Lord Jim (tłum. Węsławska)/Rozdział IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Lord Jim
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wyd. 1904
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Emilia Węsławska
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.


— Mówiłem do siebie: Toń przeklęty! toń!
Temi słowy zaczął znowu opowiadanie. Chciał, żeby to się już skończyło. Był sam i w swej głowie sformułował to wezwanie do parowca, a zarazem bawił się widokiem lichej komedyi. Wciąż jeszcze majstrowali przy łodzi. Kapitan wydawał rozkazy:
— Wleźcie pod spód i spróbujcie podnieść! — tamci naturalnie myśleć o tem nie chcieli. Rozumiesz pan, że znaleźć się pod łodzią, kiedy parowiec mógł w jednej chwili zatonąć, nie było rzeczą pożądaną.
A czemuż pan nie wlezie — pan najsilniejszy! — zapiszczał mały maszynista.
— Do dyabła! za gruby jestem! — odciął się zrozpaczony kapitan. — To było tak śmieszne, że mogło aniołów do łez pobudzić. Stali chwilę bezradnie i nagle główny maszynista rzucił się do Jima:
— Chodź i pomóż, człowieku! Zwaryowałeś, czy co, by wyrzekać się ostatniej nadziei ocalenia? Chodź, pomóż, człowieku! człowieku! Spojrzyj tam — spojrzyj!
Jim zwrócił nareszcie wzrok swój na miejsce, z takim uporem przez tamtego wskazywane.
Ujrzał czarną chmurę, która już trzecią część nieba zajęła. Wiecie, jak to się te chmury zjawiają w tej porze roku. Z początku widnokrąg ciemnieje — nic więcej; następnie wznosi się chmura prosto, spadła jak mur. Prosta smuga oparów, podbita białemi błyskami, podnosi się z południowej strony, wchłania w siebie wszystkie gwiazdy, jej cienie ścielą się nad wodami i łączą niebo z morzem w jednej ciemnej otchłani. Spokój zupełny, ani wiatru, ani grzmotu — żadnego dźwięku; ani śladu błyskawicy. Później, w tym mrocznym bezmiarze, ukazuje się blady łuk, raz, czy dwa coś zadrga w tej ciemności i nagle — deszcz i wicher spada z nadzwyczajną gwałtownością, jak gdyby przebił się przez coś solidnego.
Taka chmura zebrała się właśnie w tej chwili. Spostrzegli ją, z zupełną słusznością powzięli przekonanie, że jeżeli przy zupełnym spokoju była jakaś nadzieja, że parowiec parę minut utrzyma się jeszcze, to przy najlżejszym ruchu morza zatonąć musi natychmiastowo. Jego pierwsze pochylenie się przy podmuchu, poprzedzającym wybuch huraganu, będzie ostatniem, zanurzy się w morzu i powoli, powoli spadnie na samo dno. Taka była przyczyna nowego wybuchu ich trwogi, nowych rzucań się, wyrażających całą głęboką odrazę do śmierci.
— Czarno było zupełnie czarno — ciągnął dalej Jim posępnie. — Wypełzło to za plecami naszemi. Piekielna sztuka! Przypuszczam, że jeszcze tliła dotąd iskierka nadziei w mej głowie. Nie wiem. Teraz wszystko przepadło. Szalałem, widząc się tak złapanym. Wściekły byłem, jak gdybym w pułapkę dał się złapać. Byłem złapany! Nie było parno, przypominam sobie. Ani jednego drgnienia w powietrzu.
Pamiętał to tak dobrze, że teraz dyszał, siedząc w fotelu, pocił się i dusił. Bezwątpienia, że to odbierało mu przytomność, ale zarazem przywiodło mu na myśl zamiar, dla którego leciał na most, o czem najzupełniej potem zapominał. Chciał poodcinać łodzie ratunkowe! Wyciągnął nóż z kieszeni i ciął na prawo i lewo, jak gdyby nie słyszał, nie widział, był sam na moście. Tamci myśleli, że zwaryował i nie śmieli przeszkadzać mu w tem, co uważali za niedorzeczną stratę czasu. Gdy skończył, wrócił na to samo miejsce, gdzie stał poprzednio. Główny maszynista czekał tam na niego, schwycił rękę jego i szepnął tak blizko do ucha, jak gdyby je odgryźć chciał.
— Cóż ty głupcze myślisz, że oni ci pomogą te bestye, gdy się znajdą w wodzie? Bijąc się o łodzie, także zgruchoczą głowę!
Jim nie zwracał na nic uwagi.
Kapitan nerwowo szurgał nogami, nie ruszając się z miejsca: — Młota, młota dajcie! Na Boga! prędzej! Mały maszynista chlipał jak dziecko, ale pomimo, że miał rękę złamaną, okazał więcej od innych przytomności i zdobył się na odwagę skoczenia do kajuty, dla maszynistów przeznaczonej. Jim mówił, że rzucał rozpaczliwie spojrzenia, jak człowiek osaczony, jęknął boleśnie i pomknął. Wrócił natychmiast, trzymając młot w ręce i rzucił się do łodzi.
Inni odstąpili Jima i pobiegli pomagać mu.
Jim słyszał uderzenia młotem i dźwięk spadającego łańcucha. Łódź wolną była. Wówczas tylko obejrzał się — tylko wówczas. Ale trzymał się zdala — trzymał. Chciał, bym pamiętał, że trzymał się zdala, że nic wspólnego nie było między nim a tymi ludźmi z młotem. Nic a nic. To więcej niż prawdopodobne, że on myślał, iż jest od nich oddzielony przestrzenią, nie dającą się przebyć, przeszkodą, nie dającą się zwalczyć — bezdenną przepaścią.
Dzieliła ich cała szerokość parowca.
Stopy jego przywarły do miejsca, gdzie stał, a oczy — do tej grupy ludzi pracujących z wysiłkiem, dręczonych straszną obawą. Szalupka, wisząca na słupie, rzucała światło na te pochylone ramiona, łukowato zgięte od wielkiego wysiłku plecy.
Pchali łódź; spychali z całej siły i już nie oglądali się na niego. Zostawili go, jak gdyby rzeczywiście był zbyt oddalony, by warto było zwrócić się do niego ze słowem, spojrzeniem lub znakiem.
Nie mieli czasu patrzeć na jego bierne bohaterstwo. Łódź ciężka była, pchali ją z takim wysiłkiem, że już tchu nie starczyło na jakieś słowo zachęty; ale strach, targający nimi, jak wicher liśćmi, zmienił ich rozpaczliwe wysiłki w jakieś śmieszne podrygi, przypominające farsy clownów.
Pchali rękami, głową, całym ciężarem ciała swego, całą mocą duszy — ale jak tylko zdołali poruszyć ją z miejsca, jednym dzikim skokiem rzucili się w nią. Łódź zakołysała się gwałtownie, oni tłukli się o siebie, ale pozostali na miejscu. Stali tak chwilę, szeptem obrzucając się najohydniejszemi wyrazami, jakie tylko znaleźć mogli i nanowo zabierali się do pracy.
To się powtarzało trzy razy. Opisywał mi to z ponurą zadumą. Nie stracił ani jednego ruchu z tego śmiesznego widowiska.
— Pogardzałem nimi. Niewidziałem ich. A musiałem patrzeć na to wszystko — mówił to bez emfazy, rzucając na mnie badawcze spojrzenie.
— Czy kto kiedy był na taką rzecz narażony?!
Schwycił się za głowę, jak człowiek dotknięty niewypowiedzianą zniewagą.
To były rzeczy, których on nie mógł wyjaśnić sądowi — ani nawet mnie; ale okazałbym się niegodnym zwierzeń jego, gdybym nie był zdolny rozumieć, co się pod niedomówionemi słowami mieści. W tej napaści na jego męztwo były szydercze intencye nizkiej zemsty; był jakiś pierwiastek komizmu, w tem jego przejściu zbliżania się śmierci lub hańby towarzyszyły śmieszne skoki i dziwaczne miny.
Opowiadał fakty, o których nie zapomniałem, ale słów jego powtórzyć już nie mogę, wyszły mi z pamięci; pamiętam tylko, że usiłował opanować miotający nim gniew, opowiadając nagie fakty.
Dwa razy, jak mówił, zamykał oczy, będąc pewnym, że koniec już nadszedł, i dwa razy musiał otwierać je nanowo. Za każdym razem zdawał sobie sprawę ze zwiększającej się ciemności. Cień milczącej chmury spadł z zenitu na parowiec, zdając się głuszyć wszelki odgłos życia. Nie słyszał już głosów żadnych z pokładu. Mówił, że ile razy zamykał oczy, tyle razy widział tę masę ludzi, wiedzionych na śmierć tak pewną, jak pewnym jest codzienny wschód słońca. Gdy zaś je otwierał, widział tych czterech ludzi, walczących jak szaleńcy z oporną łodzią.
— Od czasu do czasu odskakiwali, obrzucali się przekleństwami i znów rzucali się... Można było ze śmiechu umrzeć — dodał ze spuszczonemi oczami; a nagle spojrzał na mnie ze strasznym uśmiechem i rzekł: — Powinienem pędzić wesołe życie, na Boga! wszak zanim umrę, ten zabawny widok nieraz ukaże się oczom moim. Powieki jego znów opadły.
— Patrz i słuchaj... patrz i słuchaj — powtórzył dwa razy, robiąc długą przerwę.
Wyprostował się.
— Postanowiłem trzymać oczy zamknięte — mówił — ale nie mogłem. Nie mogłem, i nie dbam o to, czy kto w to wierzy. Niech przejdą przez chwile takie, a wtedy niech gadają. Raptem szeroko otwarły się moje oczy i usta. Czułem, że parowiec się poruszył. Pochylił swój dziób i znów podniósł — delikatnie, powolutku, ale tak się nie poruszył już od wielu dni. Chmura wybiegła naprzód i ten pierwszy ruch zdawał się poruszać morze z ołowiu.
Nie było życia w tem drgnieniu, a jednak ono coś powaliło w głowie mojej. Cobyś pan uczynił?
Pewnym jesteś siebie — prawda? A co byś zrobił pan, gdybyś uczuł w tej chwili — że ten dom drga? Skoczyłbyś! Na Boga! Jednym rzutem znalazłbyś się w tamtych oto krzakach.
Wyciągnął rękę, wskazując krzewy, znajdujące się po za balustradą. Zachowałem spokój. Spojrzał na mnie poważnie, surowo. Nie mogło być pomyłki; dałem się wciągnąć, więc należy mieć się na ostrożności, by słowem lub gestem nie zdradzić fatalnego przypuszczenia, że i zemną coś podobnego staćby się mogło. Nie byłem usposobiony, by się tu zaryzykować w jakikolwiek sposób. Pamiętajcie, że siedział on przedemną i śledził mnie bacznie.
Ale jeżeli chcecie wiedzieć, to przyznaję, że jednym rzutem oka oceniłem przestrzeń dzielącą nas od ciemnej gęstej masy krzewów, znajdujących się na środku gazonu przed werandą.
Przesadzał. Zerwałbym się i odskoczył na kilka kroków, tego jestem zupełnie pewny.
Przyszła ostatnia chwila, jak myślał, a on się nie poruszył. Nogi jego pozostały przylepione do deski, na której stał, chociaż myśli kotłowały w głowie. W tej to właśnie chwili ujrzał, że jeden z ludzi, walczących przy łodzi — odskoczył nagle w tył, wzniesionemi rękami chwytał powietrze, zachwiał się i upadł. Nie upadł właściwie, zsunął się powoli w siedzącą pozycyę.
— Był to chłopiec o bladej, wynędzniałej twarzy, z poszarpanemi wąsami. Spełniał obowiązki trzeciego maszynisty — dodał:
— Umarł — rzekłem, gdyż słyszałem coś o tem na sądzie.
— Tak mówią — odparł z ponurą obojętnością. — Ja o tem nie wiem. Słabe serce. Podniecenie. Wyczerpanie. Dyabli wiedzą! he! he! Widać by to, że i on również nie chciał. Czy to nie śmieszne? Niech mnie djabli porwą, jeżeli nie zgłupiał do tego stopnia, że sam był przyczyną swej śmierci! Obałamucony był — zmuszony do tego na Boga! tak jak ja!... Ach! Gdyby siedział sobie spokojnie; gdyby odesłał ich do wszystkich dyabłów, gdy przyszli wyciągać go z hamaku, mówiąc, że parowiec tonie! Gdyby stał tu z rękami w kieszeniach i wymyślał mu tylko.
Wstał, pięść zacisnął, spojrzał na mnie i znów usiadł.
— Stracona sposobność, co? — szepnąłem.
— Dlaczegóż pan się nie śmiejesz? — rzekł. — To żart z piekła rodem. Słabe serce! Czasami żałuję, że moje takiem nie było.
— To mnie zirytowało.
— Doprawdy? — zawołałem z głęboką ironią,
— Tak. Nie możesz pan tego zrozumieć? — krzyknął.
— Nie wiem, czego mogłeś chcieć więcej — odparłem gniewnie. Rzucił mi zupełnie niezrozumiałe spojrzenie. Ten pocisk również nie trafił do celu, a on był człowiekiem, nie troszczącym się o chybiające strzały. Na honor, on był za mało podejrzewającym; z nim nie można było prowadzić pięknej gry. Rad byłem, że mój pocisk chybił — że on nawet nie usłyszał lotu strzały.
Rozumie się, że wtedy nie mógł wiedzieć, że ten człowiek nie żyje. Następna minuta — ostatnia, jaką spędził na parowcu — była natłoczona masą wypadków i uczuć, bijących z niego, jak fale morskie o skałę. Używam tego porównania, gdyż jego opowiadanie zmusiło mnie do zwierzenia, że on w tem wszystkiem zachował dziwne złudzenie bierności, jak gdyby nie on tu sam działał, lecz dał się pociągnąć piekielnej mocy, która jego obrała na ofiarę swych żartów.
Pierwszy odgłos, jaki doszedł do jego świadomości, był zgrzytem spuszczanej nareszcie łódki, przeniknął go od stóp do głowy. Orkan wybuchnie lada chwila, drugi, silniejszy podmuch podniósł bierną łupinę parowca z tak groźnem przechyleniem, że tchu mu zbrakło, gdy mózg jego i serce przeszywały jak sztyletami paniczny strach zdradzające krzyki.
— Prędzej! prędzej! na miłość Boga! Już tonie!
W tej chwili tam na pokładzie ludzie rozmawiać zaczęli.
— Gdy oni rozpoczynali swe wrzaski, umarłego zbudziliby — rzekł.
Gdy łódź literalnie wpadła do wody, rozległy się w niej tupotania nóg i krzyki.
— Zdjąć z haka! Prędzej! Odbijaj! Prędzej! bo zginiemy. Orkan tuż nad nami...
Jim po nad swą głową słyszał lekki szelest wiatru, a pod stopami okrzyki boleści. Czyjś podniesiony głos miotał przekleństwa na hak, utrzymujący łódź na uwięzi.
Parowiec zaczął brzęczeć, huczeć, jak przewrócony ul i tak, jak spokojnie opowiadał mi o tem wszystkiem — gdyż właśnie w tej chwili zachowanie się jego, głos i spojrzenie było spokojne — powiedział, bez słowa ostrzeżenia:
— Potknąłem się o jego nogi.
Tu dowiedziałem się po raz pierwszy, że ruszył się z miejsca. Nie mogłem powstrzymać pomruku zdziwienia. Coś go porwało, rzuciło naprzód, ale co było przyczyną, że wyszedł ze swej nieruchomości, nie wiedział nic, tak jak nie wie wyrwane z korzeniem drzewo o wichrze, który powalił je o ziemię.
To wszystko spadło na niego: krzyki, widok grożącego orkanu, nogi zmarłego — wszystko — na Jowisza! Piekielny żart utkwił mu w gardle — ale uważajcie — nie przyznawał, by objawił się w jego gardzieli jakiś ruch połykający. To dziwne, jak on umiał narzucać się ze swemi urojeniami. Słuchałem, jak o jakichś sztukach czarnej magii, na trupie dokonywanych.
— Przewrócił się na bok, bardzo powoli i to jest moje ostatnie wspomnienie, jakie z parowca wyniosłem — mówił dalej. — Nie obchodziło mnie, co on robi. Wyglądał, jak gdyby chciał się podnieść; oczekiwałem, że zaraz się zerwie i wskoczy za innymi do łódki. Słyszałem stukania o łódź i czyjś przeciągły głos wołał: — Jerzy!
Trzy głosy razem podniosły wrzask: jeden ryczał, drugi wył, trzeci... beczał! Ach!
Zadrżał i widziałem, jak wstawał powoli, jak gdyby czyjaś niewidzialna ręka podniosła go za włosy z krzesła. Podnosiła, a gdy wyciągnęła go na całą wysokość, kolana się wyprostowały zupełnie — wówczas puściła go, a on zachwiał się na nogach.
W ruchach jego, w twarzy, w głosie, była jakaś dziwna nieruchomość — gdy rzekł:
— Oni krzyczeli...
Ja mimowolnie nastawiłem uszu, jak gdyby mógł do mnie dojść ten głos.
— Na tym parowcu było osiemset ludzi — rzekł, przygważdżając mnie do miejsca ponurym wzrokiem.
— Osiemset żywych ludzi, a oni wrzeszczeli, domagając się, by jeden zmarły skoczył do łódki i był ocalony.
— Skacz Jerzy! Skacz, prędzej!
Stałem nad łodzią zupełnie spokojnie. Ciemno było, jak na dnie przepaści. Nie widziałeś ani nieba, ani morza. Słyszałem, jak łódź tłukła się o brzeg parowca, który rozbrzmiewał teraz głosami dochodzącemi z pokładu.
Nagle kapitan wrzasnął:
Mein Gott! Orkan! Orkan! Odbijaj!
Z pierwszym świstem deszczu i hukiem wiatru doleciały mnie ich głosy.
— Skacz, Jerzy! Schwycimy cię! Skacz!
Parowiec zaczął się pogrążać; deszcz zalewał potokami wody most; wiatr zerwał mi czapkę z głowy; tchnąć nie mogłem. Zdawało mi się, że jestem na wysokiej wieży i słyszę dziki wrzask:
— Je-e-rzy! Skacz!
Parowiec pogrążał się coraz głębiej, głębiej...
Stanowczym ruchem podniósł rękę do twarzy i wykonywał ruchy palcami, jak gdyby bronił się od pajęczyny, zasnuwającej mu twarz, następnie patrzył na swą dłoń przez parę sekund, nareszcie wyrzucił z siebie te słowa.
— Skoczyłem..... jak się zdaje! — dodał. — Jasne niebieskie jego źrenice zwróciły się na mnie pełne boleści, a patrząc na niego, tak zgnębionego, zbolałego, doznawałem smutnego uczucia i głębokiej litości, jaką musi odczuwać stary, bezsilny mężczyzna na widok rozpaczy dziecka.
— Tak wygląda! — mruknąłem
— Nic o tem nie wiedziałem, zanim w górę nie spojrzałem — objaśnił pośpiesznie. I to również być mogło. Musiałeś słuchać jego opowiadania, jak byś to zrobił dla małego chłopca, zwierzającego ci się ze swych zmartwień. On o niczem nie wiedział. Zdarzyło się to jakoś. Wpadł na kogoś i uderzył się o poprzecznicę. Zdawało mu się, że wszystkie żebra po lewej stronie zostały złamane, przewrócił się na drugi bok i wówczas ujrzał niejasne zarysy parowca, wznoszącego się nad nim z czerwonym blaskiem lampy, przeświecającym poprzez ulewę, jak ogień na wzgórzu, widzianem poprzez mgłę.
— Zdawał się wyższym od muru; wznosił się jak skała nad łodzią... Chciałem umrzeć — krzyknął.
— Wracać już nie mogłem. Skoczyłem jakby do jakiejś studni, w czarną bezdenną przepaść..... w wiekuistą głęboką dziurę!...