Nędznicy/Część trzecia/Księga ósma/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Nędznicy
Wydawca Księgarnia S. Bukowieckiego
Data wyd. 1900
Druk W. Dunin
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Misérables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI.
Dziki w swojem legowisku.

Miasta na podobieństwo lasów, posiadają, swoje ostępy, w których się kryje wszystko, co mają najzłośliwszego i najstraszniejszego. Tylko, że po miastach, to, co się ukrywa w ten sposób, jest okrutne, plugawe i małe; jednem słowem: szpetne; to zaś, co się ukrywa w lasach, jest okrutne, dzikie i wielkie; jednem słowem: piękne. Wybierając pomiędzy legowiskami, więcej są warte gniazda zwierząt od gniazd ludzkich Lepsze jeszcze jaskinie od dziur podejrzanych.
To, co Marjusz widział przez okienko, była to dziura podła. Marjusz był biedny i izdebka, w której mieszkał, była także uboga; ale tak jak jego ubóstwo było szlachetnem, tak i jego ciupka była schludna. Izba, w którą się wzrok jego zagrążył, w tej chwili była obrzydliwa, brudna, smrodliwa, duszna, ciemna, plugawa. Za jedyne meble: krzesło wypchane słomą, stół kulawy, kilka starych czerepów, i w dwóch kątach, dwie kupy barłogu, służące za łóżka; za całą światłość, okno w dymniku o czterech szybach, zasnute pajęczynami. Wpadało przez ten otwór tylko tyle dnia, ile było potrzebą, ażeby z twarzy ludzkiej zrobić twarz widziadła. Ściany miały pozór trędowaty, i były pokryte szramami i ranami, jakby twarz skancerowana jakąś straszliwą chorobą. Opływała je ropowata wilgoć. Odznaczały się na nich miejscami bezwstydne rysunki, niezgrabnie kreślone węglem.
Izba, którą Marjusz zajmował, miała przynajmniej posadzkę z cegieł powyszczerbianych; ta zaś nie miała nawet cienia podłogi; chodziło się tam poprostu po opadanem wapnie i gruzach poczerniałych od naniesionego błota. Na tym nierównym pokładzie, gdzie śmieci zdawały się być po wdeptywane i jakby powrastałe, i którego nie tknęła nigdy jedna tylko rzecz: szczotka do zamiatania, leżały kupami tu i owdzie: to stare chodaki, to dziurawe pończochy i najobrzydliwsze szmaty. Zresztą izba ta miała komin, za co też kazano sobie z niej płacić komornego czterdzieści franków rocznie. W kominie tym było także wszystkiego potrosze: fajerka, garnek, połamane deski, łachmany pozawieszane na gwoździach, klatka od ptaka, kupa popiołu, i na nim nawet trochę ognia. Dwa polana kopciły tam posępnie.
Ale co jeszcze przykrzejszy nadawało pozór tej izbie, to to, że była duża i nieregularnych kształtów. Mnóstwo tam było wypukłości, kątów, czarnych zaklęsłości, łataniny u sufitu, zatok i przylądków. Ztąd mnóstwo niezgłębionych kryjówek, w których wyobraźnia mogła przewidywać schronienia pająków wielkich jak pięść, stonogów szerokości stopy, i może nawet nie wiedzieć jakich istot ludzkich najpotworniejszych.
Jedno z legowisk znajdowało się blisko drzwi, drugie przy oknie. Obadwa jednym końcem dotykały komina i znajdowały się wprost Marjusza. W jednym z kątów, najbliżej przytykającym do otworu, przez który Marjusz zaglądał, była zawieszona na ścianie, w ramach z czarnego drzewa, rycina kolorowana, pod spodem której napisano było wielkiemi literami: SEN. Przedstawiało to śpiącą kobietę i śpiące dziecko na kolanach kobiety, i orła wśród obłoków, z koroną w dziobie. Kobieta odsuwała koronę z ponad głowy dziecka, nie przebudzając się jednak wcale; w głębi widać było pośród promieni Napoleona, wspartego na kolumnie ciemno niebieskiej z żółtym kapitelem, na którym widać było napis:
Maringo.
Austerlits.
Jena.
Wagramme.
Ełot (zamiast Eylau).
Pod tym obrazem stał oparty o ścianę z ukosa jakiś kwadrat zbity z desek, raczej długi jak szeroki. Wyglądało to na jakiś niby obraz odwrócony tyłem, czy też na coś oprawionego w ramy, zapewne pobazgranego po drugiej stronie; albo może zwierciadło wyłamane kiedyś z muru, i zapomniane tam, zanimby je wmurowano napowrót.
Przed stołem, na którym znajdowało się pióro, kałamarz i papier, siedział człowiek około lat sześćdziesięciu, mały, chudy, wyżółkły, dzikiego wejrzenia, wyrazu twarzy przebiegłego, okrutnego i niespokojnego. Wyraźnie gałgan wierutny.
Gdyby był Lawater mógł widzieć twarz tę, znalazłby w niej mięszaninę sępa i prokuratora; tak dalece drapieżny ptak i pieniacz oszpecały się tam i dopełniały wzajemnie; i pieniacz robił ptaka drapieżnego plugawym, drapieżny ptak czynił pieniacza straszliwym.
Człowiek ten miał długą brodę szpakowatą. Na sobie zaś koszulę kobiecą, której krój dozwalał widzieć jego piersi kosmate i nagie ramiona, najeżone siwawym włosem. Poniżej tej koszuli, ubrany był w zaszargane spodnie, i buty, z których wyłaziły palce.
Miał fajkę w gębie, i kopcił niemiłosiernie. Nie było już chleba w tej nędznej ciupie, ale nie brakło jeszcze tytuniu.
Pisał coś; prawdopodobnie jeden z tych listów, które Marjusz czytał niedawno.
Na jednym końcu stołu leżał stary jakiś łom oderwany, poczerwieniały i obszarpany. Format jego, będący dawnem duodecimo podręcznych wydań, zdradzał jakiś romans. Na okładce widać było następujący tytuły drukowany grubemi głoskami: BÓG, KRÓL, CZEŚĆ I DAMY, przez Ducray-Dumesnil 1814.
Nie przerywając sobie pisania, człowiek ten mówił głośno, tak, że Marjusz mógł dokładnie słyszeć jego słowa:
— Że też to nie ma równości nawet po śmierci. Patrzcie-no naprzykład na cmentarzu Pére Lachaise. Magnaci, ci co mają pieniądze, leżą sobie na górze w akacjowej alei, która jest brukowana, mogą jeszcze i tam zajechać powozami; ale ubogich, chudych pachołków nieszczęśliwych, oj! takich to rzucają na dół, w dziury wilgotne, gdzie jest błota po kolana. Pakują ich tam dlatego, żeby prędzej zgnili; nie można nawet pójść ich odwiedzić, bo się tam grzęźnie po pas w ziemi.
Tu się zatrzymał, uderzył pięścią w stół, i dodał zgrzytając zębami:
— O, jabym was tu wszystkich nauczył rozumu!
Gruba kobieta, mogąca mieć zarówno lat czterdzieści, jak i sto, siedziała w kucki tuż przy kominie na gołych piętach.
I ta także wcale nie wspanialej była ubrana, bo miała tylko koszulę na sobie i spódnicę trykotową, połataną staremi szmatami sukna. Fartuch z grubego płótna okrywał jej spódnicę do połowy. Jakkolwiek ta kobieta siedziała zgięta i skurczona, to przecież widać było, że musiała być bardzo wysokiego wzrostu.
Wyglądała na olbrzyma przy swoim mężu. Miała okropne włosy jasno-rudawe, poczynające już siwieć, które czochrała sobie od czasu do czasu ogromnemi swemi rękoma zatłuszczonemi o płaskich paznogciach.
Obok niej leżał na ziemi rozłożony tom tegoż samego formatu, co leżący na stole. Należał zapewne do tego samego romansu.
Na jednym z tapczanów Marjusz ujrzał jakąś małą dziewczynę, długą, wybladłą, prawie nagą, siedzącą z zwieszonemi nogami; nie wyglądała ona ani na słuchającą czegokolwiek, ani na patrzącą, ani nawet na żyjącą.
Była to zapewne młodsza siostra tej, która niedawno odwiedziła Marjusza.
Zdawała się mieć lat jedenaście lub dwanaście. Przypatrzywszy się jej baczniej, można było poznać, że już miała dobrze lat czternaście. Była to ta sama, co poprzedniego wieczora mówiła na bulwarze. Zmiatałamże dopiero, zmiatałam, zmiatałam.
Była ona w rodzaju tych chuderlawych istot, które długo trzymają się przy ziemi, potem wyrastają szybko i znagła. Nędza to pędzi te smutne rośliny ludzkie. Stworzenia te nie mają ani dzieciństwa, ani młodości. Mając lat piętnaście, zdają się nie mieć więcej dwunastu; w szesnastym roku wyglądają na dwadzieścia. Dziś dziewczynka, jutro kobieta. Możnaby powiedzieć, że przeskakują życie, żeby prędzej z niem skończyć.
W tej chwili istota ta miała postać dziecka.
Zresztą nic w tem mieszkaniu nie zapowiadało obecności jakiejkolwiek pracy, nie było tam ani krosien, ani kołowrotka, ani żadnego narzędzia. Tylko w jednym kącie — jakieś żelaztwa podejrzanego użytku. Było to odrętwiałe lenistwo, które idzie w ślad za rozpaczą, a poprzedza konanie.
Marjusz rozpatrywał czas jakiś wnętrze tej siedziby grobowej, straszliwszej od wnętrza grobu, bo czuć tam jeszcze było szamotanie się ludzkiej duszy i drganie życia.
Poddasze, piwnica, podziemia, wśród którego pełzają niektórzy nędzarze u podnóża budowy społecznej, nie jest jeszcze zupełnym grobem, tylko raczej dopiero jego przedpokojem; ale rzekłbyś, że śmierć, która jest tuż obok, składa swoje najdotkliwsze nędze w tym przedsionku, na podobieństwo owych bogaczy, którzy rozkładają najświetniejsze swoje skarby u wejścia swych pałaców.
Człowiek umilkł, kobieta nie odzywała się, dziewczyna zdawała się nawet nie oddychać. Słychać było skrzyp pióra po papierze.
Człowiek mruczał, nie przestając pisać.
— Łajdactwo! łajdactwo! wszystko jest łajdactwo!
Ten warjant do epiphonemu Salomona wyrwał westchnienie kobiecie.
— Mój robaczku, uspokój się — mówiła. Bo sobie jeszcze zaszkodzisz, kochanie. Za wiele i tak twojej łaski, że piszesz do tych gałganów, moje serce.
W nędzy ciała tulą się jedne do drugich, jak wśród zimna, ale za to serca się oddalają. Według wszelkiego podobieństwa, kobieta ta musiała kochać kiedyś tego człowieka całą siłą przywiązania, na jakie ją stać było. Ale prawdopodobnie zgasło to uczucie w codziennych i zobopólnych wyrzutach, wywoływanych przez dotkliwy niedostatek, ciążący na całej rodzinie. Nie miała już w sercu dla męża jak tylko popioły przywiązania. Przecież przezwiska pieszczotliwe, jak to często bywa, przeżyły resztę. Mówiła mu zawsze, jak dawniej: kochanku, serce, mężulku, i t. p. ale ustami tylko, bo serce milczało.
Człowiek znów się zabrał do pisania.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: anonimowy.