<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł W podziemiach Paryża
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 9.6.1938
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


mi pieniędzy na wyprodukowanie potrzebnej ilości papieru z wodnymi znakami. Mam zamiar wypuszczać co tydzień w ciągu jednego roku po trzysta sztuk banknotów pięćset frankowych... Nawet najwprawniejsze oko nie odróżni ich od prawdziwych! Potrzeba mi narzędzi, maszyn i produktów chemicznych... Do tego wszystkiego brak mi kapitału.
— Ile panu trzeba? — zapytał właściciel domu. —
— Powiem to panu później — odparł Rapin. — Musi się pan najpierw przekonać o wartości mojej pracy.
Menuisier spojrzał na niego zaintrygowany.
— Proszę zatrzymać przy sobie trzy banknoty z tej paczki — rzekł Rapin, uda się pan do banku Ijońskiego. Następnie zaś do Banku Francuskiego i do innej jakiejkolwiek instytucji kredytowej, wedle pańskiego wyboru. Zażąda pan wymiany tych banknotów na złoto, lub bilon. W każdym z trzech banków kasjer bez słowa przyjmie pieniądze. Obejrzy je starannie, zależnie od stopnia swej skrupulatności. Rezultat zawsze będzie jednakowy: kasa wypłaci panu równowartość w metalu. Nikt nie rozpozna falsyfikatów.
Lichwiarz drżał z podniecenia. Jeśli to, co mówił lokator było prawdą stała przed nim droga do szybkiego zrobienia fortuny. Chciwość owładnęła nim do tego stopnia, że nie widział nic uwłaczającego w fakcie, że on, właściciel nieruchomości, i pozornie uczciwy obywatel, współdziała z fabrykacją i puszczaniem w obieg fałszywych monet.
Wziął trzy banknoty, schował je do kieszeni i zwrócił resztę Rapinowi.
— Wrócę za godzinę — rzekł zdyszany. — Niech pan tu na mnie poczeka!
— Bardzo chętnie — odparł Rapin odprowadzając swego gospodarza do progu.
Zaledwie drzwi zamknął za gościem, Rapin podszedł do okna i z uśmiechem na ustach śledził wychodzącego gospodarza. Na twarzy jego nie widać było teraz ani śladu przerażenia. W oczach jego lśnił wyraz tryumfu.
Zapalił spokojnie papierosa.

Menuisier włożył owe trzy banknoty do kieszeni marynarki. Wróciwszy do swego mieszkania otworzył stojącą w sypialni kasę żelazną i wyjął z niej nowiutką pięćset frankówkę. Rozłożył na stole dane mu przez lokatora banknoty oraz banknot wyjęty z kasy. Zapalił lampę i w jej świetle raz jeszcze począł porównywać je z uwagą. Ręce drżały mu ze wzruszenia.
Rysunek zrobiony był doskonale. Skomplikowany ornament nie różnił się od prawdziwego nawet w najdrobniejszym szczególe. Nawet najwprawniejsze oko nie odróżniłoby falsyfikatu od banknotu prawdziwego.
Menuisier oparł się chudymi łokciami o stół i wlepił wzrok w rozłożone banknoty. Tuż przed nim na stole leżał majątek...
Można go było osiągnąć zupełnie łatwo i bezpiecznie. Pocóż było się dłużej wahać? Dlaczego nie skorzystać z nadarzającej się okazji? Myśl jego pracowała gorączkowo. Z jednej strony chciwość pchała go do łatwego zarobku, z drugiej zaś powstrzymywała go od tego jakaś nieokreślona obawa.
Chwiejnym krokiem wyszedł z domu i udał się do banku Ijońskiego. Raz jeszcze opadły go wątpliwości. A jeśli urzędnik odkryje fałszerstwo? Będzie skazany i odbiorą mu cały majątek...
Chciwość zwyciężyła... W najgorszym razie mogła mu grozić tylko konfiskata pięciuset franków. W każdej chwili mógł wskazać źródło z którego pieniądze te otrzymał. Zdecydował się wejść. Okienko przed kasą było wolne. Menuisier zbliżył się do urzędnika.
— Czy zechciałby pan zmienić mi pięćset franków na pięć banknotów stu frankowych? — zapytał urzędnika.
Kasjer bankowy wziął banknot obejrzał go pod światło i włożył do metalowej kasety. Autematycznym gestem położył przed zdumionym lichwiarzem pięć nowych szeleszczących banknotów stufrankowych. Menuisier chwycił je szybko i włożył do kieszeni.
Zdumiony był, że wszystko poszło tak łatwo. Najwidoczniej niesposób było rozpoznać falsyfikaty.
Lichwiarz udał się następnie do Banku Francuskiego. Tym razem wszedł śmiało do środka. Zatrzymał się odważnie przed okienkiem kasy i wręczywszy kasierowi banknot zażądał zamiany na złoto. Z lubością włożył do kieszeni lśniące monety.
Na odchodnym, jak gdyby coś sobie jeszcze przypomniał, wyciągnął jeszcze jeden banknot i zażądał ponownej zmiany.
Urzędnik wziął bez słowa banknot, obejrzał go skrupulatnie, tak samo jak poprzedni, i wręczył starcowi równowartość w złocie.
Menuisier opuścił bank z głębokim przekonaniem, że nikt na świecie nie zdoła wykryć tej machinacji. Ogarnęła go szalona radość i wszystkie wątpliwości zniknęły bez śladu.

Minęła godzina. Rapin, leżąc na łóżku palił papierosa za papierosem. Wreszcie ktoś zapukał do drzwi.
Na progu stał Menuisier. Malarz ruchem ręki zaprosił go do środka. Na twarzy lichwiarza płonęły niezdrowe rumieńce. W jego szarych, latających oczkach błyszczała radość. Kapelusz zsunął się na tył głowy, odsłaniając zroszone potem czoło. Zamknął za sobą ostrożnie drzwi.
— Nadzwyczajne! Niesłychane — zawołał ze wzruszeniem — Kasjerzy zamienili mi bilety bankowe bez słowa!
Rapin nie podzielał bynajmniej zdumienia swego gospodarza. Uważał ten rezultat za całkiem naturalny. Usiadł spokojnie na łóżku, podczas gdy Menuisier wyciągnął z kieszeni otrzymane w bankach banknoty i sztuki złota.
— A więc, mój drogi, czy chce pan zostać moim wspólnikiem? — zapytał niedbale. — Muszę pana ostrzec, że potrzeba mi do fabrykacji bardzo poważnego kapitału. Ponieważ ja sam nie posiadam majątku, — obowiązek finansowania wynalazku spadnie całkowicie na pana. Wzamian za to otrzyma pan połowę ogólnej produkcji. Obowiązuję się przy tym dostarczyć panu w ciągu dziesięciu dni od chwili otrzymania od pana umówionej sumy — przynajmniej po pięćset banknotów pięćset frankowych tygodniowo. Każdy z tych banknotów będzie posiadał inny numer, aby ułatwić w ten sposób wymianę. Czas eksploatacji trwać będzie dokładnie pięćdziesiąt dwa tygodnie i ani dnia więcej. Musimy się bowiem liczyć z tym, że to masowe fałszerstwo musi zostać odkryte w przeciągu półtora roku. Z chwilą, gdy zaprzestaniemy fabrykowania pieniędzy, będziemy całkiem bezpieczni. Plon zresztą będzie już wówczas bardzo obfity.
W oczach Menuisiera zabłysła chciwość.. Słowa lokatora dźwięczały w jego uszach jak najpiękniejsza muzyka. Oczami wyobraźni widział już złoto, napływające szerokim strumienem do jego kieszeni.
— Ile potrzebuje pan pieniędzy, panie Rapin? — zapytał ochrypłym głosem.
— Malarz spojrzał przeciągle na Menuisiera i odparł:
— Dwa miliony franków.
— Hm! Czy to trochę nie za wiele? — zapytał lichwiarz zaskoczony.
— Jest to suma śmiesznie mała w porównaniu z oczekującymi pana olbrzymimi zyskami — odparł Rapin spokojnie.
— Tak... — Ale po co panu tyle potrzeba? — zapytał Menuisier.
— Nie mam obowiązku zdawania panu z tego sprawy. To moja tajemnica.
Menuisier przestał nalegać.
— Będzie pan miał pieniądze dziś wieczorem — odparł po krótkim namyśle
Rapin podniósł się.
— Zgoda — rzekł. — Będę czekał na pana. — Dziś mamy dwunastego. Dwudziestego drugiego przygotowania moje zostaną ukończone. Rozpocznę druk i dwudziestego dziewiątego otrzyma pan pierwszy transport w ilości przynajmniej pięciuset sztuk.
Menuisier wyszedł.
Wrócił o godzinie siódmej wieczorem i wręczył lokatorowi żądaną sumę.
Rapin przeliczył je niedbale i położył na stole.
— Czy nie chciałby pan zawrzeć piśmiennej umowy? — napomknął nieśmiało Menuisier.
— Bardzo chętnie — odparł lokator.
Usiadł przy stole i napisał w dwóch egzemplarzach umowę pod którą obydwaj położyli swoje podpisy.

Tego samego wieczora bogaty Amerykanin Donald Harrison wezwał starego Komarczewa i jego córkę. Spokojnie jak gdyby chodziło o danie komuś kilku franków, wręczył im miliom franków.
Zdumienie Komarczewa nie miało granic. Z trudem udało mu się wyjąkać kilka słów podziękowania.
Tatiana pochyliła się do ręki dobroczyńcy. Suma ta miała bowiem być zużyta na rzecz Komitetu niesienia pomocy emigrantom rosyjskim.
Harrison podniósł się.
— Nie macie mi za co dziękować — rzekł. — Uczyniłem was wspólnikami interesu, jaki przeprowadziłem we Francji. Wręczona przeze mnie suma stanowi wasz udział w zyskach. Pani zaś, droga Tatiano — dodał, zwracając się do młodej dziewczyny — powinna zachować swe pocałunki dla kogoś innego...
Fala krwi gorącej zalała policzki młodej dziewczyny.
Harrison, mówiąc to, zwrócił się do Mac Allana, który był obecny przy tej rozmowie.
Zapanowało dość kłopotliwe milczenie, które przerwał Harrison.
— Tak, moje dzieci... To się nie da przede mną ukryć. Oddawna odgadłem, jakie uczucie was łączy.
Ujął pod ramię starego Komarczewa i wyszedł z pokoju, zostawiając młodych samym sobie.

Późną nocą Harrison wrócił do pałacyku. Natychmiast udał się do laboratorium, z którego prowadzało przejście do podziemi, i zapalił elektryczne światło.
Przebiegł spojrzeniem pokój, który był bardziej jeszcze pusty, niż w chwili, gdy Raffles zainstalował się u Komarczewów.
Uśmiech błąkał się po wargach Amerykanina.
— Dziś jeszcze przeniosę tu wszystkie przyrządy i maszyny — szepnął. — Rozebrał się i otworzywszy spory kufer, stojący w kącie wyjął z niego poplamione ubranie o dziwacznym kroju i jasną perukę z długimi włosami.
Wówczas rozpoczęła się metamorfoza.
W kilka chwil później Amerykanin Donald Harrison, ubrany zawsze jak z igły, przeobraził się w malarza Rapina — tego samego, który wczoraj otrzymał od Emila Menuisiera dwa miliony franków dla rozpoczęcia fabrykacji fałszywych banknotów.
Raffles, włożył na siebie owe szmatki jedynie dla tego, że uważał je za bardziej odpowiednie do pracy, którą zamierzał wykonać.
Usiadł przy małym stole, służącym mu zamiast biurka i zabrał się do pisania listu. Gdy skończył pisanie, włożył go do koperty i dużymi śmiałymi Merami skreślił na niej adres.
List wsunął do swej kieszeni. Wstał od biurka i zbliżywszy się do kominka nacisnął na ukryty w nim mechanizm. W jednej chwili ukazało się tajne przejście, wiodące do podziemi. Ostrożnie zszedł ze schodków, zamknął za sobą z powrotem drzwi i oświetlając drogę kieszonkową latarką, począł zstępować do podziemi. Tyle razy przebywał już tę drogę, że nie czyniła już ona na nim najmniejszego wrażenia. W dwadzieścia minut przedostał się do pawilonu, znajdującego się na ulicy Bayel.
Tam również otworzył ukryte w murze drzwi za pomocą znanego mu mechanizmu i, zgasiwszy latarkę, wszedł do pokoju.
Malarz Rapin, lokator pana Emila Menuisiera, znajdował się w swej pracowni, gdzie fabrykował fałszywe pieniądze. Z uśmiechem tryumfu rozejrzał się dokoła. Spoglądał na maszynę drukarską, stół z chemikaliami oraz inne przedmioty, które wzbudziły zainteresowanie chciwego lichwiarza. Przedmioty te oddały mu wielką przysługę. Śmiał się po cichu na wspomnienie komedii, odegranej przed kamienicznikiem, komedii, w której wziął na siebie rolę podwójną artysty i fałszerza monet.
Nie miał jednak czasu, aby rozkoszować się swym tryumfem.
Upewniwszy się, że rolety były dobrze zaciągnięte i że nigdzie nie widać było najmniejszej szparki, zapalił znów swą latarkę.
Cisza zalegała dom oraz ogród: nikt go nie śledził.
Tajemniczy Nieznajomy zdjął marynarkę i powiesił ją na gwoździu.
Zabrał się gorliwie do pracy, starając się czynić jak najmniej hałasu. Ostrożnie rozebrał maszynę na części. Praca ta zajęta mu około godziny. Poszczególne części przenosił po cichutku do podziemnego przejścia. Rozejrzał się po pokoju. Pokój był teraz zupełnie prawie pusty. Stało w nim jedynie łóżko i mały stolik. Wyjął z kieszeni list, który napisał jeszcze w pałacyku przy ulicy Watteau i położył go na stoliku. Wziął lampę zszedł powoli w głąb podziemia. Postawił lampę na pierwszym stopniu i począł coś robić przy ukrytym mechanizmie kominka. W ten sposób uniemożliwił przedostanie sic do podziemia od strony ulicy Bayel. Przed nim na oślizgłych stopniach leżały poszczególne części maszyn i ruchomości które Rapin wniósł z sobą do swego nowego mieszkania. Przeniósł to wszystko powoli do laboratorium Komarczewa.
Późną nocą udał się do swego hotelu, uśmiechając się na myśl o mnie, jaką będzie miał nazajutrz Menuisier gdy przeczyta list, napisany doń przez Rafflesa.

Menuisier nie mógł zmrużyć oka. Tym razem nie dręczyła go już ciekawość, co porabia jego lokator. Chciwość podniecona wspaniałymi perspektywami spędzała mu sen z powiek.
O godzinie piątej rano lichwiarz wyskoczył z łóżka.
Wyszedł do ogrodu. W wynajętym pawilonie panowała absolutna cisza. Nie miał odwagi zapukać do drzwi. Być może, Rapin spał?
Mógł się rozzłościć, że budzą go tak rano...
Stary lichwiarz wrócił do swego pokoju. Oszalały z niecierpliwości począł przechadzać się wielkimi krokami po swym mieszkaniu. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Co pół godziny zbliżał się do pawilonu i nadsłuchiwał: z wnętrza nie dochodził najlżejszy szelest.
Wreszcie około godziny drugiej po południu, Menuisier nie mógł już wytrzymać dłużej. Powziął postanowienie i zapukał delikatnie do drzwi Rapina.
Nikt mu nie odpowiedział.
Zapukał powtórnie tym razem mocniej. Bez skutku...
Począł wówczas bić z wściekłością pięściami. Oparł się ze wszystkich sił na drzwiach. — Nie rozumiał tej dziwnie niepokojącej go ciszy.
Przypomniał sobie nagle, że posiada drugi klucz do pawilonu.
Pobiegł do mieszkania tak szybko, ile sił tylko miał w starych nogach. Wrócił po pięciu minutach, niosąc olbrzymi pęk kluczy.
Zapukał raz jeszcze i gdy nie otrzymał odpowiedzi przystąpił do otwarcia drzwi.
Szedł ostrożnie do pokoju, w którym poprzedniego dnia podpisana została umowa. Widok, jaki przedstawił się jego oczom, napełnił go przerażeniem. Pokój był pusty. Stało w nim tylko łóżko i mały stoliczek.
Maszyny oraz narzędzia, których obecność zaskoczyła go poprzedniego dnia znikły, jak zaczarowane. To samo stało się z lokatorem Rapinem.
Czuł, że nogi uginają się pod nim. Rozsunął ciężkie rolety i spostrzegł leżący na stole list. Chwycił go i odczytał adres:

„Wielmożny Pan Menuisier,
Lichwiarz i złodziej kieszonkowy“

Drżącą ręką rozdarł kopertę i otworzył list:
„Ośmielam się twierdzić, że sława moja dotarła już do pana. Ja, Raffles, którego napróżno poszukuje policja całego świata, wynająłem u pana pawilon, przebrany za ubogiego malarza. Teraz skoro pan wie z kim pan ma do czynienia, nie dziwi się pan, że postanowiłem wymierzyć panu sprawiedliwość.
Zabrałem panu, mianowicie, część pańskiego majątku, który zebrał pan z godną pogardy chciwością i okrucieństwem. Pieniądze pańskie ociekają krwią i łzami setek nieszczęśliwych. Dał się pan naiwnie podejść. Banknoty, które zamienił pan w banku były prawdziwe. Nie może pan wszcząć przeciwko mnie żadnych kroków, ponieważ w ręku mym znajduje się drugi egzemplarz umowy. Umowa ta jest dostatecznym dowodem, że chciał pan przystąpić jako wspólnik do przestępczego przedsiębiorstwa fałszowania pieniędzy. Nie może pan nawet zwrócić się do policji o pomoc.
Pułapka, którą zastawiłem okazała się wyjątkowo skuteczna.
Wiem, że zabrałem panu jedynie część pańskiego majątku. Pozostała część wystarczy panu na przyzwoite życie. Życzę więc panu wiele szczęścia i proszę nie wspominać mnie źle.
Pański przyjaciel i niedoszły wspólnik.
John C. Raffles.
Przed oczami starego lichwiarza zatańczyły krwawe kota. Okrzyk bezsilnej wściekłości wyrwał się z jego ust. Bezwładnie zwalił się na ziemię.
Dopiero w godzinę później odnalazła go stara Rozalia i z trudem zawlokła go do pokoju, gdzie przyszedł powoli do siebie.
Poczynając od tego dnia pawilon przy ulicy Bayel stoi pustkami. Pan Menuisier drży na samą myśl o wpuszczeniu nowego lokatora.
Raffles natomiast, wierny swojej dewizie, w dalszym ciągu odgrywa rolę karzącej sprawiedliwości, ścigając bez ustanku tych, którym Kodeks Karny i władze bezpieczeństwa nic uczynić nie mogą.

Koniec.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.