Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 34


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 34, dnia 12 lutego


Starcie między „ubogimi” i „bogaczami” o sen i taniec. - Z czego wypływa niezbędność otworzenia resursy rzemieślniczej. - Znaczenie prasy wobec „ubogich” i „biednych”. - Obława na p. Grabowskiego. - Czy słuszna... - Różne zawody, o których milczymy. - Rada, ażeby dać pokój „bogaczom”. - Słówko o lichwie.


Ludzie miewają rozmaite potrzeby, nie zawsze zgodne. Sprzeczność interesów prowadzi do starć, które jakkolwiek są małe, pozostawiają w sercu strony słabszej uczucie krzywdy. Właśnie otrzymałem opis podobnego starcia. W pewnym domu na facjacie mieszka rodzina: „matka emerytka, wraz z córkami, biednymi pracownicami, i bratem rzemieślnikiem”. Mieszkanie to zajmują - „lat parę, a nawet kilka, i płacą regularnie 90 rs na rok”.

Po takim wstępie autor listu zadaje nieoczekiwane pytania:

„Czy ludziom tym - mówi - wolno raz w rok zabawić się, wyprawiając wieczorek ze skrzypka?...”

I pyta dalej:

„Czy lokator (widać sąsiad owej rodziny) ma prawo przysyłać służącą (z nakazem), żeby nie było takiej hecy?...” (to jest „zabawy ze skrzypką”...) I na koniec:

„Nie dosyć na tym, ale jeszcze sam pan gospodarz odzywa się w tym guście...”

Krótko mówiąc, uboga rodzina urządziła wieczorek tańcujący, sąsiad zaś jej wespół z gospodarzem domu zepsuli zabawę, a co gorsze, nazwali ją: „taką hecą!...” Pomimo to że dobrzy ludzie „płacą regularnie 90 rs co roku” za swój lokal.

Musi to być niewygodne miejsce do tańca... Swoją drogą bawiono się w nim nienajgorzej, jeżeli - „była skrzypka”, a niecierpliwy sąsiad nazwał ową zabawę aż: „taką hecą!”

„Mój Boże! - woła autor listu - za nasze mordęgi w takim mieszkaniu nie wolno nam swobodnie oddychać. To przechodzi wszelkie pojęcie!..”

Krzywda boli ich tak mocno, że aż wołają o ratunek.

„O, mój zacny panie, jeżeli wy, ludzie ukształceni, nie będziecie nas bronić swym piórem przeciw bogaczom, to musimy coraz iść do upadku; jeżeli prasa nie stanie w obronie, to będzie coraz więcej ucisku!...”

Jużci prawda, że to „ucisk”, gdy ludzie pracowici nie mogą zabawić się raz na rok. Swoją drogą autor listu nie robi z tego powodu awantur. On czuje, że mu jest źle z podobnym stanem rzeczy, ale nawet nie skarży się, tylko - pyta o zdanie i radę:

„Raz jeszcze, panie, proszę w imieniu biednych moich współbraci, odezwij się. Nie jest to skarga z naszej strony. Ale napisz sam, jak ci twoje serce i uczucie podyktuje.”

Cóż ja ci na to powiem, mój panie rzemieślniku?... Chyba tyle, że i wy macie racją, i... wasz sąsiad także ma racją.

Dla człowieka zabawa jest potrzebna jak pokarm, ale potrzebna jest - i - spokojność. Miło - tańczyć, ani słowa; ale - miło także spać. Przykro być musi, jeżeli kto podczas zabawy przysyła służącą z nakazem: „ażeby nie było takiej hecy!”. Tańcującym - robi się wtedy, jakby ich kto zimną wodą oblał. Ale z drugiej strony przykro jest słuchać muzyki i tańca wówczas, gdy człowiek rad by wypocząć w łóżku.

Wasza więc przygoda nie jest „uciskiem bogaczów”, ale zwykłym starciem się interesów. Wy chcieliście się bawić, a sąsiad chciał mieć spokój. Prawa były równe, choć skutki wykonywania ich niejednakowe. Sen sąsiada nie przeszkadzał wam tańczyć, ale wasz taniec przeszkadzał sąsiadowi spać. Dla utrzymania równowagi on przysłał do was służącą z upomnieniem.

Na podobne zatargi jest tylko jedno lekarstwo: ażeby zabawy tańcujące odbywały się zbiorowo, w salach umyślnie na ten cel przeznaczonych.

Gdyby istniała resursa rzemieślnicza, o której od kilku lat piszemy (a której nikt nie zakłada), ludzie mniej zamożni mieliby doskonałe miejsce rozrywek.

Byłaby sala duża, muzyka, liczne towarzystwo, a wszystko - za mały grosz. Instytucja podobna oszczędziłaby rzemieślnikom nudów, kłopotów i wydatków.

Dopóki resursy nie ma, rzemieślnicy radzą sobie tak, że wyprawiają wieczory zbiorowe w salach najętych. Do tej pory bawili się w taki sposób drukarze i ślusarze; o innych fachach nie słyszałem, widać, że między nimi nie ma solidarności. A szkoda, bo gromadzie zawsze weselej niż ludziom rozsypanym.

W każdym razie fakt ten charakteryzuje klasę naszych oświeconych rzemieślników. Są oni niebogaci, mieszkają całą rodziną w ciasnocie, ale gotowi bawić się i tu, choćby „raz na rok”.

Gdy im kto przerwie, nie robią skandalu, nie składają w pismach ofiar „na Szpital Jana Bożego” albo „na instytut moralnej poprawy”, ale - radzą się i żalą. Zresztą chodzi im nie tylko o nich samych, ale i „o biednych współbraci”, którym także trudno urządzić zabawę.

„Bogacze”, którym słusznie miły jest wypoczynek, mogliby w zamian postarać się dla tych uczciwych ludzi o koncesję na resursę rzemieślniczą.

Jest to rzecz pocieszająca, że rzemieślnicy i w ogóle stan średni poczyna coraz częściej zwracać się do prasy jak do swego doradcy i przyjaciela.

Tym sposobem klasa bardzo liczna, ale dotychczas nie mająca głosu ani znaczenia w społeczeństwie, wytworzy sobie duchowe ognisko i wystąpi na scenę interesów publicznych. My zaś, dziennikarze, pozyskamy siłę moralną, za pomocą której, choć do pewnego stopnia, będzie można równoważyć wszechmocną potęgę kapitału i urodzenia.

Pora przypomnieć tym czynnikom, że one nie są jedynymi w kraju i że w swoich czynach muszą brać w rachubę nie tylko interesa, pojęcia i upodobania własne, ale i interesa mas, na których opiera się ich znaczenie.

Wśród wszystkich klęsk, jakie na kraj spadły, jest fakt pomyślny, że na widownię publiczną, którą dotychczas zapełniała tylko klasa „dobrze urodzonych” - występują warstwy nowe. Przez kilkanaście lat prasa trudniła się legitymowaniem bogatego mieszczaństwa: wykazywała jego obywatelskie zasługi, jego równość wobec uprzywilejowanych i domagała się dla niego o prawo głosu.

Dziś plutokracja, bez względu na tytuł i wyznanie, zajęła należne jej stanowisko.

Przychodzi kolej na tych, którzy nie błyszczą ani majątkiem, ani tytułami, ani stosunkami; przychodzi kolej na małych właścicieli, małych kupców, małych rzemieślników. Niech i o nich świat dowie się, że istnieją i że mogą wywrzeć wpływ, choćby - na wybory do rady miejskiej.

Dobijając się jednak o prawo ubogich i maluczkich, nie trzeba występować z fałszywymi pretensjami do „bogaczów”. System taki, stosowany energiczniej, mógłby zasiać niezgodę między klasami, a w każdym razie doprowadzić do skutków potwornych.

Oto przykład.

Podczas jubileuszu Kraszewskiego umyślono założyć instytucję szerzenia oświaty - pod nazwą „Macierz”. Instytucja ta, rzecz prosta, przeznaczona była do szerzenia oświaty między ubogimi, ale - przynajmniej w początkach - oprzeć się musiała na pieniądzach dostarczonych przez „bogaczów”.

Rozumie się, że fundusz musiał powstać z ofiar dobrowolnych; zdobywanie pieniędzy maczugą albo nożem nie wchodzi do programu, nawet - towarzystwa oświaty.

Tymczasem prawie zdarzyło się inaczej.

P. Ludwik Grabowski, były urzędnik w jednym z miast prowincjonalnych, odziedziczył znaczny majątek i w zapale, podobno przy kolacji, obiecał ofiarować na rzecz „Macierzy” - 20 000 rs.

Pisma doniosły o tym, zawczasu mianując p. G. „naszym znanym dobroczyńcą”. Ale zanim wieść obiegła wszystkie dzienniki, pojawiły się ogłoszenia zaprzeczające:

„Pan L. G. nie dał jeszcze na «Macierz» obiecanych 20 000.”

„Pan L. G. miał zamiar dać 20 000 rs, ale - rozmyślił się.”

„Pan L. G. wcale nie miał zamiaru dawać 20 000 rs na «Macierz».”

„Pan L. G. jeszcze nie dał 20 000 rs, ale zapewne da...”

Słowem - na nieszczęsnego pana L. G. urządzono obławę. Kto w Boga wierzył, chwytał za duchowy oręż i gromił nim pana L. G. wprost lub przez elewację, przypominając mu, że złamał słowo, że nieuczciwie jest łamać słowo, a nawet - że człowiek, który odziedziczył majątek i nie ma rodziny, powinien dać na „Macierz” - 20 000 rs.

Nie ulega wątpliwości, że „Macierz” jest potrzebna - że prasa działa w dobrej wierze i z uczciwymi zamiarami i - że p. L. G. uronił nieostrożne słówko.

Pytanie jednak, czy opinia publiczna ma prawo używać tak silnego nacisku w celu zmuszenia jednostki do... cnoty?...

Przecie ofiara na rzecz publiczną jest nie tylko ofiarą, ale i - honorem dla dającego. Kto składa podobny datek, tego otacza wyjątkowa cześć, ten kupuje sobie pamięć u potomnych, przynajmniej na tak długo, dopóki istnieć będzie obdarowana instytucja.

Z tego powodu zdaje mi się rzeczą niesłychaną zmuszać kogoś, ażeby stał się sławnym i był otoczony wyjątkową czcią. Co więcej - podobny nacisk jest gwałtem zadanym ludzkiej i obywatelskiej swobodzie.

Ofiary z majątku, c2asu, wiedzy, zdrowia i życia są pięknymi czynami. Ci, którzy ratowali ginących w studni -r- ów majster murarski i policjant, którzy przed kilkoma dniami wydobyli matkę i dzieci z płonącego domu, to bohaterowie! Wyobraźmy sobie jednak, jakby świat wyglądał, gdyby każdego z nas pchano gwałtem do walącej się studni, do - płonącego domu albo do innych widowni „pięknych czynów”?...

Śmieszne jest zapowiadać wielkie dzieło - i - nie wykonać go. Ale zmuszać do wielkich dzieł jest niebezpiecznie. Ów p. L. G., rozmyśliwszy się, może by dał na „Macierz” zamiast 20 000 rs tylko - 200 rs. Dziś nie da zapewne ani grosza, bo prześladowanie, któremu uległ, onieśmieli go, jeżeli nie zniechęci do wszelkich ofiar.

Powie kto, że z p. L. G. postąpiono z wyjątkową srogością, ponieważ - zrobił zawód społeczeństwu?.,.

Miły Boże, ile nas podobnych zawodów spotyka!...

Ilu młodzieńców, którzy byli „nadzieją” społeczną, wyrosło na próżniaków i rozpustników! Ilu mężów „cieszących się ogólnym szacunkiem” nie ma czasu usprawiedliwić tego szacunku choćby najdrobniejszym faktem! Ile „obiecujących talentów” stało się zwykłymi zarozumialcami!...

Przecież i to są zawody warte 20 000 rs p. L. G.

A czy nie obiecywano nam błogich skutków z rozmaitych muzeów, o których dziś coraz mniej słychać? A czy nie cieszyliśmy się nadziejami różnych szkół fachowych, do których kandydaci już zaczynają porastać w siwiznę i łysinę?

Te zawody warte są przynajmniej 200 000 rs.

A czy nie posiadamy całych klas, które miały pretensję do tytułu: „chluby” - „świecznika” - „przewodnika” - „naturalnego opiekuna” - „przedstawiciela godności” społeczeństwa, a tymczasem - chluby mamy niewiele, ciemności w bród, przewodnictwo - kiepskie i opiekę diabła wartą.

Znowu zawody, dające się ocenić na 20 000 000 rs. A przecie nie uskarżamy się na nie!...

Żyjemy w epoce, kiedy uwaga klas oświeconych zwróciła się ku licznym nieoświeconym warstwom, które stanowią fundament społeczny. Widzimy, że wychowanie tych klas jest zaniedbane, położenie materialne - złe, potrzeby duchowe - nie zaspokojone. Widzimy to i szukamy ratunku uprzedzając bieg czasu i naturalnego rozwoju.

Wedle przyjętych opinij kamień węgielny pod budowę oświaty i pomyślności mas winni by położyć ci, którym wychowanie dało wiedzę o obowiązkach, a majątek - siłę. Widocznie jednak omyliliśmy się. Jest tam siła, ale wiedzy o obowiązkach nie ma i - podobno nie stworzą jej artykuły dziennikarskie.

Cóż zatem robić? Oto nie rachować na siły wielkie, lecz zwrócić się do małych: skupić je, oświecić i - niech same radzą o sobie.

Długie doświadczenie nauczyło ludzkość znakomitej prawdy, że jeżeli chleb własną pracą zdobyty idzie na pożytek, to nawet mięso z darowanych uczt - psy jedzą.

W ostatnich czasach rząd zwrócił uwagę na lichwiarzy. Polecił ich czujności policji i nakazał do 13 lipca rb. zwrócić fanty, wzięte na zastaw.

Rozporządzenie to jest wstępem do koncesji na zakładanie kas pożyczkowych i prywatnych lombardów, gdzie będzie można dostać kapitału na procent niższy od lichwiarskiego. W przeciwnym razie lichwa, jak kret spłoszony, zakopie się głębiej niż dziś i zacznie pobierać jeszcze większe procenta.

Niech specjaliści, jeżeli potrafią, nakreślą plan walki z lichwą. Ja zwrócę uwagę na parę wydatniejszych faktów.

Wyraz: lichwiarz, budzi w „doświadczonym” człowieku pasmo wrażeń przykrych. Lichwiarz to jest ten, który za pożyczonego rubla bierze od nas w ciągu roku dwa, trzy i więcej rubli procentu. Lichwiarz to - dzisiejszy pan rzymski, którego niewolnikami są wierzyciele, najczęściej biedni, a z których on wyciska stokroć większe usługi niż warta pomoc, jaką im wyświadczył. Lichwiarz to tyran, który zmusza ludzi do nadmiernej pracy i - albo ich rujnuje, albo zabija. Lichwiarz uczy fałszować podpisy i kraść; on jest kładką, po której przechodzi się do nędzy, hańby, kryminału, a nawet do grobu na rozstajnych drogach.

Ta popularna charakterystyka uczy, że armia lichwiarzy rekrutuje się między ludźmi, którzy nie znają ani litości, ani współczucia, ani wyrzutów sumienia, krótko mówiąc - spośród największych hultajów.

Dlaczego pieniędzmi handlują tylko najwięksi hultaje? Dlaczego rzemiosło to nie jest uprawiane przez ludzi choć odrobinę uczciwszych?

Chyba dlatego, że opinia potępiła procent wielki, bez względu na to, że tam, gdzie istnieje brak kapitałów albo gdzie zachodzi wątpliwość co do odebrania sumy wypożyczonej, procent nie może być zwykły.

Ta bezwzględność potępienia wywołała dziwne skutki.

Ludzie uczciwi cofnęli się od ryzykownego handlu pieniędzmi. Uczciwy może ryzykować choćby dużą stawkę na loterię - może nie ubezpieczać majątku i narażać się na stracenie go w ogniu - może wysyłać go okrętem i narażać na zatopienie. Ale nie może ryzykować pieniędzy w pożyczkach i brać od nich wyższych procentów, bo to według ogólnego zdania jest czynem hańbiącym.

Prosta rzecz, że wobec takich poglądów musiała wytworzyć się klasa indywiduów bez czci i wiary, które ryzykują, ale każą sobie płacić nie tylko za ryzyko, lecz i za piętno hańby.

Kat, czyściciel, łapacz psów również każą sobie płacić nie tylko za pracę, ale i za pogardę ogólną.

Nie koniec na tym. Między ludźmi, zresztą niezłymi, są tacy, którzy ryzykują kapitał i biorą procenta wyższe od zwykłych. Ale ci chowają się za „pośredników”. I wynika szczególny proceder.

Ów człowiek „niezły” daje „pośrednikowi” kapitał np. na 20%, a „pośrednik” wypożycza go interesantom po 60%. Społeczeństwo dokłada na czysto 40% dlatego tylko, że podobało mu się pluć w oczy handlarzom kapitałów.

Przypomina to burmistrza, który gdy w publicznej studni odkryto złą wodę, kazał - odjąć wiadra. Od tej pory mieszkańcy nie tylko pili złą wodę, ale jeszcze musieli ponieść wydatek na kupno własnych wiader.

Co w takim stanie rzeczy robić z lichwą?... Ja nie wiem. Trzeba zakładać jak najwięcej kas pożyczkowych i lombardów i pozwalać im na pobieranie procentów nieco większych niż bankom.

20% znaczy dużo, ale i on może być ulgą i ocaleniem dla człowieka, który dziś musi płacić lichwiarzowi pokątnemu 60%.

Zresztą i kasy nie zniosą lichwy całkowicie. Dla wytępienia jej trzeba głębokich reform w zwyczajach społeczeństwa. Trzeba: oszczędności, punktualności, rachunkowości i różnych innych ości, które dziś tak nas dławią, że nie tylko przyswoić ich sobie, ale nawet przełknąć ich nie możemy.