Rozdział XXII Podróż do środka Ziemi
Rozdział XXIII
Juliusz Verne
Rozdział XXIV

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w 1897 r.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!


Umysł mój rozdrażniony przez całą godzinę marzył o powodach, które mogły skłonić spokojnego myśliwca do tak niezwykłego postępowania. Najdziwniejsze myśli tłoczyły się do mojej skołatanej wyobraźni; obawiałem się czy nie oszaleję.

Nareszcie odgłos kroków słyszeć się dał w głębi otchłani. To Hans wracał. Światełko zdala zamigotało; najprzód nieznacznie, później coraz wyraźniej oblewało jasnością całe podziemie.

Przewodnik przyspieszonym krokiem zbliżył się do stryja, a kładąc mu rękę na ramieniu, zlekka poruszył go budząc. Profesor zerwał się na równe nogi.

– Co takiego? – spytał porywczo.

Vatten – odpowiedział myśliwiec.

Nie rozumiejąc ani słowa po duńsku, instynktem odgadłem znaczenie tego wyrazu.

– Woda! woda – wołałem skacząc jak dziecię i klaszcząc w ręce z radości.

– Tak, woda – powtórzył stryj – Hear? – zapytał dalej Islandczyka.

Nedät – odrzekł Hans.

– Gdzie?

– Na dole! Rozumiałem wszystko; w uniesieniu porwałem obie ręce przewodnika i zacząłem je całować; ten patrzył na mnie ze zwykłą sobie spokojnością, a może też i ze wzruszeniem.

Bez długiego namysłu puściliśmy się wązkiem przejściem, którego pochyłość wynosiła prawie dwie stopy na sążeń.

Po godzinnym trudzie przebyliśmy odległość tysiąca sążni, czyli byliśmy o dwa tysiące stóp niżej.

Nagle posłyszeliśmy jakiś niezwykły odgłos w ścianie granitowej, coś jakby głuchy ryk, lub grzmoty w oddaleniu. Stryj objaśnił mi przyczynę tego w taki sposób:

– Hans nie omylił się: to co słyszysz w tej chwili, jest rzeczywiście szumem spadającego potoku.

– Potoku? – zawołałem.

– Bez wątpienia. Rzeka podziemna krąży w około nas.

Ożywieni nadzieją przyspieszyliśmy kroku; zapomniałem o utrudzeniu. Już sam szmer wody orzeźwiał mnie i pokrzepiał na siłach. Tymczasem odgłos dawał się słyszeć i z drugiej strony przejścia; macałem ręką, po skałach, czy nie poczuję gdzie wilgoci, lecz napróżno. – Jeszcze pół godziny upłynęło, jeszcześmy przeszli pół mili drogi.

Hans nie wiedział dokładnie w którem miejscu jest źródło: wiedziony instynktem wrodzonym górnikom i hydroskopom, poczuł je przez skałę, ale dotąd ani widział, ani ustami dotknął płynu drogocennego.

Nie można było iść dalej, gdyż szum zmniejszać się już poczynał. Hans stanął. Ja siadłem przy murze, nie wiedząc że w odległości dwóch stóp odemnie woda obficie i z nadzwyczajną płynęła gwałtownością. Oddzielała nas od niej ściana granitowa. Już zacząłem wątpić na nowo i wpadać w dawną rozpacz, gdy niespodzianie dostrzegłem na licach naszego przewodnika, coś nakształt uśmiechu.

Podniósł się ten człowiek tajemniczy i poszedł naprzód z lampą w ręku. Podsunąwszy się nieco do ściany granitowej, przyłożył ucho uważnie się przysłuchując; tak posuwał się na przestrzeni kilku kroków. Domyśliłem się że szuka miejsca, w którem potok najgłośniej szumi, aż wreszcie znalazł widać to czego szukał w przeciwnej ścianie z lewej strony, o trzy stopy po nad gruntem na którym staliśmy w tej chwili.

Byłem w stanie dziwnego rozstrojenia; nie zgadywałem co Hans zrobić zamyśla, a jednak ruch jego każdy nowej mi dodawał otuchy. Nareszcie gotów mu byłem znowu ręce ucałować, gdym spostrzegł, że zabiera się do rąbania skały okutym kijem.

– Jesteśmy ocaleni! – krzyknąłem – jesteśmy ocaleni!

– Tak – powtarzał stryj z zapałem – jesteśmy ocaleni! Hans miał słuszność. Nieoceniony człowiek; my sami nie potrafilibyśmy wpaść na myśl tak szczęśliwą.

Hans wziął się szczerze do pracy; zwolna i ostrożnie dziurawił skałę, uderzając raz koło razu i tym sposobem przygotowywał wydrążenie szerokie na pół stopy. Silny szum strumienia coraz wyraźniej dochodził do naszych uszu – zdawało mi się, że już na wargach moich czuję zbawczy płyn przywracający mi życie.

Wkrótce kij okuty już na dwie stopy zagłębiał się w granicie; robota nie trwała dłużej nad godzinę, wiłem się jak wąż z niecierpliwości. Stryj chciał się uciec do gwałtownych środków – zaledwie go powstrzymać zdołałem: już chwytał za swój drąg okuty, gdy nagle świst przeciągły dał się słyszeć i obfity strumień wody wytrysnął na ścianę przeciwległą.

Hans z głośnym krzykiem boleści odskoczył o parę kroków; zrozumiałem przyczynę tego, gdym nieuważnie dotknąwszy wody, poparzył sobie ręce. Źródło było wrzące.

– Ależ ta woda ma przeszło dziewięćdziesiąt stopni gorąca – zawołałem.

– To nic nie szkodzi – rzekł stryj – bądź cierpliwym, ostygnie.

Przejście całe zapełniło się parą, a woda obficie tryskająca ginęła w rozpadlinach; nie czekając długo nabraliśmy ostrożnie pewną ilość do manierki.

Niewymownej doznawałem radości, myśląc że wkrótce ugaszę palące mnie pragnienie i rzeczywiście, nie czekając nawet zupełnego jej ostudzenia, przyłożyłem do ust i piłem bez zastanowienia.

Nasyciwszy się do woli, odetchnąłem swobodniej i smakując jeszcze, zawołałem:

– Ależ to woda żelazna!

– Temci lepiej – rzekł stryj – bardzo zdrowa dla żołądka. Niech ci się zdaje, żeś pojechał na kuracyę do Spa lub Toeplitz.

– Ah, jakież to wyborne zdarzenie!

– I ja myślę, że wyborne! Woda czerpana o dwie mile pod ziemią! to zabawne! Trochę atramentem trąci, to prawda, ale też nie ma w sobie nic bardzo nieprzyjemnego. Hans wynalazł sławne źródło i dla tego też proponuję, aby tej zbawczej wodzie nadać jego nazwisko.

– Wybornie! – zawołałem

Za wspólną tedy zgodą, przyjęliśmy dla nowego źródła nazwę Hans-bach.

Przewodnik nasz dość był z tego zadowolonym. Napiwszy się nieco wody, ze zwykła sobie spokojnością usiadł na ziemi w dalekim kąciku, czekając na nowe rozkazy.

– Teraz – rzekłem – trzeba pomyśleć o tem, abyśmy tej wody nie stracili.

– Sądzę – rzekł stryj – że już teraz wszędzie takie źródła napotykać będziemy, a przynajmniej to, które mamy przed sobą, zapewne nie tak się prędko wyczerpie.

– Przy tem wszystkiem nie zaszkodzi być ostrożnym; napełnijmy flaszki nasze i manierki na zapas; a potem zatknijmy otwór.

Usłuchano mej rady. Hans nazbierał skorup, kamieni i odpadków skały, chcąc tem założyć dziurę przez siebie wyżłobioną. Ale rzecz to nie była tak łatwa do zrobienia – parcie wody nazbyt było gwałtowne, napróżnośmy tylko ręce sobie parzyli; wszelkie usiłowania bezskutecznemi pozostać musiały.

– Jakaż to musi być głębokość tego źródła – rzekłem – gdy strumień wody z taką gwałtownością tryska na powierzchnię.

– Zapewne – odpowiedział stryj – skoro ten słup wody ma trzydzieści dwa tysiące stóp wysokości, zatem u spodu musi być ciśnienie tysiąca atmosfer. Ale wiesz co? przychodzi mi jedna myśl…

– Jaka?

– Po co my mamy zatykać ten otwór?

– Ale, bo…

Rzeczywiście nie umiałem znaleść prawdziwego i słusznego powodu.

– Skoro się nasze zapasy wyczerpią, nie prędko może będziemy mieli czem je zastąpić.

– To prawda.

– A więc zostawmy tak jak jest; niech sobie woda płynie – niech się rozlewa po drodze, niech nas prowadzi i orzeźwia zarazem.

– Wyborny pomysł – zawołałem – mając ten strumień za przewodnika, możemy nawet więcej liczyć na doprowadzenie do skutku naszych zamiarów.

– A! więc już się pogodziłeś z tą myślą mój chłopcze – rzekł stryj z uśmiechem zadowolenia.

– Już, już najzupełniej, kochany stryjaszku.

– Teraz – rzekł profesor – użyjmy wczasu przez kilka godzin, pora już potemu.

Zapomniałem że noc nadeszła. Szczęście, że mieliśmy ze sobą chronometr. W chwilę potem, posiliwszy się i ugasiwszy dowoli pragnienie, położyliśmy się i zasnęli snem smacznym i głębokim.