Podróż na wschód/Megaspileon klasztor

1
Wiem, że ze śmiechu przeskakiwać w smutek
Jest wielkim błędem... charakteru wina,
A raczej nerwów rozkiełznanych skutek —
Brak sentymentu — że w trop Lamartina
       5 Idąc, nie łączę w pieniach — o herezya! —
Trzech westchnień ciągłych: Miłość — Bóg — Poezya!

2
Miłość od Boga staje się odporem,
(Spytaj się o to panny... (Choło)niewskiej,
Co rządzi młodych panienek klasztorem),
       10 Miłość — (prócz czystej miłości niebieskiej) —
Wprowadza duszę w jakiś grzeszny zamęt —
Nie wolno kochać, jak święty sakrament.

3
Lecz pierwsza miłość — pierwsza, platoniczna...
O wstaw się za mną — o Najświętsza Panno!
       15 Ty jesteś taka na obrazach śliczna —
Widziałem Ciebie dziś — pod tęczą ranną,
Nad błękitami Lepantu — w niebiosach —
W tęczy na chmury rozpłakanej włosach...

4
Poezya także często walczy z Bogiem;
       20 Chybabyś pisał ciągle o myślistwie,
Jak Pan Tadeusz obeznany z rogiem. —
Bóg Lamartina jest w złem towarzystwie!
Chrystusa trzeba dać do takich kmotrów,
Byłby znów Chrystus między dwojgiem łotrów.

5
       25 Więc rozwiązawszy tak dobrze zawiłość
Teologiczną, przyjmuję za godło
Tych kart — Poezyą, Chrystusa i Miłość —
I to mię będzie teraz ciągle wiodło
Z góry na górę — od boru do boru —
       30 Do Megaspilion, na tę noc, klasztoru.

6
A ty, Poezyo, nie bądź więcej więcej mniszką,
Ale opowiedz, jak szedłem wysoko
Nad przepaściami zawieszoną ścieżką;
Jak coraz dalej posyłałem oko
       35 Za laurem pięknie kwitnącym podemną,
I za otchłanią mórz — błękitnie ciemną;

7
Jak o południu cień kolczatej gruszy
Osłonił całą podróżnych gromadę;
Jak ciernia krzaki, które wiatr wysuszy,
       40 Dały nam ognie w oczach słońca blade;
Jak źródło w naszym zajęczało dzbanie,
Jakeśmy orłów słyszeli krakanie...

8
A morze jasnym wabiące lazurem
Daleko od nas — szukane oczyma —
       45 Za gór przebytych błysnęło się murem
Przez dwie szczeliny maczugą olbrzyma
Albo Rolanda rozcięte zamachem.
Powietrze cząbrów poiło zapachem...

9
A teraz myślę, jak z liter i cyfer
       50 Ułożyć oczom klasztor Megaspilion,
Klasztor, gdzie niegdyś bronił się Lucyfer
Mahometowi — tak długo, jak Ilion,
Albo jak nasza piękna Częstochowa,
Kulami ryta — cudem Boskim zdrowa...

10
       55 Zjeżdżaj na koniu w dolinę głęboką.
Góra zielona... wjeżdżaj na tę górę
Ślimaczą drogą... teraz podnieś oko!
Gdzie patrzysz? wyżej!... tam, tam aż pod chmurę!
O jaki widok!... skała rośnie złota
       60 Z arabeskowym rysunkiem Callota.

11
Z łona zielonych krzewin i cyprysów
Wyrasta ścianą prostopadłą skała
Porysowana, jak mnóstwem napisów,
Mnóstwami domków — a jaskółka śmiała,
       65 Ów miły piastun wieśniaczy i Boży,
Tak nie przylepi gniazd i nie ułoży.

12
Cała budowa, jako wachlarz płaska,
Jeden ma tylko bok i jedno lice;
A wytnij sobie z jakiego obrazka
       70 Całą niemieckich miasteczek ulicę,
Niechaj mur jeden jednostajnie siny
Nosi te domki — krużganki — kominy

13
I galeryjki — i sine okienka —
I domki wczora tynkowane świeżo,
       75 Niechaj to wszystko różnorodnie wsięka
W jedną podstawę — pożegnaj się z wieżą
I z dzwonicami, któreś sobie roił;
A jeśliś domki pobudował, spoił,

14
I sobie całą ułożył strukturę —
       80 Zanieś to wszystko wyobraźni okiem
Na szmaragdową cyprysami górę,
Przylep do skały... jeszcze pod obłokiem
Na samym szczycie, gdzie głazu ułomek,
Postaw forteczkę i jaskółczy domek...

15
       85 Niech dym, co mnichów kominami goni,
Framugę sadzy zrobi nad klasztorem;
Niech się to wszystko kiedyś Turkom broni,
Niech teraz będzie spokojne wieczorem,
I zda się lekkiem pajęczyny włóknem,
       90 W promieniach słońca jasne każdem oknem;

16
Niechaj to wszystko razem się pokaże
Nad głową twoją i za drzewy znika,
I znów, jak dziewic szpiegujące twarze,
Gdy z poza liści śledzą wędrownika
       95 I same także śledzone ciekawie,
Znów błyska — znika — i śni się na jawie; —

17
A będziesz widział — nie widzisz? więc próżno!
Ja doskonalej nie opiszę rymem...
Trzeba, ażebyś wziął sakwę podróżną,
       100 Mój czytelniku, i został pielgrzymem;
Inaczej z wielką litością i żalem
Będę o tobie myślał w Jeruzalem.

18
Tymczasem... co to? wieczorny skowronek
Śpiewa nad nami w obłoków błękicie?
       105 Nie — to klasztorny na krużganku dzwonek
Już zapowiedział pielgrzymów przybycie.
Widzę na ganku dzwoniącego mnicha,
Znów karawana idzie w górę — cicha.

19
Oczy po takiem ciągłem wniebowzięciu
       110 Patrzą w obłoki — a klasztor przed nami,
A mnichów trzystu sześćdziesięciu pięciu
W błękitnych szatach, z czarnymi brodami,
Snuło się w słońca złotego odbłysku,
Jak rój komarów — lub mrówki w mrowisku,

20
       115 Lub jak rój pszczelni — bo tak doskonale
W plastrze tynkowym porobił komory;
Tak poświdrował korytarze w skale,
Wiszącym domkom takie dał podpory;
Tyle zapasów nagromadził w doły,
       120 Ze Bóg się spyta: — »Ludzie wy, czy pszczoły?

21
»Czy jakie inne i mniejsze robaki,
Co w przylepionym na skale listeczku
Nagromadziliście wina, tabaki,
Cnót po troszeczku, grzechów po troszeczku,
       125 Czekając jasnej zmartwychwstania chwały,
Gdy cicho listek odedrę ze skały?

22
»I wy myślicie, ze ja wam przepuszczę,
Patrząc na tynku odpadłego łatę,
Na korytarze wasze — co jak bluszcze
       130 Idą na skałę kręte, węzłowate —
Na źródło wasze cudowne, na składy?
O moje małe bezpłciowe owady!

23
»Wy, którzy świecę zapalacie jasną,
Gdy pielgrzym kładzie grosz swój do skarbony,
       135 Nie obrazowi — lecz na miłość własną
Rzucając blaski, wy, kraczące wrony
W kraju bezpłodnym i pięknego nieba,
Gdzie się i modlić — lecz i orać trzeba!

24
»A tażto beczka? (to wszystko Jehowa
       140 Mówi do mnichów tam, gdzie sąd ich czeka,
A ja powtarzam tylko Boże słowa)
Ta beczka, votum chorego człowieka,
Którą dał biedny — ach, nie mnie Jehowie,
Lecz wam — za cudem odzyskane zdrowie...

25
       145 »I wasze głupstwo, żeście się chwalili
Z takiego daru, i wasza ciemnota —
Życie podobne do próżniackiej chwili —
I wasza grubość chłopska, nie prostota —
I wasze kłamstwa cudów — i tam dalej...
       150 Weź Lucyferze! niech ich piekło spali!«

26
Tu się jednego twarz archimandryty
Odwróci, z jednem mnichów pokoleniem,
I rzeknie Bogu: »Nasz dom, niezdobyty
Ibrahimowym mieczem i płomieniem,
       155 Zniszczyłeś, Boże, a Lucyfer dumny,
Żeś odkrył pełne prochem grzechów trumny.

27
»A ślad na skale gmachu —¦ jak na belce
Znak skruszonego gniazdeczka jaskółek;
A pomyśl, kiedyś zatrwożony wielce
       160 W naszym klasztorze lud znalazł przytułek,
Wteuczas widziałbyś dla mrących z przestrachu
Aniołem stróżem każdy kamień gmachu.

28
»I gmach się wtenczas cały w lud zamienił,
Jak twój tron jasny mieni się w aniołów;
       165 Tak wiele duchów zebrał i spromienił
W twoje podnóże... i do naszych stołów
Siadało wiele — nas mnichów niegodnych,
Lecz wiele sierót płaczących i głodnych...

29
»I w nocy pełnej pioruna i błysku
       170 Sam szedłem — własne zapalić spichlerze,
Co pod nogami na skały urwisku
Stały ubrane w cyprysowe wieże;
I zapaliłem... i przy tym pożarze
Widziałem w dole białe Turków twarze.

30
       170 »Potem z klasztoru patrzaliśmy mnichy
Na mur poryty ognistemi rysy,
Na dom nasz własny... już jak węgiel lichy,
I na stojące w płomieniach cyprysy,
Jak ci szatani, co tam widzisz, Boże —
       180 Stoją przy piekła płomiennym otworze.

31
»Niejeden mrący, spragniony i ranny
W ostatniej chwili — usłyszał nad sobą
Płacz brylantowej cudami fontanny,
Otworzył usta — westchnął — i był z Tobą...
       185 Źródło, że wiecznie płakało nad ludem
Żywych i mrących — nazwaliśmy cudem«.

32
Wtenczas przytomny obronom szlachetnym,
Na potępienie mnicha rzekłem z boku:
»A owa, owa — w tysiącznym ośmsetnym
       190 Trzydziestym szóstym (nie mylę się) roku,
Dnia trzynastego września (tak mi świeża
Data i dzień ten) dana mi wieczerza ?

33
»Sam ją kazałeś zastawić na stole
I sam przyszedłeś, o archimandryto,
       195 Cieszyć się patrząc, jak mnie w gardło kole
Kość twoich garnków twego chleba żyto —
Mszcząc się, że paszport wydała mi Francya,
Że czczę papieża — lecz gdzie tolerancya?«

34
»Czyliź dlatego, źe wam do kościoła
       200 Przysłano z Moskwy obraz Nikołuszki?«
Tu mnich uleciał na skrzydłach anioła,
A ja na łonie tureckiej poduszki
Budząc się, widma spłoszyłem niesforne;
Słońce błyszczało przez szyby klasztorne.

35
       205 Lubię, gdy cichy promień słońca strzeli
W ciemną altanę — lub na sklep, gdzie prix fixe
Błyszczą klejnoty — lub do księżej celi
Złotym promieniem lecąc na krucyfix —
Albo na rzymskich kościołów mozajki,
       210 Lub na błękitny dym rzucony z fajki.

36
Lubię, gdy pada promień złotolity
Na siwe włosy starego żebraka;
Albo na czoło umarłej kobiéty,
Albo na skrzydła pływające ptaka;
       215 Albo na róże, co wysoko niosą
Jesienne czoła błyszczące się rosą.

37
Lubię, gdy pada z chmur na odsłonioną
W pochmurnym rynku statuę Kopernika;
Lubię, gdy pada w nasze ciemne łono
       220 I znów z człowieka robi słonecznika,
Za światłem życia obracając twarzą
Myśli marzące... poty, póki marzą.

38
W komnacie mniszej, otoczonej w koło
Rzędem tureckich sof kwiecistej barwy,
       225 Promień słoneczny padł na moje czoło;
I snów zwichrzone rozpędziwszy larwy,
Rozwinął znowu moje myśli senne
Na życie marzeń mglistych... cało-dzienne.