<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Obrońca pokrzywdzonych
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 29.9.1938
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Obrońca pokrzywdzonych
Raffles domyśla się prawdy

W pobliżu Shepherdsgush na Golhaeke Road stał mały domek, wyglądający z zewnątrz dość niepozornie.
Domek ten otoczony dużym ogrodem, robił dość dziwne wrażenie w tej dzielnicy starych arystokratycznych will. Szare jego mury przeświecały smutnie z pomiędzy zieleni drzew.
Pomimo skromnego wyglądu wnętrze willi kryło prawdziwą niespodziankę. Urządzona ona była z dużym przepychem. Właściciel, Holender, nazwiskiem van Brixen, nabył tę willę przed laty na licytacji. Choć bardzo bogaty nie mógł nawiązać w Londynie stosunków towarzyskich. Źródło jego olbrzymiej fortuny wydawało się mieszkańcom stolicy podejrzane. Udało mu się wreszcie przezwyciężyć początkowy opór. Był uprzedzająco miły dla swych sąsiadów i przyjęcia jego zyskały rozgłos.
Dzisiejszego wieczora willa Holendra przybrała wygląd świąteczny. Holender zaprosił sporo osób. Postanowił wydać bal z okazji zaręczyn córki swej Anetty ze swym dawnym wspólnikiem, Francuzem Józefem Fournier.
Narzeczony od szeregu lat mieszkał w Londynie, prowadząc wesoły tryb życia zamożnego kawalera. Miał on brata o pięć lat młodszego, który również mieszkał w stolicy Anglii. Bracia jednak różnili się, jak dzień od nocy. Moralnie i fizycznie dzieliła ich od siebie przepaść. Józef był człowiekiem zdeprawowanym, próżnym i skłonnym do intryg. Franciszek natomiast był prawym, skromnym i przyzwoitym. Jedyną ambicją Józefa było jaknajszybsze zrobienie majątku. Każda droga, prowadząca do tego celu, była dlań dobra. Franciszek zaś uważał, że należy ciężką pracą dochodzić do swego celu. Podczas, gdy brat spędzał dni całe na ryzykownych interesach, Franciszek pracował pilnie, jako buchalter w jednej z firm londyńskich.
Ludzie, z którymi stykał się Józef, należeli do niższych warstw towarzyskich Londynu. Bardzo pewny siebie i ambitny starał się początkowo nawiązać stosunki z ludźmi z lepszej sfery, ale nie udało mu się. Zraził wszystkich swymi manierami parweniusza. Drzwi, które mu otwarto, zatrzaśnięto mu szybko przed nosem. Niepowodzenie to odczuł dość boleśnie. Nie rozumiał jednak przyczyn tego towarzyskiego bojkotu.
W dniu dzisiejszym ambitny młody człowiek nie posiadał się z radości. Szczęśliwy przypadek zetknął go z jakimś jegomościem, należącym do arystokracji francuskiej.
Oto jak się to stało:
Józef siedział w kawiarni, w której był częstym gościem. Sąsiedni stolik zajął jakiś nieznajomy elegancko ubrany i mogący liczyć około lat pięćdziesięciu. Rozmawiał po francusku z młodzieńcem, młodszym odeń o kilka lat. Fournier zwrócił uwagę na wytworny wygląd jegomościa. Zainteresował go fakt, że rozmawiali po francusku. Dwukrotnie starał się nawiązać z nimi kontakt: raz prosząc starszego z panów o danie mu przeczytanej gazety, drugi raz dając mu ognia.
Wszystko, daremnie, gdyż nieznajomy zachowywał rezerwę.
Przypadek przyszedł Józefowi z pomocą. Gdy obydwaj nieznajomi wychodzili, starszy z nich włożył na siebie przez omyłkę płaszcz Fourniera.
Józef natychmiast postanowił Skorzystać z okazji.
— Bardzo przepraszam... Mam wrażenie, że wziął pan moje palto.
— Czyżby? Możliwe. Bardzo pana przepraszam, ale musiałem się omylić. Nasze palta podobne są do siebie jak bliźnięta.
— Pochodzą one bowiem od dobrych krawców — rzucił Józef, błogosławiąc w duszy przypadek, który ułatwił mu przełamanie lodu. — Zauważyłem, że pan oraz pański przyjaciel jesteście Francuzami.
— Istotnie.
— Czy z Paryża?
— Nie, z południa Francji. A pan?
— Z Paryża? — odparł Józef. — Od wielu lat mieszkam w Londynie.
— Czy jest pan zadowolony z pobytu?
— Jako tako. Kolonia francuska jest dość szczupła i z wyjątkiem ambasadora u którego bywam dość często, nie utrzymuję z nią bliższego kontaktu. Z tym większą radością witam w panu mojego rodaka. Czy jest pan kupcem?
— Nie. Przyjechałem tu dla przyjemności.
— Pozwoli pan, że się przedstawię: Józef Fournier.
— Markiz d’Armand. Pan Bellon z Bordeaux — dodał, przedstawiając swego towarzysza. Fournier nie potrafił ukryć swej radości. Nareszcie wysiłki jego, zmierzające w kierunku zbliżenia się do sfer arystokratycznych zostały uwieńczone pomyślnym rezultatem. Poznał wreszcie autentycznego markiza.
Trzej panowie wrócili z powrotem do cukierni i usiedli razem przy stoliku. Fournier nie posiadał się z radości. Miał wrażenie, że markiz stara się uprzejmością wynagrodzić swą poprzednią oziębłość. Na stole pojawiło się drogie wino. Języki rozwiązały się. Gdy żegnali się z sobą stosunki między nimi panowały jaknajserdeczniejsze. Tegoż wieczora całe otoczenie Fourniera wiedziało, o tym, że młody człowiek spędził cały dzień ze swym najlepszym przyjacielem markizem d‘Armandem, który niedawno przybył z Paryża.
Następnego dnia, Fournier, który zazwyczaj udawał się do kawiarni dopiero o godzinie piątej po południu, zjawił się już tam o pierwszej. Pod żadnym pozorem nie chciał stracić okazji spotkania tam markiza. Czekał około czterech godzin. Cierpliwość jego została wynagrodzona. Ujrzał wreszcie dwóch zbliżających się rodaków. Zerwał się od stolika i podszedł do markiza, akcentując głośno jego tytuł.
Usiedli przy stole i wszczęli ożywioną rozmowę. Radość z zawartej tak imponującej znajomości, spędziła Fournierowi sen z powiek. Całą ubiegłą noc przewracał się na łóżku, zadając sobie pytanie, w jaki sposób może najwłaściwiej znajomość tę wykorzystać. Nadarzała mu się ku temu odpowiednia okazja. Jego ślub z córką van Brixena, Anettą, miał się odbyć za parę dni. Anetta była nietylko ładną i miłą dziewczyną, ale była również finansowo doskonałą partią. Fournier wpadł na pomysł, aby poprosić markiza d’Armand o zaszczycenie tej uroczystości swoją obecnością. Dla tych, którzy zamknęli przed nim swoje drzwi byłby to policzek nielada.
Zręcznie sprowadził rozmowę na ten temat. Ku jego wielkiej radości markiz odrazu przyjął propozycję.

Jeszcze w ciągu tego samego tygodnia van Brixen wydał nowe przyjęcie z okazji zaręczyn swej córki. Pomiędzy zaproszonymi gośćmi byt markiz d’Armand i towarzysz jego pan Bellon z Bordeaux. Holender dumny był z obecności arystokratycznego gościa. Wyszedł na jego spotkanie i ceremonialnie przedstawił go reszcie zaproszonych.
W zimowym ogrodzie, za grupą palm, stała malutka ławeczka. Miejsce to stanowiło doskonałą kryjówkę dla tych, którzy chcieli przez chwilę pozostać sami. Na ławeczce tej siedzieli dwaj mężczyźni. Starszy z nich nosił w klapie fraka rozetkę Legii Honorowej. Białą wypielęgnowaną ręką gładził niewielką bródkę. Z trudem tłumił ziewanie.
— Chciałbym stąd uciec, Charley, jaknajprędzej. Towarzystwo jest tu bardzo mieszane i niesłychanie nudne. Przyszedłem tu, ponieważ miałem wrażenie, że w przeszłości Fourniera i naszego gospodarza kryją się jakieś tajemnice. Widać jednak, że się pomyliłem.
Młody człowiek, którego towarzysz nazywał Charleyem chciał coś odpowiedzieć. W tej samej chwili markiz, bowiem on to był właśnie, przysłonił mu ręką usta, drugą ręką wskazując na drzwi, prowadzące do sali balowej.
Stanęli w nich właśnie Fournier i Brixen. Chcieli widocznie udać się do miejsca, w którym znajdowali się obaj nasi przyjaciele, lecz zatrzymali się w połowie drogi, w pobliżu fontanny.
— O, nie, Geercie. Nigdy się na to nie zgodzę — rzekł Fournier.
Van Brixen położył łagodnie rękę na ramieniu młodego człowieka.
— Bądź rozsądny, Józefie... Pomiędzy takimi starymi przyjaciółmi jak my... znasz mnie chyba dosyć.
— Tak — odparł Fournier — dlatego, że cię znam żądam, abyś wpłacił mi obiecane pięćdziesiąt tysięcy funtów gotówką, najpóźniej w przeddzień ślubu.
— Ależ to absurd, Józefie. Na dzień przed ślubem otrzymasz gotówką dwadzieścia tysięcy funtów sterlingów, stanowiących posag mej córki. Resztę otrzymasz...
— Właśnie do reszty przywiązuję jaknajwiększe znaczenie. Czy sądzisz, że za głupich dwadzieścia tysięcy funtów, zgodzę się uwolnić cię od twej córki? Żądam właściwego odszkodowania za moją piękną starokawalerską egzystencję. Nadszedł czas, abyśmy zlikwidowali przeszłość i uregulowali nasze rachunki.
Holender westchnął głęboko.
— Ponieważ nie mam wyboru, niech i tak będzie. Ale pieniądze te nie przyniosą ci szczęścia.
— Wiedziałem, że wrócisz do rozsądku — odparł Fournier łagodniejszym tonem. — Oto ręka — dodał, wyciągając do Brixena prawicę.
Brixen wyciągnął swoją rękę dość niechętnie. Pogodziwszy się obydwaj mężczyźni wrócili do salonu.
Markiz d’Armand słuchał tej rozmowy z prawdziwym zainteresowaniem.
— Przypadek naprowadził nas na ślad ciekawej tajemnicy — rzekł do Charleya. — Ci, którzy nam donieśli, że teść i zięć byli kiedyś wspólnikami w pierwszej karierze, mieli rację. Jakieś poważne względy musiały skłonić starego do dania Fournierowi pięćdziesięciu tysięcy funtów sterlingów.
Po chwili drzwi otwarły się szybko i dwie młode dziewczyny weszły do zimowego ogrodu. Usiadły na ławeczce, stojącej pod palmami nie spodziewając się, że jakiś mężczyzna ukryty wśród zieleni nie spuszcza z nich wzroku.
— Ach Maud... Jestem taka nieszczęśliwa....
Skarga ta wypłynęła z ust wyższej z dziewcząt. Jednocześnie oparła ona na ramieniu swej towarzyszki swą złotą główkę i załkała.
Towarzyszka jej mogła liczyć około dziewiętnastu lat. Na twarzy jej malowała się jednak niezwykła powaga.
— Ależ Anettko — rzekła — Jeśli ci się aż tak nie podoba, nie poślubiaj go. Nikt cię do tego nie może zmusić.
— Nie znasz mego ojca, To, co postanowił musi być spełnione. Raczej skoczę do wody razem z Franciszkiem, niż poślubię tego człowieka.
Wstała i chusteczką poczęła ocierać oczy. Młodszą dziewczyna otoczyła ją ramieniem.
— Uspokój się Anettko. Mógłby cię ktoś zobaczyć! Zaufaj mi. Już ja coś wynajdę, aby nie dopuścić do tego małżeństwa. A teraz wytrzyj oczy i chodź zemną. Nasza długa nieobecność mogłaby się wydawać podejrzaną.
Anettka przytuliła się do swej towarzyszki jak małe dziecko i obydwie weszły do salonu.
— Brawo miss Maud — zawołał markiz. — Kocham ludzi zdecydowanych i myślących. Powiedz mi Charley, czy nie mógłbyś wydobyć o tej dziewczynie wiadomości?
Któż to taki ten Franciszek, z którym nasza biedna Anettka postanowiła wspólnie popełnić samobójstwo.
— Bardzo chętnie, jeśli ci to tylko potrzebne.
— Wyjaśnienie to jest mi konieczne — odparł lord Lister. — Wydaje mi się, że nasz gospodarz i jego czcigodny wspólnik zasługują całkowicie na naszą uwagę. Zajmij się więc chwilowo Maud i wyciągnij od niej trochę szczegółów o tym Franciszku. Maud oprócz rozsądku posiada śliczną twarzyczkę i zgrabną figurkę. Nie stracisz czasu w jej towarzystwie.
W tej chwili orkiestra zagrała tango.
— Zaproszę ją do tańca — rzekł Charley. — Wyciągnąwszy rękę do swego przyjaciela oddalił się szybko.
Markiz przez kilka chwil jeszcze pozostał na ławce, również udał się do salonu.
Na wargach jego pojawił się sarkastyczny uśmiech.
— Rafflesie, Rafflesie! Oto coś dla ciebie! — szepnął do siebie po cichu. —


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.