Notatki myśliwskie z Indyi/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Mikołaj Potocki
Tytuł Notatki myśliwskie z Indyi
Wydawca Józef Mikołaj Potocki
Data wyd. 1891
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron







3 i 4 marca.

Niebo zachmurzone, chłodno, deszcze przechodzą, ubijając nieznośną kurzawę. Dnie nasze jakby do podróży zamówione. Wyruszywszy nadedniem z Gwalioru, szybko przebyliśmy pierwszą stacyą. Droga prowadzi wśród pól uprawnych, okolica równa, gdzieniegdzie tylko skaliste pagórki, jak kopce z ziemi wyrosłe, osady częste, kraj widocznie gęsto zaludniony i żyzny. Pszenica, stanowiąca tu obok ryżu i bawełny główny produkt rolnego gospodarstwa, po większej części już zebrana; dwa razy ją tu w roku sieją i raz we wrześniu, drugi raz w lutym zbierają. W tym roku uskarżają się na ciężki nieurodzaj, mizernie też wyglądają niezebrane dotąd łany, które widzimy. Na pierwszej stacyi Mahoona, w porządnym domku zajezdnym czyli »Dak bungalow« zastaliśmy wysłane dwa dni przedtem bagaże nasze i Majkla, który nam doskonałe śniadanie przygotował, dając tem dowód, że z innemi swemi zdolnościami łączy również i talent kucharski. »Dak bungalow« są to domki zajezdne z kamienia zbudowane, z trzema pokojami gościnnemi, mniej więcej jak nasze karczmy nad traktami, z tą tylko różnicą, że znacznie czyściejsze i porządniejsze. W całych Indyach znajdują się one dla wygody podróżnych i myśliwych, co dziesięć mil przy publicznych drogach, nieraz nawet w głębi lasów lub na szczytach gór niedostępnych. Każdy podróżny ma prawo za małą opłatą do »bungalów« zajechać, kilka godzin lub noc w nim przebyć, pewnym będąc wygodnego noclegu i skromnego pożywienia, które zawsze u dozorcy domu znaleść można. Po 24 godzinach winien z domu ustąpić, zapisując swe nazwisko i czas pobytu do książki podróżnych. Istna to opatrzność dla myśliwych i turystów! Wyznać trzeba, że na każdym kroku w Indyach widać rozumną i praktyczną rękę angielskiego gospodarza. Znakomite, starannie utrzymane szosy, w najodleglejszych okolicach ułatwiają komunikacyą, małe nawet osady posiadają stacyą telegraficzną, poczty wszędzie chodzą tak regularnie, jak może mało w jakim kraju w Europie, nie mówiąc już o ogromnej sieci kolei żelaznych, które w ostatnich lat dziesiątkach zbudowane, przerzynają wzdłuż i wszerz cały półwysep Indyjski.
W Mahoona przesiedliśmy się na bryki wielbłądzie: jazda w nich nie jest zbyt przyjemną, trzęsą haniebnie i wielbłądy wolno, żółwim krokiem postępują. Dopiero około północy dowlekliśmy się do Sipri, na pół drogi od Goony. Tu czekała na nas tak zwana wojskowa poczta wielbłądzia, o tyle lepsza i wygodniejsza, że wielbłądy kłusem idą, wozy zaś są lżejsze i na resorach. W zapisach z ostatnich lat w książce podróżnej widzę nazwiska księcia Borysa Czetwertyńskiego z Moskwy, hr. Trautmannsdorfa i księcia Braganzy z Wiednia — wszyscy trzej byli gośćmi Gerarda. Zresztą podróżnych na tej drodze mało, niewięcej niż kilkunastu w ciągu roku.
Przenocowawszy parę godzin w Sipri, o świcie ruszamy dalej. Jazda szybciej idzie, kraj mniejwięcej podobny do okolic Gwalioru, mniej jednak gęsto zaludniony i dzikszy, teren więcej falisty, woddali sinieje łańcuch skalistych pagórków, gęstą roślinnością pokrytych.
Zmieniamy trzy razy wielbłądy, czas przyjemny, bo chłodny, droga szybko mija, wreszcie około 5 stajemy w Goonie, przed willą pułkownika Gerarda, przebywszy 140 mil angielskich w mniej niż 36 godzin. Pułkownik i pani Gerard oczekiwali nas — po pierwszem przywitaniu zeszła rozmowa naturalnie na temat polowania.
Na pierwszy rzut oka poznać można w Gerardzie wiernego adepta św. Huberta. Zahartowany na niewygody w twardem życiu wojskowych marszów i obozów myśliwskich, od 25 lat mieszka w Indyach, zna całe łowiectwo na palcach i uważa polowanie jako jedyną rozrywkę, poświęcając mu każdą wolną od wojskowych zajęć chwilę. Polował wiele na całej kuli ziemskiej i na setki liczy grubą zwierzynę i tygrysy własną ręką ubite. Obecnie jako komendant jednego z najpiękniejszych pułków angielskiej armii (Central India Horse) od kilkunastu lat mieszka w Goonie i jest prawdziwą opatrznością dla cudzoziemców w myśliwych celach do Indyj przybywających, których chętnie podejmuje i polowanie im ułatwia, skoro mu są przez znajomych poleceni. Do tego miły, uprzejmy i gościnny; lepiej trafić nie mogłem. Powtórzył mi zaraz na wstępie, o czem kilkakrotnie w poprzednich listach swych do mnie wspominał, że przybywam zawcześnie, tygrysów wogóle mało i nadzieje słabe. Innej zato zwierzyny podostatkiem: obiecał mi na jutrzejszy dzień wycieczkę do miejscowości, gdzie zeszłej nocy pantera, wystawionego na przynętę wołu, ubiła i jest możliwość dostania jej.
Roztasowałem się wygodnie w willi pułkownika, doktora zaś i Stefana pomieszczono w ogrodzie pod namiotami. Willę stanowi obszerny i ładny domek, z kamienia zbudowany, dość dziwacznie zzewnątrz wyglądający, bo zdobią go gzymsy i filary starej świątyni indyjskiej.
Wieczór zeszedł szybko na pogadance z państwem Gerard. Pułkownik polował między innemi i w Karpatach węgierskich na jelenie, o których mówi, że po Wapiti są to w rogach najpiękniejsze jelenie na świecie. W Warszawie przesiedział trzy tygodnie jako angielski wysłannik wojskowy podczas wielkich manewrów — tematu do rozmowy zatem dosyć.
5 marca. Raniutko poszedłem sztućce próbować, gwaliorskie bowiem pudła do antylop zachwiały me zaufanie do mych nowych Springerowskich ekspresów. Okazało się jednak, że strzelają celnie, niemniej i grubokalibrowy sztuciec w Kalkucie nabyty.
Pułkownika zastałem już na placu ćwiczeń wojskowych, przyglądającego się ewolucyom swych żołnierzy; piękne i rosłe chłopy, z północnych prowincyj rekrutowane, typem twarzy podobni nieco do Czerkiesów, w mundurach z szarego płótna, w niebieskim zawoju na głowie. Konie mają przeważnie arabskie, z Arabii importowane małe nieco, lecz ogniste i rącze.
Największa trudność w formowaniu kawaleryi w Indyach, to brak koni i wysoka ich cena. Każdy żołnierz wstępujący do pułku, winien złożyć do kasy rządowej wartość przydzielonego mu konia, w pieniądzach, od 350—500 rupii (1 rupia = mniej niż dwa franki) a z chwilą wyjścia ze służby wojskowej rząd mu złożoną sumę zwraca. Ułatwia to rządowi stronę pieniężną, lecz pozostaje trudność co do braku koni. Z Arabii dostatecznej ilości nie mogą dostarczyć, krajowy chów zaś się zupełnie nie udaje, a usilne i różnorodne starania rządu i osób prywatnych w chowie koni tylko ujemne osiągnęły rezultaty. Klimat widocznie nie sprzyja, konie bowiem w pierwszem zaraz pokoleniu wyradzają się i rzadko dobre okazy krajowego chowu spotkać można. Udają się jedynie mucyki krajowej rasy, lecz są to muce, nie konie, do armii niezdatne. Robiono próby z angielskimi końmi wyścigowymi, lecz te się absolutnie nie powiodły: koń angielski importowany wręcz nie znosi klimatu. Najlepiej stosunkowo udają się araby, lecz i te w drugiem pokoleniu tracą typ zupełnie. Ostatniemi czasy zaczęto przywozić en masse z Australii konie pół-krwi angielskiej, więcej się one do zaprzęgu niż pod wierzch nadają, gdyż na teren indyjski wydają mi się za ciężkie, choć widziałem całe pułki sformowane z koni australskich. Pokazywał mi pułkownik koszary swego pułku: liche, z gliny ulepione baraki, konie stoją w szałasach bez ścian, arabskim zwyczajem spętane i do kołków w ziemi przywiązane. Domki oficerów mniej niż skromne, ale w takim klimacie, jak indyjski, jest to możliwe i namiot nieraz wygodniejszy i ładniejszy bywa niż dom.
Sama Goona, to nędzna wioska z nieliczną krajową ludnością, właściwe miasteczko o ile je tak nazwać można, to wojskowa osada, tak zwana po angielsku »cantonment«. Najpiękniejszy budynek w całej Goonie, quasi rezydencya panującego, to willa naszego gospodarza; obok klub oficerski i kilka okazalszych domków oficerskich, w cieniu pięknych ogrodów stojących. Za przykładem szefa wszyscy tu tylko mówią i myślą o polowaniu i sporcie. Kilka placów do gier angielskich, criquet, polo, lawn-tennis dla oficerów i prostych żołnierzy nadaje całej miejscowości cechę jakby jakiejś sportowo-wojskowej osady. Sam Gerard żyje tu sobie jak mały monarcha, otoczony swymi żołnierzami, strzelcami i liczną służbą domową.
Po śniadaniu ruszyliśmy na polowanie »tongą« czyli wózkiem na dwóch kołach, bez dyszla, niepraktycznym i niewygodnym zaprzęgiem. Jedyny sposób dobrej i szybkiej jazdy w tym kraju — to konno, wogóle jedynie możliwy, gdy się z bitej drogi w dżungle zbacza.
Co jest »dżungla« indyjska, niełatwo określić ani opisać. Sam wyraz wzięty z hindustańskiego, został w angielskim języku ogólnie przyjęty i ciągle go się używa. Otóż każdy nieuprawny obszar ziemi większych rozmiarów, mniej lub więcej lasem, krzewami lub trawą tylko pokryty, byle do uprawy nieprzydatny i do niej nieużyty, nazywa się »dżunglą«. Jak konfiguracya ziemi i rodzaj wegetacyi w każdej niemal części Indyj są różne, tak i dżungle są jedne do drugich niepodobne. Dżungle Assamu od środkowo-indyjskich różnią się tak jak n. p. moczary Pińszczyzny od karpackich borów, jedno i drugie nazywa się dżunglą, jak n. p. w naszym języku mówi się knieja o każdem schronisku dzikiego zwierza, bez względu na rodzaj lub gatunek miejscowości. Dżungle centralno-indyjskie, które mam przed oczyma i które w znacznej części pokrywają tak zwane centralno-indyjskie płaskowzgórze, (około 1000' nad powierzchnią morza), to ogromne milami wzdłuż i wszerz ciągnące się obszary kamienistego gruntu, gdzieniegdzie równe jak step, częściej wznoszące się w pasmo niewysokich pagórków, poprzeżynane we wszystkich kierunkach strumieniami o kamienistem łożysku i urwistych brzegach, zwykle prawie zupełnie wyschłemi i tylko w porze deszczów wzbierającemi do wielkości rwących potoków.
Nad ich brzegami piętrzą się nagie skały, gdzieniegdzie olbrzymie głazy kamienne tworzą ciemne jaskinie i głębokie wertepy, tu i owdzie wznosi się wyższy pagórek, jak kopiec z kamienia, wulkanicznej formacyi. Cały ten obszar niezmierny, zarosły gęsto krzakami kolczystych krzewów, karłowatemi drzewami, powojem rozmaitych roślin pasożytnych, wijących się w około drzew egzotycznych, nisko nad ziemią rosnących, podszyty gęstą, do wzrostu człowieka wysoką, o tej porze roku spaloną trawą. Gdzieniegdzie po dolinach gąszcz się przerzedza, teren równy, nagi jak step, pokryty tylko niewielkiemi kamykami — istna kamienna pustynia. Dziko i chaotycznie to wygląda, jakby ten szmat ziemi wyszedł z chaosu stworzenia niesformowany i niewykończony ręką Stwórcy. Ni to las, ni step, ni pustynia, wszystkiego po trochu, w nieładzie obok siebie porozrzucane. Chcieć opisać dżungle, należałoby jeszcze opisać całą botanikę nazw, setek gatunków roślin, krzewów, drzew, powoi, całą roślinność podzwrotnikowej strefy, obszary te pokrywającą — przechodzi to jednak moje znajomości botaniczne.
Jedynemi drogami w dżungli są ścieżki i przesmyki dzikiego zwierza w trawie wydeptane. Gdzieniegdzie wyrastające wysokie drzewo, lub wyższy szczyt pagórka, stanowi jedyny sposób oryentowania się w tym przestworze gąszczów, kamieni i głazów. Ważną rolę w dżungli dla myśliwego odgrywają potoki i łożyska strumyków, tu się bowiem zwierz dziki nocą do wodopojów ściąga i niedaleko od nich zwykle w dzień zalega, to też poluje się zwykle w okolicy strumyków, czasem nad samemi ich brzegami.
Lecz wróćmy do polowania. Po kilku milach jazdy porzuciliśmy »tongę« i konno przez dżungle dostali do naznaczonego miejsca zebrania, gdzie oczekiwała nas, pod komendą żołnierzy z pułku Gerarda, naganka złożona z kilkudziesięciu krajowców, zupełnie nagich z fartuszkiem tylko na biodrach. Pułkownik tak doskonale swych żołnierzy wytresować i do polowania włożyć potrafił, że używa ich nietylko do zbierania ludzi i prowadzenia naganki, lecz ma pomiędzy nimi kilku znakomitych myśliwych, którzy, obznajmiwszy się z miejscowością, znają legowiska zwierza, śledzą za nim i całe polowanie układają. Pierwszy pomiędzy nimi, prawa ręka Gerarda, gdy chodzi o urządzenie polowania, sierżant Mahmud Khan, muzułmanin z nad granicy Afganistanu. Poluje się z naganką w zwyczajny sposób, biorąc tę lub owę knieję, w której się zwierza spodziewa. Myśliwi rozstawiają się o ile możności na wysokich stanowiskach na skale lub częściej na drzewach, by z wyższego stanowiska jak najwięcej terenu okiem objąć. Robi się to po części dla bezpieczeństwa przed tygrysem lub panterą, szczególnie zaś dlatego, że stojąc na ziemi w gąszczu i trawie, nicby się przed sobą nie widziało.

Pantera, zjadłszy wczoraj wołu, dzisiaj znowu zadusiła dużego cielaka; wszelkie było zatem prawdopodobieństwo zastania jej w pobliskiej kniei. Widzieliśmy szczątki jej nocnego bankietu: tylko głowa i przednie łopatki pozostały z biednej ofiary. Wołu na przynętę wystawia się
NASZA NAGONKA.
w miejscowości, gdzie tygrys lub pantera prawdopodobnie się znajdować może; przywiązuje się ofiarę do drzewa, zwykle nad brzegiem strumyka, gdzie zwierz do wodopoju ściąga. Jeżeli tygrys lub pantera znajduje się w pobliżu, niezawodnie przynętę odnajdzie, jednem uderzeniem łapy powaliwszy, zadusi i trzy czwarte jej pożre, zostawiając resztę na dzień następny. Obżarty mięsem zwierz nie uchodzi zwykle daleko od miejsca, gdzie wołu zadusił i zalega w najbliższym gąszczu; od sprytu ludzi i doświadczenia myśliwych zależy oznaczyć knieję, w której zwierz zaległ. Dokładna znajomość miejscowości, zwyczajów zwierza, myśliwski instynkt jednem słowem, grają tu najważniejszą rolę, rozumie się jednak, że absolutnej pewności tego, gdzie się zwierz znajduje, nigdy spodziewać się nie należy. Wprawne oko myśliwego, po wielkości rany w karku ofiary, odrazu rozpozna czy pantera czy tygrys wołu zadusił.

Nie bez emocyi zająłem pierwsze me w Indyach stanowisko przed ciemnym gąszczem, w którym pantera znajdować się miała; tymczasem jak to często bywa, czy się ludzie w wyborze kniei pomylili, czy też zwierz się był pierwiej wyniósł, pantery nie zastaliśmy.
W drugim miocie urocze miałem stanowisko na stoku stromego pagórka; ledwo naganka ruszyła, usłyszałem przed sobą trzask gałęzi i hurkot staczających się z góry kamyków... Chwila emocyi — gdy w tem, dobry nasz znajomy dzik, wytknął na mnie na kilkanaście kroków. Ładna sztuka, u nas nazywałby się wycinkiem, tu zwą takiego odyńcem.
Wogóle dzik indyjski mniejszy od naszego, jaśniejszy w szerści, łeb ma dłuższy i spiczasty. Pospolita to w Indyach zwierzyna, nikt na nią uwagi nie zwraca, i tylko konnno[1] z dzidą (t. zw. po angielsku »pig-sticking«) na dziki polują. Prawdziwie rycerska to zabawa, do której dobra jazda i wprawne oko, niemniej od osobistej odwagi, zręczności i siły potrzebne. W Goonie teren do tego sportu nie odpowiedni, zbyt skalisty i górzysty a chociaż próbowaliśmy później parę razy konno na dziki zapolować, nie udało nam się jednak ani jednego zakłóć.
Pod koniec miotu znowu usłyszałem przed sobą w trzcinowym gąszczu łamanie i trzask gałęzi, jak gdyby najgrubszy zwierz przez krzaki się przedzierał. Stałem chwile złożony, co najmniej tygrysa się spodziewając, gdy trzy pawie, ślicznie ubarwione koguty, zerwały się o kilka kroków przedemną z okrutnym hałasem. Żaden zwierz tyle hałasu w miocie nie robi, co paw: stąpa ciężko jakby jeleń szedł, i wogóle nieznośne to dla nerwów myśliwego stworzenie, tem więcej, że ich nawet strzelać nie wolno i nie wypada, Hindusi bowiem pawia za świętego ptaka uważają. Mnóstwo tu tych pięknych ptaków w dzikim stanie; szczególnie ślicznym jest widok koguta, gdy pod słońce lecąc, w całym blasku cudnych piór zajaśnieje. Gatunek ten sam, co naszych pawi domowych (Pavo cristatus).
6 marca. W kilku miejscowościach mamy porozstawiane woły na przynętę, lecz o tygrysach dotąd żadnej wiadomości. Dalsze moje zamiary w ten sposób się układają, że zabawię jeszcze parę dni w Goonie, polując w okolicy, a z początkiem przyszłego tygodnia mamy obozem wyruszyć o jakie mil 40, by w głębi dżungli parę tygodni pod namiotem spędzić i tam szczęścia spróbować.
Dzisiaj znowu wzięliśmy kilka miotów niedaleko domu. W pierwszym spodziewano się »na pewno« pantery, nie zastaliśmy jej, natomiast dwie hyeny wyszły między pułkownikiem i Stefanem. Widziałem je zdaleka, nie mogąc rozpoznać co to za zwierz. Ohydne to bestye, uważają je tu za niegodne strzału i tylko konno, psami je niekiedy biorą, gdy sie uda je na otwartą miejscowość wyparować.
W drugim miocie stado dzików, z 20 sztuk rozmaitego kalibru złożone, na mnie wypadło... Ubiłem wycinka i lochę.
W ostatnim miocie siedziałem w konarach figowego drzewa u stóp skalistego, gęsto zarosłego pagórka; za mną czysta halawa. Naganka była już w połowie miotu, pawie się poczęły zrywać, stadko dziwnie upierzonych kuropatw (Francolinus pictus) przeciągnęło i siadło opodal na halawie. Patrzałem chwilę za niemi, gdy nagle mignęło mi coś białawego na szczycie pagórka w tak ciemnym gąszczu, że nie mogłem rozpoznać gatunku zwierza. Mimowolnie podniosłem strzelbę, bardzo nieznacznie, lecz dostatecznie by zwierz się zatrzymał, zoczywszy zapewne odbłysk lufy w słońcu. Gęsty krzak mimozy zakrywał mi go zupełnie, czułem jednak, że jest to coś niezwykłego i wstrzymując oddech, nieruchomy, wytężyłem wzrok w tę stronę. Nagle błysnęły za krzakiem czarnobiałe centki, Pantera, gdyż to ona była, z szybkością błyskawicy zwróciła się na miejscu i nim pomyśleć mogłem o strzale, znikła za stokiem pagórka. Widziano ją z sąsiedniego stanowiska, jak w susach bokiem z miotu się wynosiła. Rzecz nie do uwierzenia jaki to zwierz ostrożny, szczególnie w takiej miejscowości jak Goona, gdzie często nań polują; najmniejszy ruch myśliwego wystarczy by go spłoszyć.
Miałem przeto szansę doskonałą, lecz jak mówi piosnka w jakiejś niemieckiej operze:
»Es wär zu schön gewesen
Es hat nicht sollen sein«.
7 marca. Znowu cały dzień od wschodu do zachodu słońca w dżunglach spędzony. O świcie pojechałem konno z Mahmud Khanem na podjazd, na kraniec dżungli, gdzie miejscowość więcej równa i otwarta, wysoką trawą pokryta, dokąd zwierzyna rankami za żerem wychodzi. Słońce jak czerwona kula ognista, wychylało się z za horyzontu, gdyśmy ujrzeli pierwsze sztuki pasących się gazeli (Gazella Benetti) i t. zw. centkowanych jeleni (Axis maculata). Te ostatnie, śliczne zwierzęta, wielkości danieli, z blado-żółtemi centkami na rudem tle, w rogach jak nasze jelenie. Zwierzęta te tak są ostrożne i ciągłem polowaniem płoszone, że się na możliwą odległość absolutnie nie dadzą podejść; podczas całego mego pobytu ani razu do strzału do nich nie przyszedłem.
Formalny »pech« miałem tego ranka.

Zaraz z początku postrzeliłem koziołka gazellę w zadni bieg, żwawo jednak poszedł po strzale i zmięszał się z uciekającem stadem, tak, że nie warto było go szukać. Jadąc dalej nad brzegiem strumyczka, ujrzeliśmy o kilkaset kroków na przeciwległym brzegu stadko nilgajów (Portax pictus). Ogromne te zwierzęta, jak koń 14 miary, do łosia podobne, pasły się spokojnie w wysokiej trawie: zsiadłem z konia i obok niego postępując, starałem się podkraść na strzał. Zauważyły jednak niebezpieczeństwo i zwolna zaczęły uchodzić. Chciałem szybko na konia wskoczyć, by im drogę zabiedz, gdy moja szkapa zlękła się czegoś i nim zdołałem się na siodle, ze strzelbą i odwiedzionemi na oba spusty kurkami, usadowić, pomknęła cwałem w przeciwną stronę; ja zaś, straciwszy równowagę w raptownym obrocie, znalazłem się w niemiłem bezpośredniem zetknięciu z matką ziemią, kamienistą w tem


NILGAJ (PORTAX PICTUS).
miejscu. Potłukłem się fatalnie w bok i w rękę, w której strzelbę trzymałem, koń uciekł i zamiast nilgaja, trzeba było jego podchodzić i łapać. Nareszcie znalazłem się znowu na siodle i ruszyliśmy galopem, w kierunku, w którym nilgaje były uszły. Zoczyliśmy je niebawem; na stoku małego wzgórka, stały kupką, ostrożnie się rozglądając. Nie śmiałem bliżej podjeżdżać, zeskoczyłem z konia i na jakie 200 kroków, wybrawszy największą sztukę, posłałem jej kulę z ekspresa. Padła w ogniu jak piorunem rażona. Otworzywszy strzelbę, biegłem uradowany, by piękną zdobycz obejrzeć, gdy mój nilgaj wstał na równe nogi, pomknął za uciekającym w nieładzie stadem i nim zdołałem strzelbę zamknąć i strzelić, znikł mi za stokiem pagórka. Farby nie było można odnaleść: przeszukaliśmy wzdłuż i wszerz miejscowość, przepadł bez śladu[2]. Miałem przy tem zdarzeniu i później nieraz sposobność przekonania się, że w tutejszych dżunglach prawie każdy postrzałek uchodzi. Szukanie w ciemnych gąszczach i na skalistym gruncie nader trudne i zwykle bezskuteczne, tem bardziej, że w słonecznym skwarze, rana szybko zasycha i farby nie puszcza. Wystarczy, by zwierz, chociażby śmiertelnie ranny, paręset kroków od miejsca strzału uszedł, by go nie znaleść, chyba wróciwszy nazajutrz, po sępach krążących znajdziesz miejsce, gdzie leżą niedojedzone przez hyeny i szakale resztki postrzałka. Utrudnia to ogromnie polowanie a raczej wpływa ujemnie na jego rezultat. Ze smutną miną i potłuczonym bokiem podążyłem do naznaczonego miejsca, gdzie mię Gerard oczekiwał i zkąd mieliśmy polowanie z naganką rozpocząć. Pani Gerard też przybyła ze swemi pieskami. W rozpiętym namiocie spożyliśmy śniadanie i przed południem rozpoczęli polowanie. Mioty ciągnęły się wdłuż rzeczki Negri zwanej. Z naszych stanowisk mieliśmy najśliczniejszy widok, jaki sobie wystawić można. Setki rozmaitych ptaków ożywiało rzeczkę i jej brzegi. Cudnie upierzone kaczki bramińskie (Casarca rutila), kormorany, czajki, czaple o płaskich dziobach, białe jak śnieg ogromne żórawie z czerwonemi głowami (Grus virgo i Grus antigona) miały tu swe mieszkania. Zwierza też mnóstwo nad rzeczką; między innemi widziałem w jednym z miotów, po raz pierwszy 4 łanie indyjskiego jelenia zwanego Samburem (Rusa Aristotelis), wysoko przez myśliwych cenionej zwierzyny. Piękna para rogów tego jelenia, do najpiękniejszych myśliwskich trofeów należy. Do łań naturalnie nie strzelałem, jak wogóle do niczego, gdyż w każdym miocie w oczekiwaniu pantery, pierwszy strzał do niej był zastrzeżony. Tej zaś, jakby na złość ani śladu. Cały urok indyjskiego polowania leży w tej niesłychanej rozmaitości i ilości zwierza, jaką się na każdym kroku spotyka. Na jednem stanowisku widzi się nieraz trzy lub cztery gatunki cerwidów, hyeny, wilki, dziki, lisy, nie mówiąc już o tem, że się w każdym miocie pantery, nawet tygrysa spodziewać można. A ptastwa co za rozmaitość! Z ornitologią w ręku, trzebaby przestudyować całą faunę ptasią podzwrotnikowych stref, by prócz gatunków wodnego ptastwa wyliczyć wszystkie okazy kuropatw, frankolinów, pawi, gołębi, papug i t. d. przeciągających w każdym niemal miocie nad głową myśliwego. W tem właśnie dżungle są niezrównane, że miłośnik przyrody odnajduje w nich bogate skarby a myśliwy znudzić się nie może.

Ilość zwierza w okolicach Goony tem bardziej zdumiewa, że tu cały krągły rok polują. Od oficera do prostego żołnierza, co tylko w pułku żyje i strzelbę nosi, po dżunglach się ugania, strzelając wszystko, co pod lufę popadnie od gołębia do tygrysa. To jest powodem, że zwierz taki ostrożny i mimo ilości, jaką się widzi, niełatwo go dostać.
Naganka nie chodzi, jak u nas, równo i porządnie. Zajmowane ostępy duże, niezrównanej konfiguracyi, teren skalisty, wertepami przecięty, utrudnia chód naganki, do tego ludzie, z obawy przed tygrysem lub panterą, w kupki się zbijają, ciemne gąszcze ostrożnie wymijając, za lada szelestem wyłażą na drzewa i tracąc linią porządkową, nieraz wychodzą z innej strony niż stoją myśliwi. Dziwić im się nie można: nadzy i bezbronni z kijem w ręku, pierwsi wystawieni są na napad dzikiego zwierza, gdy ten postrzelony w tył się rzuca. Rzadko też mija sezon polowania, by kilku naganiaczy ofiarą nie padło. Istnieją w tym celu ostre reguły dla myśliwych, którzy po strzale do tygrysa lub pantery, obowiązani są dać świstawką umówiony sygnał, dla ostrzeżenia naganki, co się ze zwierzem stało. Jak ci ludzie wogóle boso i bez ubrania są w stanie chodzić po tych gąszczach, jest to dla mnie prawdziwą zagadką. Nietylko każdy krzak, lecz każda roślina, drzewo, trawa niemal ma długie kolce i ostre jak brzytwa końce. Po kilku dniach chodzenia w dżunglach miałem twarz i ręce we krwi a ubranie podarte w łachmany.
W ostatnim miocie potężne stado nilgajów przebiło linią naganki i niestrzelane w tył uszło. Ziemia dudniała od ich galopu, jakby pułk kawaleryi gdzie pędził. Wolno już było strzelać do wszystkiego. Pułkownik ubił dzika odyńca, ja z »Colindiana« spuściłem kilka kaczek bramińskich i frankolina. Bramińskie kaczki, najpiękniejsze jakie w życiu widziałem, białe z czerwonemi łbami, z wierzchu ceglaste. Niestety, niema tu nikogo, ktoby z ptaka umiał skórkę ściągnąć i należycie spreparować.
8 marca. Niedziela — dzień odpoczynku, zajęty pisaniem listów, fotografowaniem i przechadzką po pięknym parku państwa Gerardów. Dzisiejsza poczta przyniosła mi list z Hayderabadu od jednego z adjutantów tamtejszego Maharadży, z doniesieniem, że Jego Wysokość Nizam (taki tytuł nosi książę Hayderabadzki) uprzedzony przez lorda Beresforda i jenerała Robertsa, rad będzie przyjąć mnie u siebie w początkach kwietnia i pozwoli mi zapolować. Co do wielkiej dorocznej wyprawy na tygrysy, niewiadomo czy książę sam pojedzie, czy nie. W pierwszym wypadku, niema dla mnie nadziei, gdyż Maharadża zwykł sam na tygrysy polować i tylko wtedy, gdy sam nie jedzie, zaproszeni goście biorą udział w wyprawie. Wiadomość ta o tyle była mi na razie pożądaną, że ustala me projekta po pobycie w Goonie. Pierwszego kwietnia w każdym razie muszę być w Bombayu dla wyprawienia konia araba do Europy, Bombay mi zaś po drodze do Hayderabadu.
Po południu dał nam pukownik[3] przedstawienie wojskowych popisów swych żołnierzy, rodzaj dżigitówki czerkieskiej. Z zadziwiającą zręcznością wyprawiali rozmaite sztuki na koniach, podejmując dzidą w największym pędzie pomarańcze z ziemi, lub w pełnym galopie jednym zamachem szabli przecinając wiszącego barana i t. p. Dzielny pułkownik na pięknym siwym arabie, którego z Bagdadu przyprowadził, sam się również popisywał.
Przed wieczorem raportują, że wół wystawiony na przynętę o 15 mil od Goony, został zeszłej nocy ubity i pożarty. Wielkość rany w karku ofiary wskazuje na tygrysa.
Na jutro przeto nadzieja!
9 marca. O dziewiątej rano staliśmy już na stanowisku, przebywszy jednym galopem 15 mil angielskich, dzielących tę miejscowość od Goony. Gerard ma zwyczaj, gdy mu konia przed ganek przyprowadzą, cwałem z domu ruszać i nie pytając o dystans ani teren, jednym równym galopem całą drogę odbywać. Niema czasu do stracenia, chcąc za nim zdążyć, trzymać się zaś trzeba blisko, bo wobec mylnej drogi i falistego terenu, łatwo można się zgubić. Ma pięć dzielnych arabczyków, do skalistego gruntu przyzwyczajonych, które z zadziwiającą zręcznością po trudnym terenie galopują.
Źle mówię, żeśmy »stali na stanowiskach«, siedzieliśmy raczej w konarach jakichś niskich drzew egzotycznych; przed nami gąszcz, na lewo nad strumykiem niedojedzone szczątki wołu, zdają się potwierdzać bytność w miocie zabójcy, prawdopodobnie pantery, która według zapewnień miejscowych ludzi w skalistych jaskiniach w środku miotu się znajdujących, po sutej uczcie zaledz musiała.
Puszczono pieski pułkownika, kilkanaście małych fox-terrierów; psy te są o tyle przydatne, że każego[4] zwierza, na którego natrafią, tygrysa nie wyjmując, odważnie atakują, tak są przytem zręczne i rozumne, że zawsze daleko od jego pazurów się trzymać umieją, głośnem szczekaniem wskazując, gdzie się zwierz obraca. Pomoc w tem wielka dla naganki, która w razie podejścia zwierza do jej linii, ostrzeżona głosem psów, ma zawsze czas na drzewo się schronić. Ledwo się miot rozpoczął, usłyszałem przed sobą zawzięte ujadanie całej psiarni; przeszedł kawał czasu, nic jednak nie wychodziło. Psy ciągle na jednem miejscu ujadały. »Pantera pewno w jaskini« — pomyślałem sobie. Pułkownik zeskoczył z drzewa, my za nim i puściliśmy się w miot, przedzierając przez kolczyste zarośla i krzaki. Po chwili znaleźliśmy się na szczycie pagórka: ogromne bloki kamienne wytworzyły tu jakby równą terasę, pod nią czerniał otwór jaskini, przed którą psy rwały jakieś niewielkie zwierzątko. Była to młoda hyena, którą matka, za nadejściem psów, sama zmykając, tymże na pastwę zostawiła. Pantery ani śladu. Po drodze do dalszych miotów, psy, buszując po dżungli, wpadły na indyjskiego kota dzikiego (Felis viverrina), i zapędziwszy go do jaskini, walną bitwę z nim stoczyły. Ciasny otwór jaskini nie dozwalał dojrzeć przebiegu zaciętej walki: hałas, wrzask, pisk, skomlenie — echem się rozlegało po skałach. Dzielny kocur byłby się może zwycięsko z tej imprezy wywinął i mimo nierównej walki, bo piesków było dużo, z życiem cało uszedł, gdyby nie tyczki i kije dojeżdżaczy, którzy dobiwszy go, martwego z jaskini wyciągnęli. Zapamiętale się musiał bronić, jak świadczyły porozdzierane i krwią oblane fizyonomie naszych fox-terrierów. Felis viverrina, żbik indyjski, do naszego żbika budową ciała podobny, jest od niego nieco mniejszy, na niższych nogach i słabszy w ciele. Futerko ma miękkie, popielate, gęsto czarnemi centkami nakrapiane. Żyje pospolicie w całych Indyach, przeważnie w miejscowościach skalistych, których jaskinie dają mu ulubione schronisko.
W drugim miocie, ledwo zajęliśmy stanowiska, przybiegł zdyszany Hindus, głęboko widocznie wzruszony i żywo gestykulując opowiedział Gerardowi, że zachodząc z obławą do miotu, widział na parę kroków przed sobą przemykającego na trawie tygrysa. »Może to była pantera« — dodał. Dla Hindusa każdy zwierz zdaleka, czy hyena, czy niedźwiedź, wszystko jest tygrysem. Tak się panicznie boją tego zwierza, że ich oczy wszędzie widzą tygrysa. Bądźcobądź, widział coś nakształt tygrysa, uchodzącego w kierunku gęstej kniei na przeciwległym pagórku. Pułkownik szybko ludzi ściągnął, wskazał w jakim kierunku pagórek gonić, a nas rozstawił pod stromą, skalistą ścianą, gdzie zwierz miał wagę do pobliskiego gąszczu. Mnie postawił obok siebie. Miot się rozpoczął, ludzie się zbliżali, gdy ujrzałem, jak Gerard się złożył, długo wytrzymał i strzelił. Gąszcz i trawa zakrywały mi widok zupełnie, doleciał mię tylko krótki urwany ryk, i trzask gałęzi przede mną wskazał, że zwierz do miotu powrócił. Jakoż rozległ się głos świstawki, umówiony sygnał, że pantera postrzelona w tył się cofnęła. Zeskoczyliśmy z drzew i pobiegli do Gerarda. W podobnej chwili zawsze jest nieco zamieszania; nim się ludzie zejdą, psy odnajdą i dalszy plan działania ułoży. Jasna smuga farby w miejscu strzału wskazywała, że pantera ciężko strzelona. Psy podprowadzono na trop, tak były jednak zziajane i gorącem zbite, że tropu nawet podjąć nie chciały, trzeba było zatem iść bez ich pomocy. Ustawiliśmy się linią, każdy myśliwy mając po dwóch żołnierzy z dzidami u boku. Krok za krokiem, ostrożnie, gotowi do strzału, z palcem na cynglu, darliśmy się przez krzaki.
Kto sam nie doświadczył, nie uwierzy zapewne, że iść za postrzeloną panterą, inną sprawia emocyą, niż za dzikiem lub jeleniem. Co krok i co chwila niemal, człowiek napadu zwierza się spodziewa a gąszcz tak ciemny, że nim się pomyśli o strzale, może już być w zębach pantery. Żołnierze ciskają kamieniami przed sobą, i o ile możności drogę torują; ja sam trzymam się Gerarda i mam sposobność przyjrzenia się, jak ten stary i doświadczony myśliwy, ostrożnie, krok za krokiem postępuje.
Dochodzimy do linii naganki. Pocieszny widok Hindusów, którzy na głos świstawki w mig na drzewa powyłazili, i jak małpy pomiędzy konarami siedzą. Wtem jeden z nich wskazał ręką w kierunku kilku fantastycznie, jeden na drugim piętrzących się głazów granitu. W tejże chwili na 5 kroków przed sobą za blokiem kamiennym usłyszałem głośne mruknięcie. »Look out!« — krzyknął pułkownik. Złożyłem się w mgnieniu oka, lecz pantera zakryta skałą, ruszyła naprzód i znikła w gąszczu. Musiała być ciężko ranną, i nie czując się w sile podjęcia walki, uszła przed nami. Puściliśmy się za nią, na oko niemal, dopadła jednak labiryntu skał, kamieni i jaskiń. Straciliśmy farbę i musieliśmy od dalszego szukania odstąpić, tem więcej, że słońce się miało ku zachodowi i zaczęło się nieznacznie ściemniać. Raniony zwierz ukrył się w jaskini, jest zatem wszelkie prawdopodobieństwo, że go jutro odnajdą. Noc już ciemna była, gdyśmy wrócili do domu, z próżnemi co prawda rękoma, lecz, co do mnie przynajmniej, z wrażeniem nowego epizodu w myśliwskiem mem życiu.
10 marca. Żołnierze do dnia z psami poszli za panterą; pułkownik miał wojskowe zajęcia, nam zaś zeszedł czas na przygotowaniach do wycieczki obozem, na którą jutro mamy wyruszyć. Pułkownik niestety z nami nie jedzie, towarzyszy mi natomiast jeden z oficerów jego pułku, rotmistrz Grant, dobry myśliwy, znający miejscowość i ludzi; bardzo mi na rękę mieć go ze sobą, gdyż nie znając krajowego języka, nie zdołałbym sobie z ludźmi dać rady. Gerard pożycza namioty, pozostaje mi nająć konie wierzchowe, bryki, ludzi, kupić prowizye i t. d. Na szczęście w oficerskim klubie wszystkiego dostanie.
Pod wieczór w tryumfie przynoszą panterę. Zapomocą psów, odszukali ją w jednej z jaskiń blisko miejsca, gdzieśmy ją wczoraj porzucili; znaleźli ją dogorywającą i łatwo dobili. Śliczna sztuka, choć nie z największych, mierzy 6'6" od końca ogona do głowy, zwykły to bowiem sposób mierzenia tygrysa i pantery. Te ostatnie nadzwyczaj są co do wielkości nierówne: samice zwykle mniejsze, niektóre sztuki mało co większe od naszego rysia, natomiast wyrośnięty kocur nieraz wielkości małego tygrysa dochodzi. W kolorze szerści i wielkości centek również znaczne bywają różnice, i jedna skóra do drugiej nieraz zupełnie niepodobna. Na tej różnicy wzrostu i na odmianach koloru sierści fundują niektórzy przyrodnicy i myśliwi twierdzenie, że w Indyach jest kilka gatunków felidów, które zazwyczaj jednem mianem: »pantera« (Felis pardus) obejmują, i że lampart mianowicie stanowi odrębny od pantery gatunek. Większość zaś przyrodników jest zdania, że w Indyach pomiędzy panterami, »rodzaj« (genus) jest jeden, kilka natomiast istnieje »odmian« (varietas) i co do mnie, sądziłbym, że ci ostatni mają słuszność; wzmiankowane różnice bowiem tyczą się jedynie wzrostu i odmian sierści, nie są zaś zasadnicze co do budowy ciała i ubarwienia. Między naszemi niedźwiedziami naprzykład, żaden osobnik niemal do drugiego niepodobny, chociaż do jednego gatunku należą. Jedynie tak zwany po angielsku »hunting leopard« (Felis jubata) i »snow-leopard« (Felis uncia), stanowią odrębne od pantery gatunki. O pierwszym, tak zwanym lamparcie myśliwskim, będę miał później sposobność dłużej wspomnieć; drugi zaś, śnieżny lampart, zamieszkujący tylko szczyty Himalajów, nader jest rzadki, i skóra jego wysoce cenna. Widziałem jej jeden okaz w Dardżilingu u p. Möwisa, który 500 rupii (około 1000 fr.) za nią żądał.






  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – konno.
  2. W dwa dni potem, znaleziono go nieżywego o kilkaset kroków od strzału, zjedzonego już przez szakale. Rogi i czaszkę zabrałem.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pułkownik.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – każdego.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Mikołaj Potocki.