<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXV. BITWA W PIASKOWYM PASIE

W grocie Merlina — Klarens, ja i 52 młodzieńców, sam kwiat wytwornej, wykształconej i doskonałej brytyjskiej młodzieży.
O świcie rozesłałem do wszystkich naszych pokazowych instytucyj rozkaz zaprzestania pracy i usunięcia ludzi na odpowiedni dystans na wypadek wybuchu, nie określając wszakże jego terminu. Ci ludzie znali mnie i ufali memu słowu. Opuszczą niewątpliwie zakłady, zanim spadnie włos z ich głowy; będę miał dość czasu na spowodowanie wybuchu. Za żadną cenę tam nie powrócą, wiedząc, że eksplozja jest nieunikniona.
Odczekaliśmy tydzień. Nie nudziłem się, gdyż przez cały czas pisałem. W ciągu pierwszych trzech dni opracowywałem dziennik, przerabiając go na niniejsze opowiadanie; pozostało zaledwie dopisać dwa—trzy rozdziały dla zamknięcia całości. Resztę dni spędziłem na pisaniu listów do żony.
Przyzwyczaiłem się pisywać codziennie do Sandy, gdyśmy bywali rozłączeni; teraz czyniłem to samo, aczkolwiek nie miałem pojęcia, co mam uczynić z napisanemi listami. Lecz listy skracały mi czas, czyniąc go znośniejszym.
Wydawało mi się, że pisząc, rozmawiam z Sandy. „O, Sandy! Gdybyś była tu wraz z Hallo-Centralą zamiast waszych fotografij, jakby nam było dobrze!“ I marzyłem, że moje maleństwo coś mi bełkoce w odpowiedzi, wpakowawszy rączyny do buzi, leżąc nawznak na kolanach matki.
Miałem, oczywiście, szpiegów, którzy co noc dostarczali mi wiadomości. Z każdym ich raportem widziało się coraz wyraźniej, że sprawa wygląda poważnie. Wojska gromadziły się. Wszystkiemi drogami i ścieżkami Anglji kłusowali rycerze w towarzystwie duchowieństwa, błogosławiącego ten swoisty krzyżowy pochód w obronie kościoła. Cała szlachta i arystokracja — więksi i pomniejsi zdążali w tymże kierunku. Słowem, wszystko odbywało się tak, jak należało przewidywać.
Tylko osadziwszy jak należało tych panów mogliśmy się spodziewać, że lud wystąpi i upomni się o swoje prawo do republiki.
Ach, jakimżeż byłem osłem! Już ku końcowi tygodnia uświadomiłem sobie, że ludowa masa podniosła głowę i witała republikę tylko przez jeden dzień, a później wszystko się skończyło. Kościół, arystokracja i szlachta ściągnęli brwi... Tego starczyło, by lud stał się zpowrotem stadem owiec!!! Od tego momentu też owce poczęły zbierać się w stada, to znaczy w wojska i nastawiać swych bezwartościowych karków i wartościowej wełny za „dobrą sprawę“. O, tak: nawet ci, którzy doniedawna byli niewolnikami, szli umierać za „dobrą sprawę“, wychwalali ją, modlili się za nią, z uczuciem siąpali nosami i ślinili się, jak i całe prostactwo. Trzeba dopiero wyobrazić sobie te ludzkie odpadki, by zrozumieć ich ubóstwo myśli.
Teraz już wszyscy krzyczeli „precz z republiką!“, a nie były to poszczególne głosy. Cała Anglja wyruszyła przeciw nam! Doprawdy, to już przekraczało moje przewidywania.
W ciasnym i stałym kontakcie miałem możność obserwowania moich 52 chłopaczków. Obserwowałem ich twarze, ich poruszanie się, ich nieświadome gesty. Wszystko razem składało się na wymowę — wymowę, która może mimowoli nas zdradzić, gdy najbardziej ukrywamy swe najtajniejsze myśli. Znałem tę myśl, panującą coraz wszechwładniej nad ich mózgami i sercami: „Cała Anglja przeciwko nam!“.
Z coraz większą uwagą wsłuchiwali się w te słowa, wchodzili w ich treść, z każdem powtórzeniem coraz ostrzej realizowali je w swej wyobraźni, tak iż wkońcu opanowały nawet ich sny. W niespokojnych snach straszliwe duchy krążyły nad nimi, jęcząc w uszy: „Cała Anglja... Cała Anglja!“ Wiedziałem, co z tego wyniknie, zgadywałem, iż wewnętrzny głos dojdzie do takiego natężenia, iż przedrze się nazewnątrz. A więc — musiałem się przygotować do odpowiedzi — odpowiedzi zimnej i przemyślanej.
Przewidziałem trafnie, ta chwila przyszła. Musieli się wypowiedzieć. Biedaczyska! Byli tak bladzi, zmaltretowani. Spoczątku ich przedstawiciel zaledwie odnajdywał słowa, z trudem opanowując głos. Wreszcie zebrał się w sobie i oto co powiedział w swej nowej angielszczyźnie, której nauczył się w naszych szkołach:
— Spróbowaliśmy zapomnieć, żeśmy dziećmi Anglji. Spróbowaliśmy rozum postawić ponad uczuciem, obowiązek ponad przywiązanie. Rozum wytrzymuje próbę, lecz protestuje serce. Dokąd chodziło o arystokrację, o szlachtę, o jakieś 25 do 30 tysięcy rycerzy, niedobitków z ostatniej wojny, zgadzaliśmy się z panem w zupełności i nie gnębiło nas zwątpienie. Każdy z 52 młodzieńców, którzy stoją obecnie przed panem, mówił sobie: „to ich rzecz, sami podpisali na się wyrok“. Ale niech pan spojrzy, jak rzecz przedstawia się obecnie — cała Anglja przeciw nam!“. O, panie, pomyśl, zastanów się! Lud ten, to nasz lud, kość naszej kości, my kochamy go — nie zmuszaj nas, panie, byśmy zniszczyli nasz naród!
Oto miałem dowód, jak niezbędne jest przewidywanie zdarzeń i przygotowanie się do nich. Gdybym nie przemyślał odpowiedzi, byłbym teraz zaskoczony. Ale nie byłbym przygotowany, gdybym nie wiedział zawczasu co mi powiedzą.
— Przyjaciele! — odrzekłem, wasze uczucia są dla mnie zrozumiałe, uważam je za rzetelne, godne szacunku. Jesteście anglikami i pozostaniecie anglikami, nie plamiąc tego imienia. Uspokójcie się i nie trapcie się wątpliwościami. Rozejrzyjcie się jeno — dlaczego cała Anglja przeciw nam i kto ją prowadzi? Kto z reguły jest na przedzie? Odpowiedzcie.
— Rycerze pancerni.
— Istotnie. Jest ich trzydzieści tysięcy, zajmą całe akry przestrzeni. Teraz zważcie: nikt poza nimi nie wstąpi na piaskowy pas! A gdy wstąpią, stanie się coś takiego, po czem już żaden zwykły śmiertelnik, z tych co idą wtyle, nie zgodzi się pójść za ich przykładem. Teraz postanawiajcie, i niech tak będzie, jak postanowicie. Czy, waszem zdaniem, winniśmy ustąpić placu, unikając bitwy?
— Nie!!! — wykrzyknięto jednogłośnie i szczerze.
— A może... może lękacie się tych trzydziestu tysięcy rycerzy?
Żart wywołał głośny wybuch śmiechu, niepokój i wątpliwości moich chłopaczków znikły i rozeszli się wesoło na swe posterunki. Śliczni to byli chłopcy, urodziwi, jak dziewczęta.
Teraz byłem gotów na przyjęcie wroga. Niech nastąpi doniosły dzień, czuwamy!
Wielki dzień nastał. O świcie zameldował mi wartownik, że na widnokręgu pokazała się czarna masa i dolatują jakieś dźwięki, zapewne wojskowej muzyki Ponieważ śniadanie było gotowe, zjedliśmy je tymczasem, poczem wygłosiłem do chłopców krótkie przemówienie i posłałem niewielki oddział pod dowództwem Klarensa, by obsadzić baterje.
Słońce rychło wzeszło i zalało przestrzeń ostremi promieniami. Zobaczyliśmy olbrzymie wojsko, rozkołysane jak fale i nasuwające się na nas. Coraz bardziej zbliżało się i coraz groźniej wyglądało. Rzeczywiście była tu cała Anglja. Dostrzegliśmy wkrótce wielką ilość rozwiniętych proporczyków, a słońce rozjarzyło całe morze zbroi. Piękny był to widok. Nigdy nie myślałem, że sądzone mi będzie rozbić takie wojsko.
Teraz już mogliśmy zaobserwować szczegóły. Cała awangarda, na wiele akrów przestrzeni, składała się z jeźdźców-rycerzy w hełmach z pióropuszami i w lśniącej zbroi. Nagle zaryczały trąby. Powolny marsz przeszedł w galop i wtedy... Strach było patrzeć! Potężna fala jeźdźców zbliżała się do piaszczystego pasa, — zatrzymałem oddech. Bliżej, bliżej, — pas zielonego torfu przed pasem żółtym zwężał się gwałtownie, stał się wreszcie wąziutką wstążką przed końskiemi kopytami — wreszcie znikł pod nogami. Wielki Boże! Cała awangarda wyleciała w powietrze z hukiem i trzaskiem, stając się nieforemną masą odłamków, resztek i strzępów... a nad ziemią uniósł się gęsty słup dymu, kryjąc przed oczami resztę wojska.
Teraz nastał czas na następne posunięcie w planie kampanji! Dotknąłem guziczka wyłączników i zmusiłem kości Anglji do opuszczenia kręgosłupa!
W wybuchu następnym ginęły nasze szkoły, warsztaty — wszystkie nasze kulturalne urządzenia. Wyleciały w powietrze i znikły tam na zawsze. Szkoda... ale to był mus. Nie mogliśmy zezwolić, by nasz wróg zwrócił je przeciwko nam.
Nastąpił najnudniejszy kwadrans, wydłużający się w wieczność. Czekaliśmy, milcząc, zamknięci naszemi kręgami drutów i jednolitą ścianą dymu za niemi. Nie mogliśmy nic dojrzeć ponad nią lub przez nią. Ale oto stopniowo poczęło się przerzedzać, ziemia wystąpiła wyraźniej i mogliśmy zaspokoić naszą ciekawość. Jak okiem sięgnąć, ani żywego ducha! Wystąpiła natomiast pewna okoliczność, będąca nam na rękę. Oto wybuch uczynił głęboką wyrwę, ponad sto stóp szeroką, obwałowaną po bokach. Trudno byłoby określić, ile tu zginęło ludzkich istnień. Oczywiście nie mogliśmy zliczyć zabitych, gdyż ich wcale tu nie było; była jakaś bezkształtna masa, złożona ze strzępów ludzkiego mięsa z dodatkiem żelaznych guzików.
A więc, nie dojrzeliśmy żywego ducha, lecz niewątpliwie byli gdzieś ranni z ostatnich rzędów. Wśród pozostałych przy życiu mogły zapanować choroby, jak zwykle bywa po tego rodzaju katastrofach. Ale trudno było oczekiwać nadejścia rezerw. To była wszak ostatnia stawka angielskiego rycerstwa po niedawno zakończonej niszczycielskiej wojnie. Wobec powyższego byłem przekonany, że jeśli nawet wystąpi przeciwko nam jeszcze raz wojsko, to będzie ono bardzo nieliczne. Wydałem następującą dziękczynną odezwę do mojej armji:
„Żołnierze, bojownicy o ludzką wolność i równość! Wasz wódz was pozdrawia! Pełen pychy i pewny siebie wróg wystąpił przeciwko wam. Byliście przygotowani. Starcie było krótkie. Po waszej stronie chwała. To sławne zwycięstwo, jedyne w historji, zostało wywalczone bez strat z naszej strony. Dokąd planety nie zaprzestaną obiegu w swych orbitach, bitwa w piaskowym pasie nie zniknie w ludzkiej pamięci. Patron“.
Odczytałem to z namaszczeniem i oklaski, któremi mnie nagrodzono, ucieszyły mnie wielce. Zakończyłem swe przemówienie następującym okrzykiem:
— Wojna z angielskim narodem, jako narodem, skończona. Naród opuścił pole walki. Zanim go nakłonią do powrotu, wojna całkiem się skończy. Cała wojna wyczerpała się w pierwszem starciu, krótkiem, najkrótszem w historji, ale też najbardziej niszczycielskiem. Zakończyliśmy rozrachunki z narodem, lecz nie zniszczylismy jeszcze wszystkich rycerzy. Rycerze Anglji mogą być zabici, ale nie mogą być zwyciężeni. Wiemy, co należy czynić. Dokąd chociażby jeden z nich pozostaje przy życiu, nasze dzieło nieskończone, wojna nierozegrana. Zabijemy ich wszystkich. (Głośne, długotrwałe oklaski).
Ustawiłem na wielkim wale, uformowanym przez wybuch, posterunek złożony z dwóch chłopców, aby mnie powiadomili o zbliżaniu się nieprzyjaciela. Później posłałem jednego inżyniera i 40 ludzi na południe od naszych fortyfikacyj, by skierowali znajdujący się tam górski strumień do wewnątrz fortyfikacyj. Oddział ten podzielił się na dwie kompanje, zmieniające się przy pracy co 2 godziny. W ciągu 2 godzin zadanie byto wykonane. W nocy odwołałem posterunki. Obserwator od strony północnej doniósł, że na dalekim dystansie widać obóz, ale można go dostrzec dopiero przez lunetę. Zameldował również, że kilku rycerzy skierowało się w naszą stronę i napędzili bydło na nasze linje, ale sami nie zbliżyli się. Było właśnie tak, jak się spodziewałem: badali nasze zamiary, chcąc się dowiedzieć, czy zamierzamy nadal stosować czerwony teror. Możliwe, że w nocy będą śmielsi. Z całą wyrazistością przejrzałem ich plan, gdyż trzymałbym się takiego samego, będąc na ich miejscu, na ich stopniu cywilizacji. Gdy podzieliłem się przypuszczeniami z Klarensem, przytaknął mi:
— Sądzę, że ma pan rację — powiedział, — jasne, że muszą jeszcze raz spróbować.
— No tak, odrzekłem, ale jeśli to uczynią, zginą.
— Oczywiście.
— Nie będą mieli żadnego wyjścia.
— Bezwątpienia.
— To potworne, Klarensie. Żal mi ich.
Ta myśl tak mnie męczyła, że nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Wreszcie, by uspokoić swe sumienie, postanowiłem posłać do nich parlamentarjusza z następującą odezwą:
„Do szanownego przywódcy rycerzy - powstańców Anglii.
Walczycie napróżno. Znamy wasze siły — o ile je tak jeszcze można nazwać. Wiemy, że najwyżej możecie nam przeciwstawić jakieś 25 tysięcy rycerzy. Nie możecie w żadnym wypadku liczyć na powodzenie. Zważcie: jesteśmy wspaniale uzbrojeni i umocnieni, jest nas 54. 54, ale jakich? Czy ludzi? O nie, rozumów, najdoskonalszych z całego świata, — to potęga, której nie złamie siła fizyczna jak nie złamią morskie fale granitowych brzegów Anglji. Bądźcież rozsądni. Ofiarujemy wam wasze życia. W imię waszych rodzin nie odrzucajcie naszego daru. Dajemy wam ostatnią deskę ratunku, skorzystajcie z niej. Złóżcie broń, uznajcie republikę i wszystko będzie zapomniane”.
Podpisane: „Patron”.
Odczytałem to Klarensowi i powiedziałem, że zamierzam zaproponować zawieszenie broni. Zaśmiał się swym sarkastycznym śmiechem i rzekł:
— Zdaje mi się, że pan nigdy nie będzie w stanie pojąć, czem jest nasza szlachta. Natomiast obecnie musimy oszczędzać nasz czas i spokój. Niech pan sobie wyobrazi, że ja jestem wodzem rycerzy. A teraz pan przychodzi do mnie z białą chorągwią i przynosi mi odezwę, czekając na odpowiedź.
Udałem, że przychodzę do obozu wrogów i odczytuję wodzowi odezwę. Miast odpowiedzi Klarens wyrwał z moich rąk papier, pogardliwie się uśmiechnął i powiedział z niesłychaną pychą:
— Wypatroszcie to zwierzę i odnieście je jego panu, szubrawcowi. Innej odpowiedzi nie będzie!
Cóż znaczy teorja wobec rzeczywistości, a rzeczywistość właśnie tak wyglądała. Nie można było wątpić, że sprawa przybrałaby taki obrót, jak przedstawił Klarens. Przedarłem papier i odrzuciłem raz na zawsze sentymenty.
Tedy do dzieła. Wypróbowałem elektryczną sygnalizację od placu do groty: przekonałem się, że działa sprawnie. Później uczyniłem to samo z sygnalizacją, otaczającą ogrodzenie — tu mogłem puszczać lub zamykać prąd dowolnie w każdem ogrodzeniu. Trzech najpewniejszych chłopców postawiłem na straży połączenia ze strumieniem. Mieli się zmieniać co dwie godziny przez całą noc, na wypadek gdybym był zmuszony do dania sygnału — trzy pistoletowe strzały raz po raz. Nocnych posterunków pozatem nie ustawiałem: plac pozostawał pusty. Prócz tego zarządziłem, by w pieczarze panowała cisza, a elektryczne światła przyćmiono.
Wybrawszy dogodny moment wyłączyłem prąd z całej sieci; przedostałem się do wału przez rów. Wdrapawszy się na wierzchołek, ułożyłem się na świeżej ziemi i począłem obserwować. Ale było za ciemno, by cokolwiek dojrzeć. Panowała martwa cisza nie przerywana niczem poza zwykłemi nocnemi odgłosami. Szczebiotały nocne ptaki, brzęczały i ćwierkały świerszcze, szczekały gdzieś daleko psy, leniwo i łagodnie porykiwało bydło. Lecz wszystkie te głosy nie przerywały ciszy, raczej jeszcze bardziej ją pogłębiały. Przestałem się wpatrywać, ponieważ noc stawała się coraz ciemniejsza, ale zato począłem tem bardziej nasłuchiwać, by ułowić każdy podejrzany brzęk, który, mojem zdaniem, winien był nastąpić.
Czekałem długo. Wreszcie ucho me ułowiło cichy, ledwo uchwytny dźwięk — jakby głuchy metaliczny dzwon. Nastawiłem ucha i wstrzymałem oddech, pojmując, że właśnie to oznacza, czego się spodziewałem. Dźwięk narastał i zbliżał się od północnej strony. Teraz słyszałem go na jednym poziomie ze mną — tupot końskich kopyt i brzęk broni na przeciwległym wale. Tupot jakby setki nóg, a może i więcej. W następnej chwili wydało mi się, że dostrzegam szereg czarnych punktów na skraju wału. Co to? Ludzkie głowy? Nie mogłem określić. Możliwe, że było to co innego, gdyż niepodobna dowierzać rozigranej wyobraźni. W każdym razie musiało się rozstrzygnąć lada chwila. Słyszałem jak metalowy dźwięk schodził do rowu. Zapewne chcieli nam urządzić małą niespodziankę, winniśmy oczekiwać wizyty o świcie, a może nawet wcześniej. Skierowałem się ku domowi, gdyż już dość zobaczyłem. Wróciwszy na plac, dałem sygnał włączenia prądu do dwóch wewnętrznych zagrodzeń. W pieczarze zastałem wszystkich pogrążonych we śnie prócz warty. Zbudziłem Klarensa i powiedziałem mu, że rów jest pełen ludzi i że zapewne rycerze całą masą ruszyli na nas.
Mojem zdaniem, winniśmy się spodziewać, że rów będzie obsadzony o świcie tysiącznem wojskiem, które zaatakuje wał.
Klarens odrzekł:
— Będą musieli posłać naprzód jednego lub dwóch wywiadowców, zanim jeszcze ciemno. Dlaczegobyśmy nie mieli puścić prądu na zewnętrzne druty?
— Jużem to uczynił, Klarensie. Czyżby pan sądził, że nie znam się na gościnności?
— Skądże! Wiem, że ma pan dobre serce.. Muszę zresztą iść.
— Na spotkanie kochanych gości? Chodźmy razem.
Przeszliśmy między dwiema baterjami dział i położyliśmy się pomiędzy ogrodzeniem. Po słabem świetle w grocie noc wydała nam się jeszcze ciemniejsza. Po chwili poszczególne przedmioty poczęły występować z mroku i dojrzeliśmy pale ogrodzenia. Wtem Klarens zapytał:
— Co to jest?
— A co?
— Jakiś przedmiot, tam!
— Co za przedmiot, gdzie?
— Tam, wpobliżu pana, coś niewyraźnego, ciemnego... przy drugiem ogrodzeniu.
Obaj przypatrywaliśmy się chwilę.
— Może to człowiek, Klarensie?
— Nie, sądzę, że nie. Patrz pan, ależ rzeczywiście człowiek! Oparł się o pal!
— Zdaje się, że tak. Chodźmy zobaczyć.
Poczołgaliśmy się na kolanach i zobaczyliśmy człowieka. Duża postać stała, oparłszy obie ręce o drut. Dochodził swąd przypieczonego mięsa. Biedaczysko zmarł, nawet nie wiedząc, że został rażony prądem. Stał jak posąg, dokoła niego panował spokój, tylko poranny wiaterek kołysał jego pióropuszem. Zajrzeliśmy pod przyłbicę, lecz nie mogliśmy rozróżnić rysów twarzy.
Usłyszeliśmy zbliżający się stłumiony szmer. Przypadliśmy do ziemi tam, gdzie staliśmy. Skradał się ku nam drugi rycerz. Widzieliśmy jak macał ręką górny przewód, nachylił się i dotknął dolnego. Następnie zbliżył się do stojącego rycerza i stanął, dostrzegłszy go. Postał chwilę, zdziwiony widocznie jego sztywną postawą, poczem powiedział: „Czyś się zdrzemnął, sir Mar... — dotknął ręką ramienia trupa i natychmiast z cichym jękiem padł martwy. Trup, zmarły przyjaciel, zabił go. W tem było coś potwornego!
Te pierwsze jaskółki przylatywały w naszych oczach jedna po drugiej w ciągu pół godziny. Rycerze dobywali miecza nie dlatego by pomścić krzywdę; czynili to z przyzwyczajenia i dotykali niemi drutów. Teraz widzieliśmy błyski niebieskich iskier to tu, to tam, podczas gdy samych rycerzy nie było widać. Wiedzieliśmy, skąd powstawały te iskry: nieborak dotykał mieczem drutu i padał martwy. Przerwy w ciszy były teraz bardzo krótkie — ciszę przerywał głuchy łoskot padającego ciała, zakutego w pancerz. Robiło to złowrogie wrażenie.
Postanowiliśmy przejść pomiędzy wewnętrznem odrutowaniein, licząc na to, że pociemku wezmą nas raczej za swoich, niż za wrogów. W ten sposób nie ryzykowaliśmy, iż wpadniemy na miecze, któremi byli tamci uzbrojeni. Dziwny to był spacer. Wszędzie za drugiem ogrodzeniem leżały trupy. Zaledwie się ich widziało, ale tych, co stali przy drucie jak posągi naliczyliśmy piętnastu.
Prąd nasz był tem bardziej przerażający, że zabijał zanim który zdążył krzyknąć. Niebawem usłyszeliśmy nowy, miarowy szelest i domyśliliśmy się, że wojsko postanowiło urządzić nam niespodziankę. Szepnąłem do Klarensa, by zbudził całą naszą armję i uprzedził ją, by w zupełnej ciszy czekała na dalsze rozkazy. Wkrótce wrócił i obaj patrzyliśmy dalej, jak nasz piorun czynił spustoszenie wśród zbliżającego się wojska.
Trudno było zaobserwować szczegóły, widzieliśmy jeno, jak czarna masa gromadziła się przy drugiem zagrodzeniu. Powstawał wał trupów. Obóz nasz był otoczony swego rodzaju bastjonem trupów! Jeszcze jedna okoliczność pogłębiała grozę: wszystko odbywało się bezgłośnie. Nie dochodziły rozmowy, wojenne okrzyki, jęki. Mając zamiar napaść znienacka, wojsko posuwało się możliwie bez hałasu. I każdorazowo, gdy pierwszy szereg dochodził do drutów i chciał wydać wojenny okrzyk, padał bez głosu, nie ostrzegając następnych. Przepuściłem prąd nieznacznie przez trzecią linję a następnie przez czwartą i piątą. Widziałem, że nadszedł czas wykonać swój zamiar — całe wojsko winno było dostać się do pułapki. Dotknąłem elektrycznego guzika i zapalilem 50 elektrycznych słońc nad przepaścią. Boże, cóż za widok! Byliśmy oddzieleni trzema ścianami martwych ciał. Wszystkie inne zagrodzenia były przepełnione żywymi ludźmi, którzy, skradając się, szukali drogi między drutami. Nieoczekiwane światło sparaliżowało ich ruchy, zdrętwieli. Z tej chwili musiałem skorzystać, by nie tracić szans, gdyż w następnej mogli się opamiętać i, z bojowym okrzykiem rzucić się na nas i zerwać wszystkie druty. Lecz straszna chwila odebrała im wszelkie szanse na ratunek. Puściłem prąd przez wszystkie linje i całe wojsko padło trupem na miejscu. Nikt nigdy nie słyszał podobnego jęku! To był śmiertelny krzyk 11 tysięcy ludzi, który napełnił noc grozą rozpaczy.
Dość było jednego spojrzenia, by się zorjentować, że reszta wrogów — około 10 tysięcy — wspinała się na wał, szykując się do ataku. A więc byli w naszem ręku wszyscy! Nastąpił ostatni akt tragedji. Dałem trzy strzały z pistoletu. Sygnał oznaczał: puścić wodę!
Rozległ się szalony ryk i szum. W ciągu jednej minuty górski potok napełnił rów, stając się rzeką stustopowej szerokości i 25-stopowej głębi.
— Do broni! Ognia!
Trzynaście dział niosło śmierć skazanym 10 tysiącom. Stali jakąś minutę, wytrzymując ogień, poczem rozsypali się jak słoma na wichrze. Czwarta część wojska nie dopadła nawet wału, 3/4 dopadło, by utonąć. W ciągu trzech minut resztki armji uległy zniszczeniu, kampanja była zakończona i 54 ludzi panowało nad Anglją! Dwadzieścia pięć tysięcy trupów spoczywało dokoła nas.
Lecz jakże zmienne bywają losy! W krótkim czasie — powiedzmy, w ciągu godziny — stało się coś; z mej własnej winy, co... Ale nie mam odwagi o tem pisać. Niech skończą się tu moje notatki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.