O. Jan Beyzym T. J. i Trędowaci na Madagaskarze/List XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Beyzym
Tytuł O. Jan Beyzym T. J. i Trędowaci na Madagaskarze
Redaktor Marcin Czermiński
Wydawca Redakcya »Missyj Katolickich«
Data wyd. 1904
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




LIST XX.

Tananariwa, 28 grudnia 1900.

Udało się mnie zdobyć trochę fotografij z naszego codziennego życia, posyłam je Ojcu, dołączając przytem wytłumaczenie niektórych, bo może niewszystkie będą dość zrozumiałe dla wszystkich, co je zobaczą w »Missyach katolickich«, jeżeli Ojciec uzna za stosowne umieścić je tam. Mianowicie: Zabawa bójką kameleonów. Tutaj mnóstwo kameleonów (malutka to jaszczurka, dlatego na fotografii źle widać). Malgasze łapią je i droczą, potem tak całą sprawą kierują, że kameleony zaczynają się czubić.[1] Jest tu także na Madagaskarze rodzaj koników polnych, których Malgasze zniewalają także do bójki, ale tego nie widziałem nigdy, tylko mówiono mi. Gra w fanurun. Fanurun jest to gra w rodzaju warcabów, do grania robią sobie warcabnice ci, co mogą mieć kawałek deski; ci zaś co deski nie mają, robią dołki w ziemi i rzucają do nich kamyczki, służące im zamiast pionków do grania. Trędowata czesze towarzyszkę niedoli. — Ten rodzaj szczotki jest to pęczek suchej trawy, którego końce maczają we wodzie i czeszą się. Zdaleka można łatwo wziąć taką szczotkę za kawałek patyka. Otóż taka historja: kiedyś spostrzegłem podobną operacyę (tej szczotki jeszcze nie znałem), no, dobrze, myślę sobie, odbywa się polowanie, będzie głowa czystsza; tylko sposób polowania coś mnie się wydał niekoniecznie praktyczny (wziąłem tę szczotkę za kawał drzewa) ze względu zwłaszcza na tego, na czyjej głowie odbywa się tępienie zwierzyny. Przybliżyłem się, żeby zobaczyć co to jest i dowiedzieć się o co chodzi, bo zdaleka to tak wygląda, jakby ta kobieta patykiem tłumaczyła tamtej powody swego niezadowolenia, albo chciała wypróbować dokładnie wartość jej czerepu. Dopiero, kiedy byłem blisko, zobaczyłem, że to szczotka z trawy i że gniewów żadnych między niemi niema, tylko odbywa się tualeta w ten sposób. Nigdy nie słyszałem, ani widziałem, będąc w kraju, żeby jaki fryzjer używał podobnych przyrządów, więc umyślne dałem to odfotografować, żeby Ojcu pokazać, jako coś nowego. Zresztą nie wiem, może to tylko dla mnie nowina i rzadkość. Żart żartem, a dobrze mówi rossyjskie przysłowie: на безрыбіи и ракъ рыба (na bezrybiu i rak rybą), albo jeszcze lepsze: за неимѣніемъ гербовой пишемъ на простой (kiedy niema herbowego papieru, to się pisze na zwykłym). Radzą sobie biedacy, jak mogą, niema czem innem, to badylami suchej trawy czeszą się.
Na tejże samej fotografii niech Ojciec drogi zwróci uwagę na ściany i quasi słupy podpierające dach, tworzący rodzaj werandy. Czy nie mam ja racyi obawiać się, żeby to lada moment wszystko się nie rozsypało. Z dnia na dzień coraz mnie pilniej, żeby już można było zacząć budować schronisko. Czy może przesadzam, opisując nędzę moich czarnych piskląt?


O. Beyzym rozdaje zupę trędowatemu.

Trędowaci przygotowują ziemię pod maniok. Niech Ojciec przypatrzy się rękom i nogom, zwłaszcza tego, co w środku ze sparaliżowaną prawą ręką. Własnym oczom nie chciałem wierzyć, żeby tacy nieszczęśliwi mogli pracować. Umyślnie wziąłem ich do fotografii, żeby pokazać, jak niedorzeczne gadania, o których Ojcu przedtem kiedyś pisałem, jak np.: »trzeba ich naganiać do pracy, bo Malgasze z natury leniwi« i t. p. Krew cieknie nieraz po tych angádi (łopatkach), a muszą biedni grzebać, żeby się ratować od głodowej śmierci. Żebym był tylko w stanie, t. j. żebym tak mógł, jak nie mogę, to najchętniej zrobiłbym wszystko za nich wszystkich, żeby im tylko oszczędzić cierpienia. I takim kazać pracować! czy nie głupie to gadanie?! Wielu słyszałem tak rozprawiających, ale i ja cicho nie siedzę i gardłuję, gdzie się tylko da. Poczciwa hr. Ledóchowska, do której też pisałem o tem, kazała to wydrukować w »Echu z Afryki« com jej napisał. Jej niech Matka Najśw. stokrotnie to wynagrodzi, a czytający »Echo z Afryki« niech wiedzą, jak się rzecz ma w istocie.
Umierający trędowaty. Jak Ojciec już wie, licha rogóżka stanowi całe umeblowanie i pościel zarazem moich chorych. Bardzo często w ostatnich chwilach chory chce, żeby go posadzić, bo mu ciężko oddychać leżąc, więc ktokolwiek z chorych uklęknie, lub usiądzie, konający oprze się o niego i tak dogorywa (zob. ryc. na str. 182). — Pogrzeb trędowatego. Malgasze nie chowają w trumnach, tylko zawijają trupa w lamba i tak go chowają. Paradniejszych pogrzebów, jak ten na fotografii, nie mamy; krzyża, chorągwi i t. p. niech Ojciec darmo nie stara się dopatrzeć, bo nic a nic zgoła tego u nas niema. Mój krzyżyk zakonny służy i mnie i moim chorym wszędzie do wszystkiego; konający go całują, tym krucyfiksem żegnam mogiły, sam go często całuję — słowem, jest to jakby nasza wspólna własność (zob. ryc. na str. 184 — 185).
Podział ryżu. Co poniedziałek, jak Ojciec drogi wie z poprzednich listów, przysyłają z misji ryż dla chorych; każdy dostaje takie cztery kubki na tydzień, jak ten co jest w ręku rozdającego ryż. Oprócz tego ryżu, nic zgoła. Jak który skąd co wytrzaśnie do przegryzienia, to jako tako posili się; jeśli nie uda się dostać, to post. Takie cztery kubki równają się niecałym dwom litrom (zob. ryc. na str. 168 — 169).
Trędowaty i troje dzieci trędowatych tańczą. Kiedyś, o ile sobie przypominam, pisałem Ojcu, że moi chorzy czasem zatańczą, kto może. Teraz posyłam fotografię, żeby Ojciec miał wyobrażenie, bodaj słabe, o tem. Malgasze w tańcu daleko więcej wymachują rękami, niż nogami, tak, że możnaby nawet powiedzieć, że tańczą przeważnie rękami. Ten chory, co z rozłożonemi rękoma, zaczął tańczyć, a dzieciaki, widząc to, dalejże także w tany. Najmniejsza tańcząca dziewczynka w długiej koszulce, to maleństwo, które dopiero ledwo chodzić dobrze zaczyna. Takich olbrzymów jest tu coś trzech czy czterech obecnie; kiedy nastałem w schronisku, to się mnie dziatwa ogromnie bała, a teraz nadzwyczajna między nami przyjaźń, jak się tylko pokażę, to te bąki wszędzie krok w krok za mną idą. Kiedyś dwoje najmniejszych zaczęło do mnie krzyczeć przy furtce tak, że myślałem, że im co się stało. Wychodzę i pytam: coście się tak rozkrzyczały dzieciaki, czego chcecie? Widocznie biedactwo było zgłodniałe (było to około 8 rano), bo mnie powiedziały: »Przynieś Ojcze chleba.« — Jest jedno malutkie dziecko, co ledwo zaczyna chodzić. Kiedyś roznosiłem zupę ciężko chorym i wracam potem do siebie, ten dzieciak chwyta mnie za pas i mówi: »Daj i mnie co z tej kwarty.« Mówię mu, że już niema nic, rozdałem wszystko. Dzieciak nic nie mówi, tylko zagląda do kwarty, zobaczył, że próżnia i puścił mnie, ale od tego czasu, co dzień kiedy idę z zupą, on już czeka po drodze z miseczką i uszczęśliwiony, kiedy mu trochę na miseczkę naleję — słowem, że drobiazg ze mną w najlepszych stosunkach. Ja znowu staram się i ile możności te przyjacielskie stosunki podtrzymywać, bo, jak to mówią, dziecko za rękę, to matkę za serce — przez dzieciaków pozyskuję sobie starszych, t. j. ich rodziców i t. p., i tym sposobem łatwiej można coś na większą chwałę Bożą zrobić między tymi jeszcze pół na pół prawie dzikimi pacyentami.
Pisałem już Ojcu kiedyś o tutejszych targowiskach, że nazywają się od dni w tygodniu, jak również o tem, że mam chorego, co się Wtorek nazywa. Mam teraz drugiego, co się nazywa Sobota (obaj jeszcze poganie). Jak Ojcu podoba się takie zlecenie: Słuchaj Sobota, masz 2 su, jak w sobotę pójdziesz z Wtorkiem na sobotę, kup mnie kawałek mydła na sobocie; prawda, że niezłe. Może Ojciec spyta, jak mogą moi chorzy pojawiać się na targach, kiedy ich zewsząd pędzą, albo chwytają i zamykają w rządowem schronisku. Bardzo poprostu, ryzykują tak, jak wszyscy przemytnicy, uda się, to dobrze, nie uda się, to przepadło. Ci co są w początkach dopiero choroby, idą zwykle rano, kiedy czarni przedstawiciele władzy wykonawczej, t. j. wójtowie, podwójci i t. p. drapichrusty, albo jeszcze na dobre w objęciach Morfeusza, albo dopiero wstają i sztucerują się, żeby olśnić majestatem swojej godnej osoby czarnych współobywateli. Oni tylko przed swoimi rodakami pysznią się i nadymają jak pawie, wobec Europejczyka każdy z tych dygnitarzy uniżony sługa. Kiedy jaki wazaha nieco energiczniej przemówi im do rozumu, serca i woli, to czarni dostojnicy zmiatają, jak zające przed chartami.


O. Beyzym podaje lekarstwo trędowatemu.

Niech Ojciec nie dziwi się, że w tym liście jakoś niekoniecznie jedno drugiego się trzyma, bo, pisząc go, wcale nie najlepiej byłem usposobiony. Musiałem nawet przerywać na parę dni bazgraninę, bo mnie było chwyciło coś w rodzaju czegoś, tylko nie wiem co. Całe ciało, zwłaszcza w stawach, zaczęło boleć nie na żart. Póki tylko bolało, to jeszcze jakoś biedę się pchało, ale do tego zupełnie niespodziewanie, jak grzyby po deszczu, dołączyła się gorączka, kaszel i jeszcze jakieś zupełnie nadliczbowe, a wcale nie pomagające do roboty naleciałości, tak, że z tego wyszła niby dość głupia historya. Gdyby to tak w Chyrowie, to kpiłbym z tego wszystkiego, bo Dr. Mężyk zarazby temu koniec położył. (Drowi Mężykowi zupełnie ślepo ufam, bo 11 lat byłem prefektem infirmeryi, a nie pamiętam, żeby choć raz się kiedy było zdarzyło, żeby on nie poznał się dokładnie na chorobie. A bywały często porządnie ciężkie i zawiłe kawałki). Ale Ambahiwurak nie Chyrów, poleciłem zatem moją grzeszną duszę opiece Matki Najśw., wdziałem zimową togę, którą mam jeszcze z kraju i, w braku czego innego, zażywszy sporą dozę cierpliwości, czekałem aż się to może jakoś samo przełamie bez leków. Iść kurować się do Tananariwy nie mogłem, bo tarapata zaczęła się jakoś we środę czy czwartek, więc, gdybym był poszedł i zatrzymano mnie tam, moje czarne pisklęta nie miałby Mszy św. w niedzielę, a właśnie w tę niedzielę (D. III Advent.) komunikowali. W niedzielę po Mszy św. widzę, że licho nie ustępuje, szkoda czasu na kwękanie nic nie robiąc, więc w poniedziałek po Mszy św. biorę brewiarz do torby i idę do Tananariwy z obawy, żeby się nie pogorszyło i nie przeszkodziło do odprawienia trzech Mszy św. w samo święto Bożego Narodzenia u moich biednych chorych. W Tananariwie pyta doktor co mnie jest i mówi, że trzeba wypocząć, bom osłabiony nieźle; powiadam mu: panie, doktorze, jestem cały chory, wszystko mnie boli, ale proszę dać co porządnego, żeby prędko skończyć, bo nie mam czasu na wypoczywanie tutaj, dziś poniedziałek, więc najdalej w piątek muszę już być u moich chorych. Miałem nadzieję, że mnie doktor zafunduje jakąś poczciwą kozacką fernopiksę, co to jeszcze niezupełnie się połknie a ona już przepala wnętrzności i choroba kończy się raz, dwa. Tymczasem doktor kazał spoczywać i coś namajaczył infirmarzowi co do lekarstwa. Co on tam nagadał, nie wiem, bo nazywał lekarstwa dla mnie niezrozumiale, ale dostałem flachę jakiegoś aptecznego specyału żeby zażywać. Delektowałem się tym przysmakiem (smak jakoś strasznie był w kratki) do czwartku, a w piątek rano drapnąłem z Tananariwy. Dzięki Bogu, jakoś się ta burza zażegnała, choć z flaszki niewiele lekarstwa ubyło.


O. Beyzym przy umierającym trędowatym. (Zob. str. 176).

W Ambahiwuraku spotkała mnie niespodzianka w całem znaczeniu tego słowa, bo wcale na myśl nie mogło mnie przyjść coś podobnego; przyniósł mój czarny kuchmistrz wody do gotowania, napiłem się i czuję mydło, jak w smaku, tak w zapachu. Co takiego się stało, po nitce do kłębka doszedłem. Pokazało się, że w tem quasi źródle zkąd pijemy, Malgasze z sąsiednich chat bieliznę zaczęli prać. Kiedym to usłyszał, mało że niedostałem morskiej choroby i natychmiast posłałem tam i kazałem powiedzieć, żeby te kwiczoły (naturalnie, że tylko przez uszanowanie dla Ojca napisałem kwiczoły przez »kw«, bo w wymówieniu posłaniec słyszał nie kw, ale wyraźnie »św«) wyniosły się stamtąd prędzej, niż zaraz, jeżeli nie chcą żebym posłał skargę do Tananariwy, a wtedy nie ze mną, ale ze rządem będą mieli do czynienia. Ot ma Ojciec dowód jeden więcej na to, com kiedyś już dawno Ojcu pisał, jakie pojęcie mają Malgasze o ochędóstwie i obrzydliwości. Te brudasy może jeszcze obrzydliwsi od Żydów.
Tymczasem tyle na dziś; czekając z niecierpliwością na kilka słów od drogiego Ojca, polecam się bardzo Jego modlitwom.





Pogrzeb trędowatego prowadzony przez O. Beyzyma. (Zob. str. 176).




  1. Dwa kameleony na ziemi, a jeden na końcu patyka trzymanego pionowo.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Marcin Czermiński, Jan Beyzym.