Piętnastoletni kapitan (Verne, 1917)/Tom II/Rozdział XIX


Rozdział XVIII Piętnastoletni kapitan • Tom II
Rozdział XIX

S. V. • Juliusz Verne
Rozdział XX
Rozdział XVIII Piętnastoletni kapitan
Tom II
Rozdział XIX

S. V.
Juliusz Verne
Rozdział XX
przekład anonimowy

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w 1917 r.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!


Herkules silnem uderzeniem wiosła popchnął łódź ku lewemu brzegowi, na którego krańcu wznosił się wielki wysokopienny las, tak gęsty, że nawet światło nie przezierało nigdzie przez niego. Dick patrzył z niepokojem na tę ziemię, na której zamieszkiwali ludożercy z niższego Kongo, a około której brzegów zmuszeni będą płynąć, skoro łódź nie mogła obecnie posuwać się środkiem rzeki. Straszny to był cios dla tych nieszczęśliwych tak blizkich zapewne jakich osad portugalskich; ale ufali Bogu, wszak on tyle razy wyratował ich z najcięższej doli.

W miarę jak łódź zbliżała się do lewego brzegu, Dingo okazywał dziwne oznaki niecierpliwości. Dick, który na wszystko zwracał uwagę, bo któż mógł przewidzieć skąd może przyjść niebezpieczeństwo, myślał, że może jaki dziki zwierz lub krajowiec ukrył się w wysokiej papyrusowej trzcinie nadbrzeżnej; poznał jednak prędko, że to nie gniew miota Dingiem.

– Szczególna rzecz! zawołał Janek, obejmując rączkami Dinga za szyję, on zupełnie jakby płakał; co tobie dobry Dingo?

Dingo wysunął mu się; łódź była wtedy o jakie dwadzieścia stóp od brzegu; pies skoczył w wodę i, dopłynąwszy do brzegu, znikł w zaroślach. Ani pani Weldon, ani Dick, ani Herkules nie wiedzieli, co myśleć o tem.

W kilka chwil później dobili do brzegu, przedarłszy się przez różne wodne rośliny. Kilka zimorodków powitało ich ostrym świstem, małe, białe czaple zerwały się i uciekły. Herkules przywiązał mocno łódź do pnia mangowego i wszyscy wdrapali się na wyniosłe wybrzeże, ponad którem wznosiły się wielkie drzewa.

W lesie tym nie było ani śladu ścieżki, ale świeżo zdeptany dowodził, że niedawno musieli przechodzić tędy albo krajowcy albo jakie zwierzęta.

Herkules trzymał w ręku siekierę, a Dick broń nabitą; uszedłszy zaledwie kilka kroków, spotkali Dinga. Pies wył żałośnie i pochylony węszył ślad. Niewytłomaczone przeczucie ciągnęło go ku tej części wybrzeża, a obecnie aż w głąb lasu, było to aż nadto widocznem.

– Baczność! – zawołał Dick; – pani Weldon, Janku, panie Benedykcie, proszę bądźcie ostrożni i nie oddalajcie się. Herkulesie uwaga!

W tej właśnie chwili Dingo podniósł łeb, oglądał się i podskakiwał, jakby prosząc, aby szli za nim.

Niebawem doprowadził ich do stóp ogromnego sykomora, pod jego cieniem wznosiła się zniszczona chatka; Dingo stanął przed nią i zaczął szczekać żałośnie.

– Któż tam być może? – zawołał Dick i wszedł do chatki, a za nim pani Weldon i towarzysze.

Na ziemi leżały rozrzucone kości ludzkie, zbielałe pod wpływem atmosfery.

– Umarł ktoś w tej chatce, – rzekła pani Weldon.

– I widać Dingo znał zmarłego, musiał to być pan jego; patrzcie! – rzekł Dick.

I wskazał palcem na nagi pień sykomoru, na którym można jeszcze poznać dwie prawie zatarte litery.

Dingo położył łapy na pniu, jakby wskazując go obecnym..

– S. V. – krzyknął Dick. – Też same litery, które Dingo zawsze poznawał i które ma wyryte na obroży.

Wtem pochylił się nagle i podniósł małe pudełeczko miedziane, bardzo już zaśniedziałe, które leżało w kącie. Gdy je otworzyli wypadł z niego kawałek papieru, na którem było napisane:

»Zamordowany jestem... i okradziony... przez przewodnika mego Negora... 3 grudnia 1871 roku... tu... o 120 mil... Dingo! do mnie!...«

S. Vernon.

Te kilka słów wyjaśniły wszystko.

Samuel Vernon, który postanowił zwiedzić wnętrze Afryki, zabrał ze sobą psa swego Dingo, wziął Negora za przewodnika; nędznik ten, zobaczywszy, że podróżnik ma przy sobie pieniądze, postanowił je zabrać. Dostawszy się na ten punkt wybrzeży Kongo, podróżnik francuski osiedlił się w tej chacie, i tu był zamordowany, okradziony i opuszczony.

Po spełnieniu zbrodni Negoro uciekł zapewne z tych stron i wtedy wpadł w moc portugalczyków, którzy poznawszy, że jest jednym z agentów handlarza niewolnikami Alweza, odstawili go do San Paulo de Loanda, gdzie skazany został na dożywotnie wiezienie w jednym z domów poprawy tejże kolonii.

Wiadomo już, że zdołał uciec stamtąd i dostał się do Nowej Zelandyi, a stamtąd na Pilgrima, na nieszczęście będących na jego pokładzie.

Łatwo zrozumieć, jak się rzeczy miały po dokonaniu zbrodni. Nieszczęśliwy Vernon, przed zgonem znalazł jeszcze tyle sił, iż mógł napisać ową kartkę, podającą nazwisko mordercy i powód spełnionej zbrodni. Kartkę te włożył w pudełko, w którem zapewne były pierwej skradzione pieniądze i nakreślił na pniu drzewa, jakby napis nagrobkowy, litery swego imienia i nazwiska... Zapewnie Dingo długie dnie przesiedział, wpatrując się w te litery i tym sposobem nauczył się je poznawać. Błąkającego się po wybrzeżu, kapitan Waldeck zabrał na swój statek, po rozbiciu którego dostał się na pokład Pilgrima, gdzie poznał Negora.

Dick i Herkules zamierzali właśnie pochować po chrześcijańsku śmiertelne szczątki Samuela Vernon, gdy wtem Dingo zawył strasznie i wybiegł z chatki.

Jednocześnie prawie straszny krzyk rozległ się w niewielkiej odległości; wyraźnie człowiek jakiś ucierał się z ogromnym zwierzem.

Herkules wybiegł za śladem Dinga. Dick Sand, pani Weldon, Janek i kuzyn Benedykt poszli za nim i ujrzeli człowieka, tarzającego się po ziemi, a pies wpoił w niego swe ogromne kły.

Był to Negoro i Dingo.

Zmierzając do ujść Zairu, skąd miał odpłynąć do Ameryki, zbrodniarz ten, zostawiwszy eskortę swoją w pewnej odległości, sam poszedł na miejsce, gdzie zabił podróżnika, który zaufał mu i powierzył się jego opiece. Miał do tego powód i poznali go nasi tułacze, zobaczywszy świeżo odgrzebany dołek, w którym znajdowało się kilka garści francuskiego złota.

Widocznie schował je tu Negoro po spełnionem zabójstwie, zanim został schwytany przez portugalczyków i teraz dopiero skorzystał ze sposobności, aby je zabrać, gdy wtem zwęszył go Dingo, skoczywszy z nienacka przewrócił i pochwycił za gardło. Nędznik wyjął z kieszeni wielki nóż i ugodził psa, właśnie w chwili, gdy Herkules rzucił się na niego, wołając:

– A mam cię łotrze, i mogę nareszcie wymierzyć ci zasłużoną karę.

Ale uprzedził go Dingo; zbrodniarz zaledwie już dawał znaki życia. Dosięgła go sprawiedliwość Boża, umierał właśnie w miejscu popełnionej zbrodni. Ale i wierne zwierzę zostało ugodzone śmiertelnie; biedny Dingo zdołał przecież jeszcze zawlec się do chaty, w której zmarł ukochany pan jego.

Zbrodniarz Negoro żyć przestał, ale krajowcy, towarzyszący mu od Kazonde, zapewne musieli być niedaleko, nie mogąc się więc doczekać jego powrotu, niezawodnie przyjdą szukać go w tej stronie. Tak więc biednym rozbitkom wielkie znów groziło niebezpieczeństwo.

Dick Sand i pani Weldon zaczęli się naradzać, co mają czynić.

Wiedzieli już teraz, że jest to z pewnością rzeka Kongo, którą krajowcy nazywają Kwango; była to rzeczywiście owa wielka arterya środkowej Afryki, której odważny Stanley nadał wielce zaszczytną nazwę »Livingstone«. Lecz choć już nie mogli wątpić, że to jest Kongo, kartka pozostawiona przez francuskiego podróżnika zawiadamiała, że ujście jej odległe jest jeszcze o sto dwadzieścia mil, a na nieszczęście w tych miejscach nie można jej było przepłynąć. Ogromne katarakty nie dopuszczały żeglugi, nie było więc innej rady, jak tylko iść któremś wybrzeżem przynajmniej aż do końca katarakt, to jest milę lub dwie, a tam dopiero zbudować sobie tratwę, mającą doprowadzić ich do zamierzonego celu.

– Chodzi więc teraz o to, – rzekł Dick, – czy mamy puścić się lewym brzegiem rzeki, na którym się znajdujemy, czy zwrócić się na prawą jej stronę. Zdaje się, że obie drogi są zarówno niebezpieczne, gdyż możemy się spotkać z groźnymi zawsze krajowcami; zdaje mi się jednak, że ta strona jest niebezpieczniejszą z tego powodu, iż moglibyśmy być zaskoczeni przez towarzyszów Negora.

– Więc zwróćmy się na drugą stronę, – rzekła pani Weldon.

– Tylko nie wiemy, czy droga z tamtej strony jest możebna do przebycia, gdyż widać drogi prowadzące do ujść Konga po tej znajdują się stronie, skoro Negoro szedł tędy... Ale mniejsza o to, nie możemy się wahać... tylko zanim pani wsiądziesz do łodzi, muszę pierwej sam przekonać się, czy będzie można przepłynąć na drugą stronę, pomimo tak gwałtownego spadku wód.

Rzeka nie miała więcej w tem miejscu nad trzysta do czterysta stóp szerokości, łatwo zatem mógł ją przepłynąć Dick, umiejący robić wiosłem; pani Weldon, Janek i kuzyn Benedykt mieli czekać jego powrotu pod opieką Herkulesa.

Tak rozporządziwszy Dick miał już odpłynąć, gdy pani Weldon zatrzymała go, mówiąc:

– Czy nie lękasz się, aby cię pęd spadku porwał swoim wirem?

– Nie, pani, przepłynę w odpowiedniej odległości.

– Ale, czy na przeciwnym brzegu nie grozi jakie niebezpieczeństwo?

– To też nie wyląduję, nie upewniwszy się uprzednio o tem.

– Zabierz przynajmniej dubeltówkę.

– Dobrze, ale bądźcie o mnie spokojni.

– Może byłoby lepiej nie rozłączać się, – rzekła pani Weldon, mocno zaniepokojona.

– Niepodobna, – odpowiedział Dick, – chodzi tu o wasze bezpieczeństwo, pozwól mi więc pani odpłynąć. Wrócę nim godzina upłynie, czuwaj tu bacznie Herkulesie!

To rzekłszy, odwiązał łódź, która go poniosła ku przeciwnej stronie. Pani Weldon i Herkules, ukryci wśród trzciny, śledzili za nim wzrokiem.

Dick Sand dopłynął wkrótce do środka rzeki, choć prąd nie był zbyt silny, jednak dawał się uczuć.

Szum wody rozlegał się w powietrzu; wiatr zachodni niósł wielkie spienione fale aż ku łodzi Dicka, który zadrżał na samą myśl, jak wielkie niebezpieczeństwo groziło łodzi podczas minionej nocy; gdyby mniej przezornie była sterowana, wszyscy znaleźliby śmierć w nurtach rzeki.

Teraz nie miał się już czego obawiać, gdyż trzymał się w pewnej odległości od gwałtownego wiru.

W kwadrans potem Dick dobił do przeciwległego brzegu i gotował się wyskoczyć na wybrzeże. Lecz w tej chwili rozległy się głośne krzyki i z dziesięciu krajowców rzuciło się na trawiaste pokrycie, osłaniające łódź.

Byli to ludożercy z owej nadwodnej osady. Przez osiem dni szli prawem wybrzeżem rzeki, gdy pod pokryciem z zieleni dojrzeli uciekających i obiecywali sobie pewną zdobycz, wiedząc, że spadek wód zagrodzi im drogę i zniewoli wylądować na prawym lub lewym brzegu rzeki.

Dick widział się zgubionym, pomyślał jednak, że może zdoła ofiarą własnego życia ocalić swoich towarzyszy. I dlatego nieulękniony stał na przodzie łodzi z wycelowaną strzelbą, i tym sposobem trzymał na wodzy dzikich.

Jednakże ci po chwili odważyli się i zerwali trawiasty dach rozciągnięty ponad łodzią, pod którym spodziewali się znaleźć liczne ofiary. Jakże przykrego doznali zawodu, przekonawszy się, że jeden tylko człowiek znajdował się w łodzi.

Wtem jeden z dzikich podniósł rękę w górę, pokazując towarzyszom na lewym brzegu rzeki panią Weldon i innych rozbitków, którzy zobaczywszy, co się dzieje i nie wiedząc, co począć, wysunęli się z ukrycia i stanęli na wybrzeżu.

Spostrzegł ich także Dick, i nie myśląc o sobie, prosił Boga, aby mu zesłał natchnienie, jak ocalić swoich.

Lękając się wycelowanej ku nim broni, ludożercy nie zbliżali się do Dicka, ale stali w przeciwnym rogu łodzi; jeden pochwycił wiosło, którem doskonale robił i manewrując wybornie posuwał łódź w ukośnym kierunku.

Wkrótce byli zaledwie o sto stóp od przeciwległego wybrzeża.

– Uciekajcie! – krzyknął Dick do towarzyszy, – uciekajcie co prędzej!

Ale ani pani Weldon, ani Herkules nawet o krok się nie cofnęli. Zdawało się, że są przykuci do miejsca.

Nie chcieli uciekać, wreszcie na cóżby się to zdało; przed upływem godziny i tak wpadliby w ręce ludożerców.

Zrozumiał to Dick, ale wtedy właśnie zbudziło się w duszy jego to natchnienie, o które tak gorąco się modlił. Zdawało mu się, że zdoła ocalić ukochanych swoich, czyniąc z siebie ofiarę... To też nie zawahał się ani chwili.

– Boże! miej ich w swojej opiece! – zawołał, i zmiłuj się nademną.

I w tejże chwili skierował broń ku manewrującemu łodzią, wystrzelił i strzaskany ster rozbił się w kawałki.

Ludożercy wydali straszny krzyk przerażenia.

Łódź bez steru przechyliła się, wir porwał ją gwałtownie i wkrótce poniósł o jakie sto stóp tylko od katarakt.

Pani Weldon i Herkules zrozumieli postępek Dicka, – aby ich ocalić, siebie i dzikich rzucał wraz z łodzią w niezgłębione otchłanie. Mały Janek, płacząc padł na kolana obok matki i ręką ostatnie przesłali mu pożegnanie. Herkules wyciągnął ku niemu dłonie z rozpaczliwym ruchem...

W tej chwili ludożercy postanowili próbować, czy nie uda im się wpław dostać na lewy brzeg wyskoczyli więc z łodzi, która skutkiem tego się przechyliła.

Dick nie stracił zimnej krwi, nagle przyszło mu na myśl, że przewrócona łódź, której deska, ciągnąca się spodem przez całą długość, wznosiła się nad wodą, mogła stać się dla niego właśnie arką zbawienia.

W„ chwili, gdy wir poniesie go pod spadek wód, podwójne będzie mu groziło niebezpieczeństwo: zaduszenie wodą albo powietrzem. Otóż w tak przewróconej łodzi uda mu się może trzymać głowę ponad wodą a zarazem zdoła osłonić przed powietrzem zewnętrznem, które najniezawodniej zadusiłoby go gwałtownością upadku. Dick zrozumiał to w mgnieniu oka; instynktownie uczepił się ławki, ciągnącej się od jednego do drugiego końca łodzi i, wydobywszy głowę nad wodę pod przewróconem pudłem, czuł, że ciągnie go prąd nieprzeparty i zaczyna spadać w głąb prawie prostopadle.

Spienione fale pochłonęły ludożerców...