Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 23

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 23, dnia 29 stycznia


Bal w Resursie Obywatelskiej, opisany przez uczestnika, który widział dziwne rzeczy. - Co grozi karnawałowym uciechom? - "Zebranie" w szynku na Nowej Pradze i uwagi z tego powodu. - Jacy specjaliści biorą u nas największe honoraria. - Optymizm broszury: wieczór u hrabiego X. - Co - na mocy tej broszury - powiedzą o nas w roku 101 881...


Urzędowe wrota świątyni tańców otworzyła Resursa Obywatelska balem, o którym pewien „uczestnik" zdał sprawę w „Kurierze Porannym" - „pragnąc podzielić się wrażeniami, jakie taż zabawa na nim uczyniła".

„Bawiono się - mówi uczestnik - ochoczo... a damy nasze stanowiły uroczy wianek, tak wdzięcznie się przedstawiały, że oko i serce prawdziwie się radowały, ubrania ich nie przekraczały warunków obecnie przyjętej zasady skromności, ale za to ileż gustu, co pomysłów szczęśliwych w udrapowaniu i ułożeniu każdej części ubrania tak, że się zapominało" itd.

Nie dziwimy się, że na sprawozdawcy „taż zabawa uczyniła wrażenie". I zwykłym śmiertelnikom „wdzięcznie się przedstawia" - „uroczy wianek dam".

O ileż więc potężniej „radowało się oko i serce" jasnowidzącego „uczestnika", który miał możność obserwować „udrapowanie i ułożenie każdej części ubrania tak... że się zapomniał".

„Pomimo - konkluduje autor - że w ubraniach całych nie było wielkiego bogactwa, dawniej do przesady używanego, zabawa zakończyła się o piątej rano, z życzeniem ogólnym, ażeby jak najprędzej drugą podobną komitet Resursy urządzić raczył."

Jakkolwiek trudno dopatrzyć się związku między bogactwami „w ubraniach całych" a „godziną piątą z rana" - „pomimo" to solidaryzujemy się z życzeniem, ażeby: komitet Resursy „jak najprędzej drugą podobną zabawę urządzić raczył" - dodając od siebie, ażeby po raz drugi mianował tego samego sprawozdawcę. Jeżeli bowiem „uczestnik" posiada styl niezbyt szczęśliwy, to jednak ma „oko i serce", które pozwalają mu widzieć i radować się nawet - „udrapowaniem i ułożeniem każdej części ubrania". Dalej zaś - co dla nas, nieuczestników, stanowi największą zaletę - ze swych spostrzeżeń nie robi tajemnicy.

Bez względu na świetny początek obawiam się, czy Warszawa w tym karnawale zaspokoi taneczne popędy. Nie tyle z braku chęci albo „dzielnych tancerzy" i „uroczych tancerek", albo „salonów odznaczających się staropolską gościnnością", ile z powodu - przepisów policyjnych.

Pomiędzy miastem i p. oberpolicmajstrem istnieją zbyt dobre stosunki, ażebyśmy w podobnym ogłoszeniu upatrywali szykanę.

Ale głowom rodzin już i tak przed każdym balem przybywa kilka siwych włosów na myśl: o muzyce, kolacji, sukniach, służbie... Kto wie zatem, czy warunek meldowania zabawy nie będzie w wielu wypadkach gwichtem, który szalę rozwagi mężowskiej i ojcowskiej przechyli w stronę: dajcie mi tam spokój z tańcami!

Skutki łatwo przewidzieć.

Sfery stosunków między młodzieżą płci obojej uszczuplą się bardziej niż dotychczas, związki małżeńskie staną się rzadsze, a wraz z nimi —osłabnie wzrost ludności, stanowiącej, jak wiadomo, bogactwo narodów i państw, osobliwie w epoce obdłużenia.

Nie wątpimy, że szanowny naczelnik warszawskiej policji podpisując jedną ręką artykuł, drugą nie zaniedba przedstawić władzy uciążliwości stąd płynących. Tym bardziej, że kłopot jest obustronny: zarówno dla ogółu, jak i dla policji.

Ponieważ każda rzecz ma dwie strony, więc wyliczywszy niedogodności meldowania zebrań, zobaczmy: co się trafia w zebraniach niemeldowanych.

Oto - w szynku na Nowej Pradze schodzi się na „kolację i naradę" towarzystwo „Niemców", do których należą: Darier, Bernard, Van-Bevener i niejaki Zygmuntczyk. Obok nich zbiera, się „na kolację" towarzystwo Polaków, a między innymi: August Hahn i Nikifor Czernyszew. Obie grupy zaczynają „naradzać się" w sposób bardzo ożywiony, po czym następuje „bal". Polacy chwytają za butelki, nogi od stołów i krzeseł, „Niemcy" za rewolwery; zaczyna się bój ręczny, wspiera go rotowy ogień; Polak August Hahn dostaje kulą w piersi, Polak Nikifor Czernyszew w jakąś inną część ciała, a „Niemcom" giną - portmonety i zegarki.

Na drugi dzień pisma płaczą nad „butą niemiecką" i nad tym, że cudzoziemcy uciekli się do „broni palnej", do „strzelania z rewolwerów", gdy tymczasem „żaden z robotników polskich nie tylko nie strzelał, ale żadnego narzędzia ostrego, jak: noża(!), siekiery (!!) itp., nie użył".

Jak trudno pisać historię, nawet wypadków wczorajszych, dowodzą fakta:

1° „Butni Niemcy", którzy „uciekli się do broni palnej", już po upływie dwudziestu czterech godzin zostali przemianowani na Belgijczyków, których chyba nikt nie posądza o „nienawiść mienną".

2° Nazwiska osób przyjmujących pośredni lub bezpośredni udział w skandalu są do dziś dnia nie zdecydowane. Właścicielkę szynku - jeden ze współczesnych historyków nazywa Biflową, drugi - Rifflową, a trzeci - Pifelową.

Belgijczyk, chwilowo pełniący obowiązki Niemca, wedle jednych badaczy zwie się Darier, wedle drugich - Davir. Istnieje też wątpliwość co do Polaków: Świderskiego czy Świdrowskiego, i Nienałtowskiego czy Nienałkowskieg o, że pominę Czernyszewa, którego niektórzy zwą: Czerwyszewem.

3° Prawdziwy chaos panuje w objaśnieniu przyczyn awantury... Jedni mówią, że walczyli „robotnicy Polacy" z „robotnikami belgijskimi" z powodu wydalenia z fabryki niejakiego Szewczykowskiego, który - „wśród nich siedział smutny, chwilami tylko wybuchający jakąś nienaturalną wesołością". Drudzy twierdzą że: „zaczepka nie miała innego celu, jak sprowadzenie zamieszania, które jest najlepszą sposobnością do kradzieży i rabunku".

Naszym zdaniem, nie godzi się bez dowodów awansować ludzi ani na „męczenników", ~ ani na „złodziei i rabusiów". Była to szynkowniana bitwa, i nic więcej.

„Rozjuszeni" - jak mówi jedno z pism - „Belgijczycy" musieli naprawdę być w diabelnym strachu, skoro strzelali bez ładu i pamięci, raniąc przy tym - ludzi całkiem niewinnych.

Gorzka nauka, ażeby w tumulcie nie używać broni palnej!

W nieszczęśliwych zaś Polakach, widocznie pod wpływem woni prochu, zagrała krew - bo zamiast uciekać jak spokojni obywatele, oni szli na strzały jak do kufla. Już nasi „rodacy" chyba na wiek wieków pozostaną, czym byli. Do abecadła nie napędzisz, do awantury - jedyni.

Nastręczają się tu inne uwagi.

Jeżeli bójka była wywołana w celach „rabunku", to czym się dzieje, że w Warszawie uczciwymi i spokojnymi robotnikami są: Bernard, Darier i Van-Bevener, a napastnikami i rabusiami: Szewczykowski, Nienałtowski i Świderski?...

Jeżeli zaś była to bójka między robotnikami tej samej fabryki, tylko różnej narodowości, to - skąd i dlaczego powstała nienawiść? Dlaczego Van-Bevener jest tym, który wydala z fabryki, ą Szewczykowski tym - którego wydalają? Dlaczego Van-Bevener i Darier mają możność złożyć po 500 rs kaucji, a Szewczykowski, Nienałtowski i inni - idą do kozy, jako posądzeni o napaść i chęć rabunku?

Dlaczego fabryka warszawska musi o setki mil sprowadzać Van-Bevenera, Dariera i Bernarda do kraju, w którym znajduje się przecież Szewczykowski, Świderski i Nienałtowski, ludzie zdrowi i silni?...

Czy to nie pochodzi z tego powodu, że Van-Bevener ukończył szkołę elementarną, potem rzemieślniczą, potem pracował jako majster w znakomitych fabrykach, a biedak Szewczykowski - niczego nie kończył i nic nie widział poza obrębem szynczku pani Biflowej, Rifflowej czy Pifelowej?...

A co będzie za kilkadziesiąt lat w kraju, w którym milionowi cudzoziemcy myślą o zakładaniu nowych fabryk, ale milionowi patrioci nie myślą o szkołach dla ludności pracującej?...

Ha! będzie dobra rasa... koni. Niedawno czytałem ogłoszenie, że: każda klacz pragnąca wejść w związki małżeńskie z niejakim panem „Le Sarrazin" musi wnieść w posagu rs 200.

Panowie: „Grand Daniel" i „Darck-Blue", zadawalniają się 100 rublami, pan „Batory" bierze 80 rs, a pan „Mameluk", parweniusz, poprzestaje na 6 rublach posagu i - 50 kopiejkach na stajnię.

Takie rzeczy u nas popłacają. Gdyby przyszło komu wydać 200 rs na założenie szkoły, głęboko by się zastanowił. Ale usługi p. „Le Sarrazin" są pożądane nawet - za 200 rs...

Praprawnuk pana „Le Sarrazin", jeżeli się nie wyrodzi i nie zostanie dorożkarską hetką, będzie brał nagrody na wyścigach. A wnukom Szewczykowskich, Świderskich będą palić we łby wnukowie Van-Bevenerów jako napastnikom i rabusiom reprezentującym polską narodowość w szynkach na Nowej Pradze!...

Płochliwy czytelnik gotów mnie posądzić o zamiar sięgania do kieszeni ludzi zamożnych na benefis szkół fachowych.

Boże uchowaj!

Nie mówię w tej chwili o pieniądzach. Gdyby między ludźmi zamożnymi istniał popęd do zakładania szkół i szerzenia oświaty, wówczas czytalibyśmy w pismach reklamy tej treści:

„200 rs otrzyma specjalista, który napisze najlepszy podręcznik do wykładu mechaniki."

Ale że wśród nas przeważa popęd do wyścigów, więc 200 rs otrzymuje specjalista „Le Sarrazin", a 100 rs specjalista „GrandDaniel".

Taki stan rzeczy nie dziwi mnie ani gorszy. Nie mam zamiaru być apostołem, który nawraca - ani prorokiem, który wyklina. Notuję fakt i dla wiadomości rodziców ogłaszam, ażeby wychowywali dzieci nie na uczonych, nie na artystów, nie na techników, lecz - na „Le Sarrazinów", a przynajmniej - na „GrandDanielów".

Ten fach procentuje; do innych trzeba dokładać.

Ale pan B. R., autor Wieczoru u hrabiego X, mówi, że czasy zmienią się i niebawem ludzie „dobrze" urodzeni i majętni, zamiast nad hodowlą wyścigowych koni, będą naradzać się nad sposobami produkowania uzdolnionych techników.

Wieczór u hrabiego X jest to broszura przypominająca powieści fantastyczne Hoffmanna. Wprawdzie nie mówi się w niej o duchach, bo dziś nikt w duchy nie wierzy, ale - o hrabiach i o bankierach, którzy pragną nie żartem popierać oświatę i przemysł. Za kilkadziesiąt lat i w te strachy ludzie wierzyć przestaną, a wówczas Wieczór u hrabiego X będzie miłą pamiątką nadziei, jakie tutejszokrajowa demokracja buduje na arystokracji.

Przypuśćmy jednak, że Wieczór u hrabiego X, zamknięty w metalowej puszce i zakopany w ziemi, odnajdzie jaki archeolog za 100 000 lat. Rozumie się, że broszura będzie cennym materiałem do charakterystyki naszego pokolenia i że na jej podstawie ówcześni ludzie zechcą rozstrzygnąć pytania następujące:

1. Czym zajmowali się hrabiowie i bankierzy z r. 1881?

2. Jak wyglądali, jak mieszkali itp.?

Oto co odpowiedzą archeologowie i w co (za lat 100 000) uwierzą ludzie.

„Zajęcia hrabiów i bankierów z końca XIX wieku były nader poważne. Schodzili się oni w «pałacu hrabiego X przy ulicy do godziny dziewiątej wieczór. Potem hrabia X zabierał głos i mówił, mówił, mówił aż...

Mówił, że trzeba nabywać kopalnie, ażeby nie wykupili ich Niemcy, potem, że ludzie majętni powinni na swój koszt kształcić młodych techników, a potem, że trzeba zachęcać ludzi do robienia praktycznych wynalazków.

Po hrabim X zabrał głos bankier Y, który chciał regulować koryto Wisły, zakładać wielkie towarzystwo do handlu z Cesarstwem, zaprowadzić instytucję nauczycieli wędrownych i wydawać tanie książki dla ludu.

Potem zebrani dostali «kieliszek szampana i krzyczeli: «Kochajmy się!»

Widzimy z tego - mówi archeolog za 100 000 lat - jacy pomysłowi i dobrzy obywatele żyli w wieku XIX. Gdyby nie broszura jakiegoś B.R., nie wiedzielibyśmy nawet o ich istnieniu, a co gorsze, nie moglibyśmy tych starożytnych mężów stawiać za wzór obecnie (tj. za 100 000 lat) żyjącym pokoleniom.

Zobaczmy teraz - mówi dalej archeolog - jak wyglądali i jak żyli wielcy patrioci XIX stulecia. Broszura B.R. i pod tym względem dostarcza szacownych wskazówek.

Przede wszystkim - nazwiska ich były jednozgłoskowe. Hrabia zwał się X, bankier Y, a sam autor - B.R...

Dalej - hrabia X mieszkał «w pałacu z oknami, z organów anatomicznych miał «wargi» i «rękę», a na jego «bilecie wizytowym znajdowała się «korona». Czy jednak posiadał - głowę on albo który z gości? o tym autor nie wspomina.

Z broszury można także poznać stan nauk i logikę XIX wieku. Hrabia X mówi «o całkowaniu różniczek, co dowodzi, że już o nich słyszano. Gdy jednak wypadło pomnożyć 25 przez 26 - «niektórym aż pot wystąpił na czoło.

Tak w owej epoce stała matematyka: rozprawiano o całkowaniu różniczek, a nie znano tabliczki mnożenia. Z logiką było jeszcze gorzej. Hrabia X przez trzy stronice wykłada obecnym, co powinni zrobić dla kopalnictwa? - i - mowę swoją kończy zdaniem:

«Jakże ja mogę zabrać się do kopalnictwa, kiedy nie mam o nim najmniejszego pojęcia?». Wtedy obecni «przyklasnęli mu» (idem).

Przytoczone fakta dowodzą, że znakomici mężowie XIX stulecia, którzy zaprowadzali w kraju tak skuteczne reformy, pod względem naukowym stali na stopniu nazywającym się w naszych czasach - blagierią. A pomimo to jakimiż byli oni obywatelami, jakimi przedstawicielami narodu!... Widać, że gruntowna nauka nie była nigdy potrzebna tym, którzy losom społeczeństwa - chcą nadawać kierunek.

Nie możemy pominąć jeszcze jednego szczegółu.

W owej epoce była taka drożyzna, że musiano czas kupować.

«My jeśli nie mamy czasu - mówi bankier Y - to możemy go mieć, bo możemy sobie czas kupić».

Wzmianka ta jest niesłychanie ważna. Wiadomo, że ludzie w XIX wieku mieli duże kapitały; nawet broszura wspomina o milionach rubli. Jeżeli więc mieli pieniądze i dobre chęci, to dlaczego nie pozostał najmniejszy ślad ich działań?...

Sądzę - mówi archeolog - że z dwu powodów. Primo - dlatego, że wiedza, ich była (w znaczeniu dzisiejszym) oparta na blagierii, a secundo, że wielcy patrioci i statyści musieli ogromne kapitały przeznaczać na - «kupowanie czasu».

Takim był wiek XIX. Panowały w nim nieuctwo i drożyzna, a jedynymi światłami na tle powszechnej ciemnoty byli - ówcześni hrabiowie i bankierzy.

Wprawdzie nic po nich nie zostało. Ale pomimo to nazwiska ich będą na wieki symbolem dbałości o dobro kraju.

Szkoda tylko, że dzisiejsi ich następcy tak odrodzili się od «znakomitych pierwowzorów»!"

W ten sposób archeolog z roku 101 881 sądziłby, na podstawie: Wieczoru u hrabiego X, dzisiejsze stosunki, za pomocą metod, jakich my używamy do badania ludów i języków umarłych.

A ponieważ, jak wiadomo, dzisiejsze metody są całkiem pewne i dają rezultaty prawdziwe, więc i zacytowany przez nas pogląd archeologów z roku 101 881 również będzie prawdziwym.

Niech więc radość napełni serca, że żyjemy w wieku, o którym tyle dobrego powiedzą dalecy nasi następcy.