Pamiętnik chłopca/Nieszczęście

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Pamiętnik chłopca
Podtytuł Książka dla dzieci
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i Spółki
Data wyd. 1890
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Obrąpalska
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały październik
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
NIESZCZĘŚCIE.
21, piątek.

Rok szkolny rozpoczął się od nieszczęśliwego wypadku. Dziś rano, gdym szedł z ojcem do szkoły, opowiadając mu po drodze o tém, co nam wczoraj nauczyciel powiedział, spostrzegliśmy na ulicy przed szkołą wielki tłum ludzi. Mój ojciec powiedział zaraz:
— Coś się tam stało, jakieś nieszczęście! Źle się rok zaczyna!
Z trudem niemałym weszliśmy do szkoły. W wielkiéj sieni pełno było rodziców i dzieci, których nauczyciele nie mogli w klasach pomieścić. Wszystkich oczy zwrócone były na pokój dyrektora. Co chwila powtarzano w tłumie:
— Biedne dziecko! Biedny Robetti!
Ponad głowami, w głębi pokoju, widniała łysa głowa naszego dyrektora i błyszczący hełm podoficera gwardyi. Potém wszedł jakiś pan w wysokim kapeluszu i wszyscy powiedzieli:
— Lekarz, lekarz.
Mój ojciec zapytał jednego z nauczycieli:
— Co to się stało?
— Koło przeszło mu przez nogę — odrzekł nauczyciel.
— Nogę ma złamaną — dodał drugi.
Ów biedny Robetti, uczeń z naszéj szkoły, idąc ulicą Dora Grossa i spostrzegłszy chłopczyka z pierwszéj wstępnéj klasy, który, odbiegłszy od matki, upadł na środku ulicy, tuż tuż prawie pod koła nadjeżdżającego omnibusu, — rzucił się śmiało ku niemu, pochwycił go, odciągnął, ale nie miał już sam, nieborak, dość czasu, by uciec — i koło omnibusu przeszło mu przez nogę. Jest on synem kapitana artyleryi. Podczas gdy nam to opowiadano, jakaś pani weszła do sieni, jak obłąkana tłum rozpychając; — była to matka Robettiego, po którą posłano. Inna pani wybiegła ku niéj na spotkanie, zarzuciła jéj ramiona na szyję, łkając; — była to matka uratowanego dziecka. Obie wbiegły do pokoju dyrektora i rozległ się krzyk rozpaczliwy:
— Julku mój! synu mój!
W téj chwili powóz zatrzymał się przed szkołą, a wkrótce potém ukazał się dyrektor, niosąc chłopca, bladego jak chusta, z zamkniętemi oczami, którego głowa spoczywała na jego ramieniu. Cisza zapanowała w sieni, słychać było tylko łkanie matki. Dyrektor przystanął na chwilę — blady był, podniósł nieco obu rękami chłopca, aby go zebranym pokazać. I wówczas nauczyciele, nauczycielki, rodzice, dzieci, wszyscy pocichu, razem zaczęli powtarzać:
— Zacny, szlachetny, dzielny Robetti! Cześć tobie, biedny chłopczyku!
I cisnęli się dokoła niego, całując go ostrożnie po ramionach i rękach. On oczy otworzył i rzekł:
— Moja teka?
Matka uratowanego chłopca pokazała mu ją, płacząc, i powiedziała:
— Ja ci ją przyniosę, drogi aniołku, sama przyniosę.
A mówiąc to, podtrzymywała ramieniem matkę ranionego, która zakrywała sobie twarz rękami.
Wyszli, położyli chłopca w powozie, powóz odjechał powoli. I wówczas w milczeniu wróciliśmy do szkoły.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Obrąpalska.