Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom VII/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom VII
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIV.

Wprawne oko Rostowa zdało sobie pierwsze sprawę dokładną z tego, co się działo. Ułani napierani przez szeregi nieprzyjacielskie, zmykali co tchu, w zupełnej rozsypce, zbliżając się ku nim coraz bardziej. Można już było dopatrzeć nie tylko ludzi i koni, ale rozpoznać, ich każdy ruch, jak uderzają jedni o drugich, jak wsiadają sobie na kark, wywijając groźnie pałaszami.
Rostow patrzał na to widowisko, niby na par-force polowanie. Odczuwał instynktowo, że gdyby huzary zalakowali w tej chwili dragonów francuzkich, ci by im się nie oparli, napadnięci znienacka. Trzeba jednak było decydować się natychmiast. Jedna minuta, a już mogło być za późno. Obrócił się. Pułkownik stał obok niego, z wzrokiem wlepionym tak samo w toczącą się walkę.
— Andrzeju Sebastjanowiczu — przemówił Rostow — a gdybyśmy tak wpadli na nich znienacka? Mogliby Francuzi jak nic wywrócić koziołka.
— Zapewne... bo rzeczywiście... — Rostow nie czekając końca frazesu, spiął konia ostrogą i pomknął jak wicher na czele swego oddziału, który był przejęty wiecznie tym samym zapałem nieustraszonym, i ruszył za nim z kopyta, nie czekając nawet na komendę. Mikołaj nie zastanowił się ani chwili dla czego, i po co tak czyni? Rzucił się naprzód bez namysłu, wiedziony instynktem, zupełnie jakby znajdował się w kniei na polowaniu. Widział dragonów galopujących nieopodal; zrozumiał że oni nawzajem pójdą w rozsypkę, jeżeli potrafi skorzystać z chwili sposobnej, która atoli gdy raz przejdzie, już się nie da pochwycić! Świst kul był tak podniecającym, koń unosił go tak niepowstrzymanie, że w końcu uległ ogólnemu szałowi, i leciał dalej na oślep. Na widok szarżujących huzarów, pierwsze szeregi nieprzyjacielskie zatrzymały się z pewnem wahaniem, chcąc im drogę zagrodzić. Rostow puściwszy cugle zupełnie, swojemu dzikiemu stepowcowi, goniąc Francuzów, tak samo jakby oni byli stadem wilków. Jeden z ułanów zatrzymał się, piechur rzucił się na ziemię, aby nie być roztratowanym, koń bez jeźdźca wpadł nagle pomiędzy szeregi huzarów, tłum zaś niesforny dragonów francuzkich pokazał im nagle plecy, uciekając ku swoim w potrójnym galopie. W chwili gdy Rostow puścił się na nieprzyjaciela, zastąpił mu drogę krzak spory. Jego atoli wierzchowiec niezrównany, skoczył w górę i krzak przesadził. Zaledwie miał czas usiąść na siodle, po tem salto mortale, kiedy już znalazł się oko w oko z Francuzami. O krok od Mikołaja galopował jakiś oficerek od dragonów, sądząc po mundurze. Leżał prawie na szyi końskiej, płazując pałaszem boki swojego wierzchowca. W oka mgnieniu koń Rostowa uderzył piersią całą siłą rozpędu szalonego o grzbiet wierzchowca oficera francuzkiego, przewracając go prawie. W tej samej chwili Rostow podniósł pałasz machinalnie i spuścił na Francuza z siodła wyrzuconego. Szał gorączkowy, w którym się znajdował, ostygł natychmiast, niby pod dotknięciem rószczki czarodziejskiej. Oficer znalazł się na ziemi, raczej wskutek gwałtownego uderzenia konia na konia i własnego strachu, niż pałasza Mikołaja, który go zranił nader lekko po wyżej łokcia. Rostow wstrzymując konia, starał się przypatrzeć dokładnie temu, którego ciął pałaszem przed chwilą. Nieszczęśliwy dragon skakał na jednej nodze, nie mogąc wyciągnąć drugiej nogi zaplątanej w strzemiona. Mrugał oczami, marszczył brwi jak ktoś oczekujący nowego ciosu, mierząc wzrokiem wystraszonym od głowy aż do stóp, huzara rosyjskiego. Jego twarz młodziusieńka, pozieleniała z trwogi śmiertelnej, obryzgana błotem gdy padał na ziemię, z jasnemi dużemi oczami szafirowemi, z falującemi lekko na głowie blond włosami, i z maleńkim dołeczkiem na bródce pulchnej, nie przedstawiała bynajmniej typu spotykanego zwyczajnie podczas bitwy. Nie była to wcale fizjognomia wroga nieprzejednanego, ale raczej twarzyczka chłopaczka, słodka, naiwna, stworzona i przyzwyczajona do pieszczot matczynych, uszczęśliwiająca sobą spokojne ciche kółko rodzinne, Rostow wahał się, czy ma go dobić, gdy ten zawołał: — „Poddaję się!“ — Skacząc dalej na jednej nodze, pozwolił uwolnić sobie drugą przez jednego z huzarów, i wsadzić nazad na konia. Wzięto w niewolę kilku jeszcze z jego towarzyszów: Jeden z nich cały krwią oblany, walczył zawzięcie, nie chcąc oddać huzarom swego wierzchowca. Inny, pod którym konia ubito, podniesiony i wyciągnięty z pod konia przez huzarów, usiadł w tyle za jednym z nich. Piechota francuzka uciekając, jeszcze strzelała. Huzary wrócili szybko na swoje stanowisko. I Rostow uczynił to samo, ale z sercem dziwnie ściśniętem. Przeniknęło go uczucie nieokreślone, niezbadane, w chwili gdy brał w niewolę francuzkiego oficera, a raczej jeszcze bardziej gdy go ciął pałaszem!
Hrabia Ostermann-Tołstoj wyjechał na przeciw zwycięzców. Kazał przywołać Rostowa, podziękował mu serdecznie w słowach pełnych uznania, zapowiadając, że uwiadomi Najjaśniejszego Pana, o tym czynie bohaterskim, podając pierwszego Mikołaja na kawalera orderu Św. Jerzego za chrabrost. Była to dla Rostowa nader miła niespodzianka, spodziewał się bowiem raczej nagany i kary, że wyrwał się samopas na nieprzyjaciela, bez rozkazu i komendy, niż słówek równie pochlebnych. Nie sprawiło mu to jednak tak wielkiej uciechy, jak kiedy indziej, bo nie mógł pozbyć się smutnego wrażenia i pewnego ucisku moralnego. Dla tego nie czuł się w tej chwili zupełnie szczęśliwym:
— Cóż mnie tak dręczy? — myślał odchodząc na kwaterę. — Czy Ilin? Ależ wyszedł z opałów zdrów i cały! Czym źle postąpił? Nie! Nic zatem z tego wszystkiego?... Chyba więc ów cios zadany pałaszem temu francuzkiemu oficerkowi, z dołeczkiem w bródce? Pamiętam, żem się zawahał przez sekundę, zanim pałasz spuściłem... przypominam to sobie najdokładniej!
Prowadzono właśnie więźniów. Zbliżył się do transportu, chcąc spojrzeć raz jeszcze na młodziutkiego dragona. Zobaczył go wsadzonego na bułanka jednego z huzarów. Rzucał w koło wzrokiem niespokojnym. Rękę lekko draśniętą, niósł na temblaku. Uśmiechnął się do Rostowa, z pewnem zażenowaniem, i ukłonił mu się ręką drugą. Widok jeńca zmieszał Rostowa, i prawie go zawstydził.
Tego dnia, i przez kilka dni następnych, towarzysze zauważyli, że Mikołaj nie będąc ani gniewnym, ani znudzonym, jest dziwnie zamyślonym, milczącym i zamkniętym w sobie. Pił bez gustu, i szukał samotności jak gdyby nagabywała go i dręczyła jakaś myśl niepozbyta.
Rostow zastanawiał się i rozmyślał ciągle nad „czynem bohaterskim“, za który ku najwyższemu swojemu zdziwieniu, miał dostać krzyż Św. Jerzego, i który ufundował mu reputację najwaleczniejszego między walecznymi! Tkwiła w tem zagadka, której nie był w stanie rozwiązać:
— Widocznie boją się nas jeszcze bardziej, niż my ich — powtarzał w duchu. — Coś podobnego zatem, i tylko tyle, nazywają ludzie bohaterstwem? Mnie się jednak zdaje, że tem wszystkiem nie złożyłem jeszcze dowodu miłości ojczyzny!... A mój jeniec, z takiemi słodkiemi oczami niebieskiemi, cóż on winien temu co się dzieje? Czyż można go robić za to odpowiedzialnym?... Biedaczysko, jak on się bał okrutnie! Sądził, że go zabiję! I po cóż miałem go zabijać? Ręka mi zresztą zadrżała gdym spuszczał pałasz na niego, a przecież mam dostać krzyż! Nie rozumiem! Niczego nie rozumiem!
Gdy Rostow oddawał się myślom tem kłopotliwszym, że na nie żadnej nie znajdował odpowiedzi zadawalniającej, koło „Damy Fortuny“, zwróciło się nagle w jego stronę. Awansował o jeden stopień, po utarczce pod Ostrowem, i od tej chwili, gdy tylko zapotrzebywano tęgiego oficera, udawano się najchętniej do niego.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.