, czyńcie jako chcecie, wiem że co uczynicie dobrém będzie. Na wszystko rękę daję — na wszystko.
Sieciech głowę uchylił, poruszył się jakby odchodzić miał, i zawrócił raz jeszcze.
— Więc wola wasza, wojsko ściągać — Wojsław jutro na zaraniu w skok do Wrocławia ruszy, takeście przykazali, tak się stanie, ale Wojsław wróci z rękami próżnemi.
— Usłyszym czego chcą — mruknął król trochę niecierpliwie.
Jeżeli zażądają co niegodziwe, postanowiemy co daléj.
Gdy Sieciech już ku drzwiom się zbliżał, królowa za krzesłem pana stojąca, ruszyła się jakby goniąc za nim, Władysław podniósł oczy na nią, ale widząc że gdzieindziéj była zwróconą, ku synowi spojrzał. Ruch ten dostrzegłszy macocha śpieszniéj jeszcze do wyjścia się miała. Suknia jéj jeszcze nie znikła całkiem za zasłoną, gdy Bolko z pod ściany poskoczył i wesoło zbliżył się do ojca.
Oba się do siebie uśmiechali, król o trosce zapomniał.
— Łowy? jak że poszło na łowach? spytał.
— Już mi łowy nie w głowie, kiedy wojna za pasem! — prędko począł Bolko. A! miłościwy ojcze, po co do nich posyłać, na co ich pytać, iść na nich, na karki paść i tłuc!
O! ja — zawołał chwytając ojca za rękę, ja z wami i Sieciechem idę.
Władysław głową potrząsał.
— Nie — nie, rzekł.
Zachmurzyła się twarz Bolkowi, odskoczył.
— Chodziłem na Pomorze! zawołał.
— Inna to wojna, jeżeli od niéj Bóg miłosierny nas nieuchroni — rzekł król smutnie. Któż wie kogobyś mógł napotkać naprzeciw siebie!
Bolkowi oczy się zaiskrzyły.
— Kto przeciw ojcu mojemu idzie, ten mi wrogiem jest, nie pytam jak się on zowie, zawołał.
Król przyciągnął ku sobie i w głowę pocałował, dwie łzy mu pociekły po twarzy, które otarł po cichu. Zamiast odpowiedzi głową potrząsał długo — słowa rzec nie mogąc. Głośna rozmowa, widać dla tych co u drzwi choć zdala stali, ale słyszeć ją mogli, przeszła w szepty ciche.
Król dopytywał, słuchał odpowiedzi roskoszując się niemi; widać było że żył w tém dziecięciu — uśmiechał się do niego, głaskał. Nagle przycisnął go do piersi i rzekł głośno.
— Idź już! idź!
Posłuszny syn, do ręki się pochylił, ucałował ją i zwrócił ku wyjściu. Na twarzy królewskiéj niepokój się odmalował, na komornika skinął, który gdy się zbliżył szepnął cichym głosem.
— Ojca Lamberta wezwijcie do mnie.
Czy dozorca i kierownik sumienia królewskiego był tak blisko, czy się spodziewał i czekał wezwania wieczornego do modlitwy lecz i jeden pacierz, nie upłynął gdy już się ukazał na progu. Na widok jego cała służba komornicza, która dla rozkazów zwykła stać była we drzwiach, cofnęła się zaraz i znikła.
Ojciec Lambert, mężem był poważnym, lecz umiał składać tę powagę i surowość, a stawać się łagodnym w potrzebie. Rozum patrzał mu z oczów. Mimo dość podeszłego wieku twarz miał rumianą, od któréj siwe zupełnie włosy mocno odbijały.
Rysy były wyraziste, piękne niemal, ożywione przelatującemi po nich wrażeniami. Usta choć się starały być dumnemi, miały więcéj łagodności i pobłażliwości, niż powagi, prawdziwy to był kapelan dworski, który dla spełnienia posłannictwa swojego naprzemiany różne przybierać musiał charaktery; do niczego już zbytniéj nie przywiązując wagi. Szedł zwolna do króla nie uniżając się przed jego majestatem, z którym był oswojony, patrzał tylko jakim go znajdzie, aby się do stanu choréj zastosować duszy.
Król witał go z upragnieniem, zdala głową i ręką zapraszając ku sobie. Nieprzyspieszył kroku ojciec Lambert i dopiéro przy stole stanąwszy, ukłonił się.
Na wezwanie podał rękę, Władysław obyczajem wieku, z pokorą ją ucałował.
Oczy jego zwróciły się ku drzwiom niespokojnie, ale tam już nikogo nie było.
Rozkazawszy przybliżyć się duchownemu, Władysław pochylił się ze złożonemi rękami, jakby spowiedź przed nim miał czynić.
— Ojcze mój, począł, ojcze uspokój sumienie moje. Nieszczęście dotknęło mnie. Grzech mój wychodzi na światło dzienne, aby się pomścił nieprawości méj. Chciałem go przed światem utaić, czyniąc ofiarę na przebłaganie Boga.
Wiecie? zapytał król.
O. Lambert zawahał się trochę, choć z twarzy jego łacno poznać było, że wiedział to o co był pytanym. Przez o. Lamberta, który sumieniem pana władał, kierował niem Sieciech, musiał go więc uprzedzić zawcześnie.
— Wiem co Bóg dopuścił — westchnął kapelan.
— Wiecie więc niedolę moją, na którą pociechy szukam i rady, mówił Władysław. Dziecię moje, które daleko ztąd ukrywałem, wyciągnęli na świat nieprzyjaciele moi. Mnie, ojca, na sąd powołują! na pośmiewisko podają!
Co pocznę? — Ojcem jestem i zguby dziecka pragnąć nie mogę.
Ojcem jestem.
Królowi pot zciekał z czoła, łzy z oczów, głosu mu brakło.
Duchowny wpatrywał się w niego z uwagą milcząc.
— Coście uczynili raz — rzekł, a dobrém było, nie cofajcie. Osiem lat spędził w klasztorze, Bogu był ofiarowany, cofać nie godzi się daru położonego na ołtarzu. To gniew Boży przebłaga. Spuścił głowę Władysław.
— A! mówili mi szeptał — donosili, pisywał przełożony, że go nałamać nie mogli i suknia mu powołania nie dała, krnąbrny był.
— Upor złego ducha w nim złamać było potrzeba, rzekł o. Lambert.
Król w dłoniach ukrył czoło.
— Cóż winne biedne dziecko? wyjęknął.
— Dziecięciem grzechu jest, odpowiedział kapłan.
Nastąpiło milczenie, po którém król znowu mówić począł, jakby litości wzywał nad sobą.
— Ojcze mój! wy to najlepiéj wiecie, ile takich małżeństw do niedawna było jeszcze, nim kościół nakazywać począł, aby bez jego błogosławieństwa ludzie się żyć nie ważyli. Niewiasta z któréj się narodził syn ten, prawą mi i wierną żoną była, żoną się zwała moją, tak jak ja mężem jéj się wyznawałem. I byłaby została małżonką moją do końca żywota jéj, gdyby mi po Bolesławie nie kazano wziąć tego ciężaru nad siły, a innéj królewskiego rodu małżonki dla potomstwa. Naówczas tamtą usunąć musiałem... dziecka się zaprzeć.
— Stało się i dobrze się stało, odpowiedział duchowny. Dla królestwa téż waszego lepszém jest jeden co je dzierżeć będzie, niż dwu coby je mieli rozrywać.
Bolek miłym wam jest.
Królowi obficie się łzy rzuciły, płakał ręce wyciągając.
— Ojcem jestem, powtarzał, wnętrzności ojcowskie dla obu mam, i to jest dziecko moje!
Wyrzekł to tak silnie przejęty, że kapłan, który go nie spuszczał z oczów, na chwilę oniemiał, zbierając się do odpowiedzi.
— Miłościwy panie, rzekł po namyśle. Miłość ojcowska nie wymaga po was ofiary spokoju ziem tych i bezpieczeństwa. Gdy się Zbigniew narodził królem nie byliście, nie winniście mu działu z królestwa, bo by pokrzywdzonym był ten którego modlitwy pobożnéj królowéj wyjednały. Azali w klasztorze szczęśliwym nie może być?
Miłujecie Bolesława! powtórzył Lambert, bijąc w słabość królewską.
— Kocham go jak oczy moje, rzekł król — jak życie i nad to mizerne życie, ale na sumieniu kamieniem, brzemieniem cięży mi ten — ten!! Nocą słyszę płacz jego w kolebce, jawi mi się nocami matka jego, staje u łoża i woła jako na Kaina.
Coś uczynił z dzieckiem mojém? — Azali ono i twojem nie było?
Trwożę się i drżę a boleję, bo gdy serce odpowiada, Bogum go dał na ofiarę, ona woła na mnie, iż Izaaka nie chciał Bóg od Abrahama, choć posłuszny pod nóż głowę skłaniał a ten niechce jéj poddać pod słodkie jarzmo Chrystusowe.
Widząc króla tak mocno poruszonym, iż w mowie czuć było niepokój, o. Lambert począł łagodnie go pocieszać.
— Miłościwy panie, sny i widzenia zsyła moc nieczysta... Krzyż od nich uwalnia. Klasztor nie jest stosem ofiarnym, ale przedsieniem przybytków niebieskich.
Mogliżeście mu co lepszego dać nad spokój i pewność zbawienia? Czyż świat ma co droższego nad to? niemacie na sumieniu nic, boście wedle serca ojcowskiego postąpili.
Zamilkli, płakał król jeszcze.
— Módlmy się, ojcze, odezwał się znużony — psalmy mówcie abym je powtarzał za wami, aliści dusza się moja uspokoi i wstąpi w nią łaska pańska a da siłę.
Kapłan natychmiast ukląkł u stołu, złożył ręce, król nieco się przychylił klęknąć niemogąc i psalmy razem odmawiać zaczęli.
Nabożeństwo to trwało tak długo, że gdy o. Lambert powstał, aby odejść, a komornicy weszli aby króla rozdziać i do łoża prowadzić, znużony pan o swéj sile dźwignąć się niemógł.
Podczaszy niósł napój na sen w kubku złotym, drudzy misę, nalewkę i ręczniki, inni odzież nocną. Młodsza czeladź przyświecała. Dwóch pod ręce podniosło chorego i tak pochodem długim ciągnąc znikli w przyległéj sypialni, a w pierwszéj izbie zostali tylko na czatach komornicy.
Na zamku cicho już było, świeciło się tylko i poruszało w komnatach królowéj. Sieciechowi ludzie stali pogotowiu zbrojni, których rozsyłał na wsze strony. Coraz to się z zamkowych bram wysunęła gromadka i pognała gościńcem w noc ciemną.
O. Lambert z pacierzy i rozmowy, wprost poszedł do Wojewody.
Pełno téż tu było starszyzny różnéj, z którą narady trwały do białego dnia, wszystko co króla otaczało szło tu po rozkazy, bo Sieciech w Płocku, jak we wszystkich ziemiach panował sam, czynił co chciał i w rękach trzymał wodze, które ściskał tém mocniéj, im mu się bardziéj wyrywać chciano.
I na ten raz, ci co go znali, potrząsając głowami zapowiadali, że groźbę i niebezpieczeństwo na swą korzyść obrócić potrafi.
Palatyn chodził zasępiony i gniewny, powtarzał ciągle jedno.
— Dam ściąć zdrajcę Magnusa, a z nim wszystkich spólników jego.




V.


Na wrocławskim grodzie, jak ludzie zapamiętali, czasu pokoju, nigdy nie było tak tłumno, pełno, gwarno jak teraz.
Nietylko zamek, ale miasto, podzamcze, przedmieścia, wały i bramy obsadzone były wojskowemi, zalane Szlązakami i Czechami. Coraz to nowe jeszcze poczty przybywały. Noc mało się od dnia różniła, bo i w ciągu jéj do wrót się dobijano, przybywały oddziały, zajeżdżali rycerze.
Pilnowano się czujnie u bram, ztąd coraz u nich nowe krzyki, wrzawa, pytania i odpowiedzi mieniały się długo, nim gości niecierpliwiących się wpuszczono. Obawiano się zdrady i podejścia. Wysyłano dniem i nocą czaty na gościńce, wici po resztę ludzi, wybiegali zbrojni, wysuwali się piesi, ciągnęły wozy ze zbożem i sianem dla nagromadzonego rycerstwa.
Namiestnik Magnus krzątał się pilne oko mając na wszystko. Na podzamczu, w kilku uliczkach drewnianemi ostawionych chatami, zwykle cichych i pustych, po których innego czasu więcéj krów chodziło niż ludzi, stały teraz kupy różnéj gawiedzi, gwarzyły, rozpytywały się, spierały. Zatrzymywano konnych, wykrzykiwano, a gdy od zamku się słyszeć dawał ruch jaki, oczy i uszy chciwie się zwracały ku niemu.
Widać było ciągle sotnie zbrojnych w hełmach okowanych, z oszczepami na plecach, toporami, łukami i tarczami, przeciągające od zamku na wały, z wałów napowrót ku zamkowi. Wszystko się jakby do wojny gotowało.
Miejscowi ludzie, choćby się wysypali wszyscy na rynek i ulice tyleby wrzawy nie wnieśli z sobą, aniby ich tak wszędzie było pełno; czuć było obcych, a ci się najżwawiéj ruszali, najwięcéj dokazywali, najgłośniéj krzyczeli. Gawiedź ta nie mogąc się cała na zamku pomieścić, po domach mieszczan się rozpościerała. Dolatywały z nich niewieście krzyki, śmiechy i łajania.
Wyrwała się czasem uchodząca dziewczyna z rozpuszczonemi włosami i wpadłszy w tłum, z jeszcze większą trwogą wracała nie wiedząc gdzie się schronić.
Na targowisku, u studzien, koło zamku, namioty i szałasy gęsto stały jedne koło drugich. Tu i ówdzie całemi rzędami konie u ladajakich żłobów powiązane się pasły. Przed namiotami kilką powiewały wbite chorągiewki. Na przyźbach siedzieli gęślarze nucąc, a tłum obstępywał ich dokoła, przysłuchiwał się i wtórował...
Już zdawało się wszędzie jak nabito, a ciągle jeszcze przypływało coraz więcéj ludu. Wchodzące kupki szukały sobie miejsca, wszczynały się spory, zanosiło na bitwy, aż wójci nadbiegający rozstawiali, uspokajali i godzili.
Spokojni ludzie patrzali na tę nagłą powódź zalewającą miasto ze trwogą. Nie w smak im ona była. Wiedzieli z doświadczenia co znaczy sprowadzanie żołnierza i komu ono najdolegliwsze. Za tém szła wojna, oblężenie, głód, mordy i wszystkie plagi Boże. Ale mały człek wielkich spraw odżegnać nie zdoła. Patrzali osłupieni, a baby i dzieci tuliły się po wyżkach wylękłe.
Gdy się to działo w mieście i na targowisku, na grodzie gorzéj było jeszcze. Tam się już prawdziwe obozowisko rozkładało, choć noc nadeszła jasno było od ognisk porozpalanych, przy których ludzie leżeli, nie rozdziewając się na straży. Czaty chodziły dokoła, we wszystkich wrotach czuwały warty, z okien poodsuwanych szum i gwar straszny i światła biły, jakby wesele obchodzono. W podwórcach, choć pod okiem starszyzny, nie uszło pół dnia bez zatargu krwawego, który setnicy kijmi uciszali. Z zamku też dolatywały głosy, jakby i tam nie lepiéj się działo.
W prawo i lewo od wielkich sieni na dworcu świeciło, drzwi stały otworem szeroko, tu i tam ścisk ludzi widać było, tak że przybywający ledwie do środka dobić się mogli. Służba konwie nosiła i beczki próżne wytaczała, bo pić trzeba było dać, a po skwarze letnim żłopali chciwie kto się dorwał, jak ze studni.
W lewo kilka izb pominąwszy, była jedna największa, w któréj starszyzna siedziała u stołu, choć stół już próżny był i kubki tylko a dzbany na nim.
Na ławach jeden przy drugim, w postawach różnych, siedzieli ludzie rycerscy poopierani, pół leżący, niektórzy poskładawszy głowy na rękach ze znużenia.
Namiestnika Magnusa w tłumie tym odróżnić łatwo było, bo mu wszyscy cześć oddawali, a i postawa była nielada. Wzrost ogromny, otyłość wielka, twarz szeroka, ręce silne. Olbrzymem się wydawał przy drugich, a gdy głos zabrał, jego jednego wśród największéj wrzawy słychać było. Głową wszystkich przechodził, a że mu z niéj już dużo włosa spadło, świeciła górą biała i lśniąca. Rysy twarzy wyraziste, grube, szerokie, zdala biły w oczy. Że lato odzieży ciężkiéj na siebie nie dozwolało brać, miał kaftan szkarłatny wdziany bez gzła na ciało gołe, a na nim u szyi łańcuch ciężki złoty.
Kilku duchownych w sukniach ciemnych około niego stało, kilku tuż tylko co zbroje z siebie pozrzucali, bo na skórzanych kaftanach znać było powyciskane ich ślady.
W pośród nich na szerokiém krześle i węzgłowiu, zmieniony do niepoznania siedział niedawny kleryk, teraz pan a syn królewski Zbigniew.
W sukni mniszéj niezgrabnym był, teraz, gdy się pstro i bogato przestroił nielepiéj mu było; twarz się tylko wielce przerobiła, gniew i złość z niéj zeszły, została chytrość i buta wesoła.
Na siedzeniu swém nie siedział a leżał rozpostarty, sam się sobie przyglądając niekiedy, tak mu dziwno było iż się tu znalazł; łańcuchem, który na piersi miał bawił się uśmiechając do niego, to pasem od mieczyka, na który z ukosa czasem poglądał.
Pas był misternie kowany, sadzony i świecący.
Sukni nowéj rękawy to naciągał, to spuszczał, to koło szyi rękami przebierał, to włosy jeszcze krótkie przygładzał, bo mu postrzyżyn klasztornych wstyd było.
Przez ten czas gdy wolnym był, na brodzie mu się włos puścił rzadki swobodnie, pieścił się też nim, choć wedle życzenia nie rosnął, zasiewał się nędznie, a sterczał twardo. Rysy twarzy rozweselone nie wypiękniały, grube były i niekształtne; wzrok latał dziko, usta krzywiły się szydersko. Ludzie się doń nie bardzo garnęli, a i ci co mieli do tego ochotę, rozmówiwszy się prędko ją tracili.
Wśród kółka które go otaczało stał namiestnik Magnus, poważnie ręce za pas pozakładawszy, silnym i donośnym głosem rozmawiając ze starszyzną.
— Hej! hej! prawił śmiejąc się, już tam w Sieciechowie i w Płocku trwoga być musi. Podkrólik nasz miota się jak podsmalony. Kto wie! może już ciągnie na nas, bo to prędki człek, ale czaty rozesłane, dadzą znać w czas, będziemy wiedzieli co czynić.
— Już tam z nas, ozwał się jeden ze Szlązaków, nieposłusznych wichrzycieli uczynią, za to żeśmy się za krzywdę pańskiego dziecka ujęli. A no! niech aby jedna ziemia swojego pana ma, nie Sieciecha. — Dosyć już téj Sieciechowszczyzny.
— Pewnie! pewnie! dodał Dobek z Morawicy. Za króla i za jego krew stajemy. Matka Zbigniewa była siostrą naszą, czemuż to dziecko nie ma być tak dobre jako i drugie co je aż święty Pański na ziemię znieść musiał.
Duchowny blisko stojący, oburzył się, tak jako niegdy opat na Dobka, który język miał nieostróżny.
— Ze świętemi pańskiemi tylko się za panbrat nie stawcie — rzekł — aby wam nieświęta siła głowy z karków nie zdjęła za to bluzganie!!
Dobek, który wprzódy księdza nie widział, uderzył się po gębie, i umilkł poczuwszy winnym.
— Żart to był! rzekł pokornie po chwili.
— A no — głupi — odparł surowo duchowny, spoglądając nań z góry; świętych rzeczy usty ladajakiemi nie tykajcie, aby wam język nie usechł.
Dobek zbliżył się i w rękę go pocałował.
Żarty z duchownemi niebezpieczne były, oni panowali i rozkazywali. Duchowny nie dawał się przebłagać.
— Pamiętajcie ino dobrze, dodał, co się z bezbożnym królem Bolesławem stało, abyście i wy jak on nie zginęli marnie.
Skłonił Dobek głowę.
Po za krzesłem Zbigniewa stał młody człek, namiestnika Magnusa bratanek Zahoń; blade chłopię, jak tyczka od chmielu wyrosłe bujno a nie silnie, chude, potulne i nieśmiałe; był to przyboczny księcia dworak, który się do doń przygarnął.
Z nim po cichu mieniał słów potroszę Zbigniew.
— Nudno i u was mało nie jak w klasztorze za klauzurą, szepnął rozglądając się dokoła po twarzach i wyciągając jakby mu się na sen zbierało. Ani gędźby, ani pieśni, ani wesołego słowa, ani twarzy niewieściéj nie najrzeć.
— Miłościwe książe — szepnął Zahoń, nie pora potemu. Między taki tłum niewiast się wprowadzać nie godzi, sromałyby się bardzo, bo ludzie języków nie strzymają. Gędźby też niktby słuchać nie chciał, kiedy wszystkim w głowie że lada chwila rogi zagrają może.
Zbigniew niecierpliwie się poruszył.
— No — rzekł — naówczas też pora będzie myśleć o wojnie a na konie siadać, dziś, wolałbym dla siebie zażyć dobréj chwili a nie wędzić się w téj głupiéj wrzawie.
Spojrzał pogardliwie po ludziach i zamilkł. Zahoń nie miał co odpowiedzieć. Książę wydawał mu się nad wszystkich rozumniejszym, bo pięknie i łatwo mówić umiał. Zbigniew oczyma wodził po izbie, niekiedy poziewnął, nieraźno mu było wśród ludzi starszych, którzy o poważnych sprawach gwarzyli. Dobek zbliżył się doń jakby go chciał rozerwać, bo inni zaniedbywali.
— Cóż, miły panie, nie probowaliście dziś łuku, albo miecza? spytał — nie dosiedliście konika? Zdałoby się teraz, póki czas obeznać z rycerskiém rzemiosłem!
Zbigniew z lekceważeniem, wzgardliwie usta wykrzywił.
— O! wielka mi to nauka — odparł, noża z pochew dobyć i na odlew ciąć. Naukę tę ma parobek każdy, póki siły staje. Konia między nogi wziąć i trzymać się na nim, nie wielka też sztuka. Jam do dowództwa stworzony a nie do bicia się, a dowodzić, da Bóg potrafię.
Dobek głową potrząsał.
— I na to trzeba doświadczenia — rzekł sucho.
— To się go dostanie — ciągnął daléj tym samym tonem Zbigniew. W klasztorze mnie tego nie uczono. Za grzech mi nikt nie weźmie że do razu żołnierzem nie będę. Temu co panuje więcéj trzeba głowy niż dłoni. I uderzył się w czoło.
— E! e! zaśmiał się Dobek — obojga pono zarówno! Jak jedno będzie słabe drugie się nie na wiele przyda...
Książę się uśmiechnął pańsko, probując ręką wąsa, którego jeszcze nie miał.
— Wiemci ja co mi potrzeba — zawołał dumnie. W klasztorze mi rozumu nie wycisnęli dusząc, a myśleć dość było czasu!
Dobek, któremu się tego dnia jakoś nieszczęściło, już chciał na inny przedmiot, mniéj drażliwy nawrócić rozmowę, gdy tumult się stał u wchodu i głosy jakieś podnosić zaczęły. Magnus natychmiast niespokojne oczy w to miejsce zwrócił, kędy tysiącznik jego Pałka, nawet hełmu z głowy nie zdjąwszy, przez tłum się przeciskał szukając go oczyma niespokojnie.
— A co tam niesiesz, Pałka? zapytał zdala, przez głowy drugim Magnus.
— Miłościwy wojewodo, głośno począł przybyły, którego reszta starszyzny nie wiele obchodziła; tajemnicy w tém niema, godzi się i głośno o tém powiedzieć. Nasze czaty posła od króla oznajmują. Jutro tu ma być.
Usłyszawszy to zgromadzeni ruszyli się wszyscy.
— Poseł od króla! poseł? sam? z ludźmi! Gdzie? kto go widział? poczęto wołać ze wszech stron.
Wstał i Zbigniew ale z namarszczoną twarzą, poczuwszy urazę że się z tém oznajmieniem do namiestnika zwrócono, nie do niego, który tu już pierwszym chciał być. Wtrącił głośno:
— Któż? gdzie te posły? do mnie?
Tysiącznik mało co głowy skłoniwszy, daléj znów mówił do Magnusa, jako do swojego dowódcy.
— Poseł z niewielką garścią o milę ztąd na nocleg stanął.
— A poczet ma duży? słyszysz! przerwał Zbigniew chcąc na siebie zwrócić uwagę.
Pałka nie zbity z tropu, patrzał ciągle na Magnusa, wahając się z odpowiedzią.
— Poczet ma duży? powtórzył namiestnik.
— Jest tam, słyszę, koni może ze dwa dziesiątki — odparł Pałka.
Magnus, który, jak inni, do zbytku na królewicza nie zważał, wtrącił od siebie.
— Niewiecie kogo do nas wysłano?
— Poważny jakiś człek — mówił Pałka — mówili że się Wojsławem zowie. Ode dworu i osoby pańskiéj.
Popatrzywszy po otaczających, Magnus dał znak Pałce głową że odejść może. Skupili się starsi, poczęli szeptać i naradzać się po cichu między sobą. Widząc to Zbigniew, urażony że go na boku zostawiono, podszedł ku nim, właśnie w dobrą chwilę, gdy się starszyzna Magnusa otaczająca do drugiéj izby ruszała.
— Cóż poczniemy? zapytał królewicz stając naprzeciw namiestnika.
Zmięszał się Magnus nieco, zawahał, ciężko mu było z odpowiedzią.
— Miłościwy książe — rzekł wreście pomyślawszy długo, i nie rad widocznie że mu się książe wtrącał — dajcie nam samym naradzić się a rozważyć, potém ja, miłości waszéj przyniosę co uradziemy.
Nie w smak to poszło książęciu.
— A jaż to się wam nie zdam do rady? zawołał nieco gniewnie, oczyma złośliwemi tocząc dokoła.
Magnus go odwiódł na stronę.
— Zostańcie, wasza miłość tu — tak będzie lepiéj, rzekł, zabawiajcie się, ludzi sobie jednajcie, my z sobą śmieléj bez was mówić będziemy. Sprawy są nasze domowe, wam jeszcze nieznane... Tak lepiéj.
Nie odpowiadając już nic, Zbigniew zagniewany poszedł rzucić się na ławę i podparł łokciem, nie tając iż mu nie w smak było, odsunięcie od rady, a zbywanie się jak młokosa. Tymczasem starszyzna polska i czeska z Magnusem poczęła się wybierać do bocznéj izby, którą za nią zamknięto. Kobiety z niej pewnie przez szpary musiały się przypatrywać zgromadzeniu, bo słychać je było na widok Magnusa pierzchające, strwożone, śmiejące się i pokrzykujące...
Izba też to była dla rodziny i domowników nie od gości, sprzęty jéj mówiły o niewiastach, czuć było kądziel i zioła wonne, nabiał i jadło.
Magnus nie mając już gdzie wprowadził tu starszyznę, odprawiwszy niewiasty do kleci. Weszli milczący panowie. Kobiety zaraz drugie drzwi zasunęły za sobą... Chciał i Dobek wnijść, ale mu Magnus w progu szepnął.
— Pilnuj swojego królewicza — a zabawiaj go — my tu radzić musiemy. Co obradzimy powiemy wam.
Widać było z twarzy Magnusa niepokój jakiś i podrażnienie, inni też nie bardzo patrzali wesoło. Westchnął Magnus, odszedł nieco w głąb i do jednego z poufalszych odezwał się.
— A co? rzekł — książęcia własnego mamy!! Mnichy z niego zrobiły niewiem co. Ni z pierza ni z mięsa, ale królewska buta jest.
— Prawi niezgorzéj — odezwał się drugi — języka dosyć ma, w głowie też jasno, tylko że do roboty się nie bierze, do konia i do żelaza go nie napędzić... Rycerz z niego nie będzie tęgi.
— Patrzy jako zwierz, gdy go z nory dobędą — dodał trzeci.
Nie pochwalił nikt.
— Wszelako jaki on jest, lepszy będzie od Sieciecha — zakończył inny.
— Cóż z posłem od króla czynić będziemy? zagaił Magnus — Wojsław to krewniak Sieciechów. Ochmistrz królewicza, znam ci go, lepszy jest niż się zda.
Wszyscy po sobie patrzali, głowami potrząsając, nikt z wyjawieniem zdania nie spieszył. Najstarszy Chramy, odezwał się brodę targając, jak miał we zwyczaju.
— Ha! co się stało trudno odrabiać. Zgodziliśmy się królewicza wziąć, trzeba przy nim stać.
— A jeżeli siłą zechce nas przemagać Sieciech — mówił Magnus. Mamyż krew rozlewać?
Nie odzywał się nikt.
— Czechy nas poprą i pomogą — bąknął jeden.
— A no, pewnie, poprą tak że zajadą i złupią — rzekł Magnus — zamiast Sieciecha będziemy mieli, jakiego Przemysła! Co myślicie! Jeśli się zładzim zgodnie, dobrze, jak ma wojna być o tego mnicha, ja grodu i ziemi na łup dla niego dawać nie myślę. Nastraszą się naszéj siły, niech Zbigniew siedzi, jak nas wojować zechcą, za zdrajców i nieprzyjaciół głosić, nie warta krwi naszéj sprawa. Sieciech ma ludu dosyć.
— Oho! zawołał Czech, który nieco daléj stał, a Dobrosław było mu imie. — Jakeście prędko wzięli sprawę, tak ją też rychło rzucacie. Tożeście się zgodzili królewicza trzymać i popierać.
— Nie wypędzamy go też — odezwał się Magnus kwaśno — ino wojna, sroga rzecz. Kiedy musu do niéj niema, lepiéj nie poczynać.
— Zkądże to wiatr dziś zawiewa! wtrącił Dobrosław.
— Ten sam co i wczora — mruknął Magnus — rozumu zawsze trzeba. Sieciechowi strachu napędzić, aby nam tu nie bruździł, nie królował, toć trzeba, a od swoich odstać i ze swemi się zarzynać!!!
Warknął Czech coś niewyraźnie, inni za Magnusem trzymali.
— Królewicza nie opuściemy, rzekł jeden, a na rzeź się za niego też nie damy, i jego nie uratujemy przez to i ludzi nagubim.
— Gdy poseł przybędzie — ciągnął Magnus daléj — powiemy mu że przeciw królowi podnosić się i z królem wojować nie myślimy, przeciw Sieciecha występujemy. Niech nam król nie on panuje, niech ludzi nie wygania, niech głów nie strąca, oczów nie łupi... Dosyć było Sieciechowych rządów, jam tu z ramienia pańskiego, niechże mi równy nie rozkazuje.
— A jak król nie przystanie? — zapytał Chramy, jak się nas nie ulęknie?
Pogładził się Magnus po łysinie.
— Ja grodu na łup nie dam, rzekł, a czyja wola w polu się potykać, nikomu nie zbronno.
— Tak lepiéj, dodał drugi z boku. Kto ma wolę rozprawiać się orężnie, niech z murów wyciągnie. Grodu szkoda, na oblężenie ani żywności, ni gotowości niema.
— Ani ochoty — zakończył Magnus.
Milczał trochę, a potém dodał:
— Prawdę-li rzec? po królewiczu więcéj spodziewaliśmy się. Na kleryka on pewnie dobry, a będzie-li zeń żołnierz, nie wiem. Z oczów mu groźno patrzy, z gęby mu słodko płyną słowa, a ręce wiszą. Ni do konia ni do miecza ochoty niema. Włożył zbroiczkę, nie dotrwał w niéj pół dnia, już mu barki gniotła, aż się skrobał.
Rozśmiało się kilku, nikt nie sprzeciwiał.
Rozpoczynały się narady, gdy, drzwi przebojem otwarłszy Zbigniew się zjawił ciągnąc Dobka za sobą. Wstyd mu było z rady zostać wykluczonym.
— Cóżeście uradzili? rzekł od progu, miotając oczyma, aby wyczytać im prawdę z twarzy, nim ustami skłamią.
— Tak jak nic — odezwał się Magnus wodząc wzrokiem po swoich, zobaczemy co jutro pokaże. Nie wiemy co poseł niesie.
— A ja wiem — przerwał Zbigniew — jasna rzecz, zechcą abyście się poddali, mnie katom w ręce dając.
Oburzyli się wszyscy.
— Nie bójcie się, miłościwy książe — odparł Magnus — wziąć was z między siebie nie damy. Zawczasu dziś mówić o jutrze, niewiedząc co ono przyniesie, ale zdrady się nie dopuściemy. Król gdy posyła znać chce zgody...
Bystrém spojrzeniem po twarzach poznał Zbigniew iż przed nim tajono sprawę, a zbytniéj dlań miłości nie było. Zgadł niemal co się święciło.
— Miłościwi panowie, odezwał się podnosząc głowę. Nikogom ja nie prosił aby mnie z klasztoru wyciągano — samiście to, po dobréj woli uczynili. Teraz gdym ja swobodny, o prawa swe się upomnieć mogę — nie ustąpię od nich. Jeżeli poseł niesie zgodę i to co mi należy jako króla synowi, dobrze — zechcą-li mnie znowu zamurować a opuścicie wy mnie, pójdę do Czechów, pójdę do cesarza, pójdę do pogan badaj, a praw się upominać będę.
Mówił żywo, przejęty mocno i kilka głosów odezwało się:
— Nie opuścim miłości waszéj, nie opuściemy.
Magnus stał milczący długo.
— Będziemy przy was i za wami — odezwał się — tylko w grodzie się zamykać niebezpieczna rzecz. Gród macie jeden w ręku, dać go na zniszczenie? nie godzi się. Przyjdzie do orężnéj rozprawy, potrzeba ciągnąć w pole.
Zbigniew się zadumał.
— Pewnie, byle było z kim w pole iść — rzekł. Toć i dziecko wie, że gdy za murami tysiąc ludzi, przeciw sześciu tysiącom bronić się może i obronić, w polu równe siły mieć trzeba.
— Prawda! prawda! potakiwać zaczęto, dając się ująć wymowie.
— Zatém co? wtrącił Dobek, zkąd wziąć to wziąć, lud zbierać trzeba i siłę gromadzić. Czechy nam pomogą.
— Pomożemy — rzekł Dobrosław.
— Szlązaków pancernych i tarczowników, jazdy i pieszych, co od załogi zostaje, niech idzie z wami — odezwał się Magnus. Nie będzie tego wiele.
Książę w ziemię patrzał, lecz trwogi na nim widać nie było.
— Tak — począł głos zniżywszy, tak, panowie mili, nie prosiłem się ja z klasztoru, ale się do niego nazad wsadzić nie dam. Ludzi choćby z piekła muszę mieć.
Na to wspomnienie piekła w ustach kleryka, kilku się trwożliwie przeżegnało i cofnęło.
Z twarzami posępnemi stali dokoła wszyscy, radzić więcéj się nikomu nie chciało. Dwu bliższych drzwi wysunęło się zaraz do pierwszéj izby. Wkrótce i trzeci pociągnął za niemi.
Mało poczekawszy dwu znowu zbliżyło się do wnijścia i znikło. Magnus tylko i Dobek ze Zbigniewem zostali.
Zbliżył się Dobek z Morawicy do namiestnika.
— Na ludzi — odezwał się — trzeba złota i srebra mieć — a zkąd ich wziąć?
— Ja nie mam — krótko rzekł Magnus.
— Ani ja — dodał Dobek.
— Ni też ja — śmiejąc się szydersko dodał Zbigniew — zabrano mi wszystko i dano bodaj klasztorowi, a na co święcona woda upadnie, tego już nazad nie wyrwać. Przecie po ojcu mi się coś dostać musi, — kto mi zawierzy, temu ja stokroć zawdzięczę.
Namiestnik namyślał się, wahał, przysunął powoli do księcia i szepnął z cicha.
— Może na to znaleść się rada. Co się jutro z posłem uczyni, to nam powie co daléj mamy przedsiębrać. Do jutra spij wasza miłość spokojnie.
Skłonił się nizko. Nie pozostało nic, tylko nazad do izby powracać, ku któréj Magnus prowadził. Zbigniew wyszedł nadąsany i gniewny, w progu na Dobka skinąwszy, nie zatrzymał się już między gośćmi, — szedł wprost do izby, która mu była przeznaczona.
Miał już i dwór swój i urzędników i służbę, bo mu się na nią Czesi i Polscy wygnańcy, co go sprowadzili, złożyli.
Zaraz w pierwszych dniach, ukazało się że do występowania gromadnego, dwornego, strojnego i hałaśliwego największą przywiązywał wagę. W drodze już począł się troszczyć by jego krwi królewskiéj odpowiednio, co najrychléj się urządzić. Chwytał ludzi jacy się stręczyli, odziewał ich jaskrawo, dwu co na rogach grali zabrał z Saksonji, innych ze Szląska pościągał, od panów wyprosił, konie sobie darowywać kazał, dwór przybierał i stroił. — Więcéj mu o to szło niżeli o samą sprawę.
Za próg zamkowy teraz nie ruszył się bez gromady, którą za sobą wszędzie ciągnął. Musiał jeden przed nim miecz nosić jak przed książęciem udzielnym, drugi tarczę malowaną, dwu przeraźliwie trąbiło, inni okrzykiwali, lud rozpędzali, wołali: Pan jedzie! z drogi!
W tém jedném najbardziéj królewska się w nim krew okazywała; przepychowi jaskrawemu był rad, a gdy prawdziwego mieć nie mógł, jako tako kłamanym się odziewał. Pysznił się tak z sobą i gawiedzi podziwieniem chciał być koniecznie. Śmiał się widząc wybiegających z chat ludzi, głowy wyglądające przez okna, chowające się za węgły dzieci, i dla tego tylko na koń codzień siadał, aby się z trębaczami i dworem zabawić pokłonami ludu. Im więcéj koło niego wrzawy czyniono, tém szczęśliwszy był, na zabój w rogi grać, w bęben bić, o żelazo szczękać nakazując.
Starzy na to potrząsali głowami, a widzieli w tém pańską dumę, która zresztą w owym wieku przystała książętom i była w obyczaju.
Na zamku izba najprzedniejsza z belkami rzezanemi wzorzysto przeznaczoną dlań była. Nie brakło w niéj nic co do wygody i ozdoby służyć mogło. — Gromadka zjednanych przyjaciół, nazwana drużyną, poprzyodziewana dziwacznie, otaczała go już wierząc w jego szczęście i gotowa zań karku nastawić. Wszyscy za Dobkiem i księciem pospieszyli, czując że potrzebni być mogą. Szedł i Zahoń.
Choć nikogo za serce pochwycić nie mógł Zbigniew, królewska jego krew, nadzieja panowania, łask i datków, ludzi doń ściągała. Dobek szedł z nim jako pokrewny, spodziewając się nim zawładnąć i kierować, inni że nic lepszego do roboty nie mieli, a nadzieję jakąś świtającą widzieli.
Słuchali go wszyscy podziwiając mowę łatwą dopomagali do śmiechu, gotowi byli na wszelaką służbę. Zahoń najlepiéj błaznował, śmieszył i najniżéj się kłaniał, za co był w łaskach.
Reszta drużyny nie wiele była warta. Na wodza do przyszłego wojska, którego jeszcze nie było, nastręczył się i wparł niemal gwałtem człowiek, który pono wiele po świecie wojował, a z wojen oprócz wyprawnego języka i skóry podziurawionéj nic nie przyniósł. Kto on był dojść nie umiał nikt; Szlązakiem się mienił, przysięgał że z Głogowa był rodem, choć tam już niemiał nikogo i nikt go tam nie znał. Powiadał że wojował długo na Węgrzech, że królowi Szczodremu służył, że Ruś znał jak własne kieszenie, królom Czeskiemu i Węgierskiemu był ulubiony i tylko go zazdrość z ich dworów wypchnęła; że na Cesarskim też długo przebywał i do Włoch z nim wędrował, gdzie też nieprzyjaciół się dorobił swą cnotą. Cnotliwym się mienił wielce, a przez cnotę nieszczęśliwym. Cesarskich teraz nie lubił i psy na nich wieszał.
Człek był jeszcze urodziwy, postawny, wyszczekany, językiem do wszystkiego gotów, ruchawy pozornie, a gdy przyszło co czynić posługujący się i popychający drugich, krzyczący tylko głośno a niewiele skuteczny. Do misy i do dzbana pierwszy się zawsze stawił i najdzielniéj koło nich chodził. Chociaż skarżył się że był porąbany w wojnach okrutnie, a włos mu już szpakowaciał, chciał jeszcze służyć, jak powiadał, szczególniéj pod takim księciem, którego na pierwsze wejrzenie pokochał nadzwyczajnie. Kłaniał się do stóp królewiczowi, lizał mu ręce, rozpędzał przed nim ludzi, chodził przodem z głową odkrytą i pochlebstwy go zjednał.
Zwał się Marko Sobiejucha. Ten bodaj na głównego wojewodę swatał się Zbigniewowi; a że gadał bardzo wiele i zabiegał nieustannie, już był prawie pewien swego. Dwu też Czechów Rawitów, ludzi milczących i cichych, przyjął był sobie Zbigniew, z tych jeden Przemko podczaszym był, drugi Leszko podkomorzym.
Nie zbywało na innych dworakach, a codzień się stręczyli nowi, których niepytając przyjmowano, byle kto kaftan cały miał. Ci co występowali w lepszéj odzieży, pewni byli wyższego na nowym dworze dostojeństwa.
Dobek z Morawicy opiekun najdawniejszy, w zaufaniu był i łaskach.
Gdy się do izby wtoczył dwór książęcy za nim, znaleźli tu Marka, tylko co ze snu przebudzonego, bo się po mocném piwie wywczasowywał, dużo z nim wprzódy nadokazowawszy.
— Mnie się widzi — odezwał się Zbigniew, obejrzawszy po swoich, że obcego nie było — mnie się widzi iż na panów Szlązaków nie wiele rachować mogę — potrzeba myśleć o sobie.
— Święte słowa! wtrącił Marko, złote słowa, nikomu na świecie wierzyć nie należy, nikomu.
— Sieciech, ciągnął nie zważając książe, Szląska nie puści, póki go nie wywojujemy na nim. Trzeba ludzi. Jeżeli nie znajdę innych, do Pomorców słać potrzeba zawczasu, ci staną...
Dobek głową pokręcił.
— Ciężka z takim druhem sprawa, rzekł, nie wiecie co to za lud. Poganie są okrutni; pójdą oni dziś z wami, jutro na was, a wiary nie strzymają nikomu.
— Co? podchwycił Sobiejucha — ja ich znam. Szkalują ich, żołnierze dobrzy, ludzie nie źli, jak słowo dadzą, strzymają. Prawda że łupią, a któryż wojak nie łupi? na to wojna.
— Znasz ich? zawołał Zbigniew, jedź zaraz na Pomorze, do Gniewomira, do innych, jednaj ich dla mnie.
Marko stanął jak wryty, we włosach ręką przebierając, zafrasował się.
— Ja ich znam — rzekł — niema wątpliwości, nikt na świecie lepiéj ich nademnie znać nie może, a no jechać tam niepodobna mi. Ząb mają do mnie, powaśniłem się z niemi i ubiłem kilku, a krwi oni nie darują. Znajdziemy takich co do nich pojadą.
Dobek radził z Krakowskiego ludzi ściągnąć, gdzie lud był ochoczy i raźny, Czesi swoich stręczyli — i — nim dzień zaświtał wyprawiono posły na wsze strony potajemnie, Magnusowi nie mówiąc słowa.



VI.


Nazajutrz rano, gdy się u bram orszak Wojsława ukazał, domagając wpuszczenia z królewskiém słowem, rozkazy już były wydane, aby go na gród do namiestnika prowadzono.
Wojsław nie zbyt pańsko wystąpił, nie nadto okazale, nie miał nad jakie dwadzieścia koni z sobą. Dodany mu był duchowny, wikaryusz z Płocka, ksiądz młody, imieniem Teodor, bo naówczas żadne się poselstwo, żadna czynność ważniejsza bez duchownego rady i nadzoru nie obchodziła.
Biskupi wyżéj już stali jak wojewodowie i królowi pilno na ręce patrzali.
Znał téż Sieciech krewniaka swego, iż o ile twardym był a nieugiętym, tak równie do słowa ciężkim i w wymowie nie obrotnym.
Zbigniew od rana nie wychodził z izby swéj, wahając się, czy mu się ukazywać należało, lub wszystko zdać na namiestnika, przy którym Dobka postawił. Dworowi wszakże swemu, pogotowiu być kazał...
Poselstwo wprost od bramy, przeprowadzane przez gawiedź ciekawą, która za niém biegła aż ku dworowi, na gród się udało. Magnus już na nie czekał, całą starszyznę około siebie skupiwszy. Nienawiść ku Sieciechowi, pomimo obawy wojny, nastrajała gniewnie umysły.
W dziedzińce wjeżdżając Wojsław dojrzał, rozglądając się ciekawie, iż wszędzie ludu zbrojnego moc była wielka, jak nabito żołnierza, między którymi sporo Czechów poznawał.
Posłańcowi z królewskiém słowem uchybić nie chcąc, Magnus do progu wyszedł przeciwko niemu. Odział się na dzień ten świątecznie, ludziom téż zbrojnym na grodzie przykazał, aby wdzieli odzież i zbroje przystojne. Zsiadającego z konia przywitał w przedsieni. Spotkali się milczący, mierząc oczyma, poczém Wojsław z księdzem Teodorem szli do izby razem, gdzie czekała starszyzna liczna, jak na radę zgromadzona.
Mógł już tedy rozpoznać Wojsław, że niespodzianym tu nie był, że o nim wprzódy wiedziano, gotowano się na przyjęcie, myślano, jaką mu dać odpowiedź.
Do izby wszedłszy rzucił oczyma poseł, ażali nie ujrzy Zbigniewa, któregoby się był domyślił, choć go nie widział od dziecka. Lżéj mu się stało gdy go nie zobaczył. Dokoła tylko na ławach siedzieli ludzie posępni, gromadnie, ciasno, z brwiami namarszczonemi, z twarzami groźnemi, dłonie na mieczykach, milczący i jak do sądzenia gotowi.
Tu i owdzie spostrzegł twarz dawniéj sobie znajomą a wrogą; te których nie znał jawnie okazywały, że nie lepiéj myślały. Wstali niektórzy, inni się nawet nie podnieśli, szmer dał się słyszeć, za wchodzącymi wtoczyło się więcéj jeszcze ciekawych, wszystko zbrojne, nachmurzone. Do ucha mogły dolecieć słowa i śmieszki niemiłe, lecz Wojsław zimnym na to był i jak wszedł powolnie, tak nieustraszoném okiem obiegł ławy dokoła obojętnie, zwrócił się do Magnusa i rzekł:
— Miłościwy pan król Władysław mnie do was przysyła.
Namiestnik wskazał duchownemu i jemu miejsce przy sobie, milczenie trwało głuche dość długo, a że Wojsławowi do słowa przyjść tak zrazu łatwo nie było, prosił ks. Teodora o wyręczenie.
— Miłościwy pan Władysław przysyła nas — począł ks. Teodor — chcąc wiedzieć, prawdali to jest, że przyjęliście tu Zbigniewa, którego on chciał mieć w klasztorze? prawdali, że przyjęliście zbiegów i zdrajców, którzy na karę zasłużywszy chroniąc żywota do Czechów pouciekali!
Wstrzymał się ksiądz, Magnus obrócił ku nim i rzekł po krótkim namyśle:
— Królewicza Zbigniewa i biednych ludzi, co się niesprawiedliwie prześladowani tułali po obcych, przyjęliśmy. Tak — prawda jest.
— Więc winniście zdrady i nieposłuszeństwa? — wtrącił sam Wojsław.
— Nie jesteśmy jéj winni — rzekł Magnus. — Królewicz nieszczęśliwy miłosierdzia się ojcowskiego domagał, a zbiegowie, bracia nasi, przeciw królowi nic nie zawinili.
Gdy to mówił, z ław dokoła dało się słyszeć mruczenie naprzód, potém kilku zawołało:
— Nie zawinili przeciw króla, pana naszego, ino przeciw Sieciecha...
— Przeciw Sieciecha! — kończył Magnus. — Złości a samowoli pana Sieciechowéj dłużéj nikt z nas znosić nie chce.
— Nie! nie! nie będziemy jéj więcéj cierpieli. Nie! — poczęli z ław odzywać się siedzący śmieléj coraz.
— Z Czechami się przeciw własnemu królowi wiążecie, na własny kraj następujecie — odezwał się Wojsław zwolna. — Król o wszystkiém wié.
— Źle wie! — zawołał Magnus goręcéj — nie chcemy taksamo czeskiego panowania, jak Sieciechowego. Niech król sam nami rządzi, albo niech nam syna da.
Sieciecha nie chcemy!
— Sam król was zdrajcami mieni — odrzekł ks. Teodor — woli jego nie jesteście posłuszni.
— Innego tu zdrajcy nie ma! — wyrwał się Dobek, stojący za Magnusem — tylko Sieciech jeden. On to miłości pańskiéj nadużywa, on z kraju wierne jego sługi pędzi, on prześladuje, on obdziera, on nieprzyjaciół robi — on.
Chórem z ław wszystkich, coraz śmieléj, głośniéj coraz, zaczęto już krzyczeć niemal, zapalczywość rosła.
— On! Sieciech! zdrajca!!
Wojsław i towarzyszący mu duchowny postrzegli, że niebezpieczném było zbyt ostro przemawiać, bo umysły już się oczekiwaniem zburzyły i rozjątrzyły same. Spojrzeli po sobie. Wojsław sam zwolna począł z chłodną krwią, która go nigdy nie opuszczała.
— Nie z panem wojewodą Sieciechem to sprawa, ale z panem a królem naszym. Ja nie od Sieciecha, ale od niego tu przysłany idę. Co komu do woli i postanowienia królewskiego, który chciał tego, aby dziecko poboczne w klasztorze się chroniło, a sromoty mu nie czyniło? Nie godzi się nikomu stawać pomiędzy ojcem a dziecięciem; ojciec każdy, gdyby i królem nie był, ma prawo nad swoimi. Wolno mu z niémi czynić co chce. Dlaczegożeście srom królowi uczynili?
Dobek się wyrwał:
— Jako żywo dziecko poboczném nie jest. Matka jego, ziemianina córka, tak dobrze żoną była pańską, jako która Judyta i syn to tak dobry, jakby się z królewnéj rodził, skoro ją pan Władysław swego czasu miłował i za żonę trzymał. Srom czyni królowi, kto krzywdę czyni dziecku, nie my!! nie my!
— A zbiegowie i zdrajcy? — spytał Wojsław.
Tak nazwani zdrajcy i zbiegowie siedzieli naprzeciw mówiącego na ławach, Dobek téż do nich się liczył, więc skoro to słowo rzekł, szmer, wrzawa i zburzenie powstało wielkie.
Magnus chcąc nad nim zapanować, podniósł się, wstał i rękami a wołaniem począł zażegnywać ową burzę, ukazując, że sam mówić pragnie.
Ucichło po trosze.
— Powiem co na sercu mam — zawołał — kryć prawdy się nie godzi. Zbiegowie to są, którym nie król, ale Sieciech dokuczył i nie od króla, ale od Sieciecha uciekali, bo na ich gardło nastawał. Nie wiemy już, kto u nas panem. Władysław król czy Sieciech? On zagarnia pod siebie wszystko, krakowskim wojewodą jest, niech na Krakowie siedzi, a nam da rządzić, gdzie nas postawiono. On wojsko całe ma w ręku, on grody, zamki, urzędniki, dwór, on króla i królowę, on królewicza. Ino już nie widać, gdy zapragnie, aby sam panował.
Tego my nie zniesiemy, tego my nie damy uczynić. Równy nam ziemianin jest...
Znowu nie mogąc się powstrzymać, krzyknęli wszyscy:
— Nie zniesiemy tego! nie damy.
Ci, co siedzieli dotąd na ławach spokojnie, wstali, zaczęli się poruszać gromadnie, skupiać i postępować na izbę. W głowach szumiało, paliły się twarze, wyrywały słowa grube, łajania ostre, przekleństwa i pogróżki. Wojsławowi słyszeć ich nie godziło się, rozumieć nie było można. Magnus, który rad był uspokoić Szlązaków, rękami dawał znaki gwałtownie, ale bezskuteczne. Rozprzęgał się ład, jeden od drugiego zarażał się gniewem, powstrzymać było trudno.
Wojsław pobladł trochę, ksiądz Teodor wstał i chciał począć mówić, ufając w to, że go suknia osłaniała.
Zamilkli niektórzy, ale w dalszych rzędach i głębi wciąż jeszcze szumiało.
— Między króla a jego urzędniki, któż ma prawo wchodzić — rzekł ksiądz. — Nie nasza rzecz sądzić, co król czyni. Komu źle, niech się skarżyć idzie.
— A! tak! słyszycie! — krzyknięto z ciżby — ho! Albo go to dopuszczą? Na drodze go wezmą, do ciemnicy zasadzą, jak Janka z Borku, jak Ludka Doliwę! Jak Andrka z Bolimowa, co mu głowę Sieciech uciąć kazał. Król mówicie, albo my to króla mamy? Nie Sieciech królowi, ale pan nasz Władysław panu Sieciechowi służy!
Śmieszki urągliwe dawały się słyszeć tu i owdzie. Wojsław blady wstał.
— Nie wolno mi słuchać tego, co mówicie, bo nieprawdą to jest, a oszczerstwem. Ci, co się z posłuszeństwa wyłamują, na Sieciecha wołają, bo do woli królewskiéj zmusza. Sieciech praw — nieprawi ci, co nań nastają!
Słów tych ledwie mógł dokończyć, gdy wrzawa wzmogła się gwałtownie i zagłuszyła go.
Popędliwy Dobek pierwszy miecza dobył z pochew, drudzy téż zobaczywszy to, chwycili się do żelaza; kto co miał, nóż, mieczyk, topor, podnosząc do góry. Zgiełk powstał straszny, cisnąć się zaczęto groźnie ku posłom, tak, że Magnus poskoczywszy w czas, ręce rozpiął, sobą ich zastawił i od pierwszéj napaści obronił.
Na małoby się to jednak było przydało, bo rozjątrzenie było straszne, a nienawiść wygnańców ku Sieciechowi taka, że na krewniaka jego, co śmiał stawać w obronie Wojewody, rzuciliby się byli i rozsiekali niechybnie, gdyby z drugiéj strony o. Teodor nie stanął, a na księdza nikt nacierać nie śmiał. Ława stała niedaleko drzwi do drugiéj izby prowadzących, namiestnik prawie gwałtem popchnął w nie Wojsława, sam ciągle go sobą okrywając. Poseł z księdzem ledwie mieli czas wpaść do bocznéj izby i drzwi zaprzeć za sobą, gdy tłum runął na nie rozwścieczony i bić począł rękami i mieczami, z zapamiętałością taką, iż Magnusa nawet słuchać nie chciano i nieposzanowano.
Jak to zwykle bywa, gdy jeden pierwszy da hasło, tłum się da pociągnąć i siła w nim liczbą rośnie; pomiarkowanie i pamięć stracono, miotano się, nie zważając na kogo... Rozbijali jedni drugich do drzwi się cisnąc. W Wojsławie Sieciecha widziano i krzywd się chciano pomścić.
— Zabić! rozsiekać! — krzyczeli przodujący.
— Sieciechów służka, na gałęź z nim!
Szczęściem drzwi, za któremi skrył się Wojsław z ks. Teodorem, dębowe były, grube, kute i do wyłamania nie łatwe, choć wszyscy się na nie zwalili, barkami je chcąc wyważyć niesłuchając Magnusa, który całą siłą głosu i ramienia im się opierał.
Na całym zamku zburzyło się i zawichrzyło.
Widząc, co się w izbach działo, pachołkowie i czeladź starszyzny na ludzi Wojsławowych wpadali, spędzili ich z podwórza, aż się do szpichrza skryć musieli przed niemi, zasunąć i założyć, aby życie ocalić. Zaczęto ich tu oblegać i kamieniami ciskać.
Zbigniew posłyszawszy wrzaski, choć zrazu się porwał biedz także, strwożył się wprędce o siebie i Marka Sobiejuchę posłał tylko na zwiady, co się tam stało.
Do podobnych spraw, gdzie dziesięciu na jednego idzie, Marko był najlepszy, wrzasku rad przyczyniał i drugich popychać był gotów; zobaczywszy o co szło rzucił się ochotnie i resztę spokojnych ludzi pociągnął za sobą. Zakipiało wszędzie, nikogo nie słuchano.
Szturmowano do drzwi i do szpichrza coraz gwałtowniéj. Drzwi, za któremi skrył się Wojsław z księdzem, runęły nareszcie wyparte, wrzeciądze pękły; tłum wpadł z mieczami do komory, ale Wojsław miał czas ujść oddawna. Wylękłe niewiasty dały mu się skryć na strychy, od których drabiny odjęto i pochowano.
Napastnicy w izbie pustéj nie znaleźli nikogo, a z drugiéj patrzały niewiasty, stanąwszy śmiało ze starszemi na czele, bo wiedziały, że im się nic stać nie może.
Magnusowa żona w białéj namitce i szubce jedwabnéj, zaparła im drogę. Ręce założywszy na piersiach, z brwią namarszczoną, patrzała na oszalałych spokojnie, ani się nawet odzywając. Cofnęli się przed nią, rozbiegli po kątach, ale nikogo nie znaleźli.
— Darmo się nie trudźcie — odezwała się w ostatku groźno stara niewiasta z wyrzutem do Dobka. — Gościny nie umiecie szanować! a myśmy mu dawno konia kazały dać, aby uchodził. Nie ma go na zamku.
Ochłonęli jakoś oszaleli ludzie cichy ten i spokojny głos posłyszawszy, stanęli, miecze do pochew wkładając. Magnus nadszedł gniewny, łając i bezczecząc, wyganiać ich nazad do wielkiéj izby.
I jak się ten ogień od jednéj skry począł, tak téż rychło uśmierzył, jedni sami przyszli do opamiętania, drudzy się wzięli zagorzałych imać, odciągać, hamować i poskramiać. Wrzawa powoli ustawała, pojedyńcze głosy tylko podnosiły się w górę z odgróżkami na Sieciecha, na Wojsława, a nawet i na króla samego.
Marko Sobiejucha, przodem zawsze idący, gdzie niebezpieczeństwa nie było, u szpichrza dokazywał, aż go z rozkazu Magnusa precz odegnano. Zajrzał potém do izby i do Zbigniewa ruszył, aby go ściągnąć tam, gdzie się jeszcze ucierano, bo mógł z tego rozjątrzenia dla siebie korzystać. Królewicz się wahał jeszcze, lecz poszedłby może, gdyby od Magnusa nie przybiegł komornik z prośbą a zaleceniem, żeby się nie pokazywał, dopóki spokój nie wróci. Wojewoda i tak miał do czynienia wiele, by umysły rozjątrzone ukołysać.
Marko Sobiejucha, Dobek i inni zebrani przy Zbigniewie, radzi sprawę doprowadzić do ostatka, aby Wrocławian wmięszać w wojnę, na Magnusa wykrzykiwać zaczęli.
W wielkiéj izbie uciszało się, gdy tu zgiełk powstał.
— Namiestnik na dwu stołkach siedzi — krzyczał Dobek — my tu z nim nie sprawiemy nic, próżno się nań oglądać.
— Przechera, zdrajca jest, niegodziwiec! — wołał Sobiejucha — mówiłem od początku, to wieprz tuczny ci swojego brzucha ochrania.
— Co poczniemy? — pytał Dobka.
Zbigniew milczał gniewny.
— Nas tu jutro królowi oddadzą, z postronkami na szyjach — odezwał się Dobek.
— Zewsząd zdrada! — mówił Marko — królewicza w matnię zagarnęli.
Usłyszawszy nową wrzawę, która z mieszkania królewicza dochodziła, Magnus sam dobiegł niespokojny dowiedzieć się, co tu się burzyło, otworzył drzwi, powitano go spojrzeniami, jak wroga.
— A cóż? — począł poskakując ku niemu Dobek. — Sieciechowego bratanka wy bronicie i osłaniacie!! Wy! Jeszcze nas powiązanych oddać mu gotowi!!
— Broniłem go tak, jakbym bronił was — rzekł surowo Magnus, mierząc go oczyma — gdyby oni mordować chcieli. Robię, co mogę i com powinien, więcéj ani na włos. Posłyszeli prawdę, czekamy końca. Jeżeli król przybędzie z wojskiem, mówię otwarcie, wojować nie będziemy, oblegać się nie damy, a Sieciechowi i w oczy powtórzę com rzekł.
Zbigniew słuchał z boku stojąc, blada twarz jego zaogniła się gniewem, brwi ściągnęły, nie odpowiadając Magnusowi, odwrócił się do swoich i zawołał głośno:
— Cóż my tu dłużéj czynić będziemy, gdzie Sieciechowych bronią, a o nas nie myślą? Precz chyba iść!
— A iść! iść! — powtórzył Dobek.
— Marko — odezwał się książę, kto ze mną trzyma i chce iść razem, ludzi zwołać, strąbić, na koń, w pole, położymy się obozem, bezpieczniejsi będziemy!!
Sądził zapewne, że namiestnik wstrzymać go zechce, lecz Magnus popatrzał, skłonił głowę i rzekł:
— Gwałtem was strzymywać nie będziemy. Ja was tu miłościwy panie nie powoływał, nie obiecywałem nic. Mnie proszono, nie jam prosił. Chcecie iść, otwarte bramy, szczęść Boże.
Ochłódli wszyscy i zamilkli.
— Prawdę rzec — odezwał się uspokajając wojewoda — nie ma tu co czynić w ciasnym grodzie, w pole przyjdzie wyciągnąć dziś czy jutro. Posłów uratowałem, wrócą do króla i Sieciecha z tém, co tutaj posłyszeli. Król wojsko już zbiera, ruszy na nas z nim. Ja miasta mu nie zamknę, bo wojny wydawać nie mogę.
— A my bić sie musimy i będziemy! — krzyknął Dobek.
Zbigniew mniéj śmiało, ciszéj powtórzył za nim toż samo.
— My się bić będziemy!
— Zatém wam nie zostało nic, tylko w pole iść — zakończył Magnus.
Marko Sobiejucha, któremu we Wrocławiu wygodniéj było niż w polu, niekoniecznie podzielał to zdanie, aby z miasta wyciągnąć, stał jednak milczący, zachmurzony, bo mu się przeciwić nie godziło, gdy wszyscy jedno postanowili.
Ostygło jednak jak od zimnéj wody wszystko. Zbigniew napróżno w swoich szukał gorętszego poparcia.
W tém Magnus począł, zwracając się ku niemu.
— Wasza miłość nie będziecie się na mnie gniewać, uczyniłem com mógł, daléj nie zdążam i obiecywać nie chcę, gdy strzymać nie potrafię. Gdybyście w mieście zostali, oblegną nas, ogłodzą, oskoczą i wezmą, głowy pod miecz pójdą. Bezpieczniéj w polu. Ludzi nagubimy dużo i was tu zgubaby czekała; w szerokiém polu choćby się nie powiodło, jeszcze ujść można, do Czech schronić i lepszego czasu szukać.
— A no, a no, — odezwał się Dobek — może i wasza prawda. Grodu chronicie i o sobie myślicie, za to wam nikt nic nie powie, ale po coście Sieciechowego bratanka ocalili! Nagubił dosyć naszych Wojewoda, mieliśmy prawo się pomścić.
— I cóżby wam z krwi jego przyszło? — odparł Magnus. Królby jéj niepomszczonéj nie zostawił.
Tak się skończyło owo poselstwo królewskie, choć nie krwawo, ale bez skutku.
Gorętsi nieprzyjaciele Sieciecha, którzy na Wojsława godzili, domyślali się, że gdzieś ukryty na zamku być musiał jeszcze, a chcieli go szukać po kątach. Magnus z sobą u stołu zatrzymał ich długo, nie dając odejść. Mrokiem Wojsławowi i ludziom jego boczną furtą Pałka ułatwił ucieczkę.
Odetchnął dopiero namiestnik, gdy mu znać dano, że w pole wyjechali i bezpiecznie do lasów czas mieli się dostać. Przewidzieć teraz było łatwo, że król natychmiast z wojskiem na Wrocław pociągnie. Rad się więc był pozbyć Zbigniewa i jego ludzi z miasta, ażeby gród od niebezpieczeństwa ocalić.
Nazajutrz już Marko Sobiejucha ruszał się, gromadząc swych ludzi, zwołując Czechów, ściągając, co gdzie było ciurów a ochotników, którzy na wojnę i łupy czekali. Wygnańcy zjechali natychmiast, rozbiegając się po kraju, przyjaciół jednając i ochotników, między nienawistnemi Sieciechowi. Nie było o nich trudno, gdyż wojewoda surowością swą naraził wielu, a jego pomocnicy i przyjaciele, ufni w swą moc, po ziemiach wszystkich byli znienawidzeni.
O królu nikt nie wspomniał, nie myślał; na Sieciecha się gotowali wszyscy.
Magnus karmił, poił i czém mógł opatrywał królewiczowskich ludzi, którzy powoli oddziałami w pole wyciągali. Za niemi i Zbigniew miał iść, acz jawnym już było dla najbliższych nawet, co mu sprzyjali, że ochoty do boju wielkiéj nie miał, a głowę pełną tylko dumy, i pragnienie igraszki płochéj, jaką sobie ze dworem czynił. Szyto mu chorągwie, strojono czeladź, zbierano urzędników, ściągano trębaczy i śpiewaków, bo o to się najwięcéj troszczył... Chciał téż mieć i namioty książęce, obszywane, kraśne i pokrycia na konie szkarłatne, bez tego się nie chcąc ruszać w pole. Z grodu téż dobrze zaopatrzonego ciągnąć precz w lasy i pustkowia, gdzie i głodem przymrzéć i chłodem przyboleć i biedy zażyć było trzeba, nie miał książę ochoty.
Gdy go z klasztoru brano, spodziewał się do gotowego działu przyjść, wszystkiego znaleźć podostatkiem, a nie dobijać się swoich praw jeszcze. Narzekał, iż mu zawód srogi uczyniono.
W kilka dni już ostatki Zbigniewowych żołnierzy wyciągać miały, i on gotował się rad nie rad iść z nimi. Widząc go posępnym i złym, Magnusowi żal się krwi królewskiéj zrobiło. Dał, co mógł, w końcu radę podszepnął.
Wieczora ostatniego, gdy już w mieszkaniu Zbigniewa sakwy wiązano, węzełki ściągano i zabierano, opróżniając kąty, co się tylko dało zagarnąć, a Zahoń i dwór ciągle o coś jeszcze chodził się upominać u wojewody, Magnus sam poszedł do Zbigniewa, który od niego unikał.
Dobek ciągnął za nim w ślad, pilnując, aby królewicz sprawy sobie w czém nie popsuł, lub się nie zadarł bezpotrzebnie.
— Dam wam na odjezdném radę jedną — odezwał się Magnus — posłuchajcie, nie pożałujecie.
— Czemu nie posłuchać, aby dobra! — odezwał się Dobek, który nie dowierzał staremu i ząb doń miał od owego poselstwa.
— Nim wyciągniecie w pole, — mówił stary — jedźcie do biskupa pasterza naszego, a proście go, aby, gdy król przybędzie, wstawił się za wami. Pobożny pan usłuchać go może prędzéj niż innych.
Królewicz zbytniéj do tego nie okazując ochoty, zamruczał coś.
— Biskupie słowo wiele znaczy, ciągnął wojewoda, a o. Żyrosława król pan nasz szanuje wielce.
Dobek słuchał milcząc.
— Jeżeli do niego pojedziecie — ja z wami — dodał Magnus.
— Po co mi biskup, gdy wojnę prowadzić mam! odezwał się Zbigniew, lecz Dobek potrząsł głową.
— Choć nie wiem i ja po co do biskupam iść gotów, księdza żadnego omijać się nie godzi — straszni ludzie są.
— Staruszek ojciec nasz dobry jest — dodał Magnus — pokłonu uczynionego nie pożałujecie.
Nie było sporu o to, choć i wielkiéj ochoty nie okazywali. Zbigniew dał się pociągnąć.
Nazajutrz rano zakazał królewicz, aby dwór wystąpił okazale i licznie, wedle swojego upodobania, chciał nawet dwóch trębaczy z sobą prowadzić, aby przodem jadąc oznajmywali o nim, co mu ledwie Magnus odradził. Z żalem zostawił ich i śpiewaków, a hałaśliwą część dworu, towarzyszącą mu wszędzie, bo i bez niej ludzi było do zbytku.
W czasie pobytu we Wrocławiu królewicza, O. Żyrosław wcale się do niego nie odzywał i do spraw tych nie mięszał. Mąż to był pobożny, spokojny, chorowity, nie rad plątać w zawikłania i spory. Dosyć miał do czynienia z duchowieństwem i ludem.
Gdy orszak królewicza zbliżył się do oparkanionego dworu biskupiego, służba poznawszy Magnusa, zaraz o nim znać dała. Kapelan biskupi wyszedł na spotkanie i gości wprowadził.
Biskupa, który dla wieku i choroby z siedzenia prawie się nie ruszał, zastali skulonego we dwoje na poduszkach, w przyciemnionéj izbie, w któréj przed obrazem mała paliła się lampa.
Domyślił się starzec, kogo miał przed sobą; zobaczywszy Zbigniewa, strwożone oczy podniósł, przypatrując mu się pilnie. Książę z wielką pokorą i butę swą straciwszy, do pocałowania ręki się przybliżył. Z podziwieniem postrzegł Magnus, iż twarz mu się nawet zmieniła wielce i złagodniała.
Nie rzekłszy jeszcze słowa do nich, biskup skinął, aby go zostawiono sam na sam z królewiczem.
Magnus i Dobek do drugiéj izby ustąpili, Zbigniew pozostał, ułożywszy pokorną postawę.
— Dziecko moje — odezwał się staruszek głosem słabym — boleję nad losem waszym. Po co was skuszono, spokój klasztorny mieniać na niepewne losy?
Zbigniew, któremu może się przypomniały zakonne czasy, a może uznawszy potrzebę uniewinnienia się przed ojcem duchownym, pragnął go zjednać dla siebie; złożył ręce na piersiach, spuścił głowę i niewyraźnie, cicho, niemal bojaźliwie zaczął bełkotać.
— Pochwycono mię siłą z klasztoru ojcze przewielebny, nie mogłem się oprzéć! Zmuszono mnie dopominać się praw moich.
— Praw! praw! — pochwycił biskup — oszukano cię dziecko moje, mówiąc o prawach, miłosierdzia tylko u rodzica żądać możesz...
— Ja — ja nie władnę sobą — rzekł Zbigniew — starszyzna, panowie mnie wiodą. Nie moja wina!
Westchnął biskup, zdziwiony trochę wejrzał nań.
— Inaczéj mi o was mówiono — począł z politowaniem: Cieszę się dziecko moje, że przeciwko ojcu i królowi nie podnosicie oręża, grzechby to był wielki.
— Mam nadzieję — odezwał się, ośmielając Zbigniew — że wasza przewielebność raczycie przemówić za mną. Pozory są przeciwko mnie, lecz posłuszny iść muszę, zagrożony jestem, życia nie pewien. Nieprzyjaciele wojewody chcą mnie mieć z sobą, iść z nimi muszę. Łzy leję w skrytości...
Zamyślił się o. Żyrosław; nie posądzał księcia o fałsz a udanie, znajdował go jednak tak odmiennym od tego, o którym słyszał, że uszom własnym wierzyć mu się nie chciało.
— Z ufnością w łaskę waszą pasterską — ciągnął daléj książę — składam żal mój i utrapienie na łono jego. Nie chciejcie wydawać méj tajemnicy. Otoczony jestem ludźmi, którzy każdy krok mój i słowo śledzą. Ledwiem uprosić ich mógł, aby mi tu po błogosławieństwo waszéj przewielebności przyjść było wolno...
Z ubolewaniem patrzył nań o. Żyrosław i zdala drżącą go przeżegnał ręką.
— Jeżeli król pan nasz miłościwy przybędzie tu — rzekł — będę się starał poruszyć serce jego dla was... Chceszże wrócić do klasztoru?
Pytanie to niespodziewane wzruszyło mocno księcia, który się uczuł we własne sidła schwyconym, zamilkł nieco. Namyślał się.
— Ostra reguła ojca naszego Benedykta ciężką jest dla mnie — rzekł, zawahawszy się. Wyrwano mnie z ciszy klasztornéj, powrótby był już trudny...
Śledził go biskup oczyma i nie rzeki nic na to.
— Nieszczęśliwe losy twe — dokończył po chwili — modlić się będę za ciebie, Bóg się ulituje. Serce króla anielskie, litości pełne...
Przeżegnał go raz jeszcze. Zbigniew uniżywszy się przed biskupem, rękę jego drżącą ucałował.
O. Żyrosław dał znak stojącemu zdala naprzeciw drzwi kapelanowi, aby wojewodę wprowadził.
Wszedł Magnus, chcąc biskupa pożegnać dłużéj nie trudząc rozmową, lecz starzec zapytał go o poselstwo od króla. Wojewoda zaczął się otwarcie uskarżać na Sieciecha. Słuchał go o. Żyrosław cierpliwie, dał mu żal wylać i czynić zarzuty, a gdy skończył, westchnął boleśnie.
— Słyszę narzekanie na Sieciecha ze stron wszystkich — rzekł. — Przypomnijcie sobie czasy pierwszych panów naszych. Ile to krwi kosztowało, nim się ziemie zdobyte zlepiły w jedno państwo, aby mieć siłę przeciw sąsiadom? Chcecieli, aby znowu się rozpadły na łup Czechom, Rusi i Niemcom? Sieciech winien, że ciśnie w jednéj dłoni, co się już rozsypuje! Sieciech.
Nie mógł powstrzymać się Magnus.
— Tyranem jest! — zawołał — władzy mu się chce, królestwa dla siebie pragnie. Królowa z nim trzyma, a uchowaj Boże chory pan zemrze, nie dzieci jego wezmą państwo, ale on razem z siostrą cesarską. Powstajemy nań, bo zdrajca jest!
Gwałtowny wybuch wojewody pozostał długo bez odpowiedzi. O. Żyrosław przebierał drżącemi palcami książkę, leżącą przed nim.
— Napisano jest tu w tém piśmie, którego słowa prawdą są wiekuistą — rzekł — iż zginie wszelkie królestwo rozdzielone w sobie. Pomnijcież na to, abyście w więzy obcych nie poszli, nie umiejąc swoim być posłusznemi. Pomnijcie!
Magnusie miły — dodał biskup, spojrzawszy na Zbigniewa — wyż to myślicie wojnę syna z ojcem zażegać?
Namiestnik zamilkł, ale Dobek gorący naprzód się wysunął:
— Nie my wojnę wydajemy — rzekł — ojcze przewielebny, nie my! Bronić się będziemy tylko. Zbigniew pokrzywdzony jest, praw swoich szuka.
— Jakich praw — odparł starzec. — Na ojcu?
Dobek się namyślił i rzekł:
— Na królu!
Potrząsł biskup głową i z litością odwrócił wzrok ku Zbigniewowi, który stał pokornie, oczy w ziemię wlepiwszy.
Tak się rozmowa skończyła. Gdy przystąpili do pożegnania, o. Żyrosław zbliżającego się Zbigniewa pobłogosławił nieznacznie, a do towarzyszących mu odezwał głośno.
— Radbym was błogosławił wszystkich — nie wolno mi. Tym, co idą na wojnę, w któréj syn ma walczyć przeciw ojcu, błogosławić się nie godzi. Modlić się będę, aby Bóg odwrócił krwi rozlew, zesłał upamiętanie!
Dobek poruszony i przelękły już się miał ku progowi, pokłoniwszy się zdala, Zbigniew téż odchodził, gdy Magnus przystąpił do ręki biskupa i szepnął:
— Ja na wojnę nie ciągnę. Wasza przewielebność zechcecie mi pomódz do przejednania króla. Jakoście nam mówili słowa prawdy, rzeknijcie je panu naszemu, aby tyranii Sieciechowéj koniec położył. Inaczéj padnie w gruzy królestwo i rozsypie się.
Biskup nie odpowiedział nic, pochylił się już nad księgą i modlić zaczął.




VII.


Nie kwapili się z wyciągnięciem dworacy Zbigniewowi i on sam. Wszystko było pogotowiu, z dnia na dzień wyznaczano żegnanie się z Wrocławiem, nazajutrz czegoś brakło i królewicz rad odkładał wyjazd do obozu.
Magnus zbyć się był rad a wyprosić nie mógł ostatka.
W izbie na zamku jednego z tych wieczorów, kilku ludzi siedziało pod ścianami na ławach, między któremi Dobka z Morawicy i Marka Sobiejuchę widać było nieco na uboczu rozprawiających z sobą. Obu twarze nie wesołe były, stękali i wzdychali oba.
Izba, jedna z tych które dla gości pospolitych przeznaczono, naga, czarna była, wilgotna, zabrukana i ciemna. Kilku z drużyny Zbigniewa w niéj sypiało, bo po kątach widać było wyleżane siano, skórami i suknem ponakrywane. Stało i wiadro bodaj od piwa, nachylone aby z niego wyczerpnąć było można ostatek — ale już próżne. Na stole walały się chleba pruszyny, pod stołem leżały kości, miska i łyżka zapomniana czekała w kącie by ją sprzątnięto.
Dobek z Morawicy rozpuściwszy kaftana zaczął chodzić po izbie jako człowiek co myśli szuka a znaleść jéj nie może. Inni nań patrzali tak jakby od niego czekali czegoś a doczekać się nie mogli.
Marek Sobiejucha, człek co już nie z jednego pieca chleb jadał, a niewiele dbał z jakiego się jutro będzie żywił — siedział u okna, za okno spoglądał i poświstywał. Przerwana rozmowa, widać to było po twarzach, zostawiła po sobie niesmak jakiś. Szło im naopak, kwaśni byli wszyscy.
Na ławach siedzący, owi co tak bardzo szumieli, gdy Wojsław Sieciecha bronił, ofiary wojewody, sprzymierzeńcy królewicza, lica mieli posępne, ust teraz nie otwierali. Spoglądali po sobie trzęsąc głowami, to na Dobka który chodził rozpasany i spluwał, niby coś gorzkiego chcąc się pozbyć.
Po długiém milczeniu, czasu którego jedni ziewali, drudzy palcami kręcili, inni się rozpierali na ławach, miejsca sobie dobrać nie mogąc, Dobek stanął i głośno kląć począł.
— Porwałoby go licho! porwało! Bodaj zczezł marnie.
— Kto! zapytał Marko od okna.
— Albo ja wiem kto z brzegu! zawołał Dobek. Dużobym ich dziś dał lichu na przekąskę! Niema bo ludzi na świecie! niema! Choć kamień do szyi i w wodę.
— He! he — przerwał Marko — na to zawsze czas. Wiecie co powiem? Jam już nie jeden raz bywał w takich opałach. Dwa razy stałem nad Dunajem a raz nad Renem myśląc — a no? plusnąćby? Nie było już co robić! Nie plusnąłem i dobrze się stało — bo ot się jeszcze żyje i ciągnie. Raz, pamiętam u morza chciało mi się iść dać rybom zjeść, poczekałem z tém i chodzę po świecie... Na to zawsze czas.
— Chcieliśmy się ratować od Sieciecha — rzekł Dobek nie wiele go słuchając — poszliśmy do Czech do pana Brzetysława. Tylko że nas i tam nie kopnięto nogą. Naostatek doradzili nam królewicza wziąść. Myślałem żeśmy Pana Boga za nogi złapali. Serce się uradowało!
Magnus się obiecał że go przyjmie. Mogłoż być lepiéj?
Patrzcież co z tego urosło — królewicz, choć mój krewniak — królewicz —
To mówiąc Dobek głową począł kiwać nie kończąc, spojrzał po słuchaczach. Na ławach siedzący kiwali potakując głowami, kilku się nawet uśmiechnęło — Marko czekał jak to się daléj rozwinie, ani się przeciwił, ni pochwalał.
— Królewicz, choć mój krewniak, powtórzył Dobek — ni z pierza ni z mięsa. Licho wie czy go w kołysce baby nie zamieniły; nic tam królewskiego niema prócz buty. Je i pije dobrze, zęby wyszczerza niczego, łajać potrafi, huk i wrzawę koło siebie, świecidła i brzękadła lubi, a żeby się tak wziął do konia, do włóczni, rycerskie serce okazał, jeszcześmy nie doczekali.
— A no, przyjdzie i to — odparł Marko.
— Kiedy? spytał Dobek — klechy z niego zrobili takiego jak sami. Gada dobrze, ale na języku u niego wszystko. Dziś cały dzień przeleżał drwiąc i błaznując z Zahoniem i Piętką, a ty sobie Dobku łeb ukręć aby było co potrzeba.
Nie — królewicz się nam nie udał — powtórzył Dobek — Magnus nam zawód zrobił. Czechy gdy nadciągną to nie po co tylko aby nam z przed nosa co jest sprzątnęli, Pomorcy też gdy przyjdą, nie darmo.
— A wamby się chciało aby szło jak z płatka — rzekł Marko — gdzież to widziana rzecz? Gdym jeszcze był u Węgrów, trafiło się raz tak —
— Co mi z tego co się wam trafiło? przerwał niecierpliwie Dobek — mnie w głowie co nas tu spotka? Jak Sieciech nas wyłapie, to pościna i wywiesza.
Na ławach potwierdzające westchnienia się słyszeć dały.
— Co prawda, to prawda! mruknęło kilku.
— Nasi przyjaciele w Krakowskiém, na Szląsku, na Mazurach, którym Sieciech jak nam dokuczył i dojadł, darli się strasznie i nastawiali; obiecywali dużo. Teraz przycupnęli i siedzą cicho.
Marko, wstał, do wiadra poszedł, przechylił je, zajrzał że na dnie nic nie było i smutny wracając na ławę — począł pocieszać Dobka.
— Wasza miłość, chcielibyście aby trudne rzeczy szły łatwo! To nie może być. Baba nim chleb upiecze, osmali się i zabrucze, a co dopiero gdy królewski kołacz trzeba na stół postawić!!
Pamiętam, że gdyśmy na Węgrzech z królem Salomonem — —
— A! a! przerwał Dobek — daj że ty mi pokój z Węgrami i królem Salomonem, radziłbyś lepiéj co ze Zbigniewem poczynać.
— Co? wiadoma rzecz, ludzi ściągnąć i w pole iść a bić się — odparł inny z boku.
— Łatwo to ludzi pościągać? zawołał Dobek. Widzieliście tych których zebrano?
— Jakich naleziono, takich się ściągnęło, rzekł Marko.
— No i widzieliście przecie co to za obszarpańcy — mówił Dobek niecierpliwie — wszystko to wlecze się w łachmanach, dużo bosych co i chodaków nie mają, siła głodnych których odkarmiać trzeba, aby im dech powrócił; rzadko który dobry kij ma w ręku. Trzeba to odziać, uzbroić i nakarmić.
— O! o! to mała rzecz, gdy kto sprawę rozumie, zaśmiał się Marko. Ja wam powiem jak bywało gdym wojował na Rusi z jednym kniaziem co się goły wyrwał jak nasz i borykał się z bratem który Włodzimierz trzymał. Zaczęliśmy ludzi zewsząd ściągać takich samych bosych, gołych i głodnych, bo wiadomo że tacy są najlepsi. Człek głodny, widzicie, w ogień idzie gdy przy ogniu miska stoi, bosy zabija dla chodaków, goły dla opończy — a ten co ma wszystkiego podostatkiem, temu życia i wygody szkoda. Poszliśmy ze zbieraną drużyną na dużą osadę. Drugiego dnia ludzie z niéj wszyscy w lasy drapnęli, natłukliśmy dużo, a moi byli odziani, zbrojni i nie głodni. Jeszcześmy na wozy dużo nabrali i poprowadzili z sobą. Gołych mi dawajcie, tacy się niczego nie boją.
Dobek głową potrząsał.
— Jak pójdziemy po kraju w ten sposób się żywiąc, dopiero nas kochać będą — odezwał się.
— A nam po kata żeby oni nas miłowali, byle nas karmili? zawołał Marko.
— Pójdą wszyscy do Sieciecha, a z nim na nas — albo tego nie rozumiecie? mówił Dobek. Całego u nas majątku pono dwa kubki srebrne, co nam jeden darował Zbilut a Zdzitko drugi, — srebra ani złota nie mamy. Jakże tu wojsko zbierać, czém go zbroić i odziewać?
Począł chodzić żywiéj Dobek, a Marko podśpiewywał.
— Ja tam tego niewiem jak ono stoi u was — odezwał się przerywając piosenkę — jaki tu obyczaj, ja com po innych ziemiach z różnemi panami wojował — tyle znam, że wojna na to jest ażeby grosz i bogactwo dawała a nie brała. Po jakiegoby licha się komu zdała żeby za nią jeszcze płacić trzeba?
Tak to jakoś do przekonania trafiło Dobkowi, że długo na Marka popatrzywszy umilkł.
— Widzicie — dodał — nie na samo wojsko trzeba nam zapasu, ale żeby z tego niezdarnego królewicza co zrobić, żeby się doń ludzie garnęli — trzeba mu szat, naczynia i koni i dworu. Tego nikt nie da darmo, a bez tego on nic nie wart.
— Ba! odezwał się Marko — darmo, juści nie da nikt, ale ludzie na świecie pożyczają. Toć przecie królewskie dziecko, jak go na wojnie nie ubiją, to mu ojciec odczepnego musi dać jakich parę gródków i kawałek ziemi z osadnikami. A znowu żeby on się dał tak łacno ubić i na oszczepy leciał, nie widzi mi się. Do podwiki pono skorszy niż do oręża.
Uśmiechnęli się niektórzy.
— Młody jest, rzekli.
— Post miał zbytni w klasztorze, dodał Marko.
— Ojciec! ojciec — przerwał Dobek, albo mu da ziemię, albo mnichom napowrót odeszle i postrzyże.
Sobiejucha ramionami ruszył.
— Słuchajcie — rzekł wesoło. Prawda żem się ja parę razy w Dunaju topić chciał, a raz w morzu, biedy się dużo najadło, zawszem się przecie szczęśliwie wykręcił. Raz mi już Połowce postronek byli na szyję założyli! Mam takie szczęście że mi się nic nie stanie, a że z wami trzymam i wy się wykręcicie.
Jeżeliby zaś łeb ucięli! hm — to się o strawę na jutro nie będziemy frasować. Wy nadto na rozum bierzecie, a bezpieczniéj brać na szczęście.
Dobek się nie zdawał przekonany.
— Co mi z tego wszystkiego! rzekł — gołe słowa!
— Ja swoje prawię — powtórzył Marko... Goli jesteśmy, ale skarb mamy w królewiczu. Na jego krew dług zaciągnąć można, byle człeka znaleść co pieniądze ma.
— Takich pieniędzy, tyle grzywn co nam trzeba — odezwał się Dobek, nie łatwo gdzie znaleść.
I począł liczyć na palcach.
— Na odzież, na zbroję, na konie, na wszelakie zapasy, i na to żebyśmy się gołego pana nie wstydzili, bo choć on dwór swój wszelaką darowizną przyodział i świeci się, ale gzła ani jeden niema.
— No, i na to też trzeba — dorzucił Marko — żebyśmy my, a przynajmniéj ja żebym się koło niego pożywił, bo — wiecie o tém — ja także przywędrował tu w złą godzinę. Odarli mnie rozbójnicy w lesie, został mi tylko pachołek w chodakach, który na koniu siedzi jak pies na płocie i pasem się ściska jako osa, bo żołądek ma wyschły. Ja też koszuli dawno nie piorę bo niemam, a opończa co się świeci, tę już musiałem sobie wysłużyć niedawno...
Udał Dobek że tych zwierzeń nie słyszy.
— Wy u nas podczaszym i podskarbim i wojewodą, mówił daléj Marko, radźcie o sobie i drugich.
— Jak z próżnego nalewać — rzekł Dobek — nie potrafię.
— No, to ja wam poradzę — wtrącił Marko.
Siedzący na ławach pod ścianami, zasłyszawszy to, zwrócili nań oczy wszyscy i westchnęli.
Wstał Marko, pociągając odzienia i prostując się.
— Nie darmo człek po świecie bywał, rzekł, i na Węgrzech, i w Akwizgranie i w Kijowie i na Morawach — i gdzie się nie bywało?? Ja tu zaraz przybywszy zwąchałem jak stojemy, myślałem kędyby się pożywić.
Ja sobie prosty wojak — a wy, ludzie rozumni, jeździliście z Magnusem do biskupa, który rychléj by wziął niż dał, a nie pojechaliście tam gdzieby się można obłowić.
— Gdzież się tu obłowić? zapytał Dobek ciekawie.
— A no tam gdzie się wszyscy panowie żywią kiedy bieda — mówił Marek — albo to nie wiecie kędy królowie złoto pożyczają aby go nie oddać nigdy?
— Nie wiem.
— U Judów! zawołał Marko. Macie i tutaj pono kilku, boć oni są wszędzie i w Pradze ich siła, i w Krakowie gdzie który się już okazuje. Handlują złotem, kamieniami, niewolnikami, balsamami; srogie pieniądze i skarby mają.
Dobek ręką począł się osłaniać i bronić.
— Zaś! żebyśmy u tych nieprzyjaciół Bożych mieli co brać! niech nas od tego miłosierdzie pańskie uchowa!
Splunęli niektórzy, inni się przeżegnali z obawą.
— Tak wy o tém mówicie, ciągnął Marko niezmięszany, jakbyście nigdzie po świecie nie bywali, a o Judach nie słyszeli. Wszyscy co rozum mają, monarchowie, cesarze, królowie, książęta ciągną z nich siła. Skarby u nich ogromne. Z szatanem trzymając złoto robić umieją. Z pogany temi którzy Chrystusa pana męczyli niema wielkiego zachodu, a choćby się skórę z nich zdarło, do zbawienia jeszcze pomoże. Nagrozi się im, nafuka, nabije nawet, nie ujmie się za tém nikt, dobrze że z życiem wyjdą cali.
Dobek powoli zdawał się przychodzić do jasnego rzeczy pojęcia.
Żydów naówczas nie wiele jeszcze w Polsce było, tłumniej późniéj nieco ściągać się poczęli. Siedzieli tylko po grodach bogatsi, handle wiodąc różne. Wielkie prześladowanie, które tysiące później zagnało tutaj, gotowało się dopiero. W Pradze, Krakowie, Wrocławiu zamożniejsi osiedlili się za Władysława, trudniąc handlem, wybijaniem monety, kupnem i sprzedażą niewolników, lekami i lichwą.
— Gdym się przekonał że królewicz goły — ciągnął daléj Marko — myślałem zaraz, Judy nam trzeba na tę chorobę. Da on nam grosza gdy królewicz zażąda.
Z niedowierzaniem i ciekawością przysłuchiwał się Dobek.
— Gdzież tego Judy szukać? przebąknął.
— A widzieliście dwór na piaskach? ten co murem obwiedziony wysokim, że za nim prawie dachów nie widać?
— Czyjże jest? pytał Dobek.
Marko palcem w stronę jego ukazał i nosem pociągnął.
— Tam nam potrzeba — odezwał się — tam ja czuję złoto i wszystko czego królewiczowi brak. W domu tym mieszka Natan Ispan — azali wy o tém nie wiecie? Tylko że do niego przystęp trudny! ho!
Z ław powstawali zaciekawieni słuchacze, kołem otaczając Marka.
— A wy zkąd o tém wiecie? poczęli pytać Marka.
Sobiejucha śmiał się zwycięzko.
— Ja, rzekł, gdy wchodzę do lasu wietrzę zwierzynę, gdy wjeżdżam do miasta, wietrzę Judów. To u mnie pierwsza rzecz. Mało wiele, przyczepiwszy się doń, człek zawsze coś udrze, bo każdy Jud się boi, aby go za męczeństwo Chrystusowe nie pozywano. Więc się ich drze. Wszyscy to robią. Poco by ich żałować? Czy oni nam swaty czy braty? Wszakci to nie kto tylko ich ojcowie Pana Boga ukrzyżowali i męczyli; czemubyśmy za to ich nie mieli łupić? Sprawiedliwa rzecz i bardzo Bogu miła. Nam do Natana Ispana trzeba się dostać koniecznie, nałgać dobrze, obiecać złote góry, nastraszyć trochę da co potrzeba. Królewicz-że na Szląsku ma panować? Chce-li być Natan cały musi się zawczasu zasłużyć.
Wszyscy, nie wyjmując Dobka, z pewném poszanowaniem spoglądali na Sobiejuchę, który dawszy ten dowód przebiegłości, zdumniał. Rzucił okiem ku wiadru próżnemu, jakby wyrzucając losom niesprawiedliwość iż takiego jak on człowieka, nawet piwem nie poczęstowały. Nikt się nie odzywał, Marko splunął i ręce za pas założywszy, ciągnął daléj.
— Tak, tak, miłościwy panie — człek jestem mały ale bywały, wiem gdzie kury jaja noszą. Nie darmo człek wycierał kąty od Dunaju do Renu, od Adygi do Dniestru — i...
Ręka w powietrzu dokończyła wyliczenia.
— Rada wasza pewnie nie do pogardzenia — odezwał się Dobek — wszelako Juda by chyba głupi był żeby dawał temu co jeszcze niema nic, i niewiadomo co mieć będzie.
— Król ma serce miękkie, poruszy się — rzekł Marko.
— A Sieciech co ma serce złe nie da mu nic zrobić — wtrącił Dobek.
— A! dziecku oczu nie wykole — mówił Sobiejucha. Widzicie, miłościwy panie, gdyby koło was tak źle było jako wy trzymacie, jabym tu pewnie nie postał, abo miejsca nie zagrzał.
— A jakże trafić do Judy! zapytał Dobek — jam i na to nie mądry.
Marko się śmiał z prostoty człowieka, nad którym chwilowo brał górę.
— Miłościwy panie — począł cicho i poufnie, choć tajemnicy w tém nie było. Myszy nawet wiedzą jak się dostać do domu. Gdy drzwi zamknięte, drapią się po ścianie; gdy ściana gładka, kopią norę pod ziemią.
Powtórnie przeszedł się Marko do wiadra po piwie, zajrzał w nie, przekonał się iż w niém nic nie było, a gdy inni wyśmiewać się z niego zaczęli — zawołał.
— Co się macie śmiać? Poszedłby który z młodszych do jejmości, bo do bab bezpieczniéj gołowąsów posyłać, pokłoniłby się i rzekł że srogie pragnienie mamy, woda się w studni zaśmierdła, a piwa ani kropli. Juści przez miłosierdzie dadzą choć męty. Co ich to kwaśne piwsko kosztuje? Na polu ziarno się samo rodzi, albo mu z osypów i danin przywiozą do spichrza, chmielu po lasach i po płotach dosyć, służba do zamku idzie, jak nam mają żałować — tego co im Pan Bóg darmo daje!
Jeden z siedzących pod ścianą ruszył się przekonany argumentem, a Dobek zamyślił nad daną radą. Sobiejucha podśpiewując do okna powrócił, tamten wymknął się z izby.
Magnus właśnie przed sień zajeżdżał z za miasta powracając, gdy Dobek go tu przywitał. Nie bardzo rad był i twarzą mu to okazał, bo wszystkich Zbigniewowych z nim razem, chciał się co rychléj pozbyć z grodu, objadali go i obierali.
Wieści też już chodziły, że król z siłami znacznemi na Wrocław ciągnie. Zsiadł z konia otyły namiestnik sapiąc zmęczony, udając że Dobka nie widzi. Ten mu się kłaniał uparcie.
— Czołem i głową, miłości waszéj — powtarzał — czołem i głową.
— Bóg z wami — a co? zamruczał stary.
— Słówkoby się rzekło.
Usiedli tedy na ławie w przedsieniu.
— Długo was nie potrzymam — mówił Dobek — w pole nam na gwałt potrzeba, a niemamy o czém. Z próżnemi rękami i na nabożeństwo iść nie dobrze, co dopiero na wojnę.
— Jać skarbów nie mam — odparł groźno Magnus — com miał i co mogłem, tegom nie skąpił.
— Miłość wasza pomódz byście nam mogli pośrednictwem, opieką, dobrém słowem? rzekł Dobek.
— Gdzie? jak? u kogo?
— U Natana Ispana, jeśli się nie mylę w nazwisku, bogatego Judy, który tu mieszka — mówił Dobek — tenby królewiczowi mógł wygodzić.
Oczyma wielkiemi, zdziwionemi popatrzał Magnus na mówiącego, i nie było mu miło widocznie, że kto inny zabierał się do odzierania ze skóry tego którego on dla siebie zachował.
Po namyśle jednak, z dwojga złego wybierając, wolał pewnie by odarto żyda niż jego, i z łupem rychléj odejść mogli. Rzekł zrazu zwolna.
— Ot, czego się to wam zachciało! dobry nos macie.
Dobkowi to pochlebiło, rozśmiał się.
— Wy, miłościwy panie, pojedziecie z królewiczem i ze mną do Judy, mówił Dobek śmieléj. My goli w pole nie pociągniemy, ludzie nasi ani oręża ani okrycia nie mają, darmo nie da nikt...
Namiestnik namyślał się długo, ręce obie po obu stronach szerokiego brzucha sparł na ławie, dyszał i dumał nad odpowiedzią.
Przechodzącemu chłopcu kazał sobie przynieść kubek kwasu, wypił go, otarł usta, milczał i nie odpowiadał. Dobek czekał cierpliwie.
Zapatrzywszy się na wały i szopy naprzeciw stojące, Magnus zdawał się już zapominać o prośbie, aż Dobek ośmielił się ją ponowić
— Miłościwy panie, dla królewicza choć to uczynić się godzi! pojedziecie z nami!
Namiestnik milczał ustami tylko poruszając dziwnie, jakby przeżuwał; za trzecią razą zagadnięty uparcie, popatrzał na natręta, podniósł się, rozprostował i rzekł.
— A cóż? muszę!!
Na jutrzejszy ranek zapowiedziane były odwiedziny u Natana. Marko dowiedziawszy się o tém, nalegał mocno aby do orszaku mógł należéć, królewicz byłby się zgodził na to, ale namiestnik odmówił twardo.
Sobiejucha pogniewał się mocno.
— Przeklęty wieprz — rzekł Dobkowi — pozbawia mnie podarku! żydy zazwyczaj mają i czeladź i wszystkich obdarowywać, cośby się okroiło. Niechże się ja z nim nie spotkam na polu gdzie, bo mu brzuch rozporę.
Królewicz rad był niezmiernie, a gdy się przyszło wybierać, nie dopuścił, inaczéj jechać tylko z wielką częścią dworu swojego, z trębaczami, chorągwią i zwykłemi okrzyki. Zdało mu się, że Judę przerazi i rychléj coś z niego wyciśnie. Magnus napróżno namawiał, by w kilka koni, po cichu odbyć tę wycieczkę, uparł się królewicz i na swojém postawił.
Ruszyli tedy z tą gromadą wrzaskliwą, królewicz odziany w co miał najlepszego. Magnus jak stał, Dobek we zbroi, dwu podkomorzych z łańcuchami na szyjach pozłocistemi.
Marko w podsieni stojąc klął i pięści ukazywał zdala. Inni mieli z rady jego korzystać!
— Tak na świecie zawsze — szeptał — że kto zgotuje, ten nie jé.
Wycieczka do Natana nikomu zbyt miłą nie była. Magnus choć żydem się opiekując, wysysał z niego co mógł, ocierać się jednak o niewiernego nie lubił. Żydów obawiano się powszechnie jako czarnoksiężników, mających stosunki z siłą nieczystą, wstręt miano do wszystkiego, co ich otaczało, oprócz pieniędzy, do których czary nie przylegały.
Unikał każdy progu ich i dotknięcia; żydzi téż unikali zarówno stosunków ze światem wedle ich pojęć nieczystym i pogańskim (czcicieli gwiazd) domy ich, o ile możności stały oddzielone od zamieszkiwanych przez chrześcian, zamknięte dla nich, tak, że jedna tylko część ich dostępną było dla tych, którzy z niemi mieli stosunki. Wystawieni na samowolę i prześladowania, kryć się musieli z całém życiem swém, aby chciwości nie obudzać, nienawiści nie drażnić.
Dom Natana Ispana stał w części miasta, zwanéj na Piaskach, wysoko obmurowany dokoła.
Brama wiodąca doń z dębowego drzewa wyciosana, blachami żelaznemi okuta, stała zawsze zamknięta. Wązka furta z boku prowadziła na podwórze, a i téj nie otwierano, nie przekonawszy się wprzódy, kto i z czém przychodził. Cudzoziemskim obyczajem umocowany przy niéj był młot ciężki, którym bijąc, przyjezdni znać o sobie dawali.
Zbigniew już zdala swoim ludziom w rogi dąć kazał i pokrzykiwać, nic to jednak nie pomogło, gdyż stanąwszy u wrót, znaku życia najmniejszego przy nich nie znaleźli. Trąbiono długo i pokrzykiwano napróżno.
Jeden z czeladzi dopiero z konia skoczywszy, młotem walić począł, nie żałując furty, aż się odsunęła deska od okienka i blada twarz w czapce ogromnéj ukazała za kratą.
Z pod brwi jéj czarnych, grubych, nawisłych, wejrzenie strażnika padło na Magnusa; starczyło tego, by furtę zaraz otwierać zaczęto. Drugi z Natanowych sług pobiegł do dworu z oznajmieniem o gościu dostojnym.
Namiestnik nie chciał z końmi i całą gromadą książęcą wjeżdżać w podwórze i zsiadłszy u wrót, pieszo weszli ze Zbigniewem. Stojący u furty strażnik, pokłonem do ziemi ich witał.
Ztąd się im dopiero pokazało domostwo, w pośrodku podwórca stojące, na pozór liche, obszerne, z dachem wysokim, ścianami nizkiemi i mnóstwem kleci dokoła.
Z pozoru trudno się ty było domyślać wielkich dostatków, tak nędznie wyglądał dworzec ów nizki, otoczony słupkami drewnianemi. Okna jego kratami drewnianemi opatrzone dokoła, nie dawały wejrzeć do środka, choć otworem stały.
Sługa, który przodem pobiegł oznajmić Magnusa, tak żywo się sprawił, że nim do drzwi doszli, już się one otworzyły, a w progu ukazał sam gospodarz, wychodzący na spotkanie swych gości.
Był to starzec wysokiego wzrostu, z bardzo długą brodą siwą i oczyma prawie brwiami zasłoniętemi; ubrany w suknię ciemną jedwabną, pasem szerokim ujętą, w lekkim płaszczu czarnym na wierzch jéj zarzuconym i w zawoju na głowie.
Pokłonem nizkim i ręką od ust witał znajomego Magnusa, ale bystre jego oczy już postrzegły, że nie sam on przybywał; przebiegły Judeus domyślił się kogo i pewnie, po co wiedziono.
Zbigniew w klasztorze, we wstręcie i obrzydzeniu dla żydów wychowany, szedł niechętnie, trwożnie, ociągając się, a oczyma rzucając dokoła ciekawie. Magnus szepnął do ucha gospodarzowi kto był z nim, a ten jeszcze niżéj Zbigniewowi się pokłoniwszy, ujął w białe palce kraj jego szaty i do ust ją przyłożył. Ruch ten przestraszył niemal królewicza, lecz się zmógł na męztwo i twarz jakby do uśmiechu nastroił.
Weszli tedy w sień prawie ciemną, którą tylko otwarte drzwi oświecały. W lichém tém na pozór domostwie, nawet wnijście, zamiast zwykłego toku, było drewnianemi wyłożone dylami. Na prawo otworem już stały drzwi, a przez nie dużą izbę nie zbyt jasną widać było.
Dokoła jéj, zamiast ław leżały poduszki i kobierce nizko usłane. Część téż podłogi grubemi, ciemnemi kobiercami wyłożoną była. Stół ze świecznikiem mosiężnym w pośrodku, także był wzorzystą okryty oponą.
Zresztą nie było w izbie nic, oprócz szafy, w któréj gliniane, dziwnych kształtów naczynia, kubki i dzbanki ustawione były. Nic tu jeszcze nie oznajmywało tych wielkich dostatków, o których mówiono, złota i srebra nigdzie widać nie było.
Że innego siedzenia nad owe poduszki nie było, gospodarz wskazał je przybyłym, a sam znikł na chwilę, pospiesznym uchodząc krokiem.
Lecz jak szybko odszedł, tak prędko nazad powrócił i jedną ręką trzymając się za brodę, drugą za pas stanął w pełnéj poszanowania postawie naprzeciw Zbigniewa i Magnusa. Dobek, który się wsunął za nimi, ku kątowi się skrył, ciekawe posyłając oczy na wszystkie strony.
Do rozmowy z Natanem nie potrzeba było tłumacza, umiał on już nieco pospolitego języka, a mówiono, że i wiele innych rozumiał, bo długo wprzód żył po różnych krajach niżeli się tu dostał.
Magnus ustąpił z nim nieco na stronę, w cichości naprzód oznajmując mu, z czém i po co przybywał. Dobek zdala śledzący obu ich ruchy, postrzegł naprzód przerażenie Natana, zarzekanie się jakieś, uderzanie w piersi gwałtowne, miotanie rękami, potrząsanie głową. Potém coraz łagodniejący spór trwał dosyć długo, nim się jakby poddaniem smutném i uległością zakończył.
W tém chłopak młody w długiéj sukni ciemnéj, wniósł na płaskiéj misie cynowéj ogromną flaszę i trzy kubki pozłociste.
Na twarzy Zbigniewa trwoga się odmalowała.
— Struć nas gotów, lub zaczarować — szepnął Dobkowi.
— Cóżby mu z tego przyszło? — odparł towarzysz. — Jest sposób na to, sam on z nami napić się musi.
— Czyż nie wiesz o tém, że truciciele sposoby na to mają, ażeby im trucizna nie szkodziła — szeptał Zbigniew przelękły — ja usty nie dotknę tu ani jadła ani napoju.
— Do woli waszéj — odezwał się Dobek — ja to wiem, iż oni mają wina z gorących krajów, jakich u nas nikt nie zna, słodkie jak miód, a jak ogień rozgrzewające. Nie pogardzę przyjęciem.
Natan rad zapewne, iż przyniesione wino niemiłemu naleganiu nań folgę uczyniło, ukłonami jął na nie zapraszać, lecz Magnus téż nie bardzo rad był pić, czarów zarówno obawiając się i trucizny. Stary nalegał mocno, a nawykły widać do podobnych obrzędów, sam pierwszy nalał trochę wina do kubka, pijąc za zdrowie gości i do kolan się im kłaniając.
Wziął i Magnus kubek podany i Zbigniew téż z tą myślą, że go nazad pełnym postawi. Śmielszy a ciekawszy Dobek począł pić zaraz i skosztowawszy po piersiach się pogładził.
Napój był w istocie osobliwy, choć dla króla, ognisty, wonny, a łagodnie łechcący usta.
Tymczasem namiestnik zagajał sprawę, Zbigniew téż zbliżył się, bo gdzie szło o wymowę, łatwiéj sobie od innych poczynał, na słowach mu nigdy nie zbywało. Kto był, o co się ubiegał, opowiadać nie potrzebował. Magnus przyrzekał w imieniu jego wiele w późniéjszym czasie, gdy królewicz prawa swe odzyska, co nieochybnie nastąpić musiało.
Słuchał z wielką uwagą Natan.
— Choćby człowiek mały, jakim ja jestem, pragnął usłużyć waszéj miłości — rzekł powolnie, ważąc każde słowo — zkądże ma wziąć? Jak dostać?
Utyskiwać począł na bardzo ciężkie czasy, na handel trudny, na to, że karawany kupieckie po gościńcach nigdzie bezpieczeństwa nie miały, choćby w listy od królów opatrzone były, rozbijano je i obarczano opłatami.
Zaklinał się, iż zubożały był, że nie miał nic, nie mógł nic. Bił się w piersi, oczy podnosił ku niebu, brodę siwą targał i wzdychał.
Nic to nie pomagało, Magnus nalegał nań. Dobek po winie śmielszy, z kąta po słowie przyrzucał. Zbigniew téż zebrał się na wspaniałe obietnice, ofiarując się stwierdzić je pieczęcią swą, chociaż dotąd żadnéj nie miał. Opór ze strony napastowanego żyda trwał długo, ale namiestnik naciskał go, a ten był we Wrocławiu najwyższym rządcą; odmówić mu całkowicie, obrazić go i zniechęcić nie było bezpieczném.
Natan w końcu musiał ofiarować pewną ilość grzywien srebra i sukno dla ludzi książęcego dworu, zaklinając się, iż ostatki oddaje i sam ogołoconym będzie ze wszystkiego.
Językiem mówił złamanym, lecz żywo, gorąco, pomagając sobie ruchami, starając przebłagać pokorą. Oczy tylko ciemne z pod brwi nawisłych, ilekroć błysnęły, nienawiść z nich i gniew tryskał stłumiony.
Chociaż ofiara ta nie dochodziła przesadnych nadziei, z jakiemi Zbigniew jechał do Natana, trzeba się nią było ograniczyć. Tak radził Magnus, wziąwszy na stronę królewicza i biorąc żyda swojego w obronę. Stanęło na tém, iż królewicz oprócz zwrotu grzywien, opiekę swą Natanowi w przyszłéj dzielnicy zaręczał, pieniądze mu bić u siebie dopuszczał, handel swobodny, wolność od opłat pismem pod pieczęcią zapewnić obiecywał...
Sam Natan wedle słów tych pismo ułożyć się ofiarował, mając zawsze do pomocy kogoś, gdy mu było potrzeba; książę tylko przypieczętować miał nadanie, a świadki stały gotowe.
Tak w przeciągu godziny umowa zawartą została, zachęcony Dobka przykładem Magnus, wychylił kubków parę; naostatek i Zbigniew potajemnie przeżegnawszy napój, ośmielił się do niego. Wino było dobroci dziwnéj i uweselało cudownie; twarze się téż wyjaśniły, choć skutek wycieczki nie bardzo był pomyślny.
Natan nie chcąc swych gości bez podarków wypuścić, znikł znowu i po chwili wrócił z chłopakiem, który niósł trzy srebrne naczynia, dla królewicza jedno, drugie dla namiestnika, najmniejsze i najlżejsze Dobkowi.
Tak wyprowadzani aż za próg wyszli z lichego domku tego, opatrzeni nieco z łaski Marka, który podał pierwszy tę myśl szczęśliwą a sam nie mógł z niéj korzystać.
Kubki pozawijane w chustki jedwabne, czeladź u drzwi zabrała. Rozochocony Zbigniew dosiadając konia za furtą, która się natychmiast zamknęła za nimi, kazał w rogi uderzyć, śpiewać i pokrzykiwać ludziom, którzy tém raźniéj to spełnili, iż i im piwa i miodu wyniesiono, a tego się wcale nie wzdragali.
— Gdy panem tu będę — szepnął Zbigniew, pochylając się do ucha Dobkowi — wiesz co uczynię?
— Natana wasza miłość nagrodzi? — rzekł Dobek.
Rozśmiał się Zbigniew szydersko.
— Nie głupim — rzekł. — Zadrę się z nim, abym dwór mógł złupić. Znajdzie się w nim czém pożywić! Nieprawdaż! Nie godzi się, aby kaci Chrystusowi w skarby się wzmagali. Z szatanem trzymają niewierni i czary sprawiają. Kościołowi dam dziesięcinę...
Dobek nic nie odpowiedział, lecz wielkie powziął pojęcie o rozumie pana swojego.
— Ten królować potrafi! — rzekł w duchu.
Gdy w tryumfie z hałasem zajeżdżali napowrót na zamek, Marko czekał na nich w przedsieni, ciekaw, jak się im poszczęściło. Zbigniewa pytać nie chciał, Dobek śmiejąc się kubek mu swój pokazał i chustę jedwabną.
— Byłbym i ja podobny dostał — westchnął strapiony Sobiejucha, kubek w ręku obracając — a no mnie com to wszystko uczynił, wiecheć się za to dostał. Taka sprawiedliwość na świecie!
Na złagodzenie smutku, pół grzywny srebrnéj mu przyobiecano, a piwo i miód resztę żalu ugasiły.




VIII.


Była naówczas Kruszwica biskupią stolicą i miastem równego znaczenia z Gnieznem i Poznaniem, należała do najzamożniejszych u Polan grodów.
Szedł tędy handel ożywiony, mieszczaństwo było zamożne, ludność się pomnażała. Zamek nad jeziorem stał warowny, na tém miejscu kędy niegdyś Popielów wznosiła się wieżyca... Resztki tego dominium sterczały nad nim, czasu ciężkiego oblężenia, gdyby gród miał być opanowany, stanowiąc ostatni przytułek.
Tu Zbigniew u miasta i Gopła stał obozem ze swym zebranym z różnych stron żołnierzem. Nie było podówczas królewskiéj na zamku załogi i to go ubiedz dozwoliło, gdy z kilku pułkami przyciągnął królewicz pod Kruszwicę.
Z samego wejrzenia na obozowisko poznać łatwo było można, z czego się siły Zbigniewowe składały.
Osobno stały dwa oddziały pogan pomorskich ze stanicami swemi. Z temi chrześcianie kumać się ani chcieli ani mogli. Pomorska owa dzicz łupieżna służyła tak nieraz i Cesarzom i każdemu kto jéj chciał zażyć, byle rabunek miała bezkarny. Na zawołanie Zbigniewa poszła chętnie, z kneziem swym Przemkiem, który bez wojny żyć nie mógł, a z Polanami był w wiekuistej walce. Na uboczu się trzymali Pomorcy, gdyż się z niemi nikt drużyć nie chciał, a oni téż o tém nie myśleli.
Dwa pułki posiłków czeskich stały także osobno, z temi ani Pomorcy, ani Polanie w zgodzie nie byli i u wodopoju nawet, gdy się czeladzie spotkały, łajały się i do oszczepów porywały, wymyślając sobie wzajemnie. Czechów potajemnie wysłał Brzetysław, choć się zwało że z ochoty przyszli sami.
Dwa pułki dostarczyli téż nieprzyjaciele Sieciecha, żądając go obalić bardziéj niż Zbigniewa ratować. Ostatni siódmy oddział składał się przeważnie z samych zbiegów, których Sieciech wygnał z kraju prześladowaniem, a ci najzajadlejsi byli.
Ze wszystkich ziem znajdowało się ich tu po troszę, Krakowian i Szlązaków i Mazurów i Poznańczyków. Rycerze byli najlepsi gdyż między niemi zamożnych ziemian lik się największy znajdował.
Wysłane szpiegi donosiły że król téż wojsko miał liczne i doborne, a choć sam chory, na czele pułków iść miał na Wrocław i Zbigniewa. W Płocku jednak podobno jeszcze nie dobrze wiedziano kędy królewicza szukać, a szło bardziéj o odzyskanie Szląska, niż o Zbigniewa. Wprost więc Władysław iść miał na Magnusa naprzód, aby go przywieść do posłuszeństwa.
Nic pewnego nie było, ani gdzie, ani kiedy, ni z kim do czynienia mieć mogli Zbigniewowi. Każdy wysłany na zwiady inaczéj prawił, inak liczył, co innego rozpowiadał.
Jedni wojsko króla czynili ogromném bez miary, drudzy słabém i nie liczném, więcéj o nim baśni przynoszono niż wieści.
Dobek, który do rady stał przy Zbigniewie, acz ten nie zawsze sobie doradzać dawał, ledwie wymógł na nim aby na zamku się nie rozsiadał ze dworem swym, a przy obozie w namiotach się położył, rycerza udając, choć jawném było że nań nie został stworzony.
Królewiczowi chciało się z drużyną wygodny zamek zajmować, bo pysznić się lubił, panującego udawać i zażywać dobréj myśli.
Dopiéro gdy mu zagrożono że znienacka przyszedłszy nieprzyjaciel łacniéj go weźmie, z niewielką drużyną odłączonego, zgodził się pod namioty pójść ze swojemi.
Tu gędźbą, śpiewami, hukaniem i jasnemi sukniami a dworem więcéj się zajmował niżeli wojskiem i wojną. Śmiechów było pełno i przechwałek, bo siedm pułków owych zdawały się niezwyciężonemi.
Jesień już nadchodziła, noce były chłodne, ranki z przymrozkami, pod płótnem, choć ognie palono blizko, zaczynało być nie bardzo zaciszno. Wicher podrywał ściany, wdzierał się do wnętrza i nocami potrząsał namiotami, jakby je wywracać probował. Dwór królewicza znacznie był urósł bez potrzeby, dla wystawy tylko. Kręciło się około niego dużo pustéj młodzieży, a wieści chodziły że pod męzkiemi sukniami i biała płeć do usług była używana. Królewicz nie bardzo rad ze starszemi obcował, lubił błaznów, pochlebców, śmiechy i ludzi co od niego wszystko znosić byli gotowi.
Obóz był gwarny, bezładny, do którego ludzie się nie bardzo zbliżać śmieli. Na pagórku nad jeziorem, między kilką staremi drzewami rozpięty był namiot pański z wiechą na wierzchu, a przy nim na wysokiéj tyce zatknięta powiewała chorągiew czerwona bez żadnego znaku.
Obok niego pomniejsze dla Dobka z Morawicy, Marka i starszyzny, stały nieopodal osobną gromadą. Daléj drużyna miała porozpinane na kołach płótna, które się téż namiotami nazywały. Dla oddziałów więcéj szałasów i bud było z chrustu niżeli namiotów, ale za to dołów w ziemi pokopanych co nie miara i ognisk wiele nad któremi kociołki się grzały, a tuż dla koni rzędami stały żłoby pochwytane z miasta jako tako na kołach poumocowywane.
Ani około Zbigniewa, ni u Czechów i Pomorców, porządku wielkiego nie było; królewicz się we wszystkiém na drugich zdawał, sam niewiele czynił. Lubił tylko czasami ze dworem i trębaczami wyjechać i przeciągnąć aby mu się ciury kłaniały.
Około polskiego obozu, który był najbliżéj królewicza, ludu różnego niepotrzebnego włóczyło się dużo: gęślarzów, dziadów, bab, dzieci, błaznów i wszelkiego tałałajstwa.
Królewicz potrzebował aby go zabawiano i kłaniano mu się; bawiono go więc różnie, sprowadzono mu od warjatów począwszy, do chłopców co kozły przewracały.
Baby mu wróżyły, śpiewacy różne, często sprośne pieśni wyśpiewywali, kobzy, gęśle i liry brzęczały przez cały dzień i nocy kawałek.
Za to o czatach mało kto myślał, chyba Pomorcy, co w cudzéj ziemi się czując, na ostrożności téż mieć się musieli.
Wojsko nie było bardzo postawne ani piękne, bo na lik więcéj zważano niż na dobór ludzi. Odziewał się każdy jak miał i jak chciał, ten w opończę, tamten w kożuszynę, inny w kaftan stary, a zbroi mało gdzie widać było, tylko około księcia żelaznych ludzi zwijało się trochę. Broń téż nie była osobliwą, toporów więcéj niż miecza, dostatek pałek nabijanych i oszczepów z ladajakim żelezcem lub osmolonych tylko.
Konie mizerne mało co więcéj miały nad paszę pod nogami.
Leżąc tak obozem, to Pomorcy to Czechy, rankami, nocami wyrywali się na bliższe osady dla pożywienia, a co złupili tém żyli.
Brali i młodzież, wiążąc ją jak jeńców, trudno im co mówić było, musieli mieć zdobycz jakąś.
Gdyby się srożono precz mogli pójść, a byli potrzebni. Z okolicy téż kto mógł w lasy się wynosił daleko, i całe osady się zasiekiwały ze stadami na uroczyskach po puszczach.
Królewicz na nic nie zważał, byle mu samemu dobrze było. Dobek pilno go mający na oku, mógł się teraz bardziéj jeszcze przekonać iż pociechy z niego nie będą mieli. Trzymali go jak chorągiew w ręku przeciw Sieciechowi.
Ani do konia, ni do gonitwy, do rycerskich zapasów było go napędzić, choć Dobek, starsi a nawet Marko go wyciągał. Sobiejucha szedł najczęściej z tém aby go z namiotu dobył, siadł pić i słuchać jak bajdurzono i do nocy pozostał.
Całe tak dnie w próżnicy ubywały. Zahoń i kilku ulubieńców, zbierali śpiewaków, którzy najwięcéj swawolnych umieli pieśni, gęślarzy, gawiedzi wszelakiéj i sami im dopomagając bawili królewicza, który na stołku skórą pokrytym siedząc, nogi pozakładawszy, śmiał się aż za boki trzymał, szydził, młodzież do psich figlów pobudzał i o wszystkiém zresztą zapominał.
Dobek chodził struty, ale go wyciągnąć, ani przemienić nie mógł. Zagadał go Zbigniew, zahuczał i z niczém odprawił, a swoje robił.
Stały beczki z piwem i miodem do koła pańskiego namiotu, kto ze starszych przyszedł, nawlekli się i Czesi i Pomorcy nawet, pił, jadł, siedział i razem się zabawiał. Wychodził potém spluwając i mrucząc. Gdy o wojnie mówić przychodziło Zbigniew ziewał.
Spojrzawszy z pagórka na swe obozowisko, że dużo miejsca nad jeziorem zajmowało, zdało mu się że świat niém zawojuje.
Marko mu pomagał gębą wyszczekaną.
— Niech no się królewscy pokażą, mówili — dopiero im cięgi damy! — Nie ujdzie ich ztąd i noga.
Potopiemy w jeziorze, reszta w łyka. Odgrażali się nawet, gdyby królewscy rychło się nie stawili, że na nich gotowi iść, szukać, a choćby na sam Płock uderzyć,
Tym czasem stali, ryby łowili w jeziorze i u Kruszwickich mieszczan gościli nie proszeni po chatach.
Zbigniew który mnichów i klechów w czasie pobytu w klasztorze znienawidził, teraz na oczy dopuścić ich niechciał. Do Biskupa nawet nie szedł, a do kościoła trudno go namówić było.
Dobek i Marko chodzili do miasta, bywali na mszy; on, choć się tego nie zarzekał, z dnia na dzień odkładał, ledwie się z rana przeżegnał lub gdy czarów się uląkł jakich, to je krzyżem odganiał.
Tak upływały tygodnie na próżném leżeniu, nikt z pełna nie wiedział co daléj poczynać miano.
— Gdy zima nadejdzie — mruczał Zbigniew, gród się obwaruje, załoga osadzi.
Z Kruszwicy sobie tymczasową chciał zrobić stolicę.
Komu jak komu, Markowi, który się wojewodą nazywać kazał, wcale z tém dobrze było. Inaczéj téż wyglądał teraz, bo i pacholika onego oberwanego odział, i konie (na paszy ich nachwytawszy) zbierał, mieniał, karmił, zbroi dobréj dostał, niewiadomo jakim sposobem, we wszelaką broń się zaopatrzył, i w oczach go przybywało.
Pomorcy, którzy srodzy byli zawsze łupieżcy a handlarze, oprócz tego co z domu dla wyprawy potrzebnego zabrali, nawieźli i po drodze nagrabili dużo różnego sprzętu, który mieniali i sprzedawali.
Targowicę trzymali na obozowisku. Marko się u nich w wiele rzeczy zaopatrywał. Tak mu tu dobrze było iż sam przed sobą i innemi kłamał, przekonywując iż trwać to może bodaj wiek wieków, bo się na nich nikt napaść nie waży.
— Wiedzą ludzie że kły mamy! — mawiał, nie będą śmieli!!
Tym czasem stać obozem w siedm takich oddziałów, wśród kraju spustoszonego, coraz trudniéj było. Pomorcy daléj codzień puszczać się musieli za łupieżą, i nieraz wracali z próżnemi rękami; Czechy głodem po troszę mrąc, odgrażali się, że gdy mróz przyciśnie precz pójdą; Polacy niewiedzieli co poczną, końca nie widać było.
Gdy Dobek, rozsłuchawszy się po obozie przyszedł o tém dać znać Zbigniewowi, zaledwie go chciał słuchać. Ruszył ramionami.
— Czarno się wam widzi — rzekł, co ja na to poradzę?
— Albo się godzić, albo się bić trzeba, albo nas tu głodna śmierć wybije, mówił Dobek.
Królewicz, który właśnie patrzał na dwu chłopców pasujących się przed namiotem, z których jeden drugiego obalił i siadł na nim — począł się śmiać mocno. Na tém się rozmowa skończyła.
Drugą razą, sam na sam z Dobkiem usiłował go przemądrze przekonać, iż ojciec mu wojny nie wyda i sam o pokój go prosić musi. Mówił tak zręcznie, przekonywająco, napastliwie że Dobka na razie uspokoił.
Sam jednak pono nie wierzył w to czém go durzył.
Posłano na zwiady ku Wrocławowi, Marko o tém doniósł królewiczowi, bo się to stało bez jego wiadomości.
— A no, dobrze! odezwał się.
Sobiejucha, widząc że się to podobało, pochwalił się tém jako swém dziełem.
Czekano dni kilka na powrót Czecha, który się wprędce z językiem przyobiecał; nie było go jakoś długo. Jednego dnia ujrzano go nareście.
Człek przebiegły, roztropny, smutny jakoś przywlókł się pod namiot królewicza.
— Cóżeś to przyniósł? zapytał Zbigniew.
— Co Bóg dał, odparł Czech — król we Wrocławiu.
— Oblegał go, wziął! — zaczęto pytać w koło.
— Gdzie zaś, mówił posłany. Dali o królu znać tylko że nadciąga, wyjechał naprzeciw biskup Żyrosław miłosierdzia prosząc dla miasta swojego; za nim Magnus wyszedł pana przyjmując.
— A Sieciech? pytano.
— Na razie go tam nie było, tylko ludzie z jego ramienia. — Nie okazywał się.
— Cóż król?
— Przyjechał nie zdrów i na zamku legł odpoczywać, mówił poseł.
— Uwięziono czy ścinano? pytali jeszcze.
Czech o niczém podobném nie słyszał. Zbigniew odwróciwszy się pytać już nawet więcéj nie myślał; Dobek dopiéro nacisnął przybyłego aby mu szerzéj opowiedział o tém co widział i podsłuchał.
Była już pewność że po odpoczynku, król z Wrocławia na Kruszwicę miał ciągnąć.
— To i dobrze! zawołał zuchowato Marko, prosiemy ich tu, niech się raz skończy sprawa. Zagramy im do mogilnych pląsów, niechaj skaczą.
— Dawać ich tu! dawać! powtarzała młodzież niech no się naszym Pomorcom na zęby dostaną...
— Nie będą śmieli tu przyjść! — dodał Marko, chwalą się i chcą nastraszyć. Nie odważą się na nas nastąpić.
Skończyło się to na drwinach i śmiechu, Dobek z sobą Czecha do namiotu poprowadził i tu dopiéro, nacisnąwszy go lepiéj się o wszystko dopytał. Czech nie taił swéj trwogi. Wojsko Sieciechowe było silne, dobrze zbrojne i do wojny zaprawione. Liczbę mieli większą pewnie niż wszystkie siedm pułków królewicza, poddanie się Szlązaków i Wrocławia wbiło ich w pychę, — walka się zapowiadała ciężka.
Gdy nazajutrz zwierzył się z tém Sobiejuchowi, ten go wyśmiał jak tchórza.
— To Czechy! miłościwy panie, rzekł, jać ich na wylot znam, jam z niemi wojował, to są ludzie małego serca, zające; im się wszystko w oczach dwoi. Wojsko królewskie odziane dobrze, co z tego! — Żołnierz dobrego kożuszka więcéj niż skóry swéj żałuje. Nasz co ma łachman podarty, rzuci się na zdobycz. Niechno my się do nich weźmiemy, dopiéro zobaczymy kto lepszy.
Powrót posłańca który na zwiady chodził, poruszył trochę obóz do czynności, ale nie na długo. Patrzano na królewicza, ten trybu życia nie zmieniał, uspokoili się drudzy, widząc go spokojnym. Dobek tylko chodził posępniejszy coraz.
Zbigniewa do konia i do zbroi napędzić, nie było sposobu. Gdy mu rycerską sprawę jako naukę wystawiano, śmiał się.
— Wy sobie z tego wielką mądrość czynicie, powtarzał, co żadną nie jest. Bić się uczyć nie trzeba, bydle nawet to umie, każdy się z tém rodzi że tłuc potrafi.
Dobek z Morawicy który w słowie nie był mocny, dawał się królewiczowi pobić językiem i szyderstwem, ale było mu nie mniéj markotno. Starszyzna inna także nic dobrego nie przeczuwała. Cofać się było zapóźno, rozsypać niebezpiecznie. Najstraszniejszem było iż się tu wszystko coraz bardziéj rozprzęgało; przewidywano że gdy do boju przyjdzie, każdy na swą rękę pójdzie, uciekać.
Przemko pomorski słuchać nikogo nie myślał; czescy dowódzcy mieli téż swój rozum, polacy nikomu się powodować dać nie chcieli, a każdy inaczéj radził; Marko wojewoda dużo gadał nic nie robił. Dobek szepcząc, skarżąc się, mrucząc biegał od jednego do drugiego, niespokojny o swą skórę...
Po kilku dniach posłano znowu na zwiady, a że do tego Czesi najsprawniejsi byli, znów drugiego popchnięto, który kraj znał kilka razy go przewędrowawszy.
Zbigniewowi się zdało iż gdy starszyznę poił, karmił i bawił, a co drugi, trzeci, dzień z trębaczami obóz objechał, więcéj uczynić nie mógł. Im dłużéj stali tém się czuł bezpieczniejszym.
Trzeciego dnia Czech, nie bawiąc długo, powrócił, konia spędził w niwecz; biegł z tém, że wojsko królewskie, przy którym i Bolko królewicz był, wyciągnęło już z Wrocławia i spiesznie szło ku Kruszwicy.
Chociaż Dobek mu język za zębami trzymać kazał, nie wyszła godzina po powrocie, gdy w obozie wszystko się ruszyło jak w mrowisku gdy je kto rozgarnie. Dowiedzieli się Pomorcy, rozbudzili Czechy, Polacy poczęli o zbroi i koniach myśleć. Marko posłuchawszy o tém, zadumał się ale otuchy na razie nie stracił. Starszyzna cała poszła na radę do królewicza. Zastali go wedle obyczaju z młodzieżą, błaznami, gąślarzem u drzwi i ślepym wróżbitą; zobaczywszy ich pochodem takim dążących namarszczył się strasznie.
— A no! znowu! — zawołał do Dobka kroczącego przodem — pokoju bo mi niedajecie. Jeśli przychodzicie napić się a poweselić, tom wam rad, a jak straszyć to słuchać niechcę!
— Miłość wasza odparł Dobek, rada czy nie rada musisz nas posłuchać. Sroga bieda za pasem. Król na nas ciągnie już, siłę ma wielką, gotować się trzeba,
— To się gotujcie? — rozśmiał się Zbigniew albo wam bronię?
— Przecie obmyśleć trzeba czy naprzeciw nich iść, czy ich tu czekać? Jak się rozłożyć?
Możnaby zabiedz drogę, rwać ich z boku.
Królewicz zmilczał, patrzał do góry, a do Zahonia śmiał się boczkiem. Gęślarz nie zważając na przybyłych brząkał i nucił, że się rozmówić było trudno. Marko, który się dowództwa nad Polakami napierał i zwał się zawczasu wojewodą, począł mówić, wyręczając niechętnego pana.
— A po co się nam ruszać gdy tu dobrze stojemy? zawołał. Gród warowny i jezioro mamy pod bokiem. Jest się o co oprzéć.
Czego u licha chcieć? — jakiego wiatra w polu szukać? Ludzie co na zwiady idą, boją się wisieć to im się w oczach dwoi. Straszą nas słomianą kukłą.
Król ciągnie! — Myślą że samo imie nas strwoży! Pójdziemy ztąd, rozleziemy się, to nas po kątach tłuc będą. Nie! dostoim kroku, a przyjdą tu, posieczemy ich na drzazgi.
Przemko pomorski milczący a ponury wódz uśmiechnął się pogardliwie z wielomównego Marka. Czechy głowami wahały a wąsy gładziły. Patrzali na Zbigniewa wszyscy, ten na nich ani spojrzał.
— Skończona rzecz, rzekł w ostatku.
Będziemy stali i czekali, a gdy przyjdą, pobijemy.
Gęślarz głośniéj zanucił, drużyna po kątach chichotała, pan do rozmowy ochoty nie miał, popatrzyła na siebie drużyna.
Rozważniejszemi niepokój owładał. Przemko pomorski chciał inaczéj.
Radził się rozbiedz do koła, na wojsko królewskie, na trzęsawicach, któremi przeciągać musiało, napaść ze wszech stron niespodzianie, popłoch wzbudzić, i starać się je wpędzić w moczary. Marko nigdy cudzego rozumu nie lubił.
Powtarzał swoje. Tu stać trzeba i tu na nich czekać, wpadną między nas jak w połapkę, wytopiemy ich w Gople do nogi.
Upewniał że tym sposobum raz z nieprzyjacielem poczynał sobie nad Dunajem i wojsko wielkie, niewiadomo czyje, rybom i rakom da na pożarcie.
Mało kto go słuchał, z narady nic nie wyszło i od dnia tego każdy sam sobie po swojemu radził! Czechy, najprzebieglejsi, wysłali potajemnie szpiegów, aby wojsk królewskich ruchy śledzili i obliczyć się starali ich siłę.
Jednego wieczora, gdy w namiocie Zbigniewa jeszcze się świeciło i młodzież z panem się zabawiała, nadbiegło dwu Czechów z oznajmieniem, że królewscy już Brzeście pominęli, trzema wielkiemi oddziałami sunąc wprost na Kruszwicę. Za dzień, za dwa można się ich było spodziewać.
Popłoch się stał wielki, Marko wojewoda, który dotąd sobie lekceważył wszystko i miał za bajki co przynoszono, nagle niepokoić się zaczął bardzo.
Królewicz pozostał niewzruszonym.
— Dziś i jutro, bić się będzie potrzeba, rzekł wszystko mi jedno, czém prędzéj tém lepiéj.
Przywołano Sobiejuchę, bo w nim jednym książę miał wiarę i upodobanie.
— A wy, co mówicie! — zapytał.
— Czechowie przynieśli że królewscy nadciągają — odezwał się Marko. Jeżeli to prawda, niech ciągną, na zgubę swą tu przyjdą. Gdy się zbliżą, miłość wasza, każe wojsku z rana beczki wytoczyć i piwa dać obficie. Niech im się w głowach zawieruszy, żołnierz na czczo nic nie wart. Dopiéro się bić będą, aż strach.
Wybijemy do nogi!
Królewicz radę znajdował bardzo rozumną, po ramieniu go klepnął.
— Spodziewacie się zwycięstwa? — zapytał.
— Nie spodziewam się, ale jestem pewny — odparł Marko zmuszając się do uśmiechu, byle nam pomorcy i czechy dotrzymywały kroku. Z hukiem, wrzaskiem jak wicher wpadniemy na nich, muszą pierzchnąć...
Zbigniewowi dosyć tego było.
— A, gdybyśmy króla ojca do niewoli wzięli — odezwał się królewicz co z nim czynić będziemy?
— Wasza miłość na zamku go tym osadzicie przystojnie, żeby mu na niczém nie zbywało, niech siedzi i dożywa wieku, do rządów się nie zdał. Przy kościele mu będzie najlepiéj, a wy nam będziecie panowali.
— A z Sieciechem co zrobiemy? — pytał rozochocony pan.
— Tego zetniemy, bo żywić się tak szkodliwego stworzenia nie godzi — mówił śmiało Marko. Ja Waszéj miłości prosić będę o łup po nim, żeby do mnie należał.
— Daję ci go — odparł Zbigniew.
Sobiejucha się pokłonił.
— Może i brat młodszy popadnie się nam w ręce, z tym co? — mówił królewicz.
Milcząc Marko ręce obie do oczów przyłożył na źrenice ukazując.
Tak się naówczas, wyjęciem oczów pozbywano tych, którym życia odbierać niechcąc, czyniono ich niezdatnemi do niczego. Było to tak naturalném że Zbigniew milcząco głową potwierdził wniosek, wcale mu się nie sprzeciwiając. Łaską było, gdy się życie zostało.
— I królestwo zabiorę całe, dodał Zbigniew. W Płocku Dobka osadzę, was uczynię palatynem na miejscu Sieciecha, sam w Krakowie na Wawelu będę mieszkał, bo Kraków lubię.
— Weselszy jest i ładniejszy od Płocka — odezwał się Marko.
— I niewiasty piękniejsze ma, szepnął Zahoń.
Wszyscy się rozśmieli, niektórzy poklaskując w dłonie, aż po namiocie się rozległo i za namiotem dobrą myśl słychać było.
Poszli na sen marząc o zwycięztwie, Marko tylko, choć tak o niém prawił, do namiotu przybywszy, koło wiązania sakiew krzątać się zaczął. Było mu jakoś nie swojo.
Nazajutrz w polskim obozie przygotowań żadnych widać nie było, Pomorcy zaczęli się ruszać i nie wiele swych namiotów zwijać zawczasu, worki a węzły, których mieli dużo, ściągali do kupy, koniom kopyta opatrywali. Czechy téż mieczyki ostrzyli i zbroje przymierzali. Oni jedni nikogo już nie pytając, posłali swoich na zwiady, przykazując im ażeby nie wracali aż wojsko królewskie będzie na mniej dnia drogi od Kruszwicy.
Puścili się wysłani, tym czasem już tego dnia zgorzeliznę mocno czuć było w powietrzu, dymy się podnosiły i opadały nad lasami. Nie było wątpliwości iż się królewscy przybliżać musieli.
Marko sakwy swoje kazał na konie przymierzać, wdział na się co miał najlepszego i miodem w sobie ochotę a męztwo podbudzając, chodził i wykrzykiwał, toporek podnosząc do góry.
— Damyż my im cięgi, damy!
Nie tak wesołéj myśli był Dobek, siedział w swoim namiocie na rękach podparty i stękał a przeklinał. Zmierzchało już gdy u wchodu do namiotu postrzegł cień, który w nim stanął.
Wpatrzył się w przechodzącego, ale mrok padał, poznać nie mógł kto był. Dopiero gdy się gość zbliżył, stanąwszy tak iż mu światło na twarz uderzyło od wnijścia, poznał kapelana biskupiego, którego codzień prawie około obozu widywał. Niemłody człek, w grubą sutannę odziany z kijem w ręku, w czapce z futrem, pozdrowił go po cichu.
Dobek jak gościowi i duchownemu pierwsze miejsce dał w namiocie.
— Cóżeście to ojcze, rzekł, tak późno do nas przyszli w goście?
Obejrzał się duchowny.
— W gości albo i nie, odpowiedział. Zawsze z dobrą wolą, z dobrém słowem:
— A! dobrego nam trzeba, bo złego mieliśmy i mamy podostatkiem — odezwał się Dobek. Mówcie, ojcze kochany.
— Król się z wojskiem zbliża, rzekł ksiądz po cichu.
— My to wiemy — westchnął gospodarz.
— I syn przeciwko ojcu się bić będzie? spytał ksiądz.
— Gdy ojciec nań nastaje, bronić się musi.
— Sądzicież że się obronicie? — zapytał kapelan.
— Jeden Bóg wie — rzekł Dobek.
— Królowi ani na ludziach ani na wodzach nie zbywa! podołacież mu? mówił duchowny.
Westchnął Dobek.
— Cóż czynić mamy!
— Czemużby nie słać do króla z pokorą i nie próbować przejednania? pytał kapelan.
— Bo nam go nie dadzą.
— Jakże o tém wiecie? — począł duchowny. Miłoż to królowi, panu naszemu z własną krwią wojować! — pogany widzieć prowadzone przeciw sobie?
Podumał Dobek i spojrzał księdzu w oczy.
— Czy wy to z siebie mówicie? — spytał.
Spuścił wzrok ksiądz.
— Ojciec nasz, pasterz radby zgodę uczynić, rzekł. Przyjdzie li do boju miastu naszemu grozi téż niebezpieczeństwo. Idźcie do królewicza, pomówcie z nim, czego chce.
Jeśli możliwa rzecz, ojciec nasz przewielebny pośredniczyć będzie.
Zostawiwszy księdza pod namiotem, poszedł Dobek, choć nie z wielką nadzieją skutku do Zbigniewa. Znalazł go jak z Markiem o tych krajach rozmawiał w których piasek na pół jest ze złotem.
Na pierwsze słowo o zgodzie, jakby go co żgnęło, poskoczył królewicz.
— Ho! ho krzyknął znać że się nas boją, żeśmy dla nich za silni gdy takich sztuk zażywają.
A no — niech i tak będzie; jam nie od tego. Ojciec mnie synem pierworodnym niech uzna, pół królestwa mi da i zwierzchnią władzę, Sieciechowi łeb da uciąć lub oczy wyłupić, zapłaci moich sprzymierzeńców! Mniéj nie mogę chcieć ani przyjąć!
— Wasza miłość za mało żądasz! — zakrzyczał Marko, więcéj należy nam. Niech król pot nasz krwawy opłaci grzywnami złotemi a nie — to nas pozna!
Próżno Dobek chciał rozprawiać, zahukano go poszedł z tém do księdza, który słowa już nie rzekłszy na gród z tém do biskupa powrócił.
Nazajutrz nowych wieści nie było, tylko zgorzelizna coraz się mocniéj czuć dawała w powietrzu, dymy przylatywały gorzkie.
Około południa przyszedł znów kapelan biskupi.
— Co mi przynosicie, ojcze! radośnie począł Dobek, wesół że go powracającego zobaczył, niespodziewając się wcale.
— Przychodzę ze słowem ojca naszego, biskupa, rzekł stary ksiądz. Dziecku na łaskę ojca zdać się potrzeba a nie z rodzicem targować, w ten sposób dział jakiś otrzymać może i przebaczenie. Opatrzcie się dopóki czas, aby jutro nie było zapóźno.
Dobek mu popatrzył w oczy.
— Żartujecie! rzekł.
— Mówię jak mnie nauczono — odezwał się duchowny.
Poszedł z tém Dobek do Zbigniewa, ale tam zakrzyczano go i sponiewierano straszliwie.
— Nie nam przystało prosić i kłaniać się! — zawołał Marko, ale królowi Władysławowi, który syna swojego pierworodnego pokrzywdził!
Zaczęto wywoływać srodze, odgrażać się straszliwie. Beczki tego dnia stały gęsto, pootwierane, wszyscy byli podochoceni, w głowach mocno szumiało.
Nie było co mówić z niemi, Dobek się wyśliznął i księdza z niczém odprawił.
Sobiejucha dowodził że nie darmo tak do nich o zgodę słano.
— Czują oni żeśmy silniejsi, więc sromu unikając, zabiegają i proszą się.
Odgrażała się młodzież, radowali się starzy, rwało się wszystko do oręża, Zbigniew widział się już królem i zwycięzcą.
Mrok padał gęsty, a wesołość największa panowała w namiotach książęcych na pagórku, gdy Zahoń wpadł trochę nie swój i jak przepłoszony.
— Niechno miłość wasza wyjść raczy i popatrzeć, zawołał, bodaj czy nie królewscy to już obozują na skraju lasu, toć jutro chyba przyjdzie do rozprawy.
Nietylko królewicz, ale co żyło z pod namiotów się wyrwało.
Noc już była prawie, a że księżyca na niebie nie stało i gwiazdy okryły obłoki, ciemność wielka zalegała do koła. W téj stronie od któréj puszcze stały, jak zajrzeć okiem, rzędami ognie się jakieś paliły. Było ich tyle i tak gęstych że gorzały prawie jak niezmierne, jedno wielkie ognisko.
Nie mogło to być nic innego tylko obóz królewski, który puszcza wyrzuciła z siebie nagle, zatoczył się przed niemi znienacka ognistym wałem i groźbą.
Nadbiegły w téjże chwili i czeskie szpiegi wystraszone, zwiastując że ćma okrutna ludu ciągnęła na Kruszwicę, że jakby z ziemi wyrastały oddziały coraz nowe, bo dopiéro pod lasem tyle się ich razem zebrało.
Marko, który dotąd rad się przechwalał i odgrażał, głową trząsł i trzymając się pod boki, wąsy zagryzał.
Zbigniew, jako niedoświadczony wojak nic w tém jeszcze niebezpiecznego nie widział, gdy drudzy z liczby rozłożonych ognisk wnosili o sile królewskiego wojska.
Królewicz powtórzył tylko słyszane nieraz z ust Marka słowa.
— Jutro ich w puch rozbijemy.
Ani Dobek, ani nawet Sobiejucha nie potwierdzili téj zuchwałéj wróżby. W obozie Czechów i Pomorców powstał ruch wielki, kupy się zbierały, Przemko na koniu oklep przybiegł ukazując rozpalone ogniska. Najmężniejszy z nich wszystkich nie był bez trwogi.
— Jeżeli umyślnie dla postrachu nie pozapalali ogni, ciężka będzie przeprawa rzekł. Jak na brzask pewnie nas napadną, stać trzeba pogotowiu.
Marko, do którego się zwrócił Zbigniew, innéj rady nie miał, tylko po staremu aby ludzi nakarmić i napoić do syta.
Gdzie kto miał stanąć, jak poczynać, nie naradzano się nawet. Dobek nie położył się spać, drudzy téż ze starszyzny jęli objeżdżać pułki, ludzi przygotowując przez noc całą.
Napatrzywszy się na ogniska, Zbigniew spokojnie do namiotu powrócił i spać się układł, kazawszy rozbudzić o świcie.
Noc była czarna ale cicha, chmury zawisłe na niebie nawet się nie zdawały poruszać, odbijały się na nich blado czerwone łuny, a dym przyciśnięty do ziemi rozchodził się i rozkładał aż ku jezioru. Wśród groźnéj ciszy to psy zaszczekały i zawyły, odpowiadając sobie zdala, to konie zarżały, to jakiś gwar dziwny, niby szmer tysiąca głosów cichych przesunął się w powietrzu i skonał na wodach jeziora.
W kościele na tumie na jutrznię dzwoniono gdy świtać zaczęło, zdala tentent powolny usłyszano, który się zdawał przybliżać nieznacznie.
Zahoń obudził królewicza, bo czas było wdziewać zbroję...
Ołowiane światło dnia jesiennego, przeziérało przez szare obłoki.




IX.


Jakby na głos tego dzwonka co się ozwał z kruszwickiego kościoła czekano w królewskim obozie, wnet około namiotów ruch się rozpoczął znaczniejszy.
Stały namioty pańskie pod samym lasem u starych dębów, które już znaczniejszą część żółtych liści straciły. Rozbitych było ich kilka wielkich i ozdobnych dla Władysława, który wygody potrzebywał, bo chory wyruszył z Płocka na rozkaz Sieciecha; dla królewicza Bolka i Wojsława, dworu, kapelanów i starszyzny.
Z wieczora już zapowiedział król Władysław, że nazajutrz nie pocznie nic, dopóki się niepomodli i mszy świętéj nie wysłucha, a błogosławieństwa Bożego nie otrzyma.
Sieciecha widać nie było na czele, nie mianowano go ażeby dowodził, z ręki jego szli inni on sam prawie się kryjąc, stał na uboczu, niechcąc aby o nim wiedziano.
Na oko dowództwo było przy młodym Skarbimierzu, który się w szkole Sieciechowéj wyćwiczył. Na pułki królewskie dosyć spojrzeć było, by poznać że z niemi sprawa nie pójdzie łatwo. Żołnierz odziany, zbrojny należycie, nakarmiony, nawykły iść na skinienie, poruszał się wszystek jako jeden człek, w cichości i posłuszeństwie. Na zbroi i żelazie nie zbywało, rychlej za dużo go było, niż za mało, bo ci zwłaszcza co z końmi szli, blach mieli poczepianych na kaftanach do zbytku; tarczy, toporków, dzid, nagolenników i hełmów żelaznych było pełno.
Świtać ledwie poczynało gdy Bolko królewicz już się zerwał, budząc swoich około namiotu spoczywających i wołając że czas był się sposobić do pochodu. Nocy niedospał, tak w nim wrzało do tego boju, który się na jutro zapowiadał.
Wojsław trzymać go musiał i hamować coraz lecz podołać temu było trudno. Królewicz za wczasu począł się odziewać w bojowe suknie, nim drudzy się z posłania ruszyli. On i młoda jego służba, wesoło mieczami pobrzękiwała, przemyślając jakiby oręż więcéj przypasać mogła.
Bolko coraz to z namiotu wyjrzał.
— Dniejeli już? — nie dnieje? Czas czy nie?
Ranek był cichy, z góry nie padało nic, msza święta pod dębem odprawiać się miała. Przysposabiano już do niéj wszystko, ołtarz przykrywano, aby gdy król się ukaże, o. Lambert już ubrany, mógł zaraz stanąć u ołtarza. Od samego Wrocławia przez drogę całą król był wielce milczący i smutny, napróżno się starano natchnąć go otuchą lepszą.
Modlił się, przeczucia miał złe i płakał; wstyd mu było iść na dziecko własne. Do ostatniéj chwili czekał azali się ono nie upokorzy i o łaskę prosić nie będzie.
Przybyli potajemnie z Kruszwicy od biskupa posłani i nic nie przywieźli.
Sieciech, który niepostrzeżony pilnował króla, możeby téż był niedopuścił do zgody, pewnym będąc przewagi i zwycięztwa.
Gdy król już się odziewać miał i kożuch mu podawano, wszedł wojewoda do namiotu, ubrany jak prosty człek, szarą na zbroję opończą, aby pana uspokoił.
Drżący modlił się ciągle Władysław, spojrzeli na siebie, Sieciech już zwyciężcy miał postać.
— Niech się Miłość wasza, rzekł z uśmiechem, o bitwę tą nie troszczy. Nigdyśmy dzięki Bogu nie szli na nieprzyjaciela, pewniejsi zwycięztwa. W obozie ich nieład i niedostatek panuje. Ludzie zbierani z różnych kątów, wodza brak. Jeżeli dostoją pierwszéj napaści, rzeź sprawiemy okrutną.
Król strwożony ręce zacisnął.
— A! zabijać go nie każcie, rzekł po cichu, nie godzi się aby od moich ginął. Ojcem jestem.
Wojewoda nic nie odpowiedział, tylko mu się twarz pomarszczyła i ściągnęła.
Dniało, król zobaczywszy przez namiot z przodu odsłoniony że o. Lambert ze mszą wychodzić był gotów, prędko się ku ołtarzowi poruszył.
Do starego dębu niesiono za nim wezgłowie, na którém pokląkł. Z odkrytemi głowy stało rycerstwo do koła, stał i Bolko, cały już żelazem okryty, więcéj oczyma biegając ku Kruszwicy i nieprzyjaciół obozowi, niżeli pilnując modlitwy.
Msza upłynęła wśród uroczystego milczenia, jak kłosy od wiatru, uchylały się i podnosiły głowy, klękali i powstawali pobożni, po mszy zanucono hymn do Bogarodzicy, cicho zrazu, lecz zaledwie odezwał od ołtarza, coraz większéj liczby połączyły się głosy i uroczysta pieśń rozległa po całym obozie.

O, gospodzie uwielbiona.

Mogli go ztąd posłyszeć stojący naprzeciw Polacy i zrozumieć że tą modlitwą przysposabiano się do walki.
Król nie powstał i nie ruszył się do ostatniego pieśni słowa, do pośledniego — Amen, które silniéj jeszcze niż śpiew, zagrzmiało echem wielkim po szeregach, kilkakroć powtarzane.
Niebo ciągle chmurne było, dzień wilgotny bezdżysty, w powietrzu panowała cisza. Niekiedy tylko po nad skrajem lasu przeleciał wiatr niewiedzieć zkąd, liśćmi poruszył suchemi, podniósł je w górę i rzucił nieopodal drżące na ziemię.
Rozjaśniło się zupełnie. Pancernicy koni dosiadali i szykowali się tak, by wielkim kołem objąć obóz Zbigniewa i sam gród Kruszwicki.
Skarbimierz przez szpiegi swe wiedział kędy stały Pomorce, gdzie byli Czechy, gdzie zbiegowie polscy, Zbigniewa zaś, wśród walki, która się gotowała, łatwo się znaleść spodziewano, wiedząc jaką się drużyną i hałasem otaczał.
Podano królowi konia okrytego, ale mu niedopuścił Sieciech inaczéj jechać jak za pułkami, otoczonemu strażą dobrze zbrojną i najmężniejszą.
Siadać już mieli, gdy król stojący w gotowości, a zdający się wahać jeszcze, skinął na syna, który się na konia spinał i z nim razem wszedł do namiotu. Prawie niechętnie Bolko cugle musiał porzucić i iść do ojca. Władysław stał w pustym namiocie, który już pachołkowie opróżniwszy ściągać mieli, gdy Bolko, z młodzieńczym ogniem w oku, rad ze swojego rycerskiego rynsztunku, brzęczącego na nim wszedł do namiotu.
Król obie ręce na ramionach jego położywszy stał bezmównym długo.
— Dziecko moje, odezwał się po cichu — niech ci się dziś serce nie rwie do boju. Straszna ta walka będzie opłakana łzami mojemi. Wolałbym byś nie szedł na nią.
Królewicz zadrżał cały, aż zadźwięczały na nim żelaza i ojcu się do kolan pochylił.
— Miłościwy ojcze! a! nieżądajcież wy tego po mnie — nie żądajcie, nie strzymam się.
Wskazał ręką na wojsko szykujące się do ruszenia, na pułki które już wesołe wyciągały w pole.
— Moje miejsce tam! tam! — zawołał.
— Nie! obok mnie — Bolku! Boję się o ciebie i niechcę abyś się spotykał z tamtym. — Bratem ci jest.
— Przeciwko ojcu idący wróg nie jest mi bratem! — zawołał Bolko. Znać go niechcę. Serce twoje zasmucił, stał się nieposłusznym.
Król ręce wyciągnąwszy znowu mu je położył na ramionach i zlekka ku sobie przycisnął.
— Bolku, dziecko moje, rzekł, jeśli chcesz iść bić się koniecznie, rycerskie słowo mi daj że jego będziesz unikać.
Bolko zamilkł trochę.
— Nieznam go, rzekł.
— Poznasz, pokażą ludzie — odparł król — ocal go raczéj, nie walcz z nim, nie podnoś nań ręki, dla miłości mej.
Widząc łzy w oczach ojca stojące, Bolko zamilkł i rękę jego pocałował. Nie mówili więcéj, za namiotem odzywały się rogi i ziemia tętniała.
W milczeniu wziąwszy błogosławieństwo ojcowskie, Bolko skoczył na gniadego konia, do którego był nawykły. Kilkunastu z drużyny, młodych, jak on zapalonych do boju, zbrojnych od stóp do głów towarzyszyli mu nie odstępnie.
Ani Wojsław ani żadna siła w świecie, gdy okrzyk bojowy się dał słyszeć, powstrzymać ich i jego nie mogła. Strzedz go już tylko było potrzeba, a odcinać, bo zapamiętały biegł za siebie nie patrząc, choćby się sam jeden miał pozostać.
Zawczasu się w nim burzyło przeciw Zbigniewowi, który ojca niechciał szanować, gdy Bolko go kochał najczulej. Zapowiadał od dawna że gotów go własną ubić ręką, byle mu się nastręczył w boju, odgrażał się nań i zaklinał że mu nie daruje życia. Nie żeby z natury tak okrutnym był, lecz obrażonego ojca pragnął pomścić a w boju rozeznania nie miał, i wstrzymaćby się niepotrafił. Rozkazanie i prośby ojcowskie nie na wiele służyły.
Gdy się już rozstawione pułki ruszyły, król i Sieciech musiał zaraz posłać po Bolka, który się zbytnio naprzód wyrywał. Nakazywano mu iść w pośrodku ufca i pierwszemu na harc nie wybiegać. Wojsław ociężały, ze swym koniem równie jak on sam grubym i nieobrotnym, zaledwie się do wychowańca przysunął, już za nim pozostawał w tyle. Nie pomagała ostroga ni popędzanie.
Wedle rozkazu Skarbimierza powolnym krokiem pułki się posuwały, opasując kołem szerokiem Zbigniewa obóz i miasto. W przeciwnem wojsku widać było pośpiech wielki i zamięszanie, pułki się dopiero ściągały i szykowały na stanowiskach. Rogi odzywały się nawołując rozpierzchłych, którzy jeszcze konie poili; i od jeziora się ściągali opieszale.
Sam widok wojsk królewskich mógł ustraszyć przeciwników, tak groźnym zastępem sunęły się jako mur, gęsto zbite, najeżone dzidami i milczące...
Na staje przybliżywszy się królewscy, jakby przystanęli; każdy za oręż brał, łuk naciągał, tarczę mocował, oszczep zwieszony podnosił, aby mu przy uderzeniu nic nie brakło.
Z drugiéj strony miotano się w nieładzie, jakby niewiedząc co poczynać. Już z miejsca na którém królewscy stali widać było gdzie Zbigniewa i starszyzny szukać. Wiewał tam proporzec na długiéj żerdzi i żelazo pobłyskiwało na piersiach ludzi, którego gdzieindziéj mało było.
Rozkazał Skarbimierz naprzód całą siłą rzucić się na dowodzących, aby głowę odciąć nieprzyjacielowi. Zatrąbiono w rogi i ów mur, który się posuwał tak zwolna, teraz, jakby nim wicher i burza rzuciła, padł wprost pędem wielkim na polskie pułki otaczające Zbigniewa.
Tu stał téż najdzielniejszy żołnierz bo zbiegowie pamiętali że głów własnych bronić muszą, a Sieciech im, gdyby się w jego ręce dostali, nie daruje życia.
Bolko jak tylko rogi posłyszał i ruch poczuł około siebie, już go nic powstrzymać nie mogło. Niósł się jak jastrząb na stado spłoszone, młodzież wiodąc za sobą, gotów swoich własnych bić, gdyby mu śmieli zapierać drogę.
W jednéj chwili zmięszało się wszystko, oba wojska w jeden kłąb drgający się zbiły, w jedno ciało miotające się jak smok ogromny; prąc się wzajem, siekąc, rąbiąc i koląc.
Na prawo Pomorcy, ledwie dostawszy kroku, że tyłu zajętego nie mieli, z wrzaskiem pierzchać zaczęli tłumnie. Ci co na przeciw nich stali, puścili się w pogoń za niemi. Czechy rzucili się pierwsi przeciw królewskim mężnie a rozpaczliwie bijąc się i tu bój zawziął się srogi.
Dobek i Marko, którzy przy Zbigniewie stali a ten niewiedząc co poczynać, blady na koniu siedziąc w miejscu się okręcał, zrozumieli łacno że nie dotrzymają królewskim.
Chcieli się więc cofnąć ku miastu, bo tam za domami i ścianami obrona była łatwiejsza, a w razie ostatnim i ucieczka mniéj niebezpieczna. Lecz zaledwie się ku grodowi posunęli, gdy królewscy odcięli im do niego drogę, i na karki wsiadłszy, rozpoczęli zajadłą walkę. Bolko był w pierwszym rzędzie, zapomniawszy na prośby ojcowskie i o całym świecie, bo, gdy w nim krew zawrzała młoda, ślepym i głuchym się stawał.
Zbiegowie polscy z Dobkiem z Morawicy stali mężnie naprzeciw królewskim, broniąc się tak zacięcie iż kilkakroć szeregi ich złamali, ale coraz większemi kupami opasywano ich do koła, i garść ta rycerzy, padać poczęła jak drzewa w puszczy, gdy wicher się w nią włamie.
Marko, ów wojewoda, który tak się obiecywał do walki, kędy teraz był nikt nie wiedział. Znikł nagle, a stało się to tak iż powiedzieć nie umiał żaden gdzie się podział, czy padł, czy go osaczono, ujęto, czy go ziemia pochłonęła.
Dosyć że go już nie było.
Z małą gromadką Zbigniew parł się ku miastu i zamkowi; blady, nieumiejący mieczem ni oszczepem się bronić, zmuszony więcéj za swą młodzież się ukrywać niż na własną liczyć siłę.
Nagle naprzeciw niego stanął Bolko; który po chorągwi i otoczeniu, albo raczéj przeczuciem jakiemś brata się w nim domyślał.
Zbigniew przyciśnięty przez niego, gdy inni mu w pomoc nie przybywali, pierwszy raz za oręż pochwycił ręką drżącą i zamierzył się na niego.
Oczyma starli się bracia — Bolkowi dłoń zadrżała. Gdyby był słuchał zapalczywości swojéj ubiłby go pewnie, mając przed sobą niezręcznego do obrony i strwożonego; łzy ojcowskie stanęły mu na pamięci i pominąwszy go, z zajadłością rzucił się w bok, niechcąc patrzeć nawet na Zbigniewa. Towarzysze porwali go między siebie i co żywiéj z nim na wzgórze ku zamkowi pobiegli.
Pierwszy co pod miecz Bolka się dostał, padł ubity, gdy w tém koń jego pchnięty z boku oszczepem, na przednie upadł nogi, łbem na ziemię. Lecz Bolko już stał, a towarzysz wierny, drugiego mu poddał wierzchowca. Nim go dosiadł i obejrzał się, oddział otaczający Zbigniewa i część Polaków na gród się już wdarła.
Tyle tylko ujść ich zdołało od miecza wojsk królewskich, które zwycięzkiego boju dokonywały, osaczywszy w koło resztę nieprzyjaciół broniących się z wściekłością, bo jeńców brać nie chciano. Bój wkrótce w rzeź się zamienił. Z jednéj strony wojska były Władysławowe, z drugiej jezioro; śmierci wybór tylko od żelaza lub wody. Ci, którzy z rozpaczy wpław się rzucili, mając na sobie kaftany ciężkie i żelazo, niemogąc się utrzymać na wodzie, tonęli natychmiast prawie. Niektórzy dobywali się bezsilnie, i zaledwie ukazawszy głowy, szli znowu na dno. Do innych strzelano i dobijano kamieniami.
Na falach widać było płynące ciała i potopione konie.
Dzikim rykiem i jękami rozlegała się okolica.
Jakaś część Czechów okrwawionych, garść ocalała zbiegów polskich, po stosach trupów usiłowała się dostać do miasteczka, z którego ludność przerażona z krzykiem uciekała na pole, domy, dzieci, mienie zostawując na pastwę rozjuszonego żołnierstwa. W tém z rozkazu czy z przypadku, podłożony czy zażegnięty przez nieostrożność ogień buchnął ze strzech słomianych, gęste kłęby dymu poczęły się podnosić w powietrze. Wicher, jakby hasła czekał zerwał się nagle i poniósł iskry i płomień na sąsiednie domostwa.
Wkrótce cała osada drewniana była już jakby morzem płomieni, po nad trupów stosami, bo wojsko biło i mordowało kogo napadło, chucią krwi i zabójstwa miotane. Z pagórka gdzieniegdzie jak po deszczu strumienie, toczyły się strugi krwawe.
Ogień, miecz, woda dokonywały razem strasznego dzieła zniszczenia i śmierci.
Stało się co się dzieje gdy człowiek, własnego życia broniąc, zdziczeje i szałem się uniesie. Ludzie bili, zarzynali, mordowali bezbronnych, starców i dzieci, znęcali się nad trupami, jakby chcieli ażeby nic żywego nie pozostało na ziemi. Pomorców bijąc ścigali jedni, drudzy osaczonych Czechów żelaza im trzymając na gardle spychali do wody, inni żagwie płonące rzucali na chaty które jeszcze całe stały. Garść zbiegów z Dobkiem na czele, broniła się ze lwiém męztwem, ale z gromady stała się wkrótce kupką, późniéj garścią, wreście za stosem trupów trzymało się ich kilku, trzech: jeden, ostatni.
Płynął cały krwią, chwiał się na nogach, oczy mu zalewała posoka, mieczem konwulsyjnie miotał niewiedząc już nic, aż obalił się i on jak dąb na ciała pobitych braci.
Bolko z drużyną swą, na przedzie był gdzie walczono, zbroję miał potłuczoną oszczepami, hełm pogięty, trzeciego konia pod sobą. Krwi na szatach szerokie stały plamy. Dyszał zmęczony a nie mógł i niechciał odpocząć, dopóki bój słyszał i czuł w koło siebie.
Pod wieczór już straszliwe owe pobojowisko, jedném było śmierci łożem. Jeńców nie brał nikt... Całe brzegi jeziora stały okryte trupami ludzi, ścierwem koni, nad któremi stérczały połamane oszczepy i pokruszone pociski. Czeladź obozowa już plądrowała ściągając poobnażane zwłoki ku wodzie, spychając je do Gopła.
Jak zajrzeć było, na zmąconych jeziora, bielały gęściej coraz unoszące się trupy.
Król stał na wzgórzu i oczy zakrywał aby nie patrzeć na widok ten straszny i krwawy. Woń pobojowiska odetchnąć mu nie dawała, a odejść nie mógł i oczów na długo od grozy téj oderwać. Szukał niemi syna.
Bolko zostawszy ze swemi na pobojowisku, napróżno się oglądał z kimby jeszcze mógł walczyć, nieprzyjaciela już nie było. Nad wieczór na wrzawliwem polu panowała cisza pustynna.
Garść tylko szczupła ze Zbigniewem schroniła się do gródu, ale w nim o obronie i trzymaniu się ani myśleć nie mogła. Zamek opasany był do koła. U stóp jego dogorywało spustoszone miasteczko, wyludnione, zniszczone na wieki, gdyż co nie uszło zawczasu, padło od nielitościwego żołnierza.
Modlił się król, gdy grubą odziany opończą przyszedł Sieciech i wskazał mu na wieżycę grodu.
— Tam jest, rzekł.
Król odetchnął.
— Oddaję go opiece twéj i straży, odezwał się drżącym głosem — ale o życie dla niego — o życie proszę!
I podał Sieciechowi dłoń, który dumnie się jakoś zawahał, nim jéj dotknął.
— Miłościwy panie rzekł — masz tam litość gdzie się jéj mieć nie godzi. Nastawał na życie twe, na królestwo, na powagę ojca, na ukochane dziecię twoje — oręż na ciebie podniósł...
— Chcę by żył! — powtórzył król z siłą wielką.
— Tak — odparł szydersko Sieciech — aby tobie panie i synowi twemu życie zatruwał. — Chcesz? stanie się po woli twéj, każę go oszczędzić.
— Życie! tylko życie! — zawołał król. — Zamkniesz go, niech siedzi i pokutuje.
Wojewoda poruszył się prawie gniewnie. Nadbiegła gromada żołnierzy ze Skarbimierzem, który bojem rozpalony i zagorzały, na zamek wskazywał, bo tchnąć i mówić nie mógł.
— Zabrać tych co tam są! — zawołał Sieciech, oczy ku wieży skierowawszy.
A król — dodał żywo — życie mu kazał zachować!
Gdy tych słów domawiał, zbliżył się Bolko na koniu również jak i on okrwawionym, ale z twarzą jasną i wesołą. Dumnie wskazał ojcu ręką na pobojowisko i jezioro.
Namioty rozbijano, zsiadł z konia i ledwie rękę ojca ucałowawszy, który za nim gonił oczyma, padł znużony na ziemię. Chłopcy mu przynieśli w kubku wina, bo wody nie było żadnéj, któréjby użyć można. Studnie w mieście, jezioro trupy zaległy.
Przez długi potém czas jeszcze w opustoszałéj Kruszwicy nikt nie zaczerpnął z zatrutego Gopła wody, nikt ryb z niego nie dobywał, ludzkiém mięsem utuczonych.
Skarbimierz lękając się, aby mu garść ludzi z królewiczem na zamek zbiegłych nie uszła, pospieszył na gród, który już miano na oku. Wrota były zaparte, ale o obronie nikt nie myślał...
Gdy królewscy przybyli do bramy, kazał Skarbimierz zatrąbić, ale na odgłos ten, długo się nikt nie zjawił. Już miano zacząć tłuc i rozbijać wrota gdy w furcie człowiek się pokazał.
Do rozmów zwycięzcy nie mieli czasu ni ochoty.
— Wrota otwierać! — krzyknął Skarbimierz, gdy ja je wyłamię, nie wyjdzie nikt cało, wybić każę wszystkich tak, jakieśmy wybili tych co tam leżą.
Wskazał na brzegi jeziora.
— Wrota otwierać! — krzyknęli drudzy — bramę na oścież!
Po krótkiéj chwili wahania, poczęto drągi odwalać, zwolna odchyliły się ciężkie wrota, kilkudziesięciu ciurów stojących za niemi, padło na kolana przed Skarbimierzem, czoła chyląc ku ziemi. Nikt i nie spojrzał na nich. Królewscy poczęli zajmować wnijście i rozgaszczać się na zamku. Pochwyconych jeńców łykami wiązać zaczęto.
— Gdzie Zbigniew? — zapytał Skarbimierz.
Nie mówiąc nic ludzie pokazali dworzec pod wieżą. Wódz z kilku ludźmi poszedł do drzwi, w które oszczepami bić zaczęto.
Niedługo czekali, gdy im je bez oporu naoścież otwarto. Pacholę, które stało w progu drżące, na zapytanie o Zbigniewa, okazało drzwi na prawo.
Skarbimierz wodzem i żołnierzem był dzielnym, człowiekiem zimnym i dumnym, w boju się nie rozgrzewał zbytnio, jękami nie rozczulał. Jakim szedł na walkę, takim powracał; ciało się znużyło tylko, dusza była spokojna. Patrząc na twarz jego niktby nie odgadł zwyciężył czy przegrał; — cieszyć się jawnie ani smucić nie umiał. Kamiennym go zwano, bo i w boju, choćby najsilniéj rannym był, nie stęknął. Obawiał się go żołnierz, ale poszanowanie mieli wszyscy. Okrutnym nie był ani miękkim. Patrzał na śmierć zimném okiem, męczarni niechcąc przyczyniać nikomu.
Izby stały otworem, puste, jedna za drugą. W ostatniéj u ściany na ławie spostrzegł Skarbimierz siedzącego człowieka, nad którym drugi stał z boku z rękami spuszczonemi.
Zbigniew blady, oparty był na łokciu, usta miał zaciśnięte, w oczach wyraz zarazem dziki i strwożony.
Nim Skarbimierz wszedł i mógł doń przemówić, zmierzył go wzrokiem królewicz, jakby chciał nieprzyjaciela poznać i los swój przyszły z niego odgadnąć, — niósł mu śmierć, oślepienie czy życie i łaskę?
Ostatniéj mało się mógł spodziewać, jeńcem był krwią drogą okupionym, krnąbrnym przeciw ojcu i królowi. Ujrzawszy przystępującego Skarbimierza wahał się czy ma wstać i upokorzyć się przed nim, czy resztką dumy i przebiegłości z nim walczyć. Poruszył się i pozostał w miejscu, podniósł znowu i padł, nie pewien siebie, czoło tarł ręką, oczy spuszczał. Wreszcie jakby siłą jakąś rzucony — wstał. Skarbimierz długo nań patrzał nim się odezwał.
— Królewski rozkaz jest, abyście więźniem byli — odezwał się krótko. Zechcecieli zbiedz lub z zamku się wyzwolić, życia waszego nie będę szczędzić.
Z pod brwi nawisłych popatrzył Zbigniew.
— Wiem żem jeńcem — odezwał się ośmielony — ale jestem królewskim synem, o tém ja nie mogę, a wy zapominać nie powinniście.
— Syn co się na ojca porwał, dzieckiem być przestaje — surowo odparł Skarbimierz. Miłosierdziu króla winniście życie; znajcie się do tego.
W pierwszéj izbie zbrojni ludzie, którzy przyszli ze Skarbimierzem, stali pogotowiu niewiedząc co im przykażą. Ten, nieczekając już odpowiedzi, zwrócił się ku nim i pokazał na Zbigniewa.
— Więzień jest wasz — rzekł — strzedz go macie pilno, abyście zań głowami nie odpowiadali.
Kilku się natychmiast zbliżyło.
— Strzedz go dzień i noc, taki jest rozkaz króla, pana naszego — powtórzył Skarbimierz.
Namyślił się Zbigniew i gdy dowódzca miał już odchodzić, zbliżył się doń z niezgrabną mięszaniną dumy i pokory, krokiem niepewnym.
— Chciałbym mówić z wami — odezwał się głosem zniżonym.
— Ja nic z wami do mówienia nie mam — odparł zimno Skarbimierz.
— Jesteście chrześciańskim człowiekiem — rzekł królewicz — możecie nieszczęśliwego przez miłosierdzie posłuchać.
Wódz skinął na ludzi aby się oddalili i zatrzymał się w progu.
— Ja — odezwał się zwolna wzrokiem badając przeciwnika Zbigniew — nie tak winnym jestem przeciw królowi i ojcu memu jak się zdaje. Szedłem nie po własnéj woli. Z klasztoru mnie wzięto gwałtem, prowadzono tak samo. Nie chciałem bić się przeciwko ojcu, zmuszono mnie. Byłem w ręku tych ludzi zakładnikiem. Mamże za to odpowiadać, czując się niewinnym?
Popatrzył nań trochę zdziwiony Skarbimierz.
— Prawicie dziś tak — rzekł — bo was zwyciężono i złamano. We Wrocławiu sprawialiście się inaczéj, ludzie świadczą o waszych słowach i uczynkach.
— Ludzie winę własną składają na mnie, oszczercy są! niegodziwi! — począł nabierając coraz odwagi królewicz. — Bądźcie mi orędownikiem, miłościwy panie, a jeśli nie chcecie więcéj nic uczynić, odnieście słowa te królowi ojcu memu — niewinny jestem.
Skarbimierz popatrzył nań z góry, nie odpowiedział nic i wyszedł z izby powoli. Zbigniew wrócił na siedzenie swe i padł na nie zamyślony. Strażnicy nowi cisnęli się do izby ciekawie. Zahoń więc pobiegł ku drzwiom i zamknął je przed niemi.
Sami zostali we dwu. Zbigniew obejrzał się bojaźliwie, odetchnął, jakby mu wolniéj było i podniósł głowę ku stojącemu Zahoniowi, z wyrazem szyderstwa i złości razem.
— Słyszałeś Zahoń — rzekł po cichu — słyszałeś jak mówiłem do niego? nieprawdaż? mógł pomyśleć i uwierzyć, że jestem niewinny? Dobrze mówiłem. Albo nie było płaczu w głosie i żalu w oczach? Widziałeś?
Chłopak głową skinął.
— Ha! złego jeszcze tak bardzo nie ma nic gdy życie jest! — mówił królewicz. Ci co poginęli głupi byli! Z klasztoru się wyzwoliłem, a w więzieniu wiecznie siedzieć nie będę. Gdyby mi oczy chcieli wykłuć przysłali by zaraz z żelazem człeka... Jeszcze nie ma nic straconego!
Rozśmiał się cicho sam do siebie. Zahoń wylękły stał nieśmiejąc wyrzec słowa.
— Król mi życia nie weźmie — począł po krótkim namyśle — nie, dzieckiem jego jestem. Sieciech nie będzie śmiał. Nie! Pokorę udawać trzeba i kajać się przed niemi! Co robić!
Dziwna jakaś otucha wstąpiła w niego nagle; zapomniawszy rzezi, trupów, pożogi, radował się tylko temu, że sam z nich wyszedł cały, powtarzając dziecinnie.
— Nie ma nic straconego, gdy życie jest!
Obojętność ta królewicza, nawet Zahonia zdała się strachem przejmować i podziwieniem. Chłopak który po raz pierwszy śmierć widział zblizka, słyszał jęki konających, krzyki męczonych, płacz uchodzących kobiet, które padały po drodze tuląc dzieci; patrzał na krew spływającą strumieniami i stojącą kałużami — wzdrygał się na te straszliwe wspomnienia; Zbigniew myślał już tylko o sobie. Nie spytał o wiernego Dobka, nie dowiadywał się o ulubionego Marka, nie zabolał nad stratą ludzi których postradał.
On sam rannym nawet nie był, miecz jego nie obmył się we krwi; czuł tylko głód dokuczliwy i pragnienie, które mu usta paliło.

Koniec tomu 1go.





  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd drukarza lub autora – pomylona postać, chodzi o Wojewodę Sieciecha.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.