Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wiatronogi
Wydawca Księgarnia J. Czerneckiego
Data wydania 1919
Druk Drukarnia J. Czerneckiego
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Tłumacz Gustaw Daniłowski
Tytuł orygin. Холстомер
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Słońce wytoczyło się ponad las i silnie błyszczało na trawie i skrętach rzeki, rosa schła, jak dym rozpływały się ostatnie mgły poranne; obłoki marszczyły się, lecz wiatru jeszcze nie było. Za rzeką sterczały zielone poskręcane w rurki źdźbła żyta i unosił się zapach świeżej zieloności i siana.
Z gęstwiny lasu odzywała się kukułka, a Fedź, leżąc do góry brzuchem, liczył, ile mu lat życia jeszcze pozostało.
Skowronki z pieśnią wzbijały się ponad łanem zboża i łąkami.
Jakiś śpioch zając, spłoszony przez pasący się tabun, wyskoczył na otwarte miejsce, przycupnął pod krzakiem i nadsłuchiwał; w końcu, przyczaiwszy się w trawie, zasnął na nowo.
Konie, chcąc go ominąć, rozeszły się po większej jeszcze przestrzeni i rozsypały się po dolinie. Starsze klacze parskając i znacząc po rosie błyszczący ślad za sobą, szukały odosobnienia, chociaż właściwie już się nie pasły, a tylko wybierały na deser najsmaczniejsze trawki. Całe stado powoli posuwało się w jednym kierunku, który wskazywała stara Żułdyka, krocząc jak zwykle na czele.
Zachowanie się koni w stadzie było bardzo rozmaite stosownie do wieku, stanu i usposobienia.
I tak, kara Muszka, źrebna po raz pierwszy wciąż drżała cichutko i, podnosząc ogon, prychała na swego liliowego źrebaka. Gdzieindziej znów cokolwiek starszy źrebak, zadarłszy swój krótki, kędzierzawy ogonek, coś po raz dwudziesty któryś galopował wokoło swej matki, która znając już widocznie temperament syna, spokojnie szczypała trawę, mierząc go tylko od czasu do czasu ukośnym spojrzeniem wielkich czarnych oczu.
Za to jeden z najmłodszych źrebiaków — kary pędrak z wielką głową, sterczącą nad czołem grzywką i ogonkiem, zwiniętym jeszcze na tę stronę, na którą był zagiętym w łonie matki, nastawiwszy uszy i wytrzestrzywszy bezmyślnie oczy, patrzał w ogłupieniu na niezmordowany galop kolegi, zazdroszcząc mu, czy też się dziwiąc, po co tak się trudzi.
Naogół źrebięta ssą, niektóre tylko niewiadomo z jakiego powodu pomimo nawoływań matek biegną drobnym, niezgrabnym truchtem w przeciwną stronę, jakby czegoś szukały, i raptem bez wyraźnej przyczyny zatrzymują się i rżą rozpaczliwie przeraźliwym głosem.
Niektóre znów leżą drapiąc się tylną nogą za uchem lub ucząc się szczypać trawę.
Dwie jeszcze źrebne klacze spacerują oddzielnie, stąpają ostrożnie i pasą się jeszcze. Widać, że ich stan wzbudza ogólny szacunek, bo nikt z młodszych nie śmie im przeszkadzać — a jeśli nawet który przysunie się w ich stronę — dość jednego ruchu ogona lub ucha, by zrozumiał całą niestosowność swego postępku.
Starsze źrebaki i klaczki udają powagę dorosłych: rzadko podskakują i nie zadają się z tak zwaną „wesołą paczką“, którą stanowią dwuletnie, trzechletnie i jeszcze jałowe kobyłki.
Paczka ta odznacza się niezwykłą wesołością — kwik, tętent, rżenie i parskanie rozlega się pośród niej bezustanku.
Chwilami skupiają się, zakładając jedna drugiej głowy na karki, obwąchują się i brykają — to znów, zadarłszy ogony, lekkim truchtem w kokieteryjnych lansadach defilują przed resztą koni.
Prawdziwą ślicznotką, a zarazem prowodyrem całej tej paczki była bura kobyłka, znana swawolnica.
Każdy jej wybryk powtarzały wszystkie towarzyszki; gdy ona biegła ciągnął za nią cały tłum dziewiczy.
Swawolnica dzisiejszego ranka była w niezwykle hulaszczym usposobieniu. Jeszcze przy pojeniu stada, wypłatawszy figla srokaczowi, popędziła po wodzie w dół rzeki.
Później, udając, że się czegoś spłoszyła, rzuciła się w bok i rwała w cwał przez pola, tak, że parobczak musiał dosiąść konia, by ją zawrócić.
Potym, popasszy się trochę, zaczęła się tarzać i drażnić starsze konie; w końcu odbiła od matki małego źrebiaka i zaczęła go pędzić, udając, że chce go ugryźć. Wystraszona matka przestała się paść; źrebak darł się jak opętany, tymczasem swawolnica nawet go nie ruszyła, chciała tylko w ten sposób wyprawić widowisko swym towarzyszkom, które z uznaniem przyglądały się jej figlom.
Po chwili, spostrzegłszy w oddali chłopską szkapę, która hen za rzeką wlokła po ugorze pług drewniany, zapragnęła zawrócić jej głowę: wyprężyła się dumnie, podniosła łeb, dreszcz przebiegł po jej ciele i zarżała przeciągle, słodko i tkliwie, a w głosie jej z pewną dozą swawoli zmieszał się dziwny ton smutku, drgnęła w nim żądza, obietnica miłości i tęsknota za jej czarem. Zdawało się, że mówi: „Oto i derkacz w gęstych oczeretach, biegając z miejsca na miejsce, nawołuje namiętnie; kukułka i przepiórka nucą hymn miłości, kwiaty nawet ślą sobie nawzajem smugi pyłków wonnych — a ja, choć jestem młoda, pełna siły i piękna, dotychczas nietylko nie kosztowałam miłosnych rozkoszy, ale ani jeden kochanek nie widział mnie nigdy, nigdy“. I wymowne rżenie, młode i smutne, rozchodziło się po dolinie i polu — aż doszło do uszy chłopskiej szkapy.
Koń drgnął i zatrzymał się nagle. Chłop szturchnął go nogą, lecz ten stał jakby zaklęty czarem srebrnych tonów odległego głosu — aż zarżał sam. Chłop rozgniewany szarpnął za lice i tak dzielnie kopnął w brzuch swego rumaka, że ten nie mógł dokończyć rozpoczętego wołania i powlókł się dalej z uczuciem dziwnej słodyczy i smutku.
Jeżeli dźwięk jednego głosu mógł doprowadzić zapracowaną szkapę aż do zaniedbania swych obowiązków, cóżby się z nią stało, gdyby mogła zobaczyć jak wygląda ta piękna zalotnica, jak strzyże uszami, wciąga powietrze w rozdęte chrapy i gdzieś się rwie i drży całym swym młodym i pięknym ciałem.
Bura klacz nie miała zwyczaju zastanawiać się dłużej nad swemi wrażeniami, zaledwie więc zamarł ostatni odgłos chłopskiej szkapy, zarżała raz jeszcze z akcentem drwiny w głosie, spuściła głowę, pogrzebała nogą ziemię — i po chwili poszła się droczyć z srokatym wałachem.
Stary wałach był wiecznym kozłem ofiarnym szczęśliwej młodzieży, która mu dokuczała więcej niż ludzie, choć ani jednym ani drugim nie zamącił nigdy wody. Ludziom był potrzebny — za cóż jednak dręczyły go konie?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: Gustaw Daniłowski.