Tako rzecze Zaratustra/O duchu ciężkości

<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Nietzsche
Tytuł O duchu ciężkości
Pochodzenie Tako rzecze Zaratustra
Wydanie nowe
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” S. A.
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Toruń, Warszawa, Siedlce
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub Pobierz Cała część trzecia jako PDF Pobierz Cała część trzecia jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

O DUCHU CIĘŻKOŚCI

1

Me usta — ludu to usta: nadto zgruba, nadto serdecznie gadam ja dla jedwabistych zajęcy. A bardziej jeszcze obco brzmi ma mowa atramentnicom oraz lisom biurkowym.
Ma dłoń — sowizdrzała to dłoń: biada wszystkim stołom i ścianom, oraz wszystkiemu, co miejsca użyczyć gotowe sowizdrzalskim ozdóbkom i pisankom!
Ma noga — konia to noga: nią to stąpam i cwałuję poprzez wykrot i głaz: przed się, w pola, wschwał; a djabła uciechy pod skórą mam w szalonym pędzie tym.
Żołądek mój — snadź orła to jest żołądek? Gdyż najchętniej żywi się on jagnięciną. Więc po prawdzie, ptaka to tylko żołądek.
Niewinnym karmem syty, karmem nieobfitym, zawsze gotów i niecierpliwy do lotu, do odlotu — mego to obyczaju rzecz: jakżeby więc we mnie coś z ptaka być nie miało!
Osobliwie, żem jest duchowi ciężkości tak wrogi: ptasiego rodu to znamię: — i zaprawdę, temu duchowi jam wrogiem śmiertelnym, pierworodnym wrogiem od prapoczątku! Och, dokąd że nie latała i nie polatywała ma wróżda!
O tem niejedną mógłbym zaśpiewać pieśń i zaśpiewam ją wraz: aczkolwiek sam jeden w pustym siedzę domu i własnym tylko uszom śpiewać muszę.
Bywają wprawdzie inni śpiewacy, którym dopiero pełne sale rozmiękczają gardło, czynią im dłoń wymowną, oko wyrazistem, serce czujnem: — jam nie jest, jak ci śpiewacy. —


2

Kto człowieka kiedyś latać nauczy, ten wszystkich rubieży kamienie przesunie; wszystkie kamienie graniczne w powietrze mu się uniosą, a ziemię nanowo ochrzcić on będzie musiał — jako „lekką“.
Struś biega prędzej, niźli najbystrzejszy koń, wszakże i on w ciężką ziemię ociężale głowę chowa: tak czyni i człowiek, co latać nie potrafi.
Ciężką jest mu ziemia, ciężkiem życie; tak duch ciężkości chce! Kto zaś lekkim chce się siać i ptakiem być, samego siebie kochać powinien: — tak ja pouczam.
Aliści nie miłością schorzałych i chorzejących: gdyż u nich cuchnie nawet i miłość własna!
Należy nauczyć się samego siebie miłować — tak ja pouczam — czerstwą i kirową miłością: aby człek z samym sobą rad przestawał i nie wałęsał się wszędy.
Takie wałęsanie się chrzci siebie „miłością bliźniego“: słowem tem dotychczas i kłamano, i obłudy wszelkie czyniono najudatniej, osobliwie pośród tych, którzy całemu światu ciążyli.
I zaprawdę, przykazanie to nie na dziś i nie na jutro, samego siebie kochać się nauczyć. Sztuka to raczej najwykwintniejsza, w podstępy najbardziej zasobna, sztuka ostatnia i najcierpliwsza.
Przed swym właścicielem jest wszelka własność dobrze ukryta, a ze wszystkich skarbów bywa ten własny najpóźniej odkopany, — duch ciężkości to sprawia.
Nieomal że w kołysce dają nam już ciężkie słowa i wartości, jak oto: „dobro“ i „zło“ — tak się posag nasz zwie. W imię jego wybaczają nam to, że żyjemy.
I przeto pozwala się dziatkom do siebie przychodzić, aby ich zawczasu ostrzedz, by siebie nie kochały: zdziaływa to duch ciężkości.
Zaś my — wleczemy sumiennie wszystko, co nam przydano, na twardych wleczemy barkach i poprzez ciężkie drogi! A gdy potniejemy się w trudzie, powiadają nam: „O tak, życie jest ciężkiem brzemieniem!“
Lecz człowiekowi samego siebie tylko dźwigać jest ciężko! Jako że zbyt wiele obcego władował na swe barki. Jak wielbłąd przyklęka on i pozwala się dobrze obładowywać!
Osobliwie silny, juczny człowiek, w którym pokora zamieszka: za wiele cudzych ciężkich słów i wartości władowuje on na siebie, — i oto życie pustynią mu się zdaje!
I zaprawdę! Nawet niejedna rzecz własna jest ciężka do dźwigania! A wiele wnętrznego w człowieku jest niczem ostryga: wstrętne, śliskie i trudne do uchwycenia —,
— tak, że szlachetna skorupa ze szlachetnemi ozdobami orędować tu musi. I tej jeszcze sztuki należy się nauczyć: małżowinę swą mieć i piękny pozór i ślepotę przezorny!
Tysiąckrotnie zwodzi co do człowieka i to, że niejedna skorupa bywa pospolita i smutna, i przytem zanadto skorupą. Za wiele dobroci i siły nigdy odgadnięte nie bywa; najsmakowitsze kęski nie znajdują smakoszy!
Wiedzę o tem kobiety najsmakowitsze: nieco tłustsza, nieco chudsza — och, ileż doli jest w takiej błahostce!
Ciężko odkryć człowieka, najciężej zaś samego siebie; nieraz duch o duszy kłamie. Duch ciężkości to sprawia.
Ten zaś samego siebie odkrył, kto powiada: oto jest moje dobro i zło: tem zmusił do milczenia kreta i karła, mówiącego: „dla wszystkich dobry, dla wszystkich zły“.
Zaprawdę, nie znoszę ja i tych, dla których rzecz każda jest dobra, a świat zgoła najlepszy. Takich zwę ja nadto skromnymi.
Niewybredność, co wszystko smakować potrafi: to nie jest smak najwykwintniejszy! Szanuję oporne i wybredne języki i żołądki, które nauczyły się mówić „ja“, „tak“ i „nie“.
Wszystko w gębę kłaść i wszystko trawić — prawdziwie świński to obyczaj! Zawsze „ta-ak“ mówić, tego się osieł tylko nauczył, oraz kto z jego jest ducha! —
Głęboka żółtość i czerwień gorąca: tak mi smak mój nakazuje, — krew on miesza do wszystkich barw. Zaś kto dom swój pobiela, o pobielanej mówi mi to duszy.
Ci w mumiach zakochani, tamci w upiorach; i jedni i drudzy wrodzy ciału i krwi: och, jakże się to z moim kłóci poczuciem! Gdyż ja lubię krew.
I tam też mieszkać, ani przebywać nie chcę, gdzie wszystko spluwa i plwa, — raczejbym żył pośród złodziei i krzywoprzysiężców. Nikt złota w ustach nie nosi.
Wstrętniejszymi są mi jednak śliny zlizywacze; zaś najohydniejsze zwierzę ludzkie, którem kiedykolwiek spotkał, nazwałem pasorzytem: zwierzę, co kochać nie chciało, a z miłości żyć pragnęło.
Nieszczęsnymi zwę tych, którym jedno tylko do wyboru pozostaje: albo złemi zwierzętami się stać, albo złymi poskramiaczami: pośród nich nie zbudowałbym ja chaty.
Nieszczęsnymi zwę i tych, którzy ciągle czekać muszą, — i ci nie wsmak mi są: wszyscy ci celnicy, kramarze i króle, oraz inni krain i sklepów dozorcy.
Zaprawdę, poznałem ja do głębi czekanie, — lecz tylko czekanie na siebie. A przedewszystkiem uczyłem się stać i chodzić, i biegać, i skakać, wspinać się, a tańczyć.
Lecz oto ma nauka: kto się kiedyś chce lotu nauczyć, winien się wprzódy nauczyć stać, chodzić, biegać, wdrapywać i tańczyć: — nie wzlatujeż bo się odrazu do lotu!
Po węzłowych drabinach wdrapywałem się do niejednego okna, rączemi nogami wspinałem się na niejeden wysoki maszt: na wysokich masztach poznania siadywać wydało mi się niemałą rozkoszą, —
— jak małe płomyki na wysokich masztach migać: drobne wprawdzie to światła, lecz wielkie pocieszenie dla zbłąkanych i rozbitków! —
Na wielu drogach i wieloma sposoby doszedłem do swojej prawdy: nie na jednej tylko drabinie wspiąłem się na swą wyżynę, skąd me oko w moje dale wybiega.
I niechętnie o drogi pytałem, — nie w smak było mi zawsze i to. Chętniej zapytywałem drogi same i doświadczałem ich.
Doświadczaniem i pytaniem było wszelkie nie chadzanie: — i zaprawdę, nauczyć się też trzeba odpowiadać na pytania takie! Lecz takim jest — mój smak:
— ni zły, ni dobry to smak, lecz mój własny, czego się nie wstydzę i z czem się nawet nie taję.
„Oto — moja droga, — a gdzież jest wasza?“ tak odpowiadam tym wszystkim, którzy mnie „o drogę“ pytają. Drogi? — niemasz jej zgoła!

Tako rzecze Zaratustra.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Friedrich Nietzsche i tłumacza: Wacław Berent.