Dom parowy/Tom II/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Dom parowy
Podtytuł Podróż po Indyach północnych
Wydawca Księgarnia K. Łukaszewicza
Data wyd. 1882
Druk Drukarnia J. Czainskiego w Samborze
Miejsce wyd. Lwów
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
I.

Nasze Sanitarium.

„Niezmierzoność wszechświata” to wyborne określenie, którego użył mineralogista Hauy, opisując Andy amerykańskie, czyż nie dałoby się lepiej jeszcze zastosować do łańcucha gór Himalay, których ogromu człowiek nie zdołał dotąd jeszcze wymierzyć z matematyczną ścisłością?
Takie to uczucie budzi widok tych wysokości niezmierzonych, gdzie mieliśmy pozostać kilka tygodni.
— Himalaye nie tylko nie dadzą się wymierzyć, ale nadto szczyty ich niedostępne są dla ludzi, ponieważ organizm nasz nie może być czynnym na takich wyżynach gdzie powietrze jest za gęste do oddychania. Zdaje się więc że nigdy najśmielszy nawet człowiek nie zdoła wedrzeć się na najwyższy wierzchołek łańcucha tego.
Góry Himalaya są to skały wznoszące się z granitu gneisu, micaschistu, długie na dwa tysiące pięćset kilometrów, od 72 południka do 95, przeciągają się przez dwie prezydencye: Agra i Kalkutta, dwa królestwa: Bouthan i Nepaul — łańcuch, którego wysokość średnia wyższa jest o jedną trzecią od szczytu Mont-blanc i obejmuje trzy różne strefy: pierwsza wysoka na 5 tysięcy stóp, gdzie dojrzewa w zimie zboże a w lecie ryż; druga 5 do dziewięciu tysięcy stóp, gdzie śniegi topnieją na wiosnę; a trzecia 9 tysięcy stóp do 25, pokryte wiecznym lodem, który nawet w gorącej porze opiera się promieniom słonecznym; przez tę wyniosłość ziemi przeprowadza jedynaście przejść, które wszystkie grożą niebezpieczeństwem i tylko z wielkiemi trudnościami pozwalają przejść...
Po nad tą wyniosłością siedm czy ośm szczytów ostrych, kończastych wznoszących się 7 tysięcy metrów; Dhiodounga, ośm tysięcy metrów, Dawaghaliri ośm tysięcy pięćset, Tchamoulari ośm tysięcy siedmset a szczyt Everest na dziesięć tysięcy metrów wznoszący swój szczyt, wysokość, z której wzrok patrzącego mógłby objąć obszar mniejwięcej wielkości jak cała Francya.
Taka wysokość tego łańcucha, że gdyby złożyć Alpy jeszcze na Alpy, Piryneje na Andy, toby jeszcze nie przewyższyły go.
Taki to olbrzym! a szczyt jego prawdopodobnie nie dotknie nigdy noga najśmielszego nawet podróżnika i to nazywa się góry Himalaya.
— Więc olbrzymi ten łańcuch gór jest jeszcze bardzo niedokładnie zbadany? zapytałem.
— Tak, odrzekł inżynier. Himalaya jest jakby rodzajem małej planety przylepionej do naszego świata i nie chcącej zdradzić swych tajemnic.
— Jednakże była zwiedzaną o ile to dotąd było możliwem, odrzekłem.
— Tak, nie zbrakło podróżników, którzy mieli odwagę wdzierać się na te prawie niedostępne góry dla zdjęcia dokładnego ich wymiaru i tak: Bracia Gerard de Webb, oficerowie Kirpatrik i Fraser, Hogdson, Herbert, Lloyd, Hooker, Cuningham, Strabing, Skinner, Johnsone Moorcroft, Thomson Griffith, Vigue, Hügel, missyonarz, Hum i Gabet, a w najnowszych czasach bracia Schlagintweit, pułkownik Wangh, porucznicy Renillier i Montgomery, według nich najwyższą z całego łańcucha a więc i na świecie jest góra Everest; jednakże wtedy dopiero możnaby wymiary uważać za matematyczne, gdyby zostały zdjęte barometrycznie, a jakżeż tego dokonać skoro dotąd nikt nie zdołał wedrzeć się na najwyższy szczyt, z barometrem w ręku.
— Ale nastąpi to niezawodnie! zawołał z zapałem kapitan Hod, zarówno jak przyjdzie do tego że będziemy odbywać podróże do obu biegunów, północnego i południowego.
— Niezawodnie!
— Zwiedzać najgłębsze otchłanie oceanu!
— Bezwątpienia!
— Podróżować bezpiecznie do środka ziemi!
— Brawo Hod!
— A nawet odbywać podróż do każdej z planet systemu słonecznego! wołał kapitan Hod, którego nic już nie wstrzymywało.
— O, nie kapitanie, rzekłem, człowiek jak zwykły śmiertelnik i mieszkaniec ziemi, nie potrafi wznieść się po za jej granice! Lecz ponieważ przykuty jest do swej skorupy, to niechże zna wszystkie jej tajemnice.
— Tak, to może i powinien! odparł Banks. Wszystko co jest w granicach możebności może i powinno być zbadane; a później, gdy człowiekowi nic już nie pozostanie do badania na kuli ziemskiej...
— Zniknie razem z sferoidą, która nie będzie już mieć tajemnic dla niego, odparł kapitan Hod.
— O wcale nie! przerwał Banks ale używać jej będzie jako pan i lepsze potrafi wyciągnąć korzyści, ale przypuszczenia te zostawmy przyszłości. Że zaś jesteśmy w strefach himalajskich, wskażę ci kapitanie bardzo ciekawe i zajmujące do zrobienia odkrycie.
— Jakież to, przyjacielu? zapytał zaciekawiony.
— Misyonarz Huc wspomina w swoich opisach podróży o nadzwyczaj osobliwem drzewie, które w Tybecie nazywają „drzewem dziesięciu tysięcy postaci”. Według legendy induskiej, Tong Tabok, reformator religii induskiej, został zamieniony w drzewo, i włosy jego przemieniły się w liście tego świętego drzewa, a na tych liściach misyonarz Huc zaręcza, że widział własnemi oczami, lekkie delikatne żyłki tworzące wyraźne napisy w tybetańskim języku.
— Co! zawołałem zdziwiony, widział drzewo z drukowanemi liśćmi?
— Tak, odrzekł inżynier, drzewo na którego liściach są jakby wydrukowane sentencye najczystszej moralności.
— Wartoby to sprawdzić, rzekłem śmiejąc się.
— A więc sprawdzajcie, kochani przyjaciele, powiedział Banks. Jeźli drzewa takie istnieją w południowej części Tybetu, powinnyby także rosnąć i w wyższych strefach, na południowej pochyłości Himalaya — możecie więc podczas waszych wycieczek szukać tego... jakże powiedzieć... „moralisty”.
— Kłaniam uniżenie! wołał kapitan, przybyłem tu polować a nie zaś wdzierać się na góry.
— Ej! przyjacielu, odrzekł Banks, pewnie nie obejdzie się bez tego żebyś nie wdzierał się na góry.
— Nigdy, przenigdy! odrzekł.
— A toż dlaczego?
— Wyrzekłem się wstępowania na góry.
— I odkądże to?
— Od owego dnia kiedy ze dwadzieścia razy ledwie nie skręciwszy karku, zdołałem nareszcie wedrzeć się na szczyt góry Wrigel w królestwie Butanu. Twierdzono że żadna ludzka istota nie dotknęła go jeszcze swemi stopami, miłość własna dodawała mi bodźca, pragnąłem pierwszy tego dokazać. Otóż, wiecie co ujrzałem, stanąwszy nareszcie u szczytu po przebyciu najgroźniejszych niebezpieczeństw?... otóż następujący napis wyryty na skale: „Durand, dentysta, Paryż, przy ulicy Comartin, Nr 14”. Od owej chwili przestałem wdzierać się na góry.
Poczciwy kapitan opowiadał to z taką pocieszną miną, że niepodobna było wstrzymać się od śmiechu.
Na półwyspie urządzane są w górach tak zwane „sanitarium”, stacye te są nadzwyczaj uczęszczane podczas lata przez bogatych kapitalistów, urzędników i przemysłowców indyjskich, uciekających od kanikularnych skwarów panujących na równinach.
Do najznaczniejszych z nich zalicza się Simla. Jest to istna Swajcarya ze swemi strumieniami, potokami, szaletami, rozrzuconemi pod cieniem ogromnych sosen i cedrów, o dwa tysiące metrów po nad powierzchnią morza.
Druga z kolei jest Dorżiliny, leżące w przecudnem położeniu, o pięćset kilometrów na północ Kalkutty; tu i owdzie w oko śliczniutkie białe domki; jest to jedno z najrozkoszniejszych miejsc na świecie. Podobnych sanitarium jest bardzo wiele rozrzuconych w różnych punktach gór himalajskich. Teraz przybywał do nich nasz Steam - House. Banks urządził wygodny kilkotygodniowy pobyt w górach.
Miejsce cudowne wybrano. Na niejakiej wyniosłości wznosiła się płaszczyzna prawie milę długa, a pół szeroka pokryta kobiercem najpiękniejszej zieloności ubarwionym bukietami fiołków. Rododendrony wielkości małych dębczaków i kamelje tworzyły razem jakby kląby najpyszniejsze.
Grupy wspaniałych drzew porastały na tej równinie i zdawały się jakby jaka mała wedeta odłączona od ogromnych lasów pokrywających boki gór; cedry, dęby, pendanusy z ogromnemi liśćmi, klony, buki łączyły się z bananami, bambusami; także mangolie, figi japońskie.
Niektóre z tych olbrzymów wznoszą swe konary wyżej jak sto stóp od ziemi, zdaje się jakby stały tu na to iżby zacienić jakieś mieszkanie leśne; i ot właśnie Steam - House nadsunął się by uzupełnić ten krajobraz. Dach jego zaokrąglony doskonale odrysowywał się na tle tej zieleni listków i gałęzi to cienkich i delikatnych o listkach malutkich i przejrzystych jak skrzydełka motyli, to znowu długich i szerokich jak wiosła indyjskie. Wozy, maszyny ukryły się w gęstwinie zieleni i kwiatów, nic nie zdradzało że to dom wendrowny, ale zdawało się, że to osada stała, przyrosła do ziemi tak by nigdy już nie zmienić położenia.
Trochę w tyle, strumyczek szemrzący srebrzył się i rozwijał po prawej stronie obrazu rzucając się w końcu w kotlinę, którą zacieniały bukiety drzew.
Z tej kotliny gdy się już przepełniła wypływał znowu, przepływał łąkę i kończył się szumnym wodospadem, rzucającym się w przepać[1], której głębokości nie dojrzało już oko ludzkie.
Otóż tak Steam House umieszczony został dla naszej wygody i dla rozweselenia oczu.
Na prawo stał pierwszy dom i tak był zwrócony, że balkon werandy, okna salonu i jadalni i reszty wychodziły ku północy, gdzie w dali rysowały się czarnym szlakiem olbrzymie drzewa na wielkim łańcuchu, który znowu pokrywały wieczne śniegi.
Na lewo o dwadzieścia kroków od pierwszego, umieszczono drugi dom oparty o skały granitowe ozłacane promieniami słońca — tam Mac Neil rezydował i jego towarzysze, z komina wije się niebieski dymek, bo pan Parazard pracuje w swoim laboratoryum kuchennem. W głębi między temi dwoma mieszkaniami stoi jakiś olbrzymi zwierz przedpotopowy — a to nasz słoń stalowy.
Ustawiono go pod zielenią, z trąbą do góry wzniesioną, myślałby kto że ogryza wysokie gałęzie — lecz on się nie rusza — wypoczywa i strzeże zagrody naszej — pomimo olbrzymich rozmiarów wydaje on się wobec góry która wznosi się o 6 tysięcy metrów ponad naszą równiną, nie wielkim wcale.
— Jak mucha na fasadzie katedry! zawołał kapitan żałośnie.
— Istotnie — po za nim wznosi się bryła granitu z której wykutoby tysiące takich słoni jak nasz, a bryła ta jest tylko stopniem pośród tylu innych które jak schody prowadzą aż do szczytu łańcucha nad którym króluje szczytem swoim kończasty olbrzym Dwalaghiri!
Czasami mgły nasunięte wilgotnymi wiatrami rozłożą się nad naszą równiną, a wtenczas oko dostrzega tylko morze chmur, na których powierzchni promienie słońca dziwnemi odbijają się barwami, wtenczas tak w górze jak w dole znika horyzont i zdaje się że zawieszeni jesteśmy gdzieś w jakichś nadpowietrznych sferach między ziemią i niebem, ale wnet wiatr się zmienia, chłód północny przedziera się szczelinami łańcucha, wymiata wszystkie mgły, morze pary rozchodzi się, a wzniosłe szczyty Himalayi rysują się jak przed tem na oczyszczonym niebie, ramy krajobrazu rozszerzają się, a wzrok rozlega się znowu po horyzoncie na 69 mil przestrzeni.






II.

Mateusz Van Guit.

Nazajutrz, było to 26 czerwca, odgłos dobrze znanych głosów obudził mnie równo ze świtem, wstałem natychmiast.
Kapitan Hod i służący jego Fox rozmawiali bardzo żywo w sali jadalnej, poszedłem do nich. Za chwilę przyszedł i Banks.
— Dzieńdobry, kochany Banksie, zawołał kapitan wszak teraz już nie na chwilowy tylko wypoczynek, ale na kilkotygodniowy pobyt tu się zatrzymamy.
— Tak przyjacielu, odrzekł inżynier, możesz urządzać sobie choćby najdłuższe polowania, świst Olbrzyma Stalowego nie wezwie cię do powrotu.
— Czy słyszysz. Foxie?
— Słyszę, panie kapitanie.
— Niech mnie!... zawołał kapitan, jeżeli opuszczę nasze sanitarium przed ubiciem pięćdziesiątego tygrysa. Ale wiesz co Fox, zdaje mi się jakoś że ten pięćdziesiąty najtrudniejszy będzie do wytropienia.
— Wytropimy go jednak, panie kapitanie.
— Skądże tak wnosisz, kapitanie? zapytałem.
— Sam nie wiem, kochany Maucler, jest to przeczucie myśliwego, nic więcej.
— Więc dziś zaraz udajesz się na polowanie? zapytał Banks.
— Tak jest, trzeba najpierw zbadać grunt... czy tylko tygrysy nie wyemigrowały z tych okolic.
— Tygrysy miałyby opuścić okolicę Himalaya!... to już niepodobieństwo, rzekł Banks.
— Od jakiegoś czasu nie mam szczęścia... ale zobaczymy... Czy pójdziesz z nami, Maucler? dodał kapitan zwracając się do mnie.
— A jakże, odpowiedziałem.
— A ty Banksie?
— Pójdę i sądzę że i pułkownik Munro przyłączy się do wyprawy — ale w charakterze amatora — tak jak ja.
— Dobrze, odrzekł kapitan, tylko zastrzegam sobie żeby amatorowie byli dobrze uzbrojeni; nie chodzi tu przecie o przechadzkę z laseczką w ręku, byłoby to ubliżeniem dla dzikich zwierząt tej okolicy.
— Zgoda, odrzekł inżynier.
— Nie omylże się tym razem, rzekł kapitan do Foxa, nie zapominaj że jesteśmy w krainie tygrysów. Przygotuj cztery karabiny Enfield'a, dla pułkownika, dla panów Banksa i Mauclera, oraz dla mnie, a nadto dwie dubeltówki z kulami wybuchającemi, dla ciebie i dla Gumi'ego.
Dzień ten mieliśmy poświęcić rozpoznaniu lasu Tarryani, rozłożonego poniżej naszego sanitarium. Około jedynastej po śniadaniu, opuściliśmy Steam House, ja pułkownik, Banks, kapitan, Fox i Gumi. Sierżant Mac Neil, Stor, Kalut i kucharz pozostali w obozowisku dla dokończenia urządzeń.
Po dwumiesięcznej podróży trzeba także było starannie zrewidować i oczyścić Stalowego Olbrzyma, a nie łatwe to było zadanie, obowiązujące palacza i maszynistę.
O wpół do pierwszej doszliśmy do krańca wyższej części lasu, rozmawiając wesoło.
— Baczność! zawołał nagle kapitan Hod; wkraczamy w dziedzinę tygrysów, lwów, panter, lampartów i innych równie szanownych zwierząt strefy himalajskiej! Dobrze jest tępić dzikie zwierzęta, ale lepiej jeszcze nie dać się im rozszarpać, dlatego bądźmy przezorni i nie oddalajmy się od siebie.
Taka przestroga z ust równie śmiałego myśliwca zasługiwała na uwagę; to też obejrzeliśmy broń i ładunki, aby nie zostać do napaści nieprzygotowanymi. Dodać trzeba że należało się obawiać nietylko dzikich zwierząt ale i wężów, których najniebezpieczniejsze rodzaje kryją się w lasach indyjskich. Węże zwane „belongas” oraz węże - bicze i wiele innych, są nadzwyczaj jadowite; sześć razy większą jest liczba osób, które co rocznie stają się ofiarą ich ukąszeń, niż liczba osób i zwierząt domowych pożartych przez dzikie zwierzęta. Przezorność tedy nakazuje przechodniom zwiedzającym te strony, patrzeć uważnie gdzie postawić nogę lub oprzeć rękę, nadsłuchiwać najlżejszego szmeru wśród traw i liści.
Milczenie zalegało las, nie słychać było ryku, ale szerokie świeże ślady, odbite na drogach lasu, dowodziły bytności krwiożerczych zwierząt.
Nagle, na skręcie alei, stanęliśmy usłyszawszy okrzyk idącego przodem kapitana. O jakie dwadzieścia kroków, na polance otoczonej wielkiemi pendanusami, stała jakaś budowa szczególniejszego kształtu. Nie był to dom, bo nie było ani komina ani okien; nie barak myśliwski, bo nie miał odpowiednich strzelnic ani otworów; z pozoru wyglądał jakby grób induski. ukryty w głębi lasu.
Był to wielki sześcian zbudowany z grubych pni mocno utkwionych w ziemię, połączonych w górze grubą liną z pnączów. Dach także z pni był ułożony i nader mocno spojony ze ścianami. Widocznie budowniczemu tego schronienia chodziło o to aby było nadzwyczaj trwałe i mocne. Nigdzie nie widać było jakichś otworów ani wejścia. Po nad dachem unosiły się ruchome żerdzie, od jednej z nich spuszczała się długa pętlica, z bardzo grubych pnączów skręcona.
— Co to być może? zapytałem.
— Jest to po prostu pułapka, rzekł Banks przypatrzywszy się dobrze, ale zgadnijcie sami na jakie myszy zastawiona.
— A! łapka na tygrysy! zawołał Hod.
— Tak, a wejście zamknięte tarcicą podtrzymywaną pętlicą z pnączów, zawarło się skutkiem tego że zwierz jakiś zewnątrz poruszył tę tarcicę.
— Pierwszy raz w życiu napotykam podobną łapkę w lasach Indyi — doprawdy to nie godne myśliwego, rzekł Hod.
— Ani też tygrysa, dodał Fox.
— Tak, ale skoro chodzi o wytępienie tych dzikich zwierząt a nie o polowanie dla przyjemności, trzeba się uciekać do środków najprędzej prowadzących do celu. A zdaje mi się że ta pułapka wybornie jest do tego zastosowana.
— A ponieważ naruszona jest równowaga tarcicy podtrzymującej drzwi, zapewne zwierz jakiś musiał wpaść w pułapkę, rzekł pułkownik Munro.
— Zaraz przekonamy się o tem, rzekł Hod, a jeźli mysz żyje jeszcze...
Tu kapitan zrobił ruch jakby miał wystrzelić z karabina; wszyscy pochwyciliśmy za broń. Wtedy kapitan, Fox i Gumi zbliżyli się aby obejść pułapkę; ale nigdzie nie było najmniejszej szpary aby mogli zajrzeć do środka. Zaczęli nasłuchiwać bacznie; wewnątrz panowała cisza jak w grobie. Kapitan przyłożył ucho do zapadłej tarcicy, zasłaniając wejście.
— Najlżejszy szmer nie zdradza pobytu jakiejś żyjącej istoty; pułapka jest próżna, rzekł do nas.
— Bądź jednak ostrożnym, rzekł pułkownik Munro, i odsunąwszy się parę kroków, usiadł na pniu. Zająłem miejsce obok niego.
— Do dzieła, Gumi! zawołał kapitan.
Gumi był nizki, zwinny, zręczny jak małpa, giętki jak lampart — zrozumiał od razu, czego żąda kapitan. Jednym skokiem był na dachu pułapki, chwycił się jednej żerdzi, i opuszczając się do wiszącej pętlicy, całym ciężarem pochylił ją aż ku tarcicy zasłaniającej wejście, i podnoszącej się do góry. Teraz potrzebowaliśmy tylko wspólnemi siłami pociągnąć za sznur w przeciwną stronę, aby pętlica zahaczona o tarcicę podniosła ją i odsłoniła wejście.
— Jeżeli możecie obejść się bezemnie, rzekł kapitan, pozostanę tu przed wejściem, aby w razie pojawienia się tygrysa, powitać go kulą.
— A czy byłby policzony jako czterdziesty drugi? zapytałem.
— A czemużby nie, jeżli wyszedłszy z pułapki, wolny już padłby od mojej kuli, odrzekł kapitan.
— Nie łapcie ryb przed niewodem, rzekł pułkownik kto wie, czy znajdziemy tam tygrysa.
Po wielkich usiłowaniach udało nam się o tyle podnieść bardzo ciężką tarcicę, iż zrobionym otworem mógłby przejść największy zwierz — ale żaden się nie pokazał. Może posłyszawszy hałas około łapki, skrył się w najdalszy jej kąt, upatrując przyjaznej chwili, aby wyskoczyć nagle, obalić przeszkadzającego ucieczce i zniknąć w głębi lasu. Było to bardzo możliwe. Kapitan zbliżył się ku otworowi trzymając palec na kurku od karabina, chcąc zajrzeć do głębi wnętrza pułapki.
Tarcica była już zupełnie podniesiona do góry, światło szeroko wpadało do środka.
W tejże chwili dał się słyszeć lekki szelest, potem głuche chrapanie, a raczej nadzwyczaj silne ziewnięcie, które mi się jakoś wydało podejrzanem. Widocznie zwierz jakiś spał w pułapce i zbudziliśmy go nagle.
Kapitan Hod poszedł jeszcze kilka kroków ku otworowi, celując do czegoś ruszającego się w ciemności.
W tem dał się słyszeć ruch jakiś we wnętrzu pułapki; poczem rozległ się krzyk przerażenia i człowiek jakiś wyskoczył z niej, wołając po angielsku:
— Na miłość boską! nie strzelaj!
Niepomiernie zdziwieni, machinalnie puściliśmy sznur i zaraz tarcica opadła z głuchym łoskotem, zasłaniając znów wejście.
Człowiek, który ukazał się tak niespodzianie, zbliżył się do celującego do niego kapitana, mówiąc trochę poetycznym głosem:
— Chciej opuścić broń, bo widzisz przecie, że nie z tygrysem masz do czynienia.
Po chwili wachania kapitan nadał swemu karabinowi nie tak groźny kierunek.
— Z kimże mamy zaszczyt mówić? zapytał Banks podchodząc ku nieznajomemu.
— Nazywam się Mateusz Van Guit, zajmuję się ciągłem dostarczaniem dzikich zwierząt do menażeryi w Londynie i w Hamburgu.
Poczem zwracając się ku nam, dodał:
— A panowie?
— Pułkownik Munro i jego towarzysze podróży, rzekł Banks.
— A! wybraliście się panowie na spacer po lasach Himalai! rzekł dostarczyciel zwierząt. Nie ma co mówić, śliczna przechadzka... Moje uszanowanie.
— Cóż to znowu za oryginał! pomyśleliśmy; czy czasem uwięziony w tej pułapce, nic dostał pomieszania zmysłów?... Jak tu się przekonać, czy zdrów na umyśle czy waryat?
Niebawem jednak mieliśmy lepiej poznać, tego dziwnego człowieka, który miał prawo nazywać się naturalistą.
Jegomość pan Mateusz Van Guit, dostarczyciel zwierząt do menażeryi, miał lat pięćdziesiąt i nosił okulary. Płaska twarz jego, mrugliwe oczy, nos spłaszczony, nieustanne poruszenie całą osobą i najdziwaczniejsze miny i ruchy zastosowane do każdego wymienionego słowa - wszystko toczyniło z niego wyborny typ prowincyonalnego aktora.
Jak dowiedzieliśmy się od niego, był dawniej profesorem historyi naturalnej, lecz gdy nareszcie sprzykrzyło mu się uczyć zoologii teoretycznej, przybył do Indyi próbować zoologii praktycznej. Nowe zajęcie szło mu bardzo dobrze, i nareszcie został dostarczycielem wielkich zakładów w Hamburgu i w Londynie, w których zwykle zaopatrują się wszelkie menażerye publiczne i prywatne.
I teraz przybył do Tarryani, ponieważ otrzymał ważne zamówienia do Europy. Ale dlaczegoż znajdował się w pułapce, z którejśmy go wypłoszyli? Takie zapytanie zadał mu Banks, odpowiedział z towarzyszeniem pociesznych ruchów patetycznym, nadętym stylem.
— Było to wczoraj. Słońce dokonało już połowy swego dziennego obrotu. Wtedy przyszła mi myśl zwiedzić jedną z moich łapek na tygrysy, które sam urządzam. Opuściłem więc mój kraal, nie zbyt ztąd odległy, i który mam nadzieję, zechcecie panowie zaszczycić swemi odwiedzinami. Poszedłem sam, nie chcąc odrywać moich ludzi od pilnych i ważnych zajęć — otóż była to wielka nieroztropność. Doszedłszy do mojej zasadzki, zobaczyłem, że klapa nie opadła, a zatem że żaden zwierz się nie złapał, a chcąc się przekonać czy się co nie uszkodziło wewnątrz, ciasnym otworem wśliznąłem się do środka.
I ręką zrobił ruch jakby węża przesuwającego się wśród trawy.
— Znalazłszy się wewnątrz, mówił dalej Mateusz Van Guit, widziałem, że ćwierć mięsa, którego wyziewy miały być przynętą dla dzikich zwierząt, leżała nienaruszona, i już zamierzałem opuścić zasadzkę, gdy mimowolnym ruchem ręki opuściłem klapę, przez co zamiast tygrysa, sam wpadłem w zastawione sidła. Co prawda z początku widziałem tylko komiczną stronę mego wypadku. Zostałem zamknięty w więzieniu i nie było strażnika, któryby mógł drzwi otworzyć, ale pocieszałem się myślą, iż nie widząc mnie powracającego, służba pozostała w kraalu pospieszy mi z pomocą. Ale godziny upływały, a nikt nie przychodził; nareszcie wieczór zapadł, głód zaczął dokuczać mi porządnie. Co tu począć — nie mogłem jak tygrys jeść surowego mięsa, aby głód zaspokoić, postanowiłem zasnąć. W nocy głuche milczenie las zaległo; spałem więc smacznie i byłbym może długo jeszcze się nie obudził, gdyby nie odgłos spowodowany podnoszeniem się ciężkiej klapy. Podniosła się nareszcie; strumienie światła zalały ciemną moją sypialnię, już zamierzałem wybiedz na zewnątrz, gdy wtem, o zgrozo! ujrzałem zwrócone ku mej piersi zabójcze narzędzie. Jedna sekunda, byłbym padł śmiertelnym ugodzony ciosem! i godzina oswobodzenia byłaby zarazem ostatnią życia mego godziną. Szczęściem, pan kapitan raczył poznać we mnie stworzenie należące do rodzaju ludzkiego, teraz więc powinienem tylko podziękować panom za uwolnienie z więzienia.
Wypowiedział to tak zabawnym tonem i z tak uciesznemi ruchami, iż zaledwie zdołaliśmy wstrzymać się od śmiechu.
— Jak to już miałem przyjemność oznajmić panom, kraal mój leży co najwięcej o dwie mile ztąd, byłbym bardzo szczęśliwy gdybyście raczyli zaszczycić go swoją obecnością.
— Z przyjemnością odwiedzimy pana, rzekł pułkownik Munro.
— Jako myśliwych, zaciekawia nas bardzo urządzenie kraalu, rzekł kapitan.
— Myśliwi! powtórzył Mateusz Van Guit, myśliwi! a wyraz twarzy jego przekonywał wymownie, iż nader mierny miał szacunek dla synów Nemroda. Zapewnie dla tego polujesz pan na dzikie zwierzęta, aby je zabijać? dodał zwracając się do kapitana Hod.
— Ma się rozumieć — i jedynie dlatego, odpowiedział tenże.
— Ja zaś staram się jedynie chwytać je, odrzekł z niewysłowioną dumą Van Guit.
— W takim razie nigdy nie staniemy się współzawodnikami! odpowiedział śmiejąc się kapitan.
Dostawca pokręcił głową — widocznie nie lubił myśliwych, ponowił jednak uprzejmie swoje zaproszenie. Właśnie zamierzaliśmy udać się do kraalu, gdy dały się słyszeć głosy nadchodzących Indusów; nadchodziło ich z pół tuzina.
— A! otoż i moja służba! zawołał Mateusz Van Guit; a zwracając się ku nam, dodał po cichu kładąc palec na ustach: Nie mówcie panowie nic o mojej przygodzie; niech służba nie wie że dałem się złapać jak najprostsze zwierzę — mogłoby to osłabić ich karność i powagę moją.
Skinieniem uspokoiliśmy jego obawę.
— Panie, rzekł jeden z Indusów, którego spokojna i inteligentna fizyonomia zwróciła moją uwagę, szukamy cię już od dwóch godzin.
— Byłem w towarzystwie tych panów, którzy obiecali łaskawie udać się ze mną do kraalu, pierwej jednak trzeba zastawić pułapkę.
Indusi spełnili rozkaz, ale pierwej na zaproszenie dostawcy zwierząt, zwiedziłem z kapitanem wnętrze jego łapki. Było trochę ciasne, i Van Guit nie mógł w niem swobodnie machać rękami rozmawiając, jak to było jego zwyczajem. Obejrzawszy szczegółowo całe urządzenie, kapitan powinszował dostawcy zwierząt tak dobrego pomysłu.
— O! wierz mi pan, odrzekł tenże, moja łapka przewyższa nieskończenie wszelkie dotąd używane. W jednych zwierzęta się dusiły, w innych kaleczyły śmiertelnie — ja zaś potrzebuję chwytać je żywe i nienaruszone.
— No! bez zaprzeczenia, rządzimy się całkiem przeciwną zasadą, rzekł śmiejąc się kapitan.
— Kto wie, czy moja nie jest lepszą, odrzekł dostawca. Gdyby tak zapytać zwierząt...
— A! nie mam zwyczaju zasięgać ich zdania! odpowiedział kapitan.
— Ale raz schwytawszy, jakże wyprowadzasz pan swoich jeńców? zapytałem.
— Do otworu zasadzki przysuwa się szczelnie otwartą klatkę żelazną na kółkach, i za podniesieniem klapy zwierzęta same do niej wchodzą, poczem bawoły przyprzężone do klatek, powoli dowożą je do kraalu, odpowiedział Van Guit.
Zaledwie wymówił te słowa, usłyszeliśmy krzyki dochodzące nas zewnątrz. Jednym tchem wybiegliśmy z zasadzki.
Jeden z Indusów przeciął na dwoje trzymaną w ręku laską, węża najzjadliwszego rodzaju w chwili gdy tenże miał rzucić się na pułkownika; był to ten sam Indus, który przed chwilą zwrócił moją uwagę. To wdanie się jego ocaliło pułkownika od niechybnej śmierci, gdyż krzyk usłyszany pochodził ztąd, że służący jeden z kraalu ukąszonym został przez tegoż węża i wijąc się po ziemi w boleściach, konał w konwulsyjnych drganiach.
Dziwnym trafem głowa ucięta znowu skoczyła na piersi służącego, zębami jej został pochwycony i nieszczęśliwy zarażony strasznym jadem zginął prawie w jednej minucie, tak że nie można było nawet go ratować.
Przerażeni tym widokiem zwróciliśmy się szybko do pułkownika.
— Czy nie jesteś choćby zadraśnięty? zapytał Banks chwytając go za rękę.
— Nic mi nie jest, odrzekł pułkownik, bądźcie spokojni. — Poczem zwracając się do Indusa któremu zawdzięczał życie, rzekł: Dziękuję ci serdecznie przyjacielu.
Indus odrzekł iż nie należy mu się żadne podziękowanie.
— Jak się nazywasz? zapytał pułkownik.
— Kalagani, odrzekł Indus.






III.

Kraal.

Śmierć tego nieszczęśliwego bardzo nas przeraziła, a tem bardziej że zaszła w tak straszliwy sposób. Ukąszenie tak zwanego węża — bicza, jednego z najzjadliwszych na półwyspie, zawsze jest śmiertelne. Była to jedna ofiara więcej jakie rokrocznie tysiącami padają w Indyach od jadu tego strasznego płazu.
W jednym roku 1877mym 1677 istot żyjących zginęło od ukąszenia węży, rząd wyznaczył nagrody za ich wytępienie; urzędowe wykazy wskazują, że w tym jednym roku zabito ich 127.295.
Mówiono, lecz zapewne w żarcie, że dawniej nie było węży na Martinica, że aż dopiero Anglicy gdy zmuszeni byli oddać wyspę Francuzom rozmnożyli je tam Lecz Francuzi nie potrzebowali już ze swej strony na podobne zdobywać się pomysły, gdy opuszczali Indye na Anglików, gdyż tu już sama natura obficie je uposażyła pod tym względm[2].
Ciało Indyanina pod wpływem tej gwałtownej trucizny poczęło rozkładać się prawie widocznie, musiano więc myśleć o jak najprędszem grzebaniu. Towarzysze jego wykopali głęboki dół tak żeby dzikie zwierzęta nie mogły się dostać do ciała i tam został złożony.
Gdy się skończył smutny ten obrzęd, ruszyliśmy do Mateusza Van Guit i stanęliśmy po półgodzinnej drodze na miejscu.
Osada ta usprawiedliwiała nazwę „kraalu”, nadawaną właściwie osadom kolonistów Południowej Afryki.
Była to wielka podłużna zagroda, urządzona na polance, w głębi najgęstszego lasu. Mateusz Van Guit zastosował wybornie urządzenie jej do potrzeb swego rzemiosła. Do koła otaczało ją wysokie ogrodzenie z kołami; w niem urządzone były szerokie wrota, aby mogły wjeżdżać wozy z klatkami. Wewnątrz, w głębi urządzono pomieszczenie dla wszystkich mieszkańców kraalu, było ono zbudowane z desek i pni drzew.
Na lewo w głębi stało sześć klatek na kółkach, porozdzielanych przegrodami; rozlegający się głośny ryk zdradzał że nie były puste.
Na prawo, w głębi, stało dwanaście bawołów — były one używane do przewożenia menażeryi. Sześciu ludzi służyło za woźniców; dziesięciu Indusów wyćwiczonych w tropieniu dzikich zwierząt uzupełniało obsługę dostawcy.
Mateusz Van Guit już od kilku miesięcy zamieszkiwał tak w lesie, narażony nie tylko na napaść dzikich zwierząt, ale i na groźne panujące tu gorączki. Tak jednak i on i obsługa jego oswojeni byli z niezdrowym klimatem tej okolicy, iż nie podlegali „malaryi”. Zdawał się być bardzo zadowolony z naszych odwiedzin i wprowadził nas do wnętrza.
Pierwsza izba przeznaczona była dla samego pana, druga dla Indusów tropicieli, trzecia dla woźniców. Był to prosty szałas leśny, pozbawiony wszelkich wygód. Z kolei Van Guit przeprowadził nas do mieszkania zwierząt. Przypominało zupełnie urządzenie wędrownych menażeryi. Każda z sześciu klatek zakratowana z przodu, była podzielona na trzy przegrody; ruchome, wysuwane do góry ściany, dozwalały w razie potrzeby przepędzać zwierzęta z jednej przegrody do drugiej.
Obecnie w klatkach znajdowało się siedmiu tygrysów, dwa lwy, trzy pantery i dwa lamparty.
Mateusz Van Guit oznajmił nam, iż nie może opuścić tej miejscowości, dopokąd nie schwyta jeszcze dwóch lampartów, trzech tygrysów i jednego lwa. Wtedy dopiero dowiezie menażeryę swoją do kolei w kierunku Bombay.
Okazy zwierząt zamkniętych w klatkach były przepyszne, ale nadzwyczaj dzikie, nie miały jeszcze czasu oswoić się ze swoim położeniem. Wyły i ryczały przeraźliwie, kręciły się w klatkach, chcąc gwałtem je rozbić. Za zbliżeniem się nasżem wściekłość ich zwiększała się jeszcze, czego zdawał się nawet nie uważać dostawca.
— Biedne zwierzęta! rzekł z ubolewaniem kapitan.
— Czyż sądzisz pan że więcej są godne pożałowania od tych które zabijasz? zapytał oschle dostawca.
— Sądzę że nie tyle godne są pożałowania ile nagany że się schwytać dały, odparł kapitan.
Na lądach Afryki dzikie zwierzęta niekiedy skazane bywają na długi głód, gdyż mało tam jest przeżuwaków stanowiących główne ich pożywienie; inaczej rzecz się ma na półwyspie Induskim w okolicach Tarryani, gdzie znajduje się nadzwyczajna ilość bizonów, bawołów, zebusów, dzików, antylop, na które polują nieustannie lwy, tygrysy i pantery. Oprócz tego stada kóz, owiec jakoteż pilnujących je „rajotów” (pastuchów) łatwiej i pewnejdostarczają im zdobyczy. I dla tego chciwa ich dzikość żadnego nie ma wytłómaczenia.
Dostawca czworonożnych więźni swoich żywił mięsem bizonów i pewnego gatunku wołów zwanych zebu, a zaopatrywanie i podawanie im żywności w oznaczonym czasie, było obowiązkiem ich stróżów, zwanych, chikarisami.
Polując za tą żywnością, chikarisi narażają się na groźne niebezpieczeństwa. Wiadomo, że nawet tygrysy bardzo się obawiają dzikich bawołów, strasznych, gdy są rozwścieczone skutkiem odniesionej rany. W takim stanie nieraz rogami podkopują drzewo na którem ktoś uciekający przed niemi szuka schronienia. Biada myśliwcowi któregoby napad dzikiego bawołu znalazł bezbronnym. Toż samo stosuje się i do bizona indyjskiego, z krótkim czworograniastym łbem, z wypukłym grzbietem, z nogami białemi od kopyt do kolan, a którego długość od ogona do pyska, dochodzi niekiedy do czterech metrów. Bizon jest mniej dzikim od bawołu jeźli spokojnie pasie się naporosłych wysoką trawą płaszczyznach, ale napastowany nieostrożnie staje się strasznym. To też chcąc uniknąć niebezpieczeństwa grożącego przy polowaniu, chikarisowie chwytali w zasadzki, zwierzęta przeznaczone na żer dla menażeryi.
Znający się dobrze na swojem rzemiośle dostawca zwierząt, bardzo oszczędnie podawał żywność pochwytanym zwierzętom, raz tylko na dzień, w południe rozdzielano pomiędzy nie cztery do pięciu funtów mięsa. Od soboty do poniedziałku, nic zupełnie nie dostawały. Tak więc niedziela była dla nich dniem postu. Niepodobna sobie wystawić zamieszania, ryku i wycia, gdy nareszcie podawano im skromny posiłek, wygłodzone zwierzęta tak się kręciły i rzucały iż można było mniemać, że rozbiją klatki. Ten post przymuszony ochraniał zwierzęta od chorób skórnych, a tem samem podnosił ich cenę na targach Europy.
Przedstawiając nam szczegółowo wszystkie okazy swej menażeryi, Van Guit wywiązywał się z tego zadania raczej jak przyrodnik niż jak handlarz, udzielając nam wiele wiadomości o zwierzętach tej części półwyspu — to też postanowiliśmy nie opuszczać kraalu, dopokąd nie wyjawi nam wszelkich tajników zoologii Himalai.
— Chciej mnie objaśnić, panie Van Guit, rzekł Banks, czy przedsiębiorstwo podobne zapewnia korzyści wynagradzające jego niebezpieczeństwa?
— Dawniej, odrzekł, było ono bardzo zyskowne; ale, trzeba przyznać, że od lat kilku dzikie zwierzęta bardzo spadły w cenie. Możesz pan przekonać się o tem z ostatnich cen notowanych na targowisku głównem, jakim jest dla nas ogród zoologiczny w Antwerpii. Tam też wyprawiam plon awanturniczej mojej wycieczki do lasów Indyi. Niestety publiczność coraz mniej okazuje zamiłowania może przyjść do tego, że cena sprzedaży nie pokryje kosztów. I tak, ostatnim razem, za strusia samca płacono 1.100 fr. za samicę tylko 800 fran. Za czarną panterę niechciano dać więcej jak 1.600 fr., za tygrysicę jawajską 2.400 fr. a za całą rodzinę lwią, złożoną z dwóch lwów, lwicy i dwóch wielkich nadziei lwiątek — tylko 7.000 fr.
— Ależ to jakby darmo! odrzekł Banks.
— Co zaś do gruboskórców, jak naprzykład słonie, te warto chwytać jedynie dla ich kłów, gdyż zapotrzebowanie kości słoniowej wcale się nie zmniejsza. Od czasu jak autorowie dramatyczni ruszyli pomysłem aby słonie występowały w przedstawianych sztukach, przedsiębiorcy ich wożą jednego od miasta do miasta, i jeden taki egzemplarz zadawalnia ciekawość całego kraju. Skutkiem tego słonie nie popłacają na targowiskach.
— Czy tylko do menażeryi europejskich dostarczasz okazy fauny indyjskiej? zapytałem.
— Daruj, że odpowiem zapytaniem: czy dobrze poznałeś półwysep Indyjski?
— Niezupełnie jeszcze; jednakże zwiedziłem już Bombay, Kalkuttę, Benares, Allahabad. dolinę Gangesu, podziwiałem pomniki, zabytki...
— Ej! wszystko to niewarta niucha tabaki, rzekł, machnąwszy pogardliwie ręką. Czemże są wszelkie inne osobliwości wobec menażeryi kolosalnych rozmiarów jakie posiadają potężni rajahowie, którzy zachowali cześć dla pysznych zwierząt jakimi chlubić się może święta ziemia Indyi. Jedź do Guikowaru złożyć pokłon królowi Barody! zwiedź jego menażerye, których większość mieszkańców przezemnie została dostawioną. Jakież to wspaniale lwy, pantery, niedźwiedzie, tygrysy! Staraj się być widzem zaślubin 60.000 gołębi, jakie z wielką pompą corocznie obchodzone bywają. Podziwiaj 500 „bulbulów”, tych słowików półwyspu, które hodują tak starannie i troskliwie, jak gdyby następców tronu. Podziwiaj przepyszne słonie, z których jeden, pełniący obowiązki kata, wykonywając wydane wyroki, rozbija o kamień głowy przestępców. Ztamtąd udaj się obejrzeć zakłady radży Maissuru, najbogatszego z monarchów Azyi. Wejdź do tego pałacu w którym można naliczyć setki nosorożców, słoni, tygrysów i wszelkich najrzadszych okazów, należących do najwyższej zwierzęcej arystokracyi indyjskiej. Dopiero wszystko to poznasz, nie będziesz mógł być posądzonym o nieznajomość cudów tego niezrównanego kraju.
A gdybyście wiedzieli z jakiemi giestami i z jak poważną wypowiedział to miną!
— A wilki czy znajdują się w tej okolicy? zapytał kapitan Hod.
— Jest ich bardzo wiele po całym półwyspie, i są bardzo groźne gdy gromadnie napadną na jakąś odosobioną osadę. Podobne do wilków polskich, równie jak szakale, wielkie czynią spustoszenia, ale że nie przedstawiają żadnej wartości handlowej, więc oddaję je na łup kapitana Hod.
— Czy i lamparty zaliczasz do liczby dzikich zwierząt? zapytał kapitan.
— Bez zaprzeczenia. Lampart jest dziki, śmiały, odważny, wdrapuje się na drzewa, i przez to już samo bywa niekiedy groźniejszym od tygrysa.
— Oh! oh! zawołał kapitan Hod.
— Panie, odrzekł oschle Mateusz Van Guit, gdy myśliwy nie może uważać drzew za bezpieczne schronienie, bardzo łatwo sam może stać się przedmiotem polowania.
— A cóż powiesz o panterach?
— O? pantera, to dopiero zwierzę! — Przekonajcie się panowie jak piękne okazy posiadam w moim zbiorze. Zadziwiające to zwierzęta!... Czy wiecie że panterę można ułożyć do polowania? W tym celu przynosi się je w palankinie z owiniętemi głowami, jak kobuzów lub sokołów. Jak tylko myśliwi dostrzegą trzodę antylop, wypuszczają panterę i ta rzuca się na lękliwe te przeżuwacze, które pomimo swej zwinności i szybkiego biegu, nie są w stanie uniknąć strasznych pazurów pantery.
— A lwy czy znajdują się w tej okolicy?
— Tak, ale ja tutejszych tych mniemanych królów zwierząt stawiam niżej od lwów starożytnej Libii. Tu samce nie mają grzyw będących właściwością i ozdobą lwa afrykańskiego. W środkowych Indyach już prawie zaginęły, chroniąc się do Kattyanwaru, na puszczę Teil i w okolice Terryani. Żyjąc samotnie tak jak pustelnicy, wyrodne te lwy nie mogą odzyskać utraconych przymiotów przez przebywanie ze swymi współbraćmi — to też nie stawiam ich w pierwszym rzędzie zwierząt czworonożnych. Lwa można podejść i wymknąć mu się, z tygrysem nigdy się to nie uda.
— Ach! tygrysy! tygrysy! zawołał z uniesieniem kapitan Hod.
— Ach! tygrysy! powtórzył Fox.
— Tygrysowi oddałbym koronę! zawołał coraz więcej ożywiając się Mateusz Van Guit. Mówi się „tygrys królewski” a nie lew królewski — i bardzo słusznie. Całe Indye należą do tygrysa i w nim się streszczają. On najpierwszy żył na tych ziemiach i ma prawo uważać za najeźdźców nietylko przedstawicieli rassy anglo-saksońskiej, ale i synów rassy słonecznej... On to jest prawdziwym synem świętej ziemi Argawarta. To też zwierzęta te rozkrzewiły się licznie na całej powierzchni półwyspu nie porzucając ani jednej z okolic zamieszkałych przez ich przodków, od Komorinu aż do krańców himalajskich.
Żaden zwierz nie jest tak popłatny jak tygrys dobijają się o niego zarówno do menażeryi jak i do ozdoby królewskich ogrodów. A czy wiecie panowie w jaki sposób zabawiają rajahowie gości których najwięcej chcą uczcić? Oto każą przytoczyć klatkę z tygrysem królewskim, i postawić ją na środku obszernej płaszczyzny. Radża, goście jego, oficerowie i straż, wszyscy uzbrojeni są w lance, rewolwery, karabiny, i najczęściej na dzielnych siedzą rumakach. Konie te, przestraszone widokiem dzikiego zwierza i błyskawicami tryskającemi z jego oczu, zaczynają rzucać się i wspinać, i tylko silny i wytrawny jeździec zdoła je powstrzymać. Wtem nagle otwierają się drzwi klatki, tygrys z niej wybiega, ciska się, biegnie, rzuca się na rozproszone gromadki, i znaczna liczba ofiar staje się łupem jego wściekłości. Niekiedy uda mu się przedrzeć przez otaczające go koło żelaza i broni i uciec, ale najczęściej pada w walce, jednego przeciw stu. Ginie, ale chwalebną śmiercią, którą przynajmniej pomścił już naprzód.
— Brawo! panie Mateuszu Van Guit, zawołał kapitan Hod z uniesieniem, tak, musi to być wspaniały widok... tak, tygrys jest królem zwierząt.
— A co więcej, królewskość jego nie wywołuje rewolucyi, dodał Banks.
— Pan je bierzesz w niewolę, a ja je zabijam, zawołał kapitan, i mam nadzieję iż zanim opuszczę okolicę Tarryani, pięćdziesiąty z kolei padnie z mojej ręki.
— A! kapitanie, zawołał dostawca, marszcząc brwi, czyż nie mógłbyś poprzestać na niedźwiedziach, bawołach, dzikach i wilkach i zostawić w spokoju tych królów stworzenia!...
— No, niechże już będą królami, kiedy chcesz koniecznie, rzekł Banks, ale musisz przyznać, że to królowie bardzo niebezpieczni dla swoich poddanych. W roku, jeśli się nie mylę, 1862, monarchowie ci pożarli wszystkich telegrafistów na stacyi wyspy Sangor. Podają także iż pewna tygrysica w przeciągu lat trzech rozszarpała i pożarła 118 ofiar, a inna, w tymże czasie aż 127. To już za wiele — nawet na królowe!
Nakoniec od czasu rozbrojenia Cipayów, a więc podczas trzech lat: 12,554 osób zostało pożartych przez tygrysów.
— Ale zapominasz chyba, że tygrysy są to zwierzęta mięsożerne i żywią się surowem mięsem, a Indusi utrzymują nawet, że gdy raz zakosztują mięsa ludzkiego, już innego jeść nie chcą.
— Więc cóż ztąd? zapytał Banks.
— To, odrzekł uśmiechając się Mateusz Van Guit, iż są tylko posłuszne swej naturze... przecież bez jedzenia żyć nie mogą.






IV.

Królowa Tarryani.

Obejrzawszy całą menażeryę powróciliśmy do Steam House, umówiwszy się pierwej z dostawcą że będziemy się odwiedzać wzajemnie. Chikarisowie Van Guit'a znający doskonale miejscowość i obyczaj zwierząt, mogli ogromne oddać przysługi kapitanowi w jego myśliwskich wyprawach; to też dastawca[3] oddał mu ich uprzejmie do rozporządzenia, zalecając szczególniej Kalagani'ego, na którego we wszystkiem można się było spuścić, gdyż jest nadzwyczaj sprytny, przezorny i wierny.
Kapitan przyrzekł nawzajem, o ile będzie zdolny, dopomagać dostawcy do pojmania brakujących mu jeszcze zwierząt.
Przed opuszczeniem kraalu, pułkownik Munro raz jeszcze podziękował Kalagani'emu który ocalił mu życie, mówiąc mu iż zawsze będzie mile przyjęty w Steam-House. Indus skłonił się zimno, nie okazując niczem zadowolenia jakie sprawiły mu słowa pułkownika.
Powróciliśmy przed samym obiadem, i naturalnie osoba Mateusza Van Guit dostarczyła nam przedmiotu do rozmowy. Przez następne trzy dni deszcz gwałtowny padał i nasi zapaleni myśliwi musieli pozostać w domu, bo w taki czas i śladu zwierząt odnaleźć nie można prawie też nie opuszczają one nor swoich.
Dnia 30 lipca czas się poprawił; korzystając z tego, kapitan Hod, Fox, Gumi i ja gotowaliśmy się do wycieczki do kraalu.
Rano przybyło do nas kilku górali którzy posłyszawszy że jakaś godna podziwu pagoda pojawiła się w okolicy Himalaya, zapragnęli ją zobaczyć. Piękne to typy ci górale z nad granicy tybetańskiej; odznaczają się wielką wojowniczą odwagą i wypróbowaną uczciwością. Prócz tego są nadzwyczaj gościnni i tak pod względem fizycznym jak moralnym nieskończenie przewyższają Indusów zamieszkujących płaszczyzny.
Bardzo podziwiali mniemaną pagodę, ale nasz Stalowy olbrzym sprawił na nich daleko jeszcze silniejsze wrażenie. A przecież widzieli go tylko stojącego nieruchomie, cóżby dopiero było gdyby zobaczyli, jak buchając płomieniami i wyrzucając kłęby dymu, przebywa śmiało strome drugi przeżynające ich góry.
Pułkownik Munro przyjął bardzo gościnnie poczciwych górali, przebywających często na terytoryach Nepaulu, po nad granicą indo-chińską. Rozmowa zwróciła się na tę okolicę nadgraniczną, w której Nana-Sahib szukał schronienia po porażce Cipayów, kiedy tak zawzięcie był ścigany na całej przestrzeni Indyi.
Górale jednak nie więcej od nas wiedzieli o nim Doszła i do nich wieść o śmierci nababa, i zdawało się, iż nie powątpiewali o jej prawdziwości. Co do towarzyszy Nana Sahiba którzy go przeżyli, zapewnie musieli schronić się w głąb Tybetu, gdzie już trudnoby pomyśleć nawet o ich szukaniu. Wysłuchawszy tej mowy górali, pułkownik zamyślił się głęboko, i już nie brał udziału w dalszej rozmowie.
Kapitan Hod zadał im kilka pytań odnoszących się do dzikich zwierząt. Odpowiedzieli iż wiele z nich, a szczególniej tygrysy, straszne szerzą zniszczenie w niższych strefach Himalai. Z ich powodu mieszkańcy opuszczają całe wsie i osady: tygrysy pochłonęły już liczne trzody kóz i owiec, a nawet i znaczna liczba krajowców stała się już ich ofiarą. Pomimo iż rząd wyznaczył bardzo znaczne nagrody, trzysta rupii za każdego zabitego tygrysa, jednak nie znać, aby liczba tychże się zmniejszała, i biedni krajowcy z twrogą[4] zadają sobie pytanie: czy nareszcie nie będą zmuszeni ustąpić im miejsca.
Górale pożegnali nas nareszcie i odeszli zachwyceni dobrem przyjęciem, obiecując odwiedzić nas jeszcze w Steam-House, a kapitan Hod, dwaj nasi towarzysze i ja dobrze uzbrojeni i gotowi na wszelkie spotkania, udaliśmy się ku Tarryani.
Gdyśmy doszli do miejsca, gdzie stała zasadzka, z której wyratowaliśmy Mateusza Van Guit, tenże podbiegł ku nam uradowany. Kilku z jego służby a w ich liczbie Kalagani, zajęci byli przeprowadzaniem z zasadzki do klatki tygrysa, który złapał się w nią w nocy. Przepyszny ten zwierz do wielkiej zazdrości pobudził kapitana Hod.
— Jeden mniej w tych lasach! szepnął i westchnął ciężko, a westchnienie głośnem echem odbiło się w piersiach Fox'a.
— Ale jeden więcej w menażeryi! zawołał dostawca wesoło zacierając ręce. Jeszcze mi trzeba tylko dwóch tygrysów, jednego lwa i dwóch lampartów, a będę mógł przed oznaczonym terminem wywiązać się z moich zobowiązań. Czy nie raczycie panowie udać się ze mną do kraalu?
— Uprzejmie dziękujemy, odrzekł kapitan Hod, ale dziś polujemy na własny rachunek.
— Kalagani jest na usługi panów, rzekł uprzejmie dostawca, a że doskonale zna cały las, więc może być użytecznym.
— Przyjmujemy go chętnie za przewodnika.
— Żegnam panów życząc szczęśliwego polowania, tylko zmiłujcie się, nie wymordujcie wszystkiego.
— O! przyrzekam że zawsze dość zostanie dla pana, odrzekł śmiejąc się kapitan.
Mateusz Van Guit ukłonił nam się poważnie i znikł w lesie wraz ze swoją zdobyczą zamkniętą w przenośnej klatce.
— No, teraz ruszajmy! zawołał kapitan, idę gonić za moim czterdziestym drugim.
— A ja za trzydziestym ósmym, rzekł Fox.
— A ja za pierwszym, dodałem.
Ton, jakim wypowiedziałem te słowa, wywołał uśmiech na usta kapitana — poznał z niego, że nie tleje we mnie wzniosły zapał myśliwski.
— Czy dobrze znasz ten las? zapytał kapitan Hod Kalagani'ego.
— Najmniej dwadzieścia razy przebiegłem go we wszystkich kierunkach, tak we dnie jak w nocy, odpowiedział.
— Czy słyszałeś że groźny jakiś tygrys ma się pojawiać nieustannie w tej okolicy?
— Tak, ale nie jest to tygrys, tylko tygrysica. Widziano ją w największym lesie, o jakie dwie milki angielskie ztąd, i już od kilku dni starają się ją upolować, ale dotąd nadaremnie, czy chcecie panowie...
— Ale chcemy, chcemy, zawołał kapitan Hod, przerywając Indusowi, i poszliśmy za nim.
Jakkolwiek w Tarryani znajduje się nadzwyczaj wiele tygrysów, nie wyobrażajcie sobie jednak czytelnicy, że bez potrzeby uwijają się po drogach i lasach; dopokąd głód ich nie zniewoli, nie wychodzą ze swych jaskiń, i wielu bardzo podróżników, przebywających lasy i żungle, nigdy żadnego nie spotkali. To też urządzając na nie polowanie, trzeba najpierw starać się odkryć drogi, któremi przechdzą[5], a szczególniej źródła i strumienie w których gaszą pragnienie. Ale uie dość na tem, trzeba jeszcze zostawić przynętę, przybijając udziec wołu do słupa stojącego wśród skał i drzew, mogących myśliwym służyć za schronienie. Tak poluje się w lasach.
Inna rzecz na równinach; w tych niebezpiecznych polowaniach słoń staje się nader użytecznym pomocnikiem człowieka, ale musi być starannie do tego tresowany. Jednak mimo to nieraz ogarnia je przestrach, co na wielkie naraża niebezpieczeństwo siedzącego na ich grzbiecie myśliwca.
Tygrys śmiało i bez obawy napada na słonia, a wtedy między nim a człowiekiem toczy się walka na grzbiecie ogromnego gruboskórca, i często bardzo kończy się jego zwycięztwem.
W taki sposób odbywają się zwykle wielkie polowania rajahów i bogatych sportsmen'ów indyjskich — ale kapitan Hod ani myślał o nich, pieszo poszukiwał i pieszo walczył z tygrysami.
Szliśmy tedy za prędko idącym przed nami Kalaganim, który, jak zwykle Indus, był bardzo małomowny i tylko krótko odpowiadał na zadawane pytania.
W godzinę potem stanęliśmy nad bystrym strumieniem, na którego wybrzeżach znać jeszcze było świeże ślady zwierząt. W pośród małej polanki wznosił się słup, a na nim wisiał udziec wołu.
Przynęta. była już naruszona przez szakale, zawsze czychające na zdobycz, za naszem przybyciem uciekło ich ze dwunastu.
— Panie kapitanie, rzekł Kalagani, tu będziem oczekiwać tygrysicy, przyznasz pan, że to wyborne miejsce na zasadzkę.
Jakoż rzeczywiście można tu było z łatwością ukryć się na drzewach lub po za skałami, tak aby krzyżowy ogień zwrócić ku odosobnionemu wśród polanki słupowi. Ja i Gumi umieściliśmy się na jednem drzewie, a Kapitan i Fox na dwóch wielkich stojących naprzeciw siebie rozłożystych dębach. Kalagani stanął po za wysoką skałą, na którą mógł wdrapać się w razie niebezpieczeństwa.
Tym sposobem zwierz znajdować się będzie ze wszystkich stron wystawiony na strzały których uniknąć byłoby niemożebnem. Teraz należało tylko czekać jego przybycia.
Rozproszone szakale w różnych stronach odzywały się chrapliwem szczekaniem, ale nie ośmielały się wracać do słupa. Nie uszło godziny gdy nagle szczekanie ucichło. i natychmiast dwóch czy trzech szakali wyskoczyło z zarośli, uciekając do najwięcej zagęszczonego lasu.
Kalagani skinął abyśmy się mieli na ostrożności. Powodem tej spiesznej ucieczki szakali nie mogło być nic innego jak zbliżenie się jakiegoś dzikiego zwierza — najpewniej oczekiwanej przez nas tygrysicy — i należało lada chwila oczekiwać jej ukazania się na polance.
Trzymaliśmy broń w pogotowiu, zaś kapitan Hod i Fox wycelowali swoje karabiny w stronę zkąd wybiegły szakale, trzymając palce na cynglach.
Wkrótce też zaczęły się poruszać zarośla i dał się słyszeć odgłos łamanych gałęzi, wyraźnie zwierz jakiś przesuwał się przez nie powoli i ostrożnie. Nie mógł on wcale widzieć zaczajonych myśliwych, sam więc tylko instynkt uprzedzał go, że miejsce to nie jest dość bezpieczne i pewnie byłby się cofnął, gdyby wyziewy wołowego mięsa nie podniecały jego głodu.
Jednakże pokazawszy się stanął i cofnął się o krok — widocznie niepewny. Była to ogromna tygrysica, z wielką głową; zaczęła znów posuwać się przechylona ku ziemi kołysząc się jak gadzina.
Za niemem porozumieniem pozwoliliśmy jej podejść aż do słupa. Węszyła ziemię, najeżyła grzbiet jak kot zamierzający się rzucić.
Wtem rozległy się dwa strzały karabinowe.
— Czterdziesty drugi! krzyknął kapitan.
— Trzydziesty ósmy! krzyknął Fox.
Obaj wystrzelili jednocześnie i tak trafnie, że ugodzona w serce tygrysica potoczyła się i padła.
Najpierw przypadł do niej Kalagani, my zeskoczyliśmy z drzew. Tygrysica leżała zabita.
Ale który strzał był śmiertelny? kto ją zabił, kapitan czy Fox?... Oto o czem należało się przekonać. Kalagani rozciął tygrysicę, w sercu utkwiły dwie kule.
— Tak więc, rzekł z westchnieniem kapitan, wypada po połowie na każdego z nas.
— A po połowie, mój kapitanie, odrzekł smutnie Fox.
I myślę że żaden z nich nie byłby za nic w świecie odstąpił przypadającej na niego części.
Tak szczęśliwy rezultat polowania, i to bez wystawienia się na niebezpieczeństwo rzadkiem jest nader w rocznikach myśliwych zdarzeniem.
Fox i Gumi pozostali dla zdjęcia futra z poległego zwierza, a ja z kapitanem powróciliśmy do Stesm-House.
Banks nie brał udziału w naszych myśliwskich wycieczkach, wolał zwiedzać wyższe okolice Himalai, szczególniej jeśli pułkownik Munro chciał mu towarzyszyć. Ale parę razy zaledwie zdołał go do tego nakłonić, i spostrzegł z niepokojem iż od czasu naszego tu pobytu, sir Edward Munro był więcej zamyślony i smutny. Mówił mniej jeszcze niż zwykle, dłużej przebywał samotny w swoim pokoju i tylko niekiedy miewał jakieś narady z Mac Neil'em. Czyżby ułożyli sobie jakiś nowy projekt, który nawet przed Banksem ukryć pragnęli?
Dnia 13 lipca przybył do nas w odwiedziny Mateusz Van Guit; mniej szczęśliwy od kapitana Hod, który zabił czterdziestego drugiego, jako też od Foxa, który także mógł zapisać na liście swoich trofeów trzydziestego ósmego tygrysa — nie licząc owej tygrysicy zabitej do spółki, dostawca nie powiększył swej menażeryi ani jednym okazem. Tak tygrysy, jako też lwy i lamparty nie raczyły dać mu się złapać, a wcale nie miał ochoty zapuszczać się głęboko na zachód dla uzupełnienia obowiązkowej liczby. To też bynajmniej nie ukrywał swego złego humoru.
Do Steam-House towarzyszył mu Kalagani i dwóch chikarisów z jego służby. Urządzenie naszego sanitaryum bardzo podobało się dostawcy; pułkownik zaprosił go na objad. Przyjął chętnie zaproszenie, obiecując jeść za czterech.
Zanim podano objad, Mateusz Van Guit chciał szczegółowo obejrzeć Steam-House; jego urządzenie tak wygodne i eleganckie bardzo mu się podobało. Cóż to za różnica z jego ubogim kraalem! Zajęły go bardzo i nie szczędził pochwał dwom naszym przenośnym domkom, wagonom, ale muszę przyznać że Stalowy nasz Olbrzym nie budził w nim uwielbienia. Tak zagorzały przyrodnik musiał pozostać zimnym wobec arcydzieła mechaniki, mógł że podziwiać choćby najgienialniej obmyślane i wykończone — zwierzę sztuczne!
— Nie lekceważ sobie naszego słonia, panie Van Guit, rzekł mu Banks, jest on nadzwyczaj potężny, i w razie potrzeby niczem byłoby dla niego uciągnąć oprócz dwóch naszych przenośnych domów, wszystkie twoje klatki z manażeryą.
— Mam do tego bawoły i wolę krok ich spokojny i pewny.
— Tak!... tylko że nasz Olbrzym Stalowy nie lęka się ani pazurów ani zębów tygrysich, rzekł kapitan Hod.
— Spodziewam się, odrzekł Mateusz Van Guit, bo pocóż dzikie zwierzęta miałyby go napastować? nie ugryzłyby przecież jego metalowego ciała.
Ale jeźli dostawca okazywał się tak obojętnym dla naszego słonia, za to Indusi jego, a szczególniej Kalagani prawie pożeraligo oczami. Znać było że z tem ich uwielbieniem dla olbrzymiego zwierza łączyło się pewne zabobonne poszanowanie.
Kalagani nie ukrywał podziwu gdy inżynier powiedział mu, że Stalowy Olbrzym był potężniejszym i silniejszym niż cały razem połączony zaprzęg, jaki posiadają w kraalu. Przy tej sposobności kapitan Hod opowiedział mu z dumą naszą przygodę ze słoniami księcia Guru Sing. Podczas tego opowiadania, na ustach dostawcy przesunął się uśmiech niedowierzania, ale nie powiedział ani słówka.
Objad przeszedł wesoło. Mateusz Van Guit jadł z wybornym apetytem, ale też przyznać trzeba, że pan Parazard tym razem przewyższył sam siebie i z dostawianej przez nas do szpiżarni jego zwierzyny, urządził objad co się zowie doskonały.
Piwnica nasza dostarczyła wybornego wina, z których jeden szczególniej gatunek francuzkiego, tak smakował dostawcy, że pijąc nieustannie się oblizywał i cmokał językiem. Dość że po skończonym objedzie tak jakoś niepewnie stąpał, iż widocznem było że wino poszło mu nie tylko do głowy ale i w nogi.
Pożegnano się późnym wieczorem, a dzięki towarzyszom, Mateusz Van Guit mógł bezpiecznie wrócić do kraalu.
Przez kilka dni następnych czas był szkaradny, co zniewalało nas nie opuszczać Steam-House. Pragnęliśmy bardzo aby skończyła się pora deszczów, trwająca z przerwami od trzech miesięcy, gdyż jeżeli coś nie zmusi do zmiany ułożonego przez Banksa programu, już tylko sześć tygodni mieliśmy przepędzić w naszem sanitaryum.
Dnia 23 lipca kilku nadgranicznych górali po raz drugi przybyli do nas w odwiedziny. Wioska ich, zwana Suari, leżała tylko o pięć mil od naszego obozowiska, prawie na granicach Tarryani. Jeden z nich oznajmił nam że od kilku już tygodni tygrysica straszne w tej okolicy szerzyła zniszczenie. Dziesiątkowała wszelkie trzody, jeśliby tak trwało dłużej, musieliby opuścić wioskę, w której niepodobna byłoby mieszkać dłużej, bo nie tylko zwierzętom domowym ale i ludziom ciągłe zagraża niebezpieczeństwo. Wszelkie środki do jakich się uciekają, łapki, zasadzki, polowania, okazały się bezskuteczne; najstarsi górale nie pamiętają równie groźnego dzikiego zwierza.
Opowiadanie to podnieciło jeszcze myśliwski zapał kapitana Hod; niezwłocznie też oznajmił góralom iż uda się wraz z nimi do Suari ofiarując na ich usługi swoje doświadczenia i celne strzelanie, co z nadzwyczajną przyjęli radością. Zdaje mi się, że przychodząc liczyli trochę na to.
— Czy pójdziesz z nami, Maucler? zapytał mnie kapitan.
— A jakże, mógłżebym opuścić tak zajmujące polowanie? odpowiedziałem.
— Tym razem i ja będę wam towarzyszył, rzekł inżynier.
— Wybornie, kochany Banksie! — zawołaliśmy obydwa.
— A ja, czy nie będę na tej uczcie, panie kapitanie? zapytał Fox.
— Widzicie go! odrzekł kapitan, chce mu się koniecznie uzupełnić swoje pół tygrysicy.. No, niech cię tam!... pójdziesz z nami.
Ponieważ zapewne przyjdzie nam zabawić w Suari trzy lub cztery dni, Banks zapytał pułkownika czy nie zechce pójść z nami, ale odpowiedział, iż woli przez ten czas zwiedzić z sierżantem Mac Neilem i Gumim środkowy pas Himalai.
Postanowiliśmy tegoż dnia jeszcze udać się do kraalu, prosić Mateusza Van Guit aby nam pozwolił zabrać kilku jego chikarisów, którzy mogą być nam bardzo użyteczni.
Przybyliśmy do kraalu około południa i zaraz zawiadomiliśmy dostawcę o zamierzonej wyprawie. Nie ukrywał swej radości, dowiadując się o napadach i licznych ofiarach tygrysicy, mówiąc, że gdy je opowie nabywcom, podniesie to bardzo sławę dzikich zwierząt półwyspu. Oddał nam do rozporządzenia trzech Indusów i Kalaganiego, zawsze chętnego, przyjmującego udział w niebezpiecznych wyprawach.
Van Guit zastrzegał sobie tylko iż jeżliby, co prawie niepodobna, udało się tygrysicę schwytać żywcem, zostanie zaliczoną do jego menażeryi. A jakże to ogromnie podniesie jej cenę, gdy na klatce wywiesi napis: „Królowa Tarryani, która pożarła sto trzydzieści ośm osób obojej płci“.
Wyruszyliśmy z kraalu około drugiej, a przed czwartą już byliśmy w Suari. Tam ludność zostawała pod wpływem największego przerażenia, gdyż właśnie tego dnia rano tygrysica pochwyciła nad strumieniem i uniosła do lasu młodą Induskę.
Bogaty kolonista angielski nader gościnnie przyjął nas w swoim domu; tak wielkich już strat nabawiła go tygrysica, iż byłby chętnie zapłacił za jej skórę kilka tysięcy rupii.
— Panie Hod, rzekł do kapitana, przed kilku laty tygrysica zmusiła mieszkańców do opuszczenia trzynastu wiosek, obejmujących 250 mil kwadratowych dobrego bardzo gruntu, który musiał pozostać odłogiem. Jeźli u nas nie przestanie szerzyć tak strasznego spustoszenia, przyjdzie do tego że trzeba nam będzie opuścić całą tę prowincyę.
— Czy próbowaliście już wszelkich możliwych środków aby ją zgładzić? zapytał Banks.
— Robiliśmy co tylko było w naszej mocy, zastawialiśmy łapki, zasadzki, żer ze strychniną — wszystko nadaremnie.
— No, nie mogę ręczyć za skutek, ale będziem się starać uwolnić was od tej potwornej królowej.
Do naszej gromadki przyłączyło się dwudziestu górali doskonale znających miejscowość, przez trzy dni, 24, 25, 26 lipca, przeszukaliśmy z nimi całą okolicę, nie mogąc nigdzie znaleźć śladu tygrysicy. Udało nam się tylko wytropić dwóch innych tygrysów, które padły od kul kapitana.
— Czterdziestu pięciu, rzekł spokojnie.
Nareszcie 27 tygrysica zaznaczyła swoje pojawienie się nowem przestępstwem. Bawół naszego gospodarza znikł z pastwiska i tylko resztki z niego znaleziono o jakie ćwierć mili od wsi. Zabójstwo — rozmyślne morderstwo — jakby powiedział prawnik — popełnione zostało nadedniem. Tak więc morderca nie mógł być daleko. Ale czy była to owa od tak dawna poszukiwana tygrysica?
Indusi z Suari nie wątpili o tem.
— O! to sprawka mego wuja! rzekł jeden z górali.
Mój wuj! Tak w ogóle nazywają Indusi tygrysy, w większej części prowincyi półwyspu, a pochodzi to ztąd, iż wierzą, że wszyscy ich przodkowie po śmierci swojej na całą wieczność zamieszkują w ciałach tych zwierząt. Bądź co bądź w tym razie góral powinien był przynajmniej powiedzieć: moja ciotka!
Postanowiliśmy udać się za poszukiwaniem tygrysicy nim noc zapadnie, bo w ciemności trudniej byłoby rozpoznać ślady: a ponieważ po tak obfitej uczcie musi być syta, więc pewnie parę dni nie wyjdzie ze swej nory.
Krwawe ślady znaczyły drogę od miejsca pochwycenia bawołu do zarośli lasu, które parę razy już przeszukiwaliśmy daremnie, teraz postanowiliśmy otoczyć je do koła, aby zwierz nie mógł przejść niewidziany. Górale rozstawili się w koło, tak aby stopniowo mogli ścieśniać się do środka.
Z jednej strony stanął kapitan Hod, ja i Kalagani z drugiej — Banks i Fox, mieliśmy w odwodzie Indusów wziętych z kraalu i ze wsi. Każdy punkt tego łańcucha był zarówno niebezpieczny, bo na każdy tygrysica mogła uderzyć i przerwać.
Niewątpliwie tygrysica musiała być w zaroślach ponieważ krwawe ślady dochodzące do nich z jednej strony, nie pokazywały się z drugiej, pewnie więc choć czasowo w nich przebywała.
Posuwaliśmy się powoli, coraz więcej zacieśniając koło, i w jakie pół godziny stanęliśmy na skraju lasu; dotąd nic nie upewniło, że zwierz tu się znajduje. Teraz już mogliśmy widzieć tylko najbliżej stojących, a trzeba było podchodzić zupełnie jednozgodnie, zatem umówiliśmy się że pierwszy który wejdzie do lasu wystrzeli na znak dla innych.
Niebawem kapitan wyprzedzający wszystkich dał ognia — było pięć minut po wpół do dziewiątej rano. W kwadrans później koło tak się ścieśniło żeśmy się dotykali łokciami. Dotąd zwierz się nie pokazywał i tylko szelest deptanych gałęzi zakłócał doskonałą ciszę.
Wtem rozległ się głośny ryk.
— Zwierz jest tu! krzyknął kapitan, wskazując otwór pieczary, wydrążonej w skale, osłonionej kępą drzew.
Kapitan miał słuszność, tygrysica skryła się tam czując się ze wszystkich stron otoczoną.
Hod, Banks, Fox, Kalagani, ja i kilku ludzi z kraalu podeszliśmy do małego otworu, przed którym kończyły się krwawe ślady.
— Trzeba wejść do jaskini, rzekł Hod.
— To rzecz niebezpieczna, rzekł Banks, pierwszy ktoby wszedł, naraziłby się co najmniej na niebezpieczne rany.
— Pomimo to ja wejdę! rzekł Hod oglądając swój karabin.
— Dobrze, panie kapitanie, ale dopiero po mnie! zawołał Fox schylając się ku otworowi jaskini.
— O nie, Foxie, nie, to moja rzecz! rzekł stanowczo kapitan Hod.
— A! mój kapitanie, rzekł Fox z łagodnym wyrzutem, ja liczę mniej o siedmiu — dopiero trzydziestu ośmiu!
I w takiej chwili oni obliczali zabite tygrysy.
— Żadnemu z was wejść nie pozwolę! krzyknął Banks.
— Znalazłby się inny sposób, rzekł wtedy Kalagani.
— Jakiż? zapytaliśmy jednocześnie.
— Podkurzyć jaskinię, odpowiedział. Wtedy zwierz zmuszony będzie z niej wyjść, i można będzie zabić go bez wszelkiego niebezpieczeństwa.
— Kalagani ma słuszność, rzekł Banks. Trzeba co prędzej naznosić zielska i suchych gałęzi i zatkać niemi otwór. Wiatr pędzić będzie do wnętrza dym i płomienie — nie chcąc zostać spaloną, tygrysica musi wyjść.
— I wyjdzie najniezawodniej, rzekł Kalagani.
— Zgoda! zawołał kapitan; czekamy aby ją powitać.
W mgnieniu oka ułożono przed otworem jaskini wielki stos suchych traw i gałęzi, jakich nie brakowało w zaroślach. Żaden szmer nie dochodził nas z wnętrza jaskini, i nic nie widać było w ciemnej prowadzącej do niej norze. A jednak usłyszany pierwej ryk, niezawodnie ztąd wychodził.
Podpalono stos. W jednej chwili buchnął płomień. Wiatr pędził do jaskini czarny i gęsty dym, który niezawodnie wkrótce oddechać w niej nie dozwoli.
Niebawem rozległ się ryk daleko straszniejszy niż pierwszy. Zwierz uczuł, że go ostatniego pozbawiają przytułku — dym go dusił zmuszając do wyjścia z jaskini Czekaliśmy na niego zasłonieni nieco odłamami skał i pniami drzew, aby odrazu nie rzucił się na którego z nas. Kapitan obrał sobie inne daleko niebezpieczniejsze stanowisko. Stanął przy wejściu do wąskiego przejścia w zaroślach, jedynego w które musiałaby się rzucić tygrysica chcąc uciekać w głąb lasu. Przykląkł na jedno kolano aby lepiej mógł wycelować i z wymierzoną bronią czekał nieruchomy jak posąg z marmuru.
Zaledwie trzy minuty upłynęło od czasu podpalenia stosu, gdy rozległo się trzecie z kolei wycie, a raczej ryczenie wskutek duszenia. W jednej chwili stos został rozrzucony i ogromna tygrysica ukazała się wśród kłębów dymu.
— Strzelać! krzyknął Banks,
Dziesięć wystrzałów rozległo się jednocześnie, ale przekonaliśmy się potem, że wszystkie chybiły. Zwierz wypadł niesłychanie prędko, zasłonięty kłębami dymu, więc niepodobna było trafić.
Przeskoczywszy stos, tygrysica drugim długim skokiem rzuciła się ku zaroślom. Kapitan oczekiwał na nią z zimną krwią i wystrzelił — kula jego ugodziła poniżej łopatki.
Szybko jak błyskawica, tygrysica rzuciła się na niego, obaliła i strasznemi łapami miała zgnieść mu głowę... gdy przyskoczył Kalagani z szerokim nożem w ręku.
Jeszcze drgał w powietrzu krzyk jaki się wydarł z naszych piersi, gdy już odważny Indus przyskoczył do dzikiego zwierza i ugodził go nożem właśnie w chwili, gdy miał zatopić pazury w twarzy kapitana.
Skutkiem tej nagłej napaści, zwierz odwrócił się szybko, rzucił na Indusa i obalił. Ale kapitan zerwał się w tej chwili i chwytając nóż opuszczony przez Kalagani’ego, pewną ręką wbił go w serce zwierza.
Tygrysica padła na ziemię,
Wszystkie te przerażające sceny odbyły się w przeciągu kilku sekund. Kapitan klęczał jeszcze gdyśmy przybiegli do niego. Kalagani podniósł się, krew płynęła z jego ramienia.
— Bag mahryaga!... Bag mahryaga!... krzyczeli Indusi, co znaczy; tygrysica nie żyje!
Rzeczywiście leżała martwa. A ogromne to było zwierzę. Miała dziesięć stóp długości od pyska do ogona odpowiedni korpus, wielkie łapy opatrzone ogromnemi pazurami, tak ostremi jakby je szlifierz wyszlifował.
Podczas gdy myśmy podziwiali ogromnego zwierza chciwi zemsty Indusi wy myślali mu najokropniej. Kalagani zbliżył się do kapitana Hod.
— Dziękuję panu, rzekł.
— Ty mnie!... zawołał kapitan, ale to ja przeciwnie powinienem podziękować tobie, dzielny Indusie. Gdyby nie ty, jużby 1-mu pułkowi karabinierów armii królewskiej brakowało jednego z jego kapitanów.
— Gdyby nie pan, jabym już nie żył, odrzekł zimno Indus.
— Ależ, do kroćset tysięcy! przecież rzuciłeś się z nożem w ręku na tygrysicę w chwili gdy miała zgnieść mi czaszkę.
— To cóż, ale pan kapitan ją zabił, co stanowi już czterdziestego szóstego.
— Wiwat! wiwat! niech żyje kapitan Hod! wołali Indusi.
Rzeczywiście kapitan miał prawo zapisać tę tygrysicę na swój rachunek, a Kalagani’emu podziękował serdecznem uściśnieniem dłoni.
— Pójdź z nami do Steam-House, rzekł Banks: masz na łopatce ranę od pazurów tygrysicy; w naszej aptece znajdzie się środek na jej zagojenie.
Kalagani skłonił się na znak zezwolenia, i pożegnawszy górali którzy nie mogli dość nam się nadziękować wybraliśmy się z powrotem do naszego sanitarium. Chikarisowie, pożegnawszy nas powrócili do kraalu. Ale i tym razem wracali z próżnemi rękami, i jeźli Mateusz Van Guit liczył na „królową Tarryani“ dla uzupełnienia swej menażeryi, to biedny bardzo się zawiódł. Ale też w tych warunkach niepodobieństwem było pochwycić ją żywcem.
Przybyliśmy do Steam-House około południa — i z niemałem zadziwieniem nie zastaliśmy pułkownika Munro; oddalił się zabrawszy z sobą Mac-Neil’a i Gumi’ego. Zostawił tylko list do Banks’a, żeby się nie niepokoił jego nieobecnością, gdyż pragnie tylko dotrzeć do granic Nepaulu, aby rozjaśnić pewne wątpliwości odnoszące się do towarzyszy Nana Sahiba, i że powróci niezawodnie przed terminem wyznaczonym na nasz pobyt w okolicy Himalaya.
List ten Banks przeczytał głośno; zdawało mi się wyraźnie iż słuchając czytania Kalagani nie zdołał ukryć jakiegoś niezadowolenia.
Ale chyba mi się zdawało — cóźby mu mogło zależeć na tem?






V.

Napaść nocna.

Nieobecność pułkownika żywo zaniepokoiła nas wszystkich, jako dowód że zawsze myśli o tej przeszłości, którą pragnęliśmy zatrzeć w jego pamięci. Ale cóż było robić? niepodobna iść za nim, nie wiedząc w którą stronę granicy nepaulskiej skierował swe kroki.
Trzeba więc było czekać. Pułkownik wróci niezawodnie przed końcem sierpnia, ponieważ był to ostatni miesiąc, jaki mieliśmy spędzić w sanitaryum, przed udaniem się na południo-zachód, drogą idącą do Bombay.
Rana Kalagani’ego po kilku dniach o tyle się podgoiła, iż mógł wrócić do kraalu. W początkach sierpnia tak gwałtowne padały deszcze, iż nawet żaby mogłyby od nich dostać kataru, jak mówił kapitan Hod; przy końcu miesiąca pogoda ustaliła się nieco, dozwalając nam robić wycieczki w okolice Tarryani.
Często odwiedzaliśmy kraal, ale Mateusz Van Guit był bardzo niezadowolony, gdyż brakowało mu jeszcze lwa, dwóch tygrysów i dwóch lampartów, a pragnął opuścić tę okolicę w pierwszych dniach września.
Jakby na przekor, zamiast pożądanych, inni nieproszeni goście łapali się w jego zasadzki. I tak czwartego sierpnia w jedną z nich złapał się piękny niedźwiedź.
Właśnie podczas naszej bytności w kraalu, chikarisowie przytoczyli mu w klatce wielkiego jeńca pokrytego czarnem futrem, z ogromnemi włochatemi uszami.
— A cóż mi po tym nicponiu! zawołał dostawca wzruszając ramionami.
— Brat Ballon!... brat Ballon!... powtarzali Indusi.
Widać Indusi są siostrzeńcami tygrysów, a braćmi niedźwiedzi.
Mateusz Van Guit patrzał na brata Ballona z wyraźnem niezadowoleniem. Chciał tygrysa, a złapał się niedźwiedź, cóż mu po nim. Indyjskie niedźwiedzie nie znajdują amatorów na targach europejskich, same tylko amerykańskie i północne są dość poszukiwane, więc jako handlarz, po cóż miał trzymać i żywić zwierza, który pewnie nie powróciłby nawet kosztów przewozu.
— Czy chcesz go pan? zapytał kapitana.
— A mnież on na co? odrzekł tenże.
— Możesz kazać zrobić z niego befsztyk, rzekł dostawca.
— Kłaniam uniżenie! odpowiedział kapitan. Jeść befsztyk z zabitego niedźwiedzia, to jeszcze ujdzie — ale zabijać aby zrobić z niego befsztyk, toby mi nie dodało apetytu.
— Kiedy tak, więc wróćcie mu wolność, rozkazał dostawca.
Odsunięto klatkę daleko od kraalu i otworzono drzwi. Brat Ballon, wyraźnie zawstydzony swojem położeniem, nie dał się prosić. Wyszedł z klatki, potrząsł łbem zapewnie na podziękowanie i uciekł mrucząc radośnie.
— Zrobiłeś dobry uczynek, rzekł Banks do dostawcy, niechybnie przyniesie ci szczęście.
Jakoż nie długo spełniła się przepowiednia inżyniera.
Mateusz Van Guit, ja i kapitan Hod udaliśmy się do lasu w towarzystwie Foxa, mechanika Stora i Kalaganiego, gdy nagle usłyszeliśmy przytłumiony ryk. Ścisnąwszy się w gromadkę aby nie zostać napadnięci pojedynczo, zwróciliśmy się ku miejscu zkąd ryk wychodził. Gdy już uszliśmy z pięćdziesiąt kroków, dostawca zatrzymał nas nagle; zdawało się, że z ryku poznał zwierza.
— Tylko proszę, nie strzelajcie panowie, bez potrzeby! zawołał.
Potem skinąwszy abyśmy się zatrzymali chwilkę, sam postąpił naprzód.
— Lew! zawołał.
Jakoż rzeczywiście zwierz jakiś szamotał się pochwycony mocnym postronkiem, przytwierdzonym do grubej gałęzi drzewa. Był to rzeczywiście lew, jakiego Mateusz Van Guit tak gorąco pragnął, ale nie miał grzywy, gdyż te posiadają tylko lwy afrykańskie. Przednia jego łapa złapała się w pętlicę postronka, zwierz szarpał się straszliwie, ale wydobyć jej nie mógł.
Pomimo zaleceń dostawcy kapitan chciał strzelić.
— Nie strzelaj, kapitanie! nie strzelaj! zaklinam cię.
— Ale...
— Nie, nie, nie można, lew ten złapał się w moją łapkę, do mnie więc należy.
Rzeczywiście była to tak zwana „łapka szubienica“ bardzo łatwa do urządzenia, a bardo dowcipnie obmyślana.
Do mocnej a zarazem giętkiej gałęzi drzewa przytwierdza się gruby bardzo postronek. Gałęź ta pochylona jest ku ziemi w ten sposób, aby niższy koniec postronka zakończony pętlicą był zahaczony w nacięcie kolka mocno wbitego w ziemię. Na tym kołku kładzie się przynętę tak ułożoną aby chcąc jej dotknąć, zwierz musiał włożyć w pętlicę łeb lub łapę. Gdy choć lekko poruszy przynętę, postronek wysuwa się z kołka, gałęź się podnosi, zwierz jest pochwycony i w tejże chwili ciężki walec drewniany zsuwa się po sznurze, spada na pętlicę i tak mocno ją zaciąga iż powieszony zwierz, w żaden sposób nie może jej rozluźnić i wyzwolić się z niej.
Łapki takie bardzo często zastawiają w Indyach i prawie zawsze skutecznie. Najczęściej zwierzę łapie się za szyję, co powoduje prawie natychmiastowe uduszenie, a jednocześnie ciężki drewniany cylinder przygniata mu głowę. Ale lew, na którego patrzyliśmy, złapał się za łapę, był więc zdrów i żywy, a więc doskonale nadawał się do menażeryi.
Niewymownie ucieszony zdobyczą Mateusz Van Guit, wysłał Kalagani’ego do kraalu aby sprowadzono klatkę. Dostawca nie spuszczał oczu ze lwa, obchodził go do koła, trzymając się jednak w takiej odległości aby go nie mógł dosięgnąć łapami któremi ciągle machał rozzłoszczony.
W pół godziny bawoły przywiozły klatkę, do której nie bez trudności lwa wprowadzono, i powróciliśmy do kraalu.
Od owego dnia szczęście sprzyjało Mateuszowi Van Guit. Dnia 11. sierpnia, aż dwóch lampartów złapało się w tę zasadzkę na tygrysy, z której to wyzwoliliśmy dostawcę. Tak więc do całkowitego uzupełnienia menażeryi brakło mu już tylko dwóch tygrysów.
Nadszedł 15. sierpnia; pułkownik Munro nie wracał i żadnej o sobie nie dał wiadomości. Banks był bardzo o niego niespokojny. Zapytał Kalagani’ego, który doskonale znał miejscowości leżące nad granicą nepaulską, czy niebezpieczeństwo jakie nie grozi pułkownikowi w tamtych okolicach, i tenże upewnił go że nie było już ani jednego ze stronników i towarzyszy Nana Sahiba na pograniczach Tybetu. Oznajmił iż bardzo żałuje że pułkownik nie wziął go za przewodnika, gdyż mógłby być mu bardzo pożytecznym w kraju, którego wszystkie zakątki zna doskonale.
Kapitan i Fox nie przestawali robić wycieczek w okolice Tarryani, i udało im się, choć nie bez narażenia się na niebezpieczeństwo, zabić znowu trzech jeszcze niewielkich tygrysów. Dwóch zabił kapitan, a trzeciego Fox.
— Czterdzieści ośm! rzekł kapitan, pragnący koniecznie dociągnąć do pięćdziesięciu.
Trzydzieści dziewięć! rzekł Fox smutnie, mniej o dziewięciu.
Za nic liczył panterę która padła od jego kuli.
Dnia 20. sierpnia złapał się nareszcie tygrys tak pożądany w dół urządzony przez dostawcę. Został zraniony wpadając w dół, ale nie tak niebezpiecznie jak to zwykle bywa. Za kilka dni mógł zostać wyleczony i zdrów dostawiony do Hamburga.
Sposób łapania w doły powinienby być używany wtedy tylko gdy chodzi o tępienie zwierząt, gdyż najczęściej pociąga śmierć ich za sobą, szczególniej jeźli wpadają w doły pourządzane dla słoni, które mają zwykle 15 do 20 stóp głębokości. Na dziesięć złapanych tak zwierząt, jedno zaledwie nie poniesie śmiertelnych uszkodzeń.
Obecnie już tylko jednego tygrysa brakowało Mateuszowi Van Guit do skompletowania swojej menażeryi, a pragnął schwytać go jak najprędzej aby mógł wyruszyć do Bombay.
Za staraniem zatem kapitana Hod, urządzona została wyprawa myśliwska. Wszystko zdawało się zapowiadać pomyślne łowy; niebo było pogodne, powietrze spokojne, księżyc połowicznym przyświecał blaskiem. Jeźli noc jest zbyt ciemna, zwierzęta dzikie bardzo niechętnie opuszczają nory, najlepiej lubią wychodzić gdy księżyc po północy słabym przyświeca blaskiem.
Do wyprawy tej prócz kapina i mnie, należał Fox i Stor, który coraz więcej nabierał zamiłowania do podobnych łowów, oraz dostawca, Kalagani i kilku Indyan. Pożegnawszy się z Banks’em, który tym razem nam nie towarzyszył, opuściliśmy Steam-House około siódmej wieczorem, a o ósmej byliśmy w kraalu. Mateusz Van Guit powitał nas bardzo serdecznie i zaraz zebraliśmy się na naradę, na której ułożono plan polowania.
Stanęło na tem że mieliśmy zaczaić się w parowie na wybrzeżach strumienia, o dwie mili od kraalu, w miejscowości w której co noc prawie ukazywała się para tygrysów. Nie urządzono tam żadnej przynęty, gdyż Indyanie tym razem uznali to niepotrzebnem, ponieważ wiedzieli że i bez tego potrzeba ugaszenia pragnienia zniewala zwierzęta przybywać nad brzeg strumienia.
Dopiero o północy mieliśmy opuścić kraal, pozostawało więc jeszcze parę godzin czasu.
— Oddaję panom do rozporządzenia całe moje mieszkanie, rzekł Van Guit, ale radzę idźcie za moim przykładem i prześpijcie się trochę; sen doda nam sił do wyprawy.
— Czy chce ci się spać? zapytał mnie kapitan.
— Nie; wolę przez te parę godzin pochodzić po lesie, niż nagle zrywać się ze snu.
— Róbcie panowie co wam się podoba; co do mnie już mi się powieki gwałtem do snu kleją, muszę się przespać.
Ziewnął potężnie, pożegnał nas skinieniem głowy i poszedł się położyć.
— Cóż teraz będziemy robić? zapytałem kapitana.
— Spacerujmy po kraalu, odrzekł, noc prześliczna, będziem rzeźwiejsi niż gdybyśmy przespali parę godzin, tem więcej że sen nie przyszedłby pewnie na zawołanie.
Chodziliśmy więc po kraalu myśląc i rozmawiając. Stor położył się pod drzewem i spał smacznie; chikarisowie i woźnice także udali się na spoczynek; my dwaj tylko czuwaliśmy.
Kraal był otoczony mocną palisadą i zamykał się doskonale, straż zatem nie była potrzebna. Kalagani poszedł sam upewnić się czy brama dobrze zamknięta, poczem powiedziawszy nam dobranoc udał się do wspólnego z innymi Indyanami pomieszczenia.
Cisza zaległa dokoła, i ludzie i zwierzęta w klatkach w głębokim śnie zatonęli. Rozmawiając zbliżyliśmy się do klatek. Tygrysy, lwy, pantery, lamparty spały w odzielnych przegrodach. Mateusz Van Guit dopiero po kilku tygodniach więzienia, gdy złagodniały nieco, łączył je z sobą, w pierwszych dniach niewoli rozzłoszczone, niezawodnie rozszarpałyby się wzajemnie.
Trzech lwów leżało nieruchomie skulone w półkole jakby wielkie koty; głowy ukryte całkiem prawie w futrze, tak że zaledwie można je było odróżnić. Tygrysy nie spały tak spokojnie; oczy im błyszczały w ciemności jak węgle; wielkie łapy wysuwały się od czasu do czasu, drapiąc kratę; był to sen krwiożerczych zwierząt, szarpiących swoje okowy.
— Widać przykre sny ich dręczą, rzekł ze współczuciem kapitan.
I pantery rzucały się i nie spały spokojnie. Gdyby nie klatka biegałyby teraz spokojnie po lesie, lub około pastwisk upatrując zdobyczy.
Cztery lamparty spały spokojnie; dwoje z nich, samiec i samica, zajmowały jedną przegrodę, mogły więc mniemać że znajdują się w swojej norze.
Jedna tylko przegroda była jeszcze pusta, w której miał być pomieszczony ów szósty dotąd niedający się pojmać tygrys, a którego Mateusz Van Guit oczekiwał tak niecierpliwie, aby mógł nareszcie opuścić Tarryani.
Po godzinnej przechadzce wewnątrz kraalu, usiedliśmy pod ogromną mimozą. Głuche milczenie zaległo las; nawet najlżejszy wietrzyk nie szemrał wśród liści. Tak na ziemi jak w wysokich przestrzeniach panował doskonały spokój i cisza; księżyc przyświecał połową tarczy.
Przestawszy rozmawiać, siedzieliśmy z kapitanem obok siebie; jednakże sen nie ogarniał nas jeszcze, a tylko jakieś raczej moralne niż fizyczne obezwładnienie, którego wpływowi podlegamy podczas doskonałego spokoju przyrody. Po chwili kapitan rzekł do mnie zniżając głos bezwiednie, jak gdyby z obawy zakłócenia ogólnej ciszy przyrody:
— Wiesz co, Maucler, że dziwi mnie to głuche milczenie. Zazwyczaj wśród nocy gwar panuje w lesie, rozlega się ryk i wycie dzikich zwierząt. Jeśli nie tygrysy i pantery to szakale się uwijają. Kraal ten pełen żywych istot, powinien by przywabiać ich tu setkami, a nie słychać nawet w największej oddali ani ich wycia ani szelestu deptanych przez nie suchych liści i gałęzi. Gdyby Mateusz Van Guit nie spał, dziwiłoby go to równie jak mnie.
— Masz słuszność, kochany kapitanie, odpowiedziałem, i doprawdy nie wiem co jest powodem tej nieobecności dzikich zwierząt. Ale czuwajmy nad sobą, bo w końcu sen nas zmorzy.
— Otrząśnijmy się z senności, bo zbliża się czas w którym mamy wyruszyć na naszą wyprawę.
Zamilkliśmy znowu, marząc pół we śnie pół na jawie: jak długo tak było, nie umiem powiedzieć, aż nagle głuchy jakiś odgłos wyrwał nas z odrętwienia. Wyraźnie wzburzenie jakieś objawiło się w klatkach dzikich zwierząt. Tak spokojne dotąd lwy, tygrysy, pantery, lamparty, zaczynały mruczeć i rzucać się w klatkach. Wszystkie powstały i kręcąc się w odgrodzeniach nasłuchiwały i węszyły coś z zewnątrz, uderzając gniewnie o żelazne kraty klatek.
— Co się to znaczy? zapytałem.
— Nie wiem, odrzekł kapitan, ale obawiam się czy nie zwęszyły zbliżania się...
W tem nagle zewnątrz kraalu rozległ się straszny ryk i wycie.
— Tygrysy! krzyknął kapitan Hod, biegnąc ku mieszkaniu Mateusza Van Guit.
Ale wycie było tak przerażające i głośne, że w jednej chwili wszyscy mieszkańcy, kraalu zerwali się jak jeden człowiek, i dostawca ukazał się wraz z nimi przed drzwiami.
— Napaść!... krzyknął.
— Tak i ja myślę, rzekł kapitan Hod.
— Trzeba się przekonać! zawołał dostawca.
I porywając drabinę, w mgnieniu oka przystawił ją do palisady i wbiegł na najwyższy jej szczebel.
— Dziesięciu tygrysów i dwanaście panter, zawołał.
— To nie żarty! rzekł kapitan Hod; wybieraliśmy się polować na nie, a one nas uprzedziły.
— Do broni! do broni! krzyknął dostawca.
Zgodnie z jego komendą, nie uszło dwudziestu sekund a wszyscy byliśmy gotowi dać ognia na pierwsze skinienie.
Takie gromadne napady dzikich zwierząt nie rzadko zdarzają się w Indyach. Bardzo często mieszkańcy miejscowości zwiedzanych przez tygrysy, bywają oblężeni przez nich w swoich mieszkaniach, i niejednokrotnie oblegający wychodzą zwycięsko z napaści.
Niebawem do groźnego ryku dochodzącego z zewnątrz, dołączyło się przerażające wycie uwięzionych w klatkach. Kraal odpowiadał lasowi. Hałas był tak przeraźliwy, żeśmy się słyszeć nie mogli.
— Na palisady! krzyknął dostawca; komenderując raczej na migi niż głosem.
W tejże chwili przerażone bawoły zaczęły się szarpać chcąc zerwać się i uciec ze swego stanowiska; woźnice silili się daremnie chcąc je przytrzymać.
W tem brama, źle widać zamknięta, otworzyła się gwałtownie i gromada dzikich zwierząt wpadła do wnętrza kraalu.
Dziwna rzecz jak się to stać mogło, skoro Kalagani, tak jak codziennie, miał zamknąć drzwi i założyć sztabą żelazną!
— Do mieszkania coprędzej!... krzyknął Mateusz Van Guit, wpadając do domu który sam tylko zapewniał jakieś schronienie.
Ale czy zdołamy dobiedz do niego?
Już padło na ziemię dwóch chikarysów napastowanych przez tygrysów. Inni nie mogąc dobiedz do domu, biegli po kraalu szukając jakiegoś schronienia.
Dostawca, Stor i sześciu Indyan byli już w domu, którego drzwi zdołali zamknąć właśnie w chwili gdy dwie pantery miały wpaść za nimi. Kalagani, Fox i inni, chwytając się gałęzi wdrapywali się na najbliższe drzewa. Ja i kapitan Hod nie mogliśmy dobiedz do domu.
— Maucler! Maucler! krzyknął kapitan Hod, któremu pantera pazurem rozszarpała prawą rękę.
Uderzeniem ogona olbrzymi tygrys powalił mnie na ziemię; zerwałem się w chwili gdy odwracał się aby uderzyć na mnie i pobiegłem na pomoc kapitanowi.
Nie pozostawało nam nic jak wpaść do pustej przegrody w szóstej klatce i zamknąć drzwi za sobą; ledwie zdążyliśmy się tam schronić, zwierzęta zaczęły z głośnym rykiem uderzać o żelazne pręty klatki. A rozwścieczone godziły w nią tak zawzięcie, iż klatka przechylana na kołach w tę i ową stronę o mało się nie przewróciła. Szczęściem tygrysy oddaliły się od niej niedługo, rzucając się na pewniejszą zdobycz.
Straszna scena! a mogliśmy dobrze widzieć wszystko przez kraty klatki.
— Świat się przewraca! krzyknął z gniewem kapitan; my w klatce a oni na wolności...
— A twoja rana, kapitanie?
— Eh! to nic!...
W tejże chwili rozległo się kilka wystrzałów. Wyszły z domu, z przegrodzenia w którem znajdował się Mateusz Van Guit, za którym goniło dwóch tygrysów i trzy pantery.
Jedno z tych zwierząt padło ugodzone kulą wybuchającą, wystrzeloną zapewnie z karabina Stor’a. Inne zwierzęta rzuciły się odrazu na gromadę bawołów, a biedne te zwierzęta pozostały bez obrony w obec tak strasznych wrogów, gdyż Fox, Kalagani i Indusi nie mogli przyjść im z pomocą, ponieważ wspinając się na drzewo porzucili broń.
Rozszalałe bawoły biegały z rykiem po kraalu; daremnie rogami broniąc się tygrysom; jednemu pantera wskoczyła na kark, szarpiąc pazurami łopatkę; rycząc z bólu wybiegł za obręb kraalu. Pięciu czy sześciu innych, nacieranych przez tygrysy, poszło jego śladem i znikły w lesie. Parę tygrysów rzuciły się za niemi; — inne bawoły które nie zdołały uciec, leżały rozszarpane na ziemi.
I znowu z okien domu rozległy się wystrzały; ja z kapitanem nie próżnowaliśmy także, ale nowe znów zagrażało nam niebezpieczeństwo.
Zwierzęta uwięzione w klatkach, podniecone toczącą się walką, rzucały się z niepohamowaną wściekłością; należało się obawiać że rozbiją klatki. Klatka z tygrysami przewróciła się, przez chwilę myślałem że uciekły połamawszy żelazne pręty, na szczęście obawa była próżną; klatka przewróciła się tylko, a że padła na stronę zakratowaną zamknięte więc w niej tygrysy nie mogły już nic widzieć co się w około nich działo.
Jeden tygrys wielkim skokiem w górę zdołał uczepić się pazurami pochylonej gałęzi drzewa na które schroniło się dwóch czy trzech chikarisów ; pochwycił najbliższego i ściągnął go na ziemię.
— Ależ strzelajcie! wołał kapitan Hod do dostawcy i jego towarzyszy, zapominając że ci dosłyszeć go nie mogą.
Co do nas już żadnej nie byliśmy w stanie udzielić pomocy: wystrzeliwszy naboje, mogliśmy być tylko bezwładnymi widzami walki.
W przegrodzie obok nas, zamknięty ogromny tygrys tak gwałtownie rzucał się i miotał, iż klatka najpierw zachwiała się silnie i niebawem przewróciła. Potłuczeni zdołaliśmy podnieść się na kolana. Przegrody nie pękły, ale nic teraz nie mogliśmy widzieć. Słyszeliśmy tylko przerażający krzyk, ryki i wycie. Zdawało się że coraz krwawsza szaleje walka. Co się tam działo? pytaliśmy. Czy zwierzęta pouciekały z klatek, czy rzuciły się na Mateusza Van Guit?... Czyby pantery i tygrysy dostały się na drzewa i mordowały Indusów?...
Kwadrans cały przetrwaliśmy w takiem położeniu, którego minuty wydawały nam się długie jak wiek. Nareszcie odgłos walki zaczął przycichać powoli; ryk i wycie były słabsze, tygrysy zamknięte w przyległych obok nas przegrodach, nie rzucały się tak wściekle: czyżby mordy już ustały?
Wtem usłyszeliśmy że z trzaskiem zamknięto drzwi kraalu, a potem Kalagani zaczął przyzywać nas głośno. Fox także krzyczał co miał sił:
— Panie kapitanie!... panie kapitanie!...
— Jestem tu! odezwał się kapitan.
Posłyszano go i wnet uczuliśmy że klatka się podnosi. Za chwilę byliśmy wolni.
— Fox! Stor! krzyczał kapitan, zaniepokojony o swych towarzyszy.
— Jesteśmy! jesteśmy! odpowiedzieli.
Żaden nie był ranionym; Mateusz Van Guit i Kalagani także wyszli cało. Na ziemi leżały zabite dwa tygrysy i pantera, inne zwierzęta wybiegły z kraalu, którego bramę zamknęł teraz Kalagani. Byliśmy więc już zupełnie bezpieczni.
Szczęściem żaden z jeńców dostawcy nie zdołał wyrwać się z klatki, a nadto młody tygrys złapał się jakby w pułapkę w przewracającą się klatkę, która upadła na niego. Tak więc pozyskał brakującego mu jeszcze tygrysa — ale jakże go drogo kosztował. Pięciu bawołów rozszarpały mu dzikie zwierzęta, inne uciekły, a trzech Indusów strasznie pokaleczonych leżało na ziemi, brocząc we krwi.






VI.

Pożegnanie z Mateuszem Van Guit.

Przez resztę nocy nie nastąpił żaden wypadek ani w kraalu ani po za jego obrębem. Tym razem rzeczywiście drzwi dobrze były zamknięte. Jakim sposobem mogły otworzyć się w chwili napadu dzikich zwierząt, skoro Kalagani zapewniał że sam założył żelazne przytwierdzające je sztaby, do owej chwili pozostało dla nas niewytłómaczonem.
Rana kapitana Hod dolegała mu bardzo, choć było to tylko mocne rozszarpanie ciała; gdyby sięgnęło głębiej mógłby utracić władzę w prawej ręce. Co do mnie, stłuczenie się od owego upadnięcia, gdy tygrys ogonem przewrócił mnie na ziemię, tak było lekkie że nic go już nie czułem.
Postanowiliśmy wrócić do Steam-House jak tylko dzień zaświta.
Mateusz Van Guit nie wiele sobie robił z całej tej przygody; żal mu tylko było biednych poranionych Indusów i bawołów, które postradał właśnie w chwili gdy zamyślał o opuszczaniu Tarryani.
— Nieodłączne to od mego powołania, rzekł, i miałem jakieś przeczucie że mnie spotka tu jakiś przykry przypadek.
Dzień zaczynał świtać gdy serdecznem uściśnieniem dłoni pożegnaliśmy Mateusza Van Guit, który dał nam Kalaegani’ego i trzech Indusów aby nas przynajmniej przez las przeprowadzili.
Żadna przygoda nie spotkała nas w powrocie; nigdzie nie było ani śladu tygrysów lub panter. Co do bawołów zbiegłych z kraalu, to te albo zostały poszarpane przez dzikie zwierzęta, lub zabłąkały się tak gdzieś daleko, iż nie można było obiecywać sobie aby wiedzione instynktem powróciły do kraalu. Gdy minęliśmy las, Kalagani i dwaj Indusi opuścili nas, a w godzinę później byliśmy w Steam-House.
Opowiedziałem Banks’owi smutne nasze przygody; nie potrzebuję mówić jak szczerze winszował nam że się na tem skończyło. Najczęściej ani jeden z napadniętych nie powraca z podobnych napadów, aby mógł opowiedzieć je potem.
Biedny kapitan musiał chcąc niechcąc kilka dni nosić rękę na temblaku, ale Banks, który był trochę doktorem, upewnił nas że rana prędko się zagoi. Kapitan mógł nadto tem się pocieszyć że zabił czterdziestego ósmego z kolei tygrysa.
Nazajutrz, 27. sierpnia, po południu, nagle psy zaczęły szczekać radośnie zobaczywszy pułkownika Munro wracającego do sanitarium wraz z Mac-Neil’em i Gummi’m. Ucieszyliśmy się wszyscy widząc że powraca zdrów zupełnie, bo ta nieobecność jego wielkiego nabawiła nas niepokoju. Banks pierwszy wybiegł naprzeciw niemu uścisnął serdecznie, pytające wlepiając spojrzenie.
— Daremnie! odpowiedział tylko sir Munro.
Odpowiedź ta oznaczała nietylko że poszukiwania na granicy nepaulskiej żadnego nie odniosły skutku, ale także żeby żadnych nie zadawać mu pytań i nic o tem nie mówić.
Tak więc dopiero wieczorem dowiedzieliśmy się od Mac-Neil’a i Gummi’ego że pułkownik Munro chciał zwiedzić tę część Indostanu, w której ukrywał się Nana Sahib przed ostatniem pojawieniem się jego w prezydencyi Bombayu. Celem tej wycieczki było wyśledzenie co się stało z towarzyszami Nababa; czy nie pozostały jakieś poszlaki ich przejścia za granicę indo-chijską; i czy, jeźli nie sam Nana Sahib, to przynajmniej brat jego Balao Rao nie ukrywał się w tych okolicach, niepodlegających władzy angielskiej. Wszelkie poszukiwania doprowadziły do wniosku że wszyscy powstańcy opuścili już te strony; nigdzie nie było najmniejszego śladu ich pobytu ani obozowiska w którem to odbył się fałszywy pogrzeb Nana Sahiba; nigdzie nic dowiedzieć się nie można było gdzie się podział Balao Rao i jego towarzysze. Nie można więc było myśleć o wymiarze sprawiedliwości i ukaraniu Nababa a skoro tenże został zabity w górach Sotpurra, a banda jego rozproszona szukała zapewnie schronienia po za granicami Indostanu. Postanowiono tedy że opuścimy granicę himalayską i zwróciwszy się na południe ukończymy tym szlakiem naszą podróż z Kalkutty do Bombayu.
Mieliśmy odjechać za tydzień, to jest 3. września, aby kapitan Hod miał czas zupełnie wyleczyć się z rany, a pułkownik Munro wypocząć po trudach męczącej swojej wycieczki. Banks postanowił zająć się tymczasem niezbędnemi przygotowaniami i opatrzeniem naszego Steam-House aby można było bezpiecznie dalszą odbywać drogę.
Postanowiliśmy unikać wielkich miast północno-wschodnich, w których bunt z 1857 roku zaznaczył się śladami strasznego zniszczenia, gdyż widok ich rozbudzałby silniej jeszcze boleśne wspomnienia pułkownika. Tak więc Olbrzym Stalowy przebiegać będzie prowincye omijając miasta; pomimo to podróż może być bardzo zajmująca, gdyż okolice te, leżąc w prześlicznem położeniu, przedstawiają zachwyconemu oku nader malownicze krajobrazy.
Fox i Gumi zajmowali się teraz zaopatrywaniem spiżarni. Przebiegali okolicę zabrawszy psy z sobą, i dostawili znaczną liczbę kuropatw, bażantów i dropi, w które okolica ta nadzwyczaj obfituje. Zapasy te przechowane w naszej lodowni, mogły wystarczyć na czas podróży.
Dwa czy trzy razy byliśmy w kraalu dla odwiedzenia Mateusza Van Guit, który także przygotowywał się do podróży do Bombayu, znosząc z filozoficznym spokojem wszelkie trudności i przykrości, jak człowiek wyższy nad podobne małostki i marności.
Ponieważ obecnie menażerya była już w komplecie, potrzebował już tylko zgromadzić inne bawoły, na miejsce rozszarpanych i zbiegłych podczas nocnej napaści, a niełatwe to było zadanie. Wysłał w tym celu Kalagani’ego do wsi i miasteczek pobliskich, niecierpliwie oczekując jego powrotu.
Ostatni ten tydzień naszego pobytu w sanitaryum, przeszedł zupełnie spokojnie. Rana kapitana Hod zagoiła się prawie zupełnie, miał nawet wielką ochotę wybrać się choć raz jeszcze na polowanie na tygrysy, i jedynie na prośbę pułkownika odstąpił od tego zamiaru.
— W skutek niezagojonej rany nie możesz być tak pewny swej ręki, mówił pułkownik Munro; bądź spokojny, w ciągu dość długiej jeszcze podróży, niejedna jeszcze zdarzy ci się sposobność.
— A potem, dodał Banks, wszak zabiłeś już czterdziestu dziewięciu kapitanie, nie licząc ranionych, wszak to już dostateczna liczba na jednego śmiertelnika.
— Chciałbym ją przynajmniej zaokrąglić i zabić pięćdziesiątego, odpowiedział z westchnieniem kapitan.
W przeddzień wyjazdu przybył do nas Mateusz Van Guit w towarzystwie Kalagani’ego. Pułkownik przyjął go bardzo uprzejmie. Sądziliśmy że przyszedł jedynie aby nas pożegnać; ale z mowy jego i zakłopotania można było domyśleć się, że grzeczność ta jest płaszczykiem jakiejś myśli którą pragnął a nie śmiał wypowiedzieć. Na jego szczęście Banks zapytał czy udało mu się już zdobyć nowe bawoły do zaprzęgu?
— Gdzie tam! panie inżynierze, odpowiedział; Kalagani daremnie przebiegł w tym celu wszystkie okoliczne miejscowości, nigdzie nie mógł znaleźć bawołów do nabycia, i jestem teraz w tak opłakanem położeniu, że nie mam czem odstawić mojej menażeryi do najpierwszej stacyi...
— I jakże myślisz pan zaradzić temu? zapytał Banks.
— To też bieda że ani wiem co począć, odpowiedział. Klatki moje są ciężkie... myślę to i owo... waham się... a tu termin odstawy się zbliża... 20.września niedaleko... tylko 18 dni mi pozostaje do odstawienia mojej menażeryi do Bombsy.
— Ośmnaście dni!... zawołał inżynier, — więc nie masz pan chwili czasu do stracenia!
— Wiem o tem, niestety!... to też jeden... jedyny pozostaje mi ratunek...
— Jakiż?
— Nie chciałbym być natrętnym... a przecież ośmielam się zanieść najpokorniejszą prośbę do pana pułkownika...
— Mów pan o co chodzi, panie Van Guit, rzekł pułkownik Munro, i bądź pewnym że z największą przyjemnością uczynię co będzie w mej mocy aby cię wybawić z kłopotu.
Po wielu ukłonach dostawca wypowiedział nareszcie: iż skoro Olbrzym Stalowy ma być tak nadzwyczaj silny, może możnaby przyprządz jego klatki na kołach do ostatniego wagonu, i tym sposobem doprowadzić je do najbliższej stacyi kolei żelaznej. Odległość nie przenosi 350 kilometrów, a droga jest dobra i równa.
— Czy jest możebnem spełnić życzenie pana Van Guit? zapytał pułkownik inżyniera.
— Nic łatwiejszego, odrzekł tenże, nasz Olbrzym Stalowy nie poczuje nawet tego powiększenia ciężaru.
— A więc dobrze, panie Van Guit; odstawimy twoją menażeryę do najbliższej stacyi, sąsiedzi powinni pomagać sobie wzajemnie, nawet w górach Himalaya.
Dostawca podziękował najuprzejmiej. Teraz trzeba mu było coprędzej wracać do kraalu odprawić służbę zupełnie już od jutra niepotrzebną. Postanowił zatrzymać tylko czterech chikarisów, potrzebnych do nadzoru i obsługi klatek.
— A więc do jutra, rzekł pułkownik Munro.
— Do jutra, łaskawi panowie, będę oczekiwał w kraalu przybycia waszego Stalowego Olbrzyma.
I dostawca odszedł uradowany.
Kalagani przez cały czas tej rozmowy bacznie wpatrywał się w pułkownika Munro, którego wycieczka do granic Nepaulu widocznie bardzo go zajmowała; nareszcie poszedł za dostawcą.
Wszystkie przygotowania do naszej podróży były ukończone; nasze domy-wagony oczekiwały tylko na Stalowego Olbrzyma, mającego dowieźć je na równinę, a następnie udać się do kraalu aby zabrać klatki i przytwierdzić je do pociągu.
Nazajutrz, 3. września, o siódmej rano, Olbrzym Stalowy stał w pogotowiu do podjęcia obowiązków, z których dotąd wywiązywał się tak sumiennie, gdy w tem nieprzewidziany wypadek wprawił nas w niewysłowione zadziwienie.
Ognisko kotła, ukryte we wnętrzu naszego słonia, było pełne paliwa. Kalut rozpalił je i chcąc przekonać się czy cug jest dobry, otworzył luft, do boków którego przylegają rury służące do przeprowadzania przez kocioł produktów paliwa. Ale, zaledwie otworzywszy drzwiczki, odskoczył nagle, gdyż raptem wyleciało z niego z sykiem coś jakby ze dwadzieścia rzemieni. Banks, Stor i ja spojrzeliśmy po sobie nie mogąc pojąć przyczyn dziwnego tego zjawiska.
— Co to jest, Kalut? zapytał Banks.
— Grad wężów, proszę pana, odpowiedział palacz.
Jakoż rzeczywiście były to węże, które widać obrały sobie mieszkanie w rurach kotła, więc za rozpaleniem ognia, płomień zaczął je piec i parzyć. Niektóre z tych gadów były już strasznie poparzone, i gdyby nie to że Kalut luft otworzył, wszystkieby się spaliły.
— A toż co!... zawołał kapitan Hod, gniazdo węży szarpały wnętrzności naszego Stalowego Olbrzyma!
A były to najniebezpieczniejsze, najzjadliwsze gatunki węży, tak zwane „węże-bicze,“ „gulabisy,“ „czarne kobrasy,“ i „wajasy okularniki.“ Oprócz tego, w górnym otworze komina, pokazał się śpiczasty łeb ogromnego boa, któremu trudno było wydostać się prędko z metalowej rury; korzystając z tego, kapitan Hod porwał za karabin i kulą roztrzaskał mu głowę.
Wtedy Gumi wdrapał się na Stalowego Olbrzyma, i z pomocą Kaluta i Stor’a zdołał wyciągnąć ogromnego węża. Błyszcząca skóra jego mieniła się w barwy zielone i niebieskie, a na niej odznaczały się jakby obręcze z tygrysiej skóry. Wąż ten był pięć metrów długi, a gruby jak ramię męzkie. Inne węże prędko rozbiegły się po trawie.
Po tem oczyszczeniu z wężów, lufta ciągnęły doskonale, kocioł zczął syczeć i po upływie trzech kwadransy manometr wskazywał dostateczne ciśnienie pary — można więc było wyruszyć w drogę.
Rzuciliśmy pożegnalne spojrzenie na prześliczną do koła roztaczającą się panoramę — rozległ się gwizd lokomotywy — odjechaliśmy. W godzinę później pociąg nasz zatrzymał się na skraju lasu. Tu oddzielono Stalowego Olbrzyma, który pod kierunkiem Banks’a, maszynisty i palacza zwrócił się na jedną z szerokich dróg lasu. Powrócił we dwie godziny później i przyciągnął sześć klatek z menażeryą, które przytwierdzono do pociągu.
Mateusz Van Guit nie mógł się dość nadziękować pułkownikowi Munro.
Banks skinął, rozległo się świśnięcie i Stalowy Olbrzym popędził ku południowi, nie troszcząc się o powiększenie ciężaru pociągu przez sześć klatek z menażeryą.
— I cóż powiesz na to, panie dostawco? zapytał kapitan Hod.
— Powiem, panie kapitanie, że byłaby to rzecz jeszcze cudowniejsza, gdyby tak ciągnął słoń z ciała i z kości.
Dostawca codzień zasiadał z nami do stołu, a wyborny jego apetyt oddawał cześć zasługom naszego kucharza. Kapitan Hod, zupełnie już wyleczony z rany, przyczyniał się bardzo do zaopatrywania spiżarni.
Żeru dla menażeryj dostarczali chikarisowie, polujący pod kierunkiem Kalagani’ego, który strzelał doskonale; nieoszacowany ten Indyanin odznaczał się niezliczonemi zdolnościami; pamiętając oddaną sobie przysługę, pułkownik Munro obchodził się z nim prawie po przyjacielsku.
Dnia 17. września dojechaliśmy do stacyi kolei i tu mieliśmy zostawić dostawcę z jego menażeryą a sami skierować się do prezydencyi Bombay. Dostawca zaś miał udać się koleją na wybrzeża morza Indyjskiego.
Zatrzymaliśmy się na noc, aby nazajutrz o świcie w dalszą ruszyć drogę.
Rozstając się z nami, Mateusz Van Guit miał zarazem odprawić część służby jako już teraz niepotrzebnej, zostawiając tylko dwóch Indusów do obsługi klatek z menażeryą w ciągu parodniowej podróży do Bombay. Tam w porcie ma wsiąść na okręt odpływający do Europy, gdzie już miejscowa obsługa przeniesie klatki na pokład. Tym sposobem kilku chikarisów i Kalagani zostawali bez obowiązku.
Banks’owi zdawało się że Kalagani jest bardzo zakłopotany i nie wie co z sobą zrobić, a że wszyscy polubiliśmy go bardzo za usługi oddane pułkownikowi Munro i kapitanowi Hod, zapytał go więc czy nie byłoby mu to dogodnie abyśmy go zabrali do Bombay. Po chwili namysłu, Kalagani przyjął ofiarę inżyniera, a pułkownik Munro oświadczył iż cieszy się że może zrobić mu tę dogodność. Kalagani znał doskonale całą tę część Indyj, mógł więc być nam bardzo pożytecznym.
Nazajutrz rano pożegnaliśmy się z Mateuszem Van Guit, który kilkakrotnie, zapewniał pułkownika o swej niewygasłej wdzięczności jaką wiecznie zachowa dla niego w swem sercu, poczem opuścił Steam-House.






VII.

Przepłynięcie Betwy.

Opuściliśmy Kalkutę 6. marca; jeźli nieprzewidziane przeszkody nie zaskoczą nas w drodze, przed dwoma miesiącami, powinniśmy dotrzeć do zachodniej granicy Indostanu.
Przez bogate prowincye królestwa Scindia ciągną się piękne drogi powozowe, tak więc Stalowy Olbrzym będzie mógł pędzić bez przeszkody przynajmniej aż do gór środkowych, gdyż droga zapowiada się dobra i bezpieczna.
Sama obecność Kalagani’ego musi przyczynić się do jej ułatwienia, gdyż znał doskonale całą tę część półwyspu, jak Banks przekonał się o tem.
— Co cię skłaniało do częstego zwiedzania tej okolicy? zapytał Indusa.
— Należałem do składu jednej z licznych karawan Benjarisów, którzy na grzbietach wołów przewożą zboże, tak na rachunek rządu jak i dla prywatnych. I dlatego ze dwadzieścia razy przebywałem środkowe i północne prowincye Indyj.
— Czy takie karawany przebywają jeszcze tę część półwyspu? zapytał Banks.
— Tak, panie, i bardzoby mnie dziwiło gdybyśmy nie spotkali orszaku Benjarisów ciągnącego ku północy.
— Słuchaj, Kalagani, ta dokładna twoja znajomość tych stron będzie nam nader pożyteczna; zamiast przebywać wielkie miasta królestwa Scindia, udamy się bokiem przez wsie, a ty będziesz naszym przewodnikiem.
— Bardzo chętnie, odrzekł zimno jak zwykle, co sam nie wiem dlaczego zawsze mnie raziło.
Po chwili dodał:
— Czy chcesz abym wskazał ogólny kierunek drogi, jaki obrać należy?
— I owszem, proszę cię, odrzekł Banks.
I to powiedziawszy rozłożył na stole wielką mapę tej części Indyj, aby mógł sprawdzać dokładność wskazówek Kalagani’ego.
— Prawie prosta linia kolei prowadzi z Delhi do Bombay. Od stacyi Etawah, którą opuściliśmy, będzie tylko jedna ważniejsza rzeka do przebycia, Jumna, a następnie druga pod górami, Betwa. Gdyby nawet skutkiem deszczów rzeki te przybrały znacznie, zdaje mi się że pociąg nasz przebędzie je łatwo, skoro można go zamienić w pływający statek.
— I ja tak sądzę, odrzekł Banks; a stanąwszy u stóp gór...
— Zwrócimy się nieco na południo-wschód, gdzie także żadnych nie spotkamy przeszkód. Znam wąwóz dość szeroki i równy, zwany Sirgur, który zwykle przebywają jadący powozami.
— Gdzie tylko jest droga kołowa, zdaje mi się że i nasz Stalowy Olbrzym przebyć ją potrafi? zapytałem.
— Zapewnie, odrzekł Banks, ale po za wąwozem Sirgur droga jest nadzwyczaj nierówna i pełna wyboi, może więc lepiej byłoby zwrócić się na Bopal?
— Tam miast jest bardzo wiele i prawie niepodobnaby ich ominąć; tam także Cipaye najwięcej stoczyli potyczek podczas wojny o niepodległość.
Zadziwiło mnie to wyrażenie „wojny o niepodległość“ jakiem Kalagani oznaczył bunt Cipayów w 1857 r., ale pomyślałem sobie: wszakże on nie jest Anglikiem ale Indusem, może więc zapatrywać się z innego stanowiska... A potem ze wszystkiego co mówił kiedykolwiek, nie zdaje się aby miał udział w tej wojnie.
— Więc jeźli jesteś pewny, rzekł Banks, że wąwóz Sigur doprowadzi nas do dobrej drogi...
— Najniezawodniej, przebywałem ją nieraz; prowadzi ona wprost do kolei z Bombay do Allahabad.
— Rzeczywiście, rzekł Banks, patrząc na mapę. Zostając naszym przewodnikiem, znowu ważną oddajesz nam przysługę — nie będziemy niewdzięczni.
Kalagani skłonił się i miał odejść, ale po chwili wahania zbliżył się do inżyniera:
— Czy mogę się ośmielić zapytać pana, dlaczego pragniesz omijać główne miasta Bundelkundu?
Banks spojrzał na mnie; porozumieliśmy się milcząco iż nie ma powodu tajenia przed Kalagani’m tego co się tyczyło pułkownika Munro, powiedział więc Indusowi iż chcemy oszczędzić mu bolesnych wspomnień
Kalagani słuchał nader uważnie poczem rzekł jakby z zadziwieniem:
— Ależ pułkownik Munro nie potrzebuje już niczego obawiać się od Nana Sahiba, przynajmniej w tych prowincyach.
— Ani tu ani nigdzie, rzekł Banks, ale dlaczego powiedziałeś „w tych prowincyach?“
— Ponieważ, jeźli, jak to utrzymują, nabab pojawił się przed kilku miesiącami w prezydencyi Bombay, a że pomimo tak starannych poszukiwań nie zdołano odkryć jego schronienia, to zapewnie przeszedł znów granicę indo-chińską.
Z odpowiedzi tej należało wnosić: że Kalagani nie wiedział nic o tem co zaszło w okolicy Gór Sautpurra, i że w przeszłym miesiącu Nana Sahib został zabity przez żołnierzy armii królewskiej, w pobliżu paalu Tandit.
— Widzę, mój Kalagani, rzekł Banks, że wiadomości znane w całych Indyach, niełatwo dochodzą do lasów Himalajskich.
Indus wpatrzył się w nas bystro, nic nie mówiąc, jak człowiek nierozumiejący o co chodzi.
— Nie wiesz, zdaje się, rzekł mu Banks, że Nana Sahib nie żyje?
— Nana Sahib nie żyje! krzyknął.
— Tak jest, rząd ogłosił urzędowne sprawozdanie o okolicznościach towarzyszących jego śmierci. Został zabity...
— Nana Sahib został zabity! zawołał poruszając głową, — gdzie i kiedy?
— W paalu Tandit, w górach Sautpurra, dnia 25. maja.
Kalagani skrzyżował ręce i milczał; wzrok jego jakiś dziwny wydał mi się w tej chwili.
— Czy masz powody nie wierzyć w śmierć Nana Sahiba? zapytałem.
— Żadnych, odpowiedział zimno, wierzę temu co panowie mówią.
Gdy odszedł, Banks rzekł do mnie:
— Wszyscy Indusi nie mogą uwierzyć w śmierć Nana Sahiba; dowódzca buntowniczych cipayów jest dla nich legendową postacią; ponieważ nie widzieli go na szubienicy, nie uwierzą w śmierć jego.
— To tak coś jak starzy żołnierze Napoleona, którzy jeszcze we dwadzieścia lat po jego śmierci utrzymywali że ich cesarz żyje.
Podróż nasza odbywała się w jak najprzyjaźniejszych warunkach; przed oczami naszemi przesuwały się coraz piękniejsze widoki. Dnia 10. września Steam-House zatrzymał się na lewym brzegu Jumny; ważna ta rzeka oddziela kraj Radżahów zwany Rażastan od właściwego kraju Indusów, to jest Indostanu.
Pierwszy przybór zaczął podnosić wody rzeki; prąd stał się bystrzejszym, utrudniał więc nam ale nie umożebniał jednak przeprawy. Banks przedsięwziął potrzebne środki ostrożności; rozpatrzył przezornie gdzie wylądować mamy, i po upływie pół godziny dopłynęliśmy przeciwnego brzegu. Dla pociągów kolei żelaznej potrzeba mostów, których budowa jest bardzo kosztowna, nasz Olbrzym Stalowy tak łatwo przepłynął rzekę, jakby sunął po najlepszej drodze półwyspu.
W Rażastanie, po za Jumną, znajduje się wiele miast, które przezorny inżynier pragnął omijać. Na lewo Gwalior, nad brzegami rzeki Sawunrika, rozpościerający się na skale bazaltowej, w nim wznosi się przepyszny meczet, pałac zwany Paal, godna widzenia brama Słoni, słynna forteca; jest to miasto bardzo stare, z którem współzawodniczy obecnie nowe miasto Laschkar, wzniesione o dwa kilometry dalej. Tam to w głębi tego indyjskiego Gibraltaru, Rani z Jansi, towarzyszka Nana Sahiba, oddana mu z bezgranicznem poświęceniem, walczyła bohatersko do ostatniej życia chwili. Tam, jak już mówiliśmy, w potyczce z dwoma szwadronami 8-go pułku huzarów armii królewskiej poniosła śmierć z ręki pułkownika Munro. Jak wiadomo, to właśnie było powodem nieubłaganej nienawiści i zemsty Nana Sahiba, z jaką tenże ścigał wszędzie sir Edwarda Munro. Słusznie więc bardzo, inżynier chciał ominąć Gwalior, aby nie jątrzyć bolesnych wspomnień pułkownika.
Dnia 20. września, o jedenastej rano, po śniadaniu, jedni z nas siedzieli pod werandą, inni w salonie Steam-House. Stalowy Olbrzym pędził z prędkością 9 do 10 kilometrów na godzinę. Przed nami, wśród pól bawełnianych i zbożowych, roztaczała się szeroka droga, ocieniona wielkiemi drzewami. Czas był prześliczny, słońce dogrzewało. Mocno żałowaliśmy że nie było „municypalności“ któraby kazała polewać drogę, gdyż wietrzyk unosił kłęby drobniutkiego białego pyłu, poprzedzające nasz pociąg. Wkrótce, jak okiem dojrzeć było można, powietrze zapełnione było tak niezmierzonemi tumanami kurzu, że najgwałtowniejszy simun szalejący w pustyni, nie mógłby spowodować większych.
— Co może być powodem tak bezmiernego kurzu, kiedy wietrzyk jest tak lekki? zapytał kapitan Hod.
— Kalagani nam to wytłumaczy, odpowiedział mu pułkownik Munro.
Przywołany, Indus wszedł na werendę, i popatrzywszy na drogę, rzekł:
— Jest to długa karawana zmierzająca ku północy i tak jak uprzedziłem pana inżyniera, składa się zapewne z Benjarisów.
— Zapewnie napotkasz w niej twoich dawnych towarzyszy, rzekł mu Banks.
— Bardzo być może, bo długo przebywałem wśród tych koczujących pokoleń.
— Czy zamierzasz opuścić nas i przyłączyć się do nich?
— Bynajmniej, panie, odpowiedział.
Indus nie mylił się; po upływie pół godziny, Stalowy Olbrzym, pomimo całej swej potęgi, musiał się zatrzymać niemogąc posuwać się dalej. Ale zato ciekawy widok przedstawił się naszym oczom.
Ku południowi, na przestrzeni kilku kilometrów, zaparła drogę gromada wołów, licząca cztery do pięciu tysięcy sztuk. Należały one do karawany Benjarisów.
— Benjarisowie, rzekł Banks, są to prawdziwi Cyganie Indostanu. Nie mają stałego zamieszkania, w lecie żyją pod namiotami, w zimie w szałasach. Podczas powstania w 1857 r., dostarczali żywności tak powstańcom jak armii królewskiej, to też jakby za milczącem porozumieniem, obie wojujące strony nie tamowały im przejścia przez zbuntowane prowincye. Gdyby koniecznie chcieć przyznać im jakąś ojczyznę w Indyach, to chyba prowincyą Raputana lub królestwo Milwaru. Będziemy mogli dobrze im się przypatrzyć.
Pociąg nasz zatrzymał się z jednej strony gościńca, gdyż nie mógłby oprzeć się takiej gromadzie rogatego bydła, przed którem nawet dzikie zwierzęta ustępują z drogi.
Zacząłem przyglądać się nadciągającej karawanie; piękna to rasa. Mężczyźni byli wysocy, silni, mieli rysy regularne, nosy orle, bujne, wijące się włosy, koloru bronzu w miedź wpadającego; przybrani w długie tuniki i turbany; uzbrojeni w lance, tarcze i wielkie szable. Kobiety wysokie, kształtne, dumne jak mężczyźni ich klanu; miały na sobie rodzaj gorsetów i szeroko nafałdowane spódnice, w uszach błyszczące kolce, na szyjach naszyjniki, na ręku bransolety, na nogach po nad kostką niby pierścienie ze złota, kości słoniowej lub muszli. Draperya z wielkiego szala osłaniała je od stóp do głów.
Obok mężczyzn, starców, kobiet i dzieci szły spokojnie tysiące wołów, poruszając dzwonkami do łbów ich przymocowanemi, niosąc na grzbiecie po dwa worki ze zbożem i inną żywnością.
Było to całe pokolenie, ciągnące karawaną pod kierunkiem obranego wodza, zwanego „naik“, posiadającego nieograniczoną władzę, dopokąd nie upłynie termin na jaki był obrany. On kieruje karawaną, wyznacza godziny wypoczynku i miejsca na obozowiska.
Na czele karawany postępował ogromny buhaj, przysłonięty jakąś jaskrawą draperyą, przystrojony w dzwonki i muszle. Zapytałem Banks’a czy nie wie jakie obowiązki spełnia w karawanie ten wspaniały buhaj.
— Kalagani najlepiej nas objaśni, odrzekł inżynier. Ale gdzież on się podział?
Wołano go, nie odezwał się i nie pokazał; szukano go po całem Steam-House, ale daremnie.
— Zapewne poszedł odnowić znajomość z którymś z dawnych towarzyszy, ale niezawodnie powróci, rzekł pułkownik.
Zdawało się to bardzo prostą rzeczą, a jednak zaniepokoiło mnie trochę.
— O ile mi się zdaje, rzekł Banks, taki przodujący w karawanach buhaj, jest dla pokolenia Benjarysów przedstawicielem bóstwa. Gdzie on się zwróci, karawana za nim; gdzie stanie, obozują. Zdaje mi się jednak że buhaj posłuszny jest tajemnym wskazówkom naika.
Ledwie po dwóch godzinach pochodu karawany, zaczęliśmy dostrzegać jej koniec. Upatrywałem Kalagani’ego, ukazał się nareszcie w towarzystwie jakiegoś Indusa nienależącego do plemienia Benjarysów. Musiał to zapewnie być jeden z tych krajowców wynajmujących się czasowo na usługi karawan, jak to niejednokrotnie czynił Kalagani. Rozmawiali z sobą półgłosem — może o okolicach jakie przebyła karawana, a w które mieliśmy się zwrócić pod kierunkiem Kalagani’ego.
Ów Indus, idący już na samym końcu karawany, zatrzymał się chwilkę przed naszym Steam-House. Przyglądał się bacznie niby pociągowi, i sztucznemu słoniowi, mnie jednak zdawało się że głównie wpatruje się w pułkownika Munro: ale ani słowa nie przemówił do nas. Nareszcie skinieniem pożegnawszy Kalagani’ego złączył się z karawaną i znikł wkrótce w tumanie kurzu.
Powróciwszy do Steam-House, Kalagani nie czekając zapytania, zwrócił się do pułkownika, mówiąc:
— Jest to jeden z dawnych moich towarzyszy, zostający od dwóch miesięcy w usługach karawany.
Niebawem Steam-House ruszył w dalszą drogę, a nazajutrz, 24. września, zatrzymaliśmy się na noc o pięć kilometrów od Ursza, na lewym brzegu Betwy. Jest to jedna z główniejszych rzek wpadających do Jumny. Wody jej wystąpiły z łożyska i rozlały się szeroko na wybrzeża. Za ciemno już było aby Banks mógł rozpatrzeć się jakie trudności może przedstawiać przepłynięcie rzeki, więc zostawił to do jutra rana, i zaraz po wieczerzy udaliśmy się na spoczynek.
Tylko w wyjątkowych okolicznościach ustanawialiśmy straże do czuwania w nocy nad obozowiskiem; uznaliśmy to zbytecznem, boć przecie nikt nie mógł unieść naszych przenośnych domów, ukraść naszego słonia, którego sam ciężar jego bronił, więc pozostawała tylko możliwość napadu włóczęgów uwijających się w tych okolicach, a od tych broniły i uprzedziłyby o zbliżeniu szczekaniem psy nasze Fan i Black.
Jakoż miało to miejsce tejże nocy. Około drugiej nad ranem, zbudziło nas ujadanie psów; zerwałem się prędko i wszystkich zastałem na nogach.
— Co się stało? zapytał pułkownik Munro.
— Psy ujadają, odrzekł Banks, więc niemoże to być bez powodu.
— Zapewnie jaka pantera odezwała się w poblizkich zaroślach, rzekł kapitan Hod, weźmy broń i przejrzyjmy skraj lasu.
Sierżant Mac-Neil, Kalagani i Gumi stanęli na werandzie nadsłuchując; zbliżyliśmy się do nich.
— Pewnie jest w pobliżu parę dzikich zwierząt, przybyłych aby na wybrzeżach ukoić pragnienie? rzekł kapitan.
— Kalagani inaczej twierdzi, rzekł Mac-Neil.
— Więc cóż ty mówisz? zapytał pułkownik Indusa.
— Niewiem jeszcze co to, odrzekł, ale to pewna że nie są to tygrysy, lamparty, ani nawet szakale; dostrzegam tyko wśród drzew jakąś zbitą masę...
— Zaraz się dowiemy! zawołał kapitan Hod, marzący ciągle o zabiciu pięćdziesiątego tygrysa.
— Zatrzymaj się lepiej, kapitanie, rzekł Banks; tu w Bundelkundzie można się obawiać włóczących się po nocach na gościńcach.
— Eh! jest nas przecie tylu dobrze uzbrojonych, nie ma się czego lękać; muszę koniecznie przekonać się co to takiego.
Psy nie przestawały szczekać, jednak nie tak zajadle jak gdy zwęszą zbliżanie się dzikich zwierząt.
— Pułkowniku, rzekł Banks, pozostań tu z Mac-Neil’em i innymi, a ja, Hod, Maucler i Kalagani udamy się na rekonesans.
Kapitan Hod skinął na Foxa aby poszedł z nami; psy pokazywały drogę szliśmy za niemi.
Zaledwie weszlismy do lasu, dał się słyszeć odgłos kroków; wyraźnie liczny hufiec nadchodził, zbliżając się do naszego obozowiska. Dostrzegaliśmy jakby milczące cienie, przesuwające się wśród zarośli.
Psy biegły przed nami szczekając.
— Kto tam? zawołał kapitan Hod.
Żadnej odpowiedzi.
— Albo nie chcą odpowiedzieć, albo nie rozumieją po angielsku, rzekł Banks.
— Muszą przecież rozumieć po indusku, rzekłem.
— Kalagani, zawołał Banks, zawołaj do nich po indusku, że damy ognia jeźli nie odpowiedzą.
Kalagani przemówił narzeczem krajowców Indyj środkowych, rozkazując aby się zbliżyli i odpowiedzieli. Nikt się nie odezwał.
Niecierpliwie kapitan strzelił do jakiegoś cieniu przesuwającego się wśród drzew. Wystrzał ten spowodował jakieś głuche zamieszanie; zdawało się że liczny jakiś hufiec rozlata się na prawo i na lewo. Psy powróciły spokojnie, żadnej nieokazując obawy.
— Ktokolwiek oni są, włóczęgi czy maruderzy, prędko umknęli z placu, rzekł kapitan Hod.
— Widać nie grzeszą odwagą, odpowiedział śmiejąc się Banks, wracajmy do Steam-House; w każdym razie każę czuwać do rana.
Mac-Neil, Gumi, Fox czuwali z kolei; my wróciliśmy do naszych izdebek.
Noc przeszła spokojnie; należało więc myśleć iż widząc nas przygotowanych do obrony, nocni goście zaniechali swoich zamiarów, jeźli mieli jakie.
Nazajutrz, podczas gdy czyniono przygotowania do odjazdu, pułkownik Munro, kapitan Hod, Mac-Neil, Kalagani i ja postanowiliśmy przejść skraj lasu. Nigdzie jednak nie znaleźliśmy ani śladu bandy; przestaliśmy więc myśleć o tem.
Banks porobił potrzebne przygotowania do przepłynięcia Betwy. Rzeka ta wystąpiła rozlewając szeroko na wybrzeżach swe żółtawe wody. Prąd był bardzo bystry; Olbrzym Stalowy trudne będzie miał zadanie.
Inżynier zajął się najprzód upatrzeniem miejsca dogodnego do wylądowania, przypatrując się przez lunetę prawemu brzegowi. Łożysko Betwy roztaczało się w tem miejscu blizko na milę angielską szerokości; dotąd jeszcze Stalowy Olbrzym nie przepływał tak szerokiej przestrzeni.
— Ale, zapytałem, jakże sobie radzą podróżnicy i kupcy, skoro im taki wylew zagrozi drogę; zdaje mi się że zwyczajne łodzie nie zdołałyby się oprzeć tak bystremu prądowi.
— Rzecz prosta że nie mogą dalszej odbywać drogi, rzekł Hod.
— Przeciwnie, mogą, jeźli mają do swego rozporządzenia słonie.
— Alboż słonie mogą przepływać tak szerokie przestrzenie?
— Mogą, i zaraz wam powiem w jaki się to odbywa sposób. Wszystkie pakunki umieszcza się na grzbietach słoni, i mahuci zmuszają ich do wejścia w wodę. Z początku zwierzęta wahają się, cofają i mruczą, ale wkrótce nabierają odwagi, wchodzą w rzekę i przepływają na przeciwny brzeg. Wprawdzie zdarza się niekiedy że prąd porywa niektóre i pociąga na dno, ale najczęściej dzieje się to tylko w braku dobrych kierowników — mahutów.
— No! nie mamy „słoni“, ale nasz jeden...
— Starczy za wielu, dokończył Banks.
Zajęliśmy swoje miejsca; Kalut poszedł do ogniska, Stor wraz z Banks’em do wieży, aby kierować przepływem.
Przed dostaniem się na wody rzeki, trzeba było z pięćdziesiąt stóp zalanych wybrzeży przebyć. Stalowy Olbrzym zachwiał się i powoli ruszył z miejsca. Szerokie jego łapy były już w wodzie ale nie płynął jeszcze; przejście z lądu do wody musiało odbywać się bardzo przezornie.
W tem szmer i odgłos, słyszany w nocy, wyraźnie znów zaczął dochodzić do nas; z lasu wysunęło się ze sto postaci wyrabiających różne miny i wykrzywiania.
— A do kroćset tysięcy! więc to były małpy! zawołał śmiejąc się kapitan.
I rzeczywiście cała gromada tych przedstawicieli małpiego rodu zaczęła zbliżać się do Steam-House, postępując w ścieśnionym szeregu.
— Czego one chcą u licha! zawołał Mac-Neil.
— Zapewne zamierzają napaść na nas, rzekł kapitan Hod, zawsze gotow do obrony.
— O nie! i nie ma się czego obawiać, rzekł Kalagani, który miał czas przypatrzyć się ich obrotom.
— A więc po co tu idą? zapytał znów Mac-Neil.
— Chcą tylko przepłynąć rzekę w naszem towarzystwie, odrzekł Indus.
Kalagani miał słuszność. Nie były to zuchwałe i śmiałe gibbony, z długiemi włochatemi rękami, ani członkowie owej „arystokratycznej rodziny“, zamieszkującej w Benarez, ale małpy z rodzaju Langurów, największego na półwyspie, zwinne, czwororękie, o czarnej skórze, gładkich policzkach, otoczonych białemi faworytami. Futro ich jest szare na grzbiecie, a białe na brzuchu. Małpy te wyrabiają najdziwniejsze miny i najrozmaitsze giesta. W całych Indyach Langury uważają za święte zwierzęta; według legendy, małpy te są potomkami tych wojowników, którzy podbili wyspę Ceylan.
W Amber, zamieszkują one w pałacu zwanym Zenanah, w którym uprzejmie przyjmują turystów. Istnieje surowe prawo niedozwalające ich zabijać; wielu oficerów angielskich przypłaciło życiem jego przekroczenie.
Małpy te, łagodne z natury i łatwo dające się przyswoić, stają się nader groźne w razie gdy są napastowane i ranione; wtedy dorównywają hyenom i panterom. Ale nie mieliśmy zamiaru wypowiadać im wojny, nawet kapitan Hod nie chwytał za broń.
Mieliśmy niebawem przekonać się czy Kalagani słusznie wnosił że cała ta gromada, bojąc się rzucić wpław zapragnęła korzystać z naszego Stalowego Olbrzyma dla przepłynienia Betwy.
Przebywszy wybrzeże, Stalowy Olbrzym wpłynął na wody rzeki i wkrótce pociągnął za sobą cały pociąg, który z początku stał prawie nieruchomy. Cała gromada małp zbliżyła się, pluskając po niegłębokiej wodzie pokrywającej pochyłość wybrzeża. Aż za jednym zamachem samce, samice, stare, młode, przeskakując i trzymając się za ręce, powskakiwały na pociąg.
W jednej chwili siedziało ich dziesięć na Stalowym Olbrzymie, reszta rozbiegła się po całym pociągu, nie objawiając żadnych nieprzyjaznych zamiarów, i cała setka weseliła się i zdawała winszować sobie, że znalazła tak wygodny sposób odbycia podróży.
Olbrzym Stalowy wpłynął na pełne wody; z początku obawialiśmy się aby takie powiększenie ciężaru nie utrudniało przeprawy, ale małpy poumieszczały się tak przezornie, iż obawa nasza okazała się płonną. Zamiast zgromadzić się w jednym punkcie, rozbiegły się po całym pociągu; wszędzie ich było pełno, nie ulękly się nawet trąby słonia, wyrzucającej kłęby pary.
Kapitan Hod, a szczególniej Fox, przypatrywali im się z podziwieniem. Fox pragnął przyjmować ich z honorami; mówił do nich, brał za ręce, kłaniał im się zdejmując kapelusz. Częstował je cukrem i byłby dobrze naruszył słodkie zapasy spiżarniane, gdyby pan Parazard nie przeszkodził temu.
Stalowy Olbrzym robił ciągle łapami, które uderzając wodę, funkcyonowały jak szerokie pagaje. Posuwał się w kierunku ukośnym ku miejscu w którem mieliśmy wylądować. W pół godziny dobiliśmy do przeciwnego brzegu, i w tejże chwili cała gromada czwororękich wyskoczyła na brzegi i znikła podskakując.
— Mogły były przynajmniej podziękować! zawołał Fox, któremu niepodobało się takie bezceremonialne postąpienie Langurów.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem usłyszawszy te jego słowa.






VIII.

Hod przeciw Banksowi.

Przepłynęliśmy więc Betwę; sto kilometrów oddzielało nas już od stacyi Etawah. Cztery dni przeszło spokojnie bez żadnego wypadku; nie było nawet polowania, bo mało bardzo jest dzikich zwierząt w tej części królestwa Scindia.
— Zobaczycie, wołał często z gniewem kapitan Hod, że przybędę do Bombay nie zabiwszy pięćdziesiątego tygrysa.
Kalagani był doskonałym i nader przezornym przewodnikiem przez te mało zaludnione prowincye, których topografią znał doskonale, i 29. września, pociąg nasz zaczął wznosić się na północne pochyłości Vindyasów, aby dostać się do wąwozu Sirgur. Dotąd podróż nasza przez Bundelkund odbywała się szczęśliwie, a jednak jest to kraj najmniej przedstawiający bezpieczeństwa. Tu chętnie szukają schronienia złoczyńcy i włóczęgi. Tu Dakoici zajmują się podwójnem swojem rzemiosłem: trucicieli i złodziei. Przezorność więc nakazuje zachować wszelkie ostrożności, przebywając tę krainę.
Górzysta okolica, którą mieliśmy przebyć, jest najmniej bezpieczna z całego Bundelkundu. Nie jest to zbyt rozległa przestrzeń — najwięcej sto kilometrów do najbliższej stacyi kolei z Bombay do Allahabad. Ale ani myśleć nie można było o tak łatwem i prędkiem posuwaniu się, jak przez równiny Scindia. Stroma i kamienista na skalistym gruncie, o częstych zakrętach a w niektórych miejscach nadzwyczaj wązka droga, nie dozwalała nam przebywać więcej jak 15 do 20 kilometrów w ciągu dziesięciu godzin podróży dziennie. W nocy czuwaliśmy bacznie nad naszem obozowiskiem i wiodącemi do niego drogami, bo choć wieżyczka, jaką dźwigał na swym grzbiecie Stalowy Olbrzym, zapewniała nam pewne schronienie, niby kazamatę dozwalającą nie lękać się włóczęgów, Dakoitów a nawet Tugów, jeźliby znajdowali się jeszcze w tej stronie Bundelkundu, którzy chyba nie śmieliby napadać na nas, ale w każdym razie ostrożność nie zawadzi.
W wielu miejscach trudniejszych do przebycia, trzeba było dodawać pary, ale zresztą posuwaliśmy się bezpiecznie pod kierunkiem Stor’a i Banks’a. Nie lękaliśmy się także zabłądzenia, bo Kalagani doskonale znał tę część półwyspu a szczególniej wąwozy Sirguru. Nawet w miejscach, w których kilka dróg się schodziło wśród wysokich skał, nie wahał się ani chwili w którą zwrócić stronę.
Deszcze ustały, niebo na w pół zasłane małemi chmurkami przyćmiewającemi nieco promienie słoneczne, nie zagrażało burzami, tak gwałtownemi w środkowych strefach półwyspu. Przez kilka godzin we dnie, dość było gorąco, nie tak jednak aby dawało się dokuczliwie uczuć podróżującym w Steam-House, tak dobrze zamkniętym i okrytym. Drobnej zwierzyny było podostatkiem, i nasi myśliwi mogli, nie oddalając się zbytecznie, dostatnio zaopatrywać spiżarnię.
Tylko kapitan Hod, a zapewnie i Fox, żałowali mocno że brakowało tu dzikich zwierząt, których tak wiele napotykali w Tarryani; ale nie można było obiecywać sobie polowań na lwy, tygrysy i pantery, skoro nie było tu przeżuwaków, któremi się żywią.
W braku jednak mięsożernych, mieliśmy sposobność napotkać dzikie słonie indyjskie, których prawie nie widywaliśmy dotąd.
Około południa, 30. września, dojrzano przed pociągiem naszym parę tych wspaniałych zwierząt. Za zbliżeniem naszem odskoczyły na bok, aby przepuścić nieznany im ekwipaż, którego pewnie bały się trochę.
Kapitan Hod przypatrywał im się ciekawie, ale nie myślał strzelać aby bezpotrzebnie nie pozbawiać życia tych okazałych zwierząt, które w pobliżu tych pustych wąwozów miały strumienia, potoki i pastwiska, wystarczające na wszelkie ich potrzeby.
Wiadomo, że Indye są uprzywilejowanym krajem słoni. Wszystkie te gruboskórce należą do rodzaju podr zędniejszego nieco niż słonie afrykańskie. Oto w jaki sposób je chwytają.
Urządzają tak zwany „kiddah,“ to jest pewną przestrzeń otoczoną palisadami. Jeźli chodzi o pojmanie całej trzody, wtedy myśliwi, w liczbie trzystu czy czterystu, pod przewództwem specyalnego „dżamadara“ czyli strażnika krajowca, otaczają ich i napędzają powoli ku kiddah, zamykają, rozdzielają za pomocą wyuczonych oswojonych słoni i następnie pojmają wiążąc tylne nogi. Ale sposób ten, wymagający nagromadzenia znacznej liczby myśliwych i wiele czasu, bywa najczęściej bezowocnym jeźli chodzi o pochwycenie wielkich samców: ci sprytniejsi i przezorniejsi, umieją uniknąć więzienia, nie dając napędzić się do kiddahu. Indyanie radzą sobie w ten sposób, iż wyprawiają oswojonych słoni, które uganiają się za niemi przez dni kilka; na ich grzbietach siedzą mahuci, owinięci w ciemne kołdry, i gdy słonie, niedomyślając się niczego, zasną spokojnie, mahuci zeskakują, wiążą je i chwytają zanim mogą zmiarkować co się z niemi stało.
Dawniej chwytano słonie przekopując na drodze którą przechodzą, rowy do piętnastu stóp głębokości mające, ale wpadając w nie słonie, ponosiły ciężkie rany lub nawet często zabijały się — zaniechano więc tak barbarzyńskiego sposobu.
W Bengalu i Nepaulu dotąd posługują się w tym celu „lasso“ to jest sznurem z pętlicą. Jest to bardzo zajmujące polowanie. Trzech mężczyzn siada na dobrze wytresowanego słonia. Na karku, mahut kierujący słoniem; w tyle, podżegacz, podniecający słonia bosakiem i młotkiem; na grzbiecie, Indus mający zarzucić lasso. Wytresowane te słonie, wraz ze swymi jeźdzcami, często przez kilka godzin uganiają się po równinach i lasach za dzikiem słoniem, aż do chwili gdy pochwycony w pętlicę gruboskórzec pada na ziemię i staje się łupem myśliwych, którzy nie zawsze bez szwanku wychodzą z tej pogoni.
Różnemi temi sposobami chwytają corocznie w Indyach wielką liczbę słoni, a jest to nader korzystna spekulacya, gdyż za samicę płacą zwykle po 7,000 fr. za samca 20,000, a jeźli jest czystej krwi, to aż do 50,000 franków.
Dobrze utrzymywane i żywione, zwierzęta te warte są tak wysokiej ceny, gdyż mogą być nader pożyteczne. Do dobrego wyżywienia, słoń potrzebuje dostawać dziennie 600 do 700 funtów zielonej paszy, to jest tyle ile na średnią odległość może dźwigać ciężaru. Słonie przenoszą żołnierzy i wszelkie transporta wojskowe; w krajach górzystych lub w niedostępnych koniom junglach, transportują przyrządy i ciężary nieodłączne od artyleryi, a nadto wykonywają ciężkie roboty na korzyść osób prywatnych, używających je zamiast zwierząt roboczych i pociągowych. Potężne te i łagodne razem olbrzymy, skutkiem szczególniejszego instynktu nakłaniającego ich do posłuszeństwa, dają się łatwo tresować, i dlatego licznie posługują się niemi we wszystkich prowincyach Indostanu; a że przyswojone nie rozmnażają się, trzeba nieustannie polować na nie i chwytać, aby starczyć licznym zażądaniom z półwyspu i obcych krajów. Mimo to zdaje się liczba ich się nie zmniejsza i napotkać można niezliczoną ilość w całych Indyach.
Nawet, co do mnie, to powiem że jest ich tam jeszcze „za wiele“ i mam słuszny do tego powód.
Jak powiedziałem, dwa słonie napotkane na drodze, odsunęły się na bok aby pociąg nasz przejechał, co gdy nastąpiło, szły za nim. Prawie natychmiast pojawiło się więcej słoni na drodze za nami, i przyspieszając kroku, połączyły się z parą którąśmy minęli. W jaki kwadrans później, naliczyliśmy ich dwunastu. Przypatrywali się naszemu Steam-House, trzymając się w odległości najwięcej 50 metrów. Nie zdawało się że pragną nas dogonić; ale także widocznie nie zamierzały opuścić. Przyspieszyć biegu w tych krętych wąwozach było niepodobieństwem; Banks więc nie próbował nawet tego.
Około pierwszej po południu, już przeszło trzydziestu słoni podążało za nami, gdyby chciały, mogłyby nas dogonić lub nawet wyprzedzić, gdyż jak twierdzą, słoń może przebyć 25 kilometrów drogi w ciągu godziny. Zwykle gromady ich składają się ze 30 do 40 słoni, ale niekiedy zbiera ich się do stu, a wtedy podróżni niezupełnie są bezpieczni. Pułkownik Munro, Banks, kapitan Hod, Mac-Neil, Kalagani i ja z werandy drugiego wagonu obserwowaliśmy ciągle tę coraz powiększającą się gromadę słoni.
— Liczba ich zwiększa się ciągle, rzekł Banks, i pewnie niedługo ściągną tu wszystkie słonie rozproszone po okolicy.
— Ale jakże mogłyby się porozumieć z pewnej oddali, rzekłem, skoro ani widzieć ani słyszeć się nie mogą?
— Odczuwają się węchem; zmysł powonienia tak jest doskonały u nich, iż słonie domowe rozpoznają obecność dzikich z odległości trzech do czterech mil, odrzekł Banks.
— Ależ to istna wędrówka słoni, rzekł pułkownik Munro. Patrzcie, jak potworzyły się za pociągiem gromady składające się z dziesięciu do dwunastu, a wszystkie do jednego zdają się zmierzać celu. Wiesz co, Banks, trzebaby przyspieszyć biegu.
— Stalowy Olbrzym robi co może, ale na tej drodze niepodobna jechać prędzej.
— Ale po co się mamy spieszyć! zawołał kapitan Hod, którego podobne wydarzenia wprawiały zawsze w dobry humor. Niech nas eskortują te milutkie zwierzątka! To świta godna naszego Stalowego Olbrzyma. Było pusto i głucho jak na puszczy, teraz widać życie, i podróżujemy jak radżahowie.
— A! musimy zgodzić się na ich eskortę, skoro nie w naszej mocy temu przeszkodzić, odrzekł Banks.
— Ale czegoż możemy się obawiać? zapytał kapitan Hod, wszak wiadomo że gromada słoni mniej jest niebezpieczną niż jeden... To takie dobre, potulne zwierzęta, istne baranki!
— Oho! Kapitan zaczyna się unosić! rzekł sir Munro. Zgadzam się na to iż jeźli te baranki zechcą zatrzymać się w pewnej od nas odległości, jak dotąd, nie ma się czego obawiać, ale gdyby im przyszła ochota wyścigną nas, na tak ciasnej drodze mogłyby znacznie uszkodzić Steam-House.
— A nadto, rzekłem, kto wie jak obeszłyby się z naszym Stalowym Olbrzymem, gdyby tak zblizka zajrzały mu w oczy?
— Ah! do kroćset! krzyknął kapitan, oddałyby mu taki hołd jak słonie księcia Guru Sing.
— Ale tamte były oswojone, rzekł sierżant Mac-Neil.
— To i te same przez się oswoją się, rzekł kapitan Hod; sam widok naszego olbrzyma takie w nich wzbudzi zdumienie, iż pozdrowią go z uszanowaniem.
Widocznie kapitan nie ochłonął dotąd z uwielbienia dla sztucznego słonia, „tego arcydzieła mechaniki, wytworzonego przez angielskiego inżyniera“.
— Zresztą te gruboskórce — lubiał to słowo widocznie — więc te gruboskórce są bardzo inteligentne, one rozumują, sądzą, one porównują, i składają dowody rozumu prawie ludzkiego!
— To nie prawdziwe odrzekł Banks.
— Jak to nie prawdziwe! krzyknął kapitan Hod. Toż chyba nie mieszkając w Indyach możnaby coś podobnego utrzymywać! Czyż nie używają zwierząt tych do wszelkich posług domowych? i czy jest jaki sługa dwunożny, któryby im wyrównał? — W domu swego pana czyż słoń nie spełnia wszelkich posług. Czyż nie wiesz Maucler, co o nich mówią ci co je dobrze znają? — Otoż utrzymują oni, że słoń jest uprzedzająco grzeczny dla tych któych kocha, że pomaga im dźwigać ciężary, że zbiera dla nich kwiaty lub owoce, one strzegą trzody i mieszkania pana swego, noszą wodę, one pielęgnują i bawią dzieci które im poruczają lepiej jak niektóre angielskie bony! I jakie to zwierze wdzięczne! Jeden z moich przyjaciół opowiada, że widział jak kazano zgnieść raz łapą słoniowi małą muszkę, oto szlachetny zwierz podnosił właśnie łapę ile razy przechodził koło muszki żeby jej nie rozgnieść i ani rozkaz ani uderzenia nie potrafiły zmienić jego postępowania a gdy przeciwnie kazano mu przynieść muszkę, to jak najdelikatniej wziął ją tą swoją trąbą i puścił na wolność — i czyż mógłbyś zaprzeczyć teraz Banksie że to zwierz szlachetny, dobry, wyżej moralnie stojący jak psy, jak małpy — i czyż nie mają słuszności Indowie że przyznają mu o tyle prawie inteligencyi jak człowiekowi!
I kapitan Hod, na zakończenie swojej tirady zdjął kapelusz i oddał pokłon trzodzie, która szła za nami.
— Dobrze prawi, rzekł uśmiechając się pułkownik, słonie mają w tobie dzielnego obrońcę!
— Czyż nie mam słuszności mój pułkowniku?
— Może być że kapitan Hod ma słuszność odrzekł Banks ale zdaje mi się że i Sanderson, sławny myśliwy słoni może zasługiwać na uwzględnienie.
— A coż on mówi ten twój Sanderson, zapytał kapitan.
— On utrzymuje że słoń posiada tylko bardzo mierną inteligencyę.
— O to mi się podoba, wyrzekł kapitan Hod, który się co raz bardziej zapalał.
— Utrzymuje także ciągnął dalej Banks że Indowie nigdy nie obierali słonia za godło inteligencyi, lecz że przeciwnie wyżej stawiali lisy, kruki i małpy!
— Protestuję! wykrzyknął Hod.
— Protestuj sobie mój kapitanie ale słuchaj! Sanderson powiada że słoń który raz umknie z więzienia, znowu daje się złapać bardzo łatwo, więc i tyle niema zmysłu żeby być przezornym!
— O biedne zwierzęta! zawołał kapitan, jak to was oczernia ten inżynier!
— Jeszcze jeden ostatni przytoczę ci dowód, a to że słoń często wcale nie daje się ułaskawić, szczególnie gdy jest młody i do słabej płci należy!
— O to chyba właśnie o jedno podobieństwo więcej do człowieka odparł kapitan. Czyż mężczyźni nie łatwiej dają się prowadzić jak dzieci i kobiety?
— Mój kapitanie to ani ty ani ja nie możemy sądzić w tej sprawie gdyż jesteśmy nie żonaci i w tem doświadczenia mieć nie możemy.
— Jednakże, pomimo zapału twego dla tych gruboskórców, rzekł Banks, przyznaję iż wolałbym żeby się zwróciły na północ, skoro my zmierzamy na południe, gdyż niebardzo dowierzam pozornej ich dobroci, i pewny jestem iż gdyby wpadły w złość, nie zdołalibyśmy stawić dostatecznego oporu, połączonym ich siłom.
— A to tem więcej, rzekł pułkownik Munro, iż liczba ich tak się ciągle zwiększa, iż nareszcie zaczyna niepokojące przybierać rozmiary.






IX.

Stu przeciw jednemu.

Sir Edward Munro miał zupełną słuszność. Już teraz 50 do 60 słoni postępowało za nami. Szły przyspieszonym krokiem, i przodujące zbliżyły się do Steam-House na odległość mniej niż dziesięciu metrów, co dozwalało obserwować je doskonale.
Na czele szedł największy z gromady, jednakże licząc prostopadle od łopatki, miara jego nie przechodziła trzech metrów; jak już mówiliśmy, słonie indyjskie mniejsze są od afrykańskich, których miara dochodzi niekiedy czterech metrów. Kły ich są także krótsze niż afrykańskich. Na wyspie Ceylan spotyka się słonie pozbawione kłów, tej strasznej broni, którą tak dzielnie posługiwać się umieją, ale muknasy te, tak ich bowiem nazywają, nader rzadko widzieć się dają w prowincyach właściwego Indostanu.
Za tym przodującym słoniem szło kilka samic, będących rzeczywistemi kierowniczkami karawany. Gdyby nie obecność Steam-House, byłyby niezawodnie tworzyły awangardę, a samce szłyby po za niemi, w gronie innych towarzyszy. Samcy zupełnie nie umieją przewodniczyć gromadzie; niezajmując się swemi młodemi, nie wiedzą kiedy i gdzie potrzeba zatrzymać się, aby „dzieciny“ wypoczęły wygodnie. Tak więc w rodzinach i podczas wielkich wędrówek, przewodnictwo należy do samic.
Trudno było odgadnąć co jest powodem tego pochodu całej gromady: czy zmuszone były opuścić opróżnione już pastwiska; czy uciekały przed bardzo szkodliwemi ukłuciami pewnych much; czy może powodowała niemi ciekawość obudzona widokiem naszego sztucznego słonia? Okolica była dość odkryta, i zgodnie ze swoim zwyczajem gdy nie znajdują się w lesistych przestrzeniach, słonie podróżowały w dzień. Czy, równie jak my, zatrzymają się na noc, wiedzieć jeszcze nie mogliśmy.
Kapitanie, zapytałem, patrz jak nieustannie zwiększa się nasza awangarda, czy dotąd nie przypuszczasz aby żywiły złe względem nas zamiary?
— Bah! odrzekł, z jakiegoż powodu gruboskórce te miałyby chcieć nam szkodzić — przecież to nie tygrysy!... Nieprawdaż Fox’ie?
— Eh! nawet i nie pantery! odpowiedział.
Jednakże Kalagani jakoś niezadawalniająco kręcił głową, co dowodziło że nie podziela przekonań obu myśliwych.
— Jesteś nieco zaniepokojony, zdaje mi się? rzekł Banks patrząc na niego.
— Czy nie możnaby przyspieszyć biegu? odrzekł tylko.
— Trudno to będzie, ale sprobuję, odpowiedział Banks.
I opuszczając werandę, przeszedł do wieży w której znajdował się maszynista Stor. Niezwłocznie rozległ się świst i pociąg zaczął biedz prędzej. Nie był to jednak pospiech zbyt znaczny, co wreszcie nie na wieleby się zdało, gdyż i gromada słoni w równym stosunku przyspieszała kroku, a więc nie zwiększyła się odległość dzieląca ją od Steam-House.
Tak przeszło kilka godzin bez żadnej wyraźnej zmiany. Po obiedzie wróciliśmy na werandę. Obecnie, po za pociągiem, droga ciągnęła się prosto, bez załamań i zawrotów, można więc było dość daleko sięgnąć okiem.
Dostrzegliśmy z przerażeniem że liczba słoni przez ostatnią godzinę znacznie się znów powiększyła, i dochodziła co najmniej stu. Szły rzędem, po dwóch lub trzech, w miarę szerokości drogi, szły milcząc, mierzonym krokiem, z trąbami lub kłami podniesionemi w górę. Dotąd szły spokojnie; jeźliby jednak uniesione niewytłómaczonym gniewem, chciały rzucić się na Steam-House, jakież to straszne groziłoby nam niebezpieczeństwo!
Noc zapadała powoli, noc pozbawiona blasku gwiazd i światła księżycowego. Mgła jakaś unosiła się w wyższych strefach podniebnych. Po nocy niepodobna było jechać dalej, należało się zatrzymać, Banks postanowił w pierwszej szerszej miejscowości, aby Steam-House nie zawadzał pochodowi słoni, dozwalając im w dalszą udać się drogę. Ale czy zechcą iść dalej lub może obok nas rozłożą się obozowiskiem?.. Oto ważne pytanie.
Z zapadaniem nocy jakiś niepokój, którego nie dostrzegaliśmy we dnie, zaczął widocznie objawiać się między słoniami; z ogromnych ich płuc wydobywało się jakieś głuche ale silne ryczenie, połączone z dziwnym jakimś odgłosem.
— Co to za dziwny hałas? spytał pułkownik Munro, zwracając się do Indusa.
— Jest to odgłos jaki wydają słonie, znajdując się wobec nieprzyjaciela, odrzekł Kalagani.
— Więc nas chyba uważają za nieprzyjaciół? rzekł Banks.
— Lękam się tego, odpowiedział Indus.
Był to odgłos podobny do dalekiego grzmotu. Trąc trąby o ziemię, słonie wypuszczały ogromne kłęby powietrza, nagromadzonego dłuższem wdychaniem, co wytwarzało odgłos podobny do huku piorunu.
Była dziewiąta wieczór. W tem miejscu roztaczała się mała, okrągława równina, blizko pół milki szeroka, z której wychodziła droga prowadząca do jeziora Puturia, po nad którem Kalagani chciał abyśmy rozłożyli obozowisko. Ale jeszcze piętnaście kilometrów oddzielało nas od niego, nie można więc było przebywać ich wśród nocy.
Banks dał znak maszyniście aby się zatrzymał ale nie gasił ognia, tak aby w każdej chwili na dany znak mógł ruszyć dalej. Trzeba było być gotowym na wszelki wypadek.
Pułkownik Munro przeszedł do swego pokoiku; Banks, kapitan Hod i ja postanowiliśmy nie kłaść się wcale. Cała obsługa była na nogach, cóż jednakże mogliśbyśmy zrobić, gdyby słoniom przyszła ochota napaść na nas?
W pierwszej godzinie czuwania, głuchy, coraz silniejszy szmer rozlegał się do koła obozowiska; wyraźnie cała gromada zajmowała małą równinę; czy przejdą ją tylko i w dalszą udadzą się drogę?
— A byćby to mogło, rzekł Banks.
— I prawdopodobnie tak będzie! dodał kapitan Hod, ciągle z różowego stanowiska zapatrujący się na tę kwestyą.
Około jedenastej szmer zaczynał słabnąć, i w krótce przycichł zupełnie. Noc była bardzo spokojna; najsłabszy odgłos możnaby było dosłyszeć z łatwością — ale nic nie dochodziło naszych uszu prócz głuchego świstu Stalowego Olbrzyma, nie widzieliśmy nic prócz iskier wypadających niekiedy z jego trąby.
— A co! czy nie miałem słuszności? zawołał tryumfująco kapitan Hod, poczciwe słonie powędrowały sobie.
— Szczęśliwej drogi! odrzekłem.
— Trzeba się o tem przekonać, rzekł Banks, i zwracając się do maszynisty, dodał: Stor, zapal latarnie!
We dwadzieścia sekund dwie wiązki światła elektrycznego tryskały z oczu Stalowego Olbrzyma, rozpraszając się dokoła horyzontu.
Słonie stały, kołem otaczając Steam-House, nieruchome, czy jakby spiące. To światło rzucające słabe odbłyski na te zbite masy, zdawało się ożywiać ich jakiemś nadprzyrodzonem życiem. Przez proste złudzenie optyczne, te na które padały silniejsze promienie światła, przybierały jakieś olbrzymie rozmiary, godne współzawodnictwa ze Stalowym Olbrzymem. Uderzone silnemi świetlanemi odbłyskami, pozrywały się nagle jakby oparzone, wystawiając trąby i podnosząc kły do góry. Można było sądzić że zamierzają rzucić się na pociąg. W krótce gniew ich udzielił się towarzyszom, i rozległ się do koła tak ogłuszający ryk, jak gdyby uderzono naraz w setki kotłów i rogów.
— Zgaś światło! zawołał Banks.
Światło elektryczne znikło w jednej chwili; szatański koncert ucichł niezwłocznie.
— Otoczyły nas kołem, rzekł inżynier, i pewnie nie ustąpią gdy dzień zaświta.
— Hm! hm! mruknął kapitan, którego zaufanie „w poczciwych słoniach“ słabło widocznie.
Zapytano Kalagani’ego co czynić należy; nie ukrywał swego niepokoju.
Niepodobna było opuszczać obozowiska wpośród tak ciemnej nocy, a zresztą na cóżby się to zdało? cała gromada słoni niezawodnie podążyłaby za nami, a trudności byłyby daleko większe niż we dnie. Postanowiono więc że dopiero nad ranem w dalszą wyruszymy drogę, posuwając się jak się da najspieszniej, i starając się zarazem nie przestraszać naszej przerażającej eskorty.
— Czy jest w tych stronach jakaś miejscowość gdzieby słonie nie mogły pogonić za nami? zapytał Banks Kalagan’iego.
— Jest jedna i jedyna: jezioro Puturia.
— Jak daleko ztąd?
— Około dziewięciu mil.
— Ależ słonie umieją pływać lepiej od innych czworonogów, odrzekł Banks. Widziano nieraz że po pół dnia utrzymywały się na wodzie. Mogłyby więc łatwo rzucić się za nami na jezioro Puturia, a wtedy Steam-House daleko więcej byłby zagrożony.
— Nie widzę innego środka uniknienia ich napaści, odrzekł Kalagani.
— A więc sprobujemy! odpowiedział inżynier.
Rzeczywiście nie było innej rady. Może słonie nie będą śmiały rzucić się wpław w jezioro, a może znów, w przeciwnym razie, uda nam się je wyprzedzić.
Niecierpliwie oczekiwaliśmy dnia — nadszedł nareszcie. Przez resztę nocy nie było żadnych nieprzyjaznych objawów, ale żaden słoń nie odstąpił, zawsze kołem otaczały Steam-House. W tem powstał wśród gromady jakiś ruch ogólny; zdawało się jakby wszystkie słonie posłuszne były jakiemuś hasłu. Wstrząsnęły trąbami, potarły kłami o ziemię, i tak podsunęły się pod Steam-House że możnaby przez okna dosięgnąć je pikami. Ale Banks zalecił surowo aby żadną zaczepką nie dać im powodu do napaści.
Niektóre słonie coraz więcej zbliżały się do naszego Stalowego Olbrzyma, widać pragnęły przekonać się co to za rodzaj olbrzymiego, nieruchomego teraz zwierza. Czy uważały go za swego pobratymca? czy może przypisywały mu jakąś nadzwyczajną potęgę? Wczoraj nie mogły widzieć go biegnącego, gdyż szły w pewnej odległości za pociągiem. Ale ciekawa rzecz jaką przybiorą postawę gdy usłyszą jego rżenie, gdy z trąby jego buchać będą kłęby pary, gdy będzie podnosić i opuszczać łapy, biedz i ciągnąć za sobą cały pociąg.
Pułkownik Munro, kapitan Hod, Kalagani i ja zajęliśmy miejsca w przednim pociągu, sierżant Mac-Neil i towarzysze jego w następnym. Kalut stał przed kotłem dokładając paliwa do ogniska, chociaż ciśnienie dochodziło już do pięciu atmosfer. Banks, stojąc w wieży obok Stor’a, trzymał rękę na regulatorze.
Nadeszła chwila odjazdu. Na znak dany przez Banks’a, rozległ się gwizd przeraźliwy.
Słonie nastawiły uszu; potem cofając się trochę oswobodziły drogę na przestrzeni kilku kroków. Kłęby pary buchnęły z trąby, pociąg ruszył.
Pewne zadziwienie objawiło się między słoniami stojącemi w pierwszym rzędzie; rozsunęły się więcej zostawiając szersze przejście pociągowi, który ruszył z prędkością konia idącego truchtem.
W tej chwili cała gromada rozbiegła się przed i po za pociągiem jak się zdawało, z postanowieniem nieopuszczania go; inne biegły po bokach pociągu, niby jeźdzcy jadący obok drzwiczek karety. Cała gromada złożona z 25-letnich młodzieniaszków, z „dorosłych“ liczących po lat 60; ze starców stuletnich i bębnów biegnących obok matek które ssały biegnąc, postępowała w pewnym porządku, nie cisnąc się zbytecznie, regulując swój bieg do biegu pociągu.
— No, niechże już eskortują nas tak aż do jeziora, rzekł pułkownik.
— Ale co będzie jak droga zwęży się znacznie? odpowiedział Kalagani.
Jakoż w tem leżało niebezpieczeństwo.
Bez wypadku przebyliśmy kilkanaście kilometrów z dzielących nas od jeziora Puturia. Dwa czy trzy razy kilku słoni próbowało zagrodzić nam drogę, ale gdy nadbiegł Stalowy Olbrzym i plunął im w oczy gorącą parą, odsunęły się na bok.
Postanowiono że jeźli słonie nie zaczną objawiać nieprzyjaznych zamiarów, ominiemy jezioro nie przepływając go i opuścimy nazajutrz okolicę Vindyas, i w kilka godzin później dostaniemy się do stacyi Jubbulpore.
Kraj był dziki i pusty, nigdzie śladu wioski albo fermy, nigdzie nie spotkaliśmy ani jednej karawany, ani jednego podróżnego.
Jak to zapowiedział Kalagani, droga zwężała się coraz więcej; położenie nasze pogorszało się z każdą chwilą. Słonie, które szły po bokach, musiały usunąć się, bo albo zgniotłyby nasz pociąg albo powpadały w przydrożne otchłanie, w którychby śmierć znalazły. Instynktem przecisnęły się naprzód i po za pociąg, a tak niemogliśmy ani posuwać się ani cofać.
— Sprawa wikła się coraz więcej, rzekł pułkownik.
— Przyjdzie nam chyba przebić się i zgnieść tę zbitą gromadę.
— A to zgniećmy nienamyślając się! zawołał kapitan. Cóż, u licha! przecież stalowe kły naszego olbrzyma nie ulękną się kościanych kłów tych głupich gruboskórców.
— Dobrzeby to było, tylko bieda że trzeba walczyć jednemu przeciwko stu, rzekł Mac-Neil.
— Trudno, nie ma innej rady, inaczej słonie nas zgniotą. Naprzód! zawołał Banks.
Maszynista dodał pary; Stalowy Olbrzym pobiegł prędzej, i jeden stalowy kieł jego ukłuł w grzbiet idącego przed nim słonia. Zwierz wydał z bolu przeraźliwy ryk, któremu zawtórował ryk całej gromady. Walka, której końca trudno było przewidzieć, stawała się nieuchronną.
Chwyciliśmy za broń. Dubeltówki były nabite kulami stożkowemi, karabiny kulami wybuchającemi, rewolwery zaopatrzone były w naboje właściwego kalibru.
Pierwszy godził na nas olbrzymi samiec, z dziką miną, z wystawionym kłem, śmiało wystąpił przeciw Stalowemu Olbrzymowi.
— „Gunesz!“ krzyknął Kalagani, czyli słoń z jednym kłem, jak takich nazywają myśliwi.
— Bah! posiada tylko jeden kieł! rzekł pogardliwie kapitan.
— I dlatego właśnie jest groźniejszym jeszcze.
Indusi słoni jednokłowych otaczają szczególniejszą czcią jeźli brak im prawego kła, jak u tego który zamierzał rzucić się na Stalowego Olbrzyma.
Przebił na wylot blachę pokrywającą piersi jego, ale niebawem kieł ten złamał się o wewnętrzne urządzenie. Cały pociąg został wstrząśnięty; jednakże popychany wewnętrzną siłą, pędził naprzód odtrącając gunesza, który daremnie chciał mu się opierać.
Jednak poprzedzająca nas gromada zrozumiała jego wezwanie; stanęła nagle, żywym murem ciał swoich zagradzając nam drogę. Nie dość na tem, słonie idące za pociągiem, uderzyły gwałtownie o werandę: trzeba było się bronić.
— Starajcie się nie chybić ani jednego strzału! krzyknął kapitan; celować tu gdzie się zaczyna trąba, lub w dołek po nad okiem. Takie strzały najpewniejsze!
Usłuchaliśmy komendy; padło kilka strzałów, po których rozległo się głośne wycie. Trzech czy czterech słoni ugodzonych we wskazane miejsca, padło w tył i z boku, pociąg mógł biedz naprzód.
— Nabijajcie znów broń! krzyknął kapitan.
I miał słuszność; cała gromada gwałtownie napadła na nas; rozległo się przeraźliwe wycie i ryki. Straszne groziło nam niebezpieczeństwo.
— Naprzód! krzyknął Banks.
— Ognia krzyknął Hod.
Do gwałtowniejszego gwizdu maszyny, łączył się odgłos wystrzałów. Ale trudno było strzelać celnie do tak zbitej masy i trafiać we wskazane przez kapitana miejsca. Kule nasze zadawały rany, ale nie zabijały; zadane rany zwiększały wściekłą zajadłość słoni, na wystrzały odpowiadały razami kłów swoich, któremi przebijały ściany naszego Steam-House.
Maszynista powiększał ciągle ciśnienie pary; Stalowy Olbrzym pędził druzgocząc i rozpędzając gromadę; ruchoma trąba jego, podnosząc się i opuszczając, uderzała w ciała zbitej masy słoni. Posuwaliśmy się ku jeziorowi.
W tem trąba jedna uderzyła o przednią werandę i chwytając pułkownika Munro o mało nie rzuciła go pod nogi słoni; co nastąpiłoby niezawodnie, gdyby Kalagani nie był przeciął trąby silnem uderzeniem siekiery.
Przez cały czas nie spuszczał on z oka pułkownika, najtroskliwszą otaczając go opieką; ta jego nieustanna pieczołowitość o bezpieczeństwo sir Edwarda, zastanawiała nas wszystkich.
W tem rozległ się nowy trzask; słonie rozbiły drugi wagon, przygniatając go do przydrożnej skały.
— Przechodźcie do nas! krzyknął Banks, do broniących tyłu.
Gumi, sierżant Mac-Neil i Fox wpadli prędko do pierwszego wagonu.
— A gdzież Parazard? zapytał kapitan.
— Nie chce opuścić kuchni, odpowiedział Fox.
— Porwijcie go gwałtem!
Widać kucharz nasz uważał sobie za hańbę opuszczenie powierzonego stanowiska; ale Gumi ujął go w swe silne ramiona i wniósł do sali jadalnej.
— Jesteście tu już wszyscy? zapytał Banks.
— Tak, panie, odrzekł Gumi.
— Odłączyć pierwszy pociąg!
— Porzucić połowę naszego przenośnego domu!...
— Ależ to niepodobna! krzyknął kapitan Hod.
— Nie ma innej rady! odrzekł Banks.
Przecięto łączące z sobą pociągi sztaby i łańcuchy, odrąbano przejście, tylny pociąg pozostał na drodze. Słonie rzuciły się na niego, gniotąc całym swoim ciężarem, zamieniając w bezkształtne szczątki, zagradzające drogę po za nami. Trzeba było wszelkich dołożyć usiłowań, aby drugi pociąg uchronić od podobnego losu, gdyż inaczej, bylibyśmy zgubieni.
Już tylko pół kilometru oddzielało nas od jeziora Puturia — ostatnie wysilenie mogło nas ocalić. Stor otworzył wielki regulator; Stalowy Olbrzym party nową siłą, szarpał stalowemi kłami ciało cisnących się przed nim słoni; puszczał na nich tumany parzącej pary i strumienie wrzącej wody; nareszcie jezioro ukazało nam się na zakręcie drogi.
Jeszcze dziesięć minut — a będziemy ocaleni.
Zrozumiały to widać słonie, i chciały gwałtem obalić pociąg. Odpowiedzieliśmy wystrzałami. Kule sypały się jak grad, dosięgając najpierwszych szeregów; już zaledwie tylko pięciu czy sześciu zagradzało nam drogę; wielu padało ciężko rannych i zabitych; pociąg pędził po krwią zbroczonym gruncie.
Nareszcie dotarliśmy się na brzegi jeziora i wkrótce pociąg unosił się na jego spokojnych falach.
— Dzięki ci Boże! zawołaliśmy.
Rozwścieczonych dwóch czy trzech słoni, rzuciło się w jezioro, pragnąc ścigać na jego powierzchni tych których nie zdołali zniweczyć na lądzie. Ale łapy naszego olbrzyma spełniały swoje zadanie, pociąg prędko oddalał się od brzegu, a kilka dobrze wycelowanych strzałów, uwolniło nas od tych strasznych wrogów, właśnie w chwili gdy już miały wedrzeć się na tylną werandę.
— No, cóż teraz powiesz kapitanie, o poczciwości i łagodności indyjskich słoni? zapytał Banks.
— Bah! zawołał, w każdym razie niewarte tygrysów. Gdyby zamiast całej setki tych gruboskórców, napadło było na nas tylko trzydziestu tygrysów, klnę się na czem świat stoi, że ani jeden z nas nie pozostałby przy życiu, aby opowiedzieć całą przygodę!






X.

Jezioro Puturia.

Jezioro Puturia, na którem Steam-House znalazł czasowe schronienie, leży o czterdzieści kilometrów od Dumoh, stolicy prowincyi angielskiej tegoż nazwiska. Miasto to liczy 12.000 mieszkańców: stoi w niem stale mały garnizon angielski.
Co do nas, nie mogliśmy, jak się zdawało, obawiać się już niczego gorszego nad tę walkę ze słoniami, z której wprawdzie wyszliśmy cało, ale postradaliśmy jeden wagon i większą część naszych przyrządów.
I ani można było myśleć o ocaleniu wagonu, który leżał rozbity o skały, a po stratowaniu przez słonie, pozostały z niego same tylko szczątki.
A wagon ten nietylko mieścił w sobie pomieszkania części osób należących do wyprawy, ale także zapasy żywności i amunicyi. Pozostało nam zaledwie dwanaście naboi, ale prawdopodobnie nie będziemy potrzebowali posługiwać się bronią palną przed przybyciem do stacyi Jubbulpore. Ciężka jednak i trudna była sprawa z brakiem żywności, której żadnych a żadnych nie mieliśmy zapasów, gdyż spiżarnia znajdowała się w rozbitym wagonie. Gdyby nawet udało nam się dojechać nazajutrz do stacyi odległej jeszcze o 70 kilometrów, to trzeba będzie całe dwadzieścia cztery godzin obejść się bez jedzenia.
Ha! trudna rada, musimy się poddać tej smutnej konieczności, która najwięcej dawała się uczuć panu Parazardowi, i przywodziła go do rozpaczy. Cierpiał niewymownie nad stratą swoich zapasów spiżarnianych, swej piwnicy i kuchni, wraz z należącemi do niej przyrządami. Nie ukrywał swej boleści, i ani myśląc o strasznem niebezpieczeństwie, jakiego uniknęliśmy prawie cudem, o mało nie płakał nad najwięcej obchodzącemi go stratami.
W chwili gdy zebrawszy się w salonie, naradzaliśmy się co należy czynić w tak trudnych okolicznościach, pan Parazard ukazał się w progu i z uroczystą miną oznajmił iż ma coś nadzwyczaj ważnego do powiedzenia.
— Mów więc, panie Parazard, rzekł pułkownik Munro, skinąwszy aby się zbliżył.
— Panowie, rzekł poważnie czarny nasz kuchmistrz, wiadomo wam że wszelkie zapasy mieszczące się w drugim wagonie, stały się pastwą tej przeklętej katastrofy... ale gdyby nawet coś z nich zostało uratowanem, nie na wieleby się zdało, bo w braku kuchni niepodobnaby mi było przyrządzić wam choćby najskromniejszego posiłku.
— Wiemy o tem, panie Parazard, odrzekł pułkownik; bardzo to niemiła przygoda, ale zniesiemy ją filozoficznie, i jeźli trzeba, będziemy pościć a nawet suszyć ...
— Tak, ale jakże to boleśnie dla mnie! tem więcej że patrząc na tę gromadę nacierających na nas słoni, z których tylu padło od morderczych kul jakiemi pozbawialiście ich panowie życia...
— Fiu! fiu! panie Parazard, jakże pięknie się wyrażasz! rzekł kapitan; gdybyś wziął tylko kilka lekcyj, dorównałbyś wymową panu Mateuszowi Van Guit.
Parazard uwierzył w komplement i podziękował ukłonem; poczem westchnąwszy mówił dalej:
— Niestety! panowie, ominęła mnie sposobność świetnego wykazania kuchmistrzowskich moich zdolności. Cokolwiek o tem mówią i piszą, to pewna przecież że mięso słoni nie ze wszystkich części nadaje się do kuchni, z niektórych bowiem jest bardzo łykowate i twarde... Ale w tej olbrzymiej masie ciała znajdują się dwa wyborowe kawałki, godne zdobić stół samego wicekróla Indyj. Mamże je wymieniać? czyż potrzeba mówić że ozór słonia jest niezrównanie delikatny i smaczny, zwłaszcza jeźli jest przyrządzony sposobem mnie wyłącznie znanym... nogi zaś tego gruboskórca...
— No! no! otóż i naukowa nazwa! winszuję panie Parazard, rzekł kapitan.
— Z nóg tedy słonia, mówił dalej, można sporządzić przewyborną zupę, której równej nie ma na świecie!...
— Aj! aj! panie Parazard, tak zachwalasz tę zupę, że aż nam ślinka do ust idzie, rzekł Banks; ale nieszczęściem z jednej, a szczęściem z drugiej strony, słonie nie podążyły za nami aż dotąd; tak więc, choć z bólem serca, musimy na teraz przynajmniej, wyrzec się zupy z nóg i potrawki z ozora słonia, tego, jak zapewniasz nader smacznego ale i bardzo niebezpiecznego zwierza.
— Gruboskórca, powiedziałby Mateusz Van Guit, dodał śmiejąc się kapitan.
— Przecież nie ma w tem nic niemożliwego, odrzekł kucharz, żeby powrócić na ląd dla ich zdobycia?
— Owszem, jest to zupełnie niemożebne odrzekł Banks nie możemy dla smacznych kąsków narażać się na niebezpieczeństwo.
— A więc niech mi wolno będzie powiedzieć jak boleśnie dotyka mnie to przykre niepowodzenie.
— Boleść twoja, panie Parazard, wielkie budzi w nas współczucie, ale trudna rada, trzeba się poddać losowi. To też nie martw się, i przed przybyciem do stacyi Jubbulpore, nie myśl ani o śniadaniu ani o obiedzie, rzekł mu pułkownik.
— Nie pozostaje mi jak złożyć moje uszanowanie i odejść, rzekł kłaniając się.
Gdyby nie ważne zajmujące nas okoliczności, bylibyśmy naśmieli się szczerze z powagi i utrapień naszego kuchmistrza.
Do tylu przebytych niebezpieczeństw dołącza się trudność prawie niezwalczona. Banks oznajmił nam że ani brak amunicyi nie był tak groźnym dla nas jak brak paliwa. Od 48 godzin nie było możności odnowienia zapasów drzewa, niezbędnego do podniecania rachu maszyny, za przybyciem do jeziora, wyczerpaliśmy ostatki, gdyby trzeba było pędzić tak do niego jeszcze godzinę, pociąg nasz stanąłby na drodze i drugi wagon doznałby losu pierwszego.
— Więc położenie nasze uważasz za groźne? zapytał pułkownik.
— Gdyby szło tylko o powrót na wybrzeże, od którego nie bardzośmy daleko odpłynęli, odrzekł Banks, rzecz byłaby możliwa, bo w kwadrans mogliśmy dobić do brzegu, ale przezorność prosta nie dozwalała powracać tam gdzie słonie niezawodnie znajdują się jeszcze. Koniecznie trzebaby przepłynąć jezioro Puturia, i na południowej jego stronie szukać miejsca wylądowania.
— Jakaż może być w tem miejscu szerokość jeziora? zapytał pułkownik.
— Kalagani oblicza ją na siedm do ośmu mil. W obecnych warunkach, do ich przebycia potrzebaby kilku godzin, a powtarzam iż przed upływem trzech kwadransy maszyna stanie.
— A więc trzeba nam spędzić noc na jeziorze skoro jesteśmy tu bezpieczni, a jutro ze dniem uradzimy co czynić, rzekł pułkownik.
Rzeczywiście nie było innej rady, a wszyscy bardzo potrzebowaliśmy wypoczynku. Zeszłej nocy, oblężeni przez słonie, nie zamknęliśmy prawie oka, zmęczenie i bezsenność dawały nam się uczuć.
Około siódmej, lekka mgła zaczęła się unosić nad jeziorem. Już uprzedniej nocy ciemne chmury zalegały obłoki; wtedy mgły unosiły się o setki stóp nad ziemią, tu, z powodu parowania wód, kłębiły się nad samą ich powierzchnią, tak że w krótce zupełnie prawie je zasłoniły. Była to jedna trudność więcej, na którą słusznie Banks zwrócił uwagę.
Zgodnie z jego zapowiedzią, około wpół do ósmej, dały się słyszeć ostatnie, słabe gwizdnięcia Stalowego Olbrzyma, łapy naszego słonia przestały uderzać w wodę, ciśnienie zeszło do jednej atmosfery. Nie było ani możności zdobycia go. Olbrzym Stalowy i jedyny już teraz wagon unosił się spokojnie na wodzie, ale ani o krok nie posuwał.
W pośród tak gęstej mgły niepodobna było oznaczyć ściśle w jakiem znajdujemy się położeniu. Przez krótki czas, w ciągu którego maszyna funkcyonowała, pociąg nasz zwrócił się ku południowo-wschodniemu wybrzeżu jeziora, aby w tej stronie szukać miejsca wylądowania. Ponieważ jezioro Puturia ma kształt okrągławo-podługowaty, mogło więc być, że Steam-House nie był bardzo oddalony od jednego z wybrzeży
Rozmawialiśmy robiąc najrozmaitsze przypuszczenia jakie mogą być następstwa obecnego naszego położenia nareszcie Banks oznajmił że trzeba zasięgnąć rady Kalagani’ego.
Przywołany Indus przybył natychmiast. Byliśmy wszyscy w sali jadalnej, oświetlonej z góry, niemającej więc okien w bocznych ścianach. Tym sposobem światło lamp zapalonych nie przedzierało się na zewnątrz; ostrożność ta była bardzo właściwą, gdyż nie dozwalała poznać włóczącym się może na wybrzeżach złoczyńcom, w jak trudnem znajdujemy się położeniu.
Tak mi się przynajmniej zdawało, że na zadane mu pytania, Kalagani z początku wahał się odpowiedzieć. Wprawdzie niełatwe było to zadanie, bo należało oznaczyć stanowczo jakie położenie pociąg nasz zajmuje na wodach jeziora; może słaby wiatr północno-zachodni oddziaływał coś na Steam-House, a może i sam prąd popychał go ku niższej części jeziora? Tak więc to jedynie mogło być powodem wahania Kalagani’ego.
— Odpowiedz-że mi, Kalagani, rzekł nalegająco Banks, znasz przecie dobrze rozległość jeziora Puturia?
— Bezwątpienia, odpowiedział Indus, ale podczas takiej mgły, trudno jest bardzo...
— Czy nie możesz choćby w przybliżeniu oznaczyć w jakiej znajdujemy się odległości od któregoś z najbliższych wybrzeży?
— Owszem, zdaje mi się że nie będzie więcej jak półtory mili.
— Ku wschodowi?
— Tak.
— Więc gdybyśmy dobili do tego brzegu, bylibyśmy bliżej Jubbulpore niż Dumoh?
— Tak jest.
— A więc trzebaby dostać się do Jubbulpore, aby zaopatrzyć się w żywność, ale któż wie kiedy zdołamy dostać się do brzegu? Może za dzień, za dwa, a wszelkie zapasy są wyczerpane.
— Ależ jeden z nas mógłby przynajmniej spróbować tej jeszcze nocy dostać się na ląd, rzekł Indus.
— Jakim sposobem?
— Przepływając jezioro.
— Przepłynąć półtory mili wpośród tak gęstej mgły! zawołał Banks, ależ byłoby to z narażeniem życia.
— Nie jest to jeszcze dostateczny powód aby przynajmniej nie spróbować, odrzekł Indus.
Sam nie wiem czemu, ale zdawało mi się koniecznie, że mówiąc to Kalagani nie był szczerym.
— Więc ryzykowałbyś się przepłynąć wpław jezioro? zapytał pułkownik, bacznie wpatrując się w Indusa.
— Tak, pułkowniku, i mam powody spodziewać się że tego dokonam.
— W takim razie, mój przyjacielu, oddałbyś nam nieocenioną przysługę, rzekł Banks. Dostawszy się na ląd, z łatwością doszedłbyś do stacyi Jubbulpore i sprowadził nam ztamtąd potrzebną pomoc.
— Jestem gotów, odrzekł tylko Indus.
Myślałem że pułkownik podziękuje naszemu przewodnikowi oświadczającemu się z gotowością spełnienia tak niebezpiecznego zadania; lecz ten wpatrzywszy się w niego baczniej jeszcze jak pierwej, zawołał Gumi’ego.
— Gumi, rzekł, gdy tenże przyszedł, wszak pływasz doskonale?
— Tak, panie pułkowniku.
— Czy nie byłoby za trudnem dla ciebie przepłynąć dziś w nocy półtory mili przez spokojne fale jeziora?
— Choćby i dwie mile.
— Oto widzisz, Kalagani ofiaruje się przepłynąć jezioro do wybrzeża znajdującego się najbliżej stacyi Jubbulpore; a tak na jeziorze jak w całej tej części Bundelkundu, dwóch ludzi odważnych i roztropnych, pomagających sobie wzajemnie, łatwiej daleko niż jeden mogą dojść do zamierzonego celu. Czy chcesz towarzyszyć Kalagani’emu?
— W każdej chwili, pułkowniku.
— Nie potrzebuję nikogo, odrzekł Kalagani, ale jeźli pułkownik tego żąda, zgadzam się aby Gumi mi towarzyszył.
— A więc ruszajcie z Bogiem, rzekł Banks, i bądźcie tak przezorni jak jesteście odważni.
— Następnie pułkownik zawołał Gumi’ego, i po cichu dał mu jakieś zlecenia. W pięć minut potem, dwaj Indusi związawszy ubranie w węzełki trzymane po nad głową, rzucili się w fale jeziora. Mgła ciągle tak była gęsta, iż po kilku poruszeniach w wodzie, nie mogliśmy ich już dostrzedz.
Zapytałem pułkownika dlaczego żądał koniecznie aby Gumi towarzyszył Kalagani’emu?
— Wiecie co, przyjaciele, rzekł sir Edward Munro, dotąd nie podejrzywałem wierności tego Indusa, ale obecnie zdaje mi się iż to co nam mówił nie jest prawdą.
— Ja także podejrzywam go że chce nas oszukać.
— Co do mnie, nie dostrzegłem nic podobnego, rzekł inżynier.
— Jestem pewny, że ofiarując nam dopłynąć do lądu, Kalagani miał w tem jakieś swoje widoki, które ukrywa przed nami, rzekł pułkownik.
— Jakież mógłby mieć zamiary? spytał Banks.
— Tego nie wiem, ale niezawodnie nie dla szukania pomocy dla nas pragnie popłynąć do Jubbulpore.
— Co mówisz, pułkowniku? zawołał kapitan Hod.
Banks zmarszczył brwi i rzekł do pułkownika:
— Edwardzie, Indus ten okazywał się dotąd wiernym i szczególniej troskliwym o ciebie — i ty utrzymujesz że chce nas zdradzić?.. Czy masz na to jaki dowód?
— Gdy mówił do nas, skóra jego poczerniała, a u ludzi miedzianej cery jest to dowodem kłamstwa. Więcej jak dwadzieścia razy miałem sposobność sprawdzić to spostrzeżenie na Indusach i Bengalisach, i nigdy mnie nie zawiodło. Mogę was więc zapewnić że Kalagani nie mówił prawdy.
Sir Edward Munro miał słuszność; ilekroć Indusi kłamią, zamiast rumienić się jak europejczycy, oni czernieją. Pułkownik był zanadto bystrym aby tego nie dostrzedz.
— Ale za cóż miałby nas zdradzać i jakież mógłby mieć zamiary? zapytał Banks?
— Tego dowiemy się później... może zapóźno, odrzekł sir Munro.
— Co! zapóźno, krzyknął kapitan, przecież nic strasznego nam nie zagraża?
— W każdym razie dobrze zrobiłeś pułkowniku, wyprawiając z nim Gumi’ego, rzekł Banks, ten do śmierci wierny nam pozostanie. Jest bystry, przenikliwy, gdyby więc dostrzegł coś podejrzanego, potrafi...
— Tem więcej że go uprzedziłem, rzekł pułkownik, więc przestrzeżony, będzie się miał na baczności i nie da się podejść swemu towarzyszowi.
— Teraz więc nie pozostaje nam jak czekać dnia; mgła opadnie zapewnie gdy słońce wzejdzie, wtedy zobaczymy co czynić należy, powiedział inżynier.
Rzeczywiście nic innego nam nie pozostawało — więc i tę noc trzeba było spędzić zupełnie bezsennie.
Mgła stała się gęstszą jeszcze, ale szczęściem, nic nie zapowiadało burzy, która mogłaby stać się dla nas przyczyną zguby, gdyż pociąg nasz mógł unosić się na wodzie, ale nigdy nie zdołałby oprzeć się rozhukanym falom. Można się było spodziewać że gdy mgły opadną, nad ranem piękna zajaśnieje pogoda.
Służba pomieściła się w sali jadalnej, my znowu pokładliśmy się w salonie na sofkach, niewiele rozmawiając, ale za to przysłuchując się bacznie, choćby najlżejszym odgłosom dochodzącym nas z zewnątrz.
W tem nagle, około drugiej po północy, ryk dzikich zwierząt zakłócił ciszę nocną. To dało nam poznać że ląd znajdował się w kierunku południowo-wschodnim, ale w dość znacznej oddali; ryk słabo słyszeć się dawał, Banks ocenił że pochodzi z odległości przynajmniej mili. Widać gromada dzikich zwierząt przybyła na przeciwny koniec jeziora, aby ugasić pragnienie.
Wkrótce mogliśmy się przekonać że pod wpływem lekkiego wiatru, pociąg nasz powoli ale nieustannie przysuwał się do wybrzeża, bo nietylko ryk zwierząt stawał się coraz wyraźniejszym, ale można było rozróżnić ryk tygrysa i wycie panter.
— A! jakaby to była wyborna sposobność zabić pięćdziesiątego! zawołał z westchnieniem kapitan.
— Nadarzy ci się inna, kochany kapitanie, rzekł Banks, bo spodziewam się że gdy dzień zaświta a my przybijemy do lądu, dzikie zwierzęta ustąpią nam z drogi.
— Czy nie możnaby zapalić ogni elektrycznych? zapytałem.
— Czemu nie? odrzekł Banks, na całej tej części wybrzeża nie ma zapewnie nikogo prócz zwierząt pijących wodę jeziora, tak więc oświetlenie nas nie zdradzi.
Na rozkaz Banks’a puszczono dwie wiązki światła elektrycznego w kierunku południowo-wschodnim. Ale światło to nie było zdolne przebić tak gęstych ciemności; oświecało ono tylko niewielkie półkole przed Steam-House, tak więc nie mogliśmy dostrzedz wybrzeży. Jednakże coraz głośniejszy ryk i wycie zwiastowały że coraz więcej zbliżamy się do lądu. Widać gromada zwierząt musiała być bardzo liczna, i nic dziwnego, ponieważ wszystkie znajdujące się w tej części Bundelkundu, gaszą pragnienie w jeziorze Puturia.
— Żeby tylko Kalagani i Gumi nie stali się ich ofiarą, rzekł kapitan Hod.
— Co do Gumi’ego, nie od tygrysów grozi mu niebezpieczeństwo, odrzekł sir Munro.
Widocznie powzięte podejrzenia coraz więcej utwierdzały się w umyśle pułkownika Munro, a ja podzielałem je w zupełności. A jednak dobre sprawowanie się Kalagani’ego od czasu naszego przybycia w okolice Himalaya, niezaprzeczone usługi jakie nam oddał, poświęcenie jakiego dwukrotnie dał dowody, kiedy z narażeniem własnego życia, uratował sir Edwarda Munro i kapitana Hod — wszystko to przemawiało za nim. Lecz gdy raz zwątpienie i nieufność zrodzą się w umyśle, zapominamy co było, myśląc tylko i obawiając się o przyszłość.
Ale co mogłoby popychać Indusa aby nas zdradzał? Czyżby żywił dla nas jakąś osobistą nienawiść? niepodobna! żadnego przecie nie miał do tego powodu... I pocóż więc miałby ściągać nas w zasadzkę? daremnie łamaliśmy sobie głowy, żaden nie mógł wynaleźć jakiegoś prawdopodobnego powodu, to też z niewysłowioną niecierpliwością czekaliśmy rozwiązania naszego niepokojącego położenia.
Około czwartej rano, krzyki zwierząt ucichły nagle; ale to szczególniej zwróciło naszą uwagę, że nie stopniowo jedne po drugich, ale zdawało się że nagle, jak gdyby skutkiem nieprzewidzianego przestrachu. W jednej chwili po wrzawie nastała cisza; musiał więc być jakiś tego powód, którego nieznajomość zwiększała niepokój.
Przezorność nakazywała zgasić światło; gdyż jeźli zwierzęta uciekły spłoszone zgrają włóczęgów włóczących się po drogach Bundelkundu, należało ukryć światło aby nie zdradzić smutnego naszego położenia.
Teraz już nawet plusk wody nie zakłócał milczenia; wietrzyk ustał; nie można było zmiarkować czy prąd popychał jeszcze statek ku wybrzeżom. Ale dzień zapewnie lada chwila zabłyśnie i rozpędzi mgły, które teraz zapełniały już tylko niższe strefy powietrza.
Spojrzałem na zegarek, była godzina piąta; mgła nie ustępowała, nie mogliśmy jeszcze nic dojrzeć; trzeba było uzbroić się w cierpliwość.
Pułkownik Munro, Mac-Neil i ja wyglądaliśmy oknem salonu; Fox, Kalut i pan Parazard wyglądali z sali jadalnej; Banks i Stor byli w wieży, a kapitan Hod siadł jak na konia na olbrzymi grzbiet naszego słonia tuż koło jego trąby, niby majtek na przodzie okrętu, i wszyscy wyczekiwaliśmy niecierpliwie aż który pierwszy zawoła: Ziemia!
Nareszcie pierwsze promienie wschodzącego słońca przedarły mgłę; na południo-wschodzie ukazał się brzeg jeziora; a w oddali lesiste wzgórza.
— Ziemia! krzyknął kapitan Hod.
Pociąg nasz pływający znajdował się wtedy o jakie dwieście metrów od przystani Puturia, ale oddalał się od niej popychany wiatrem północno-zachodnim jaki zrywać się zaczął. Wybrzeże zdawało się zupełnie puste, nie widać było ani ludzkiej jakiejś istoty, ani zwierzęcia. Jak okiem dojrzeć można było wśród drzew, ani śladu fermy, lub pomieszkań; zdawało się więc że można wylądować bezpiecznie.
Z pomocą wiatru, bez trudności dopłynęliśmy do piasczystego wybrzeża. Brak pary nie dozwalał poradzić się bussoli i udać w kierunku drogi do Jubbulpore. Nie tracąc chwili czasu, pospieszyliśmy za kapitanem Hod, który najpierwszy skoczył na wybrzeże.
— Paliwa! szukajmy paliwa! krzyknął Banks; za godzinę pociąg będzie mógł ruszyć.
Łatwo było o drzewo, bo na gruncie leżało mnóstwo suchych gałęzi, które można było zużytkować natychmiast. Dość było nałożyć go na ognisko i napełnić niem tender. Wszyscy zabraliśmy się do roboty; sam tylko Kalut pozostał przy kotłe, podczas gdy my gromadziliśmy zapas wystarczający najmniej na dwadzieścia cztery godzin, aby można było dojechać do stacyi Jubbulpore, gdzie z łatwością zaopatrzymy się w węgiel. Pan Parazard będzie mógł pożyczyć sobie ognia od Kaluta i przyrządzić nam cobądź, byle tylko jako tako głód zaspokoić.
W jakie trzy kwadranse, para dosięgła dostatecznego ciśnienia, Olbrzym Stalowy został wprawiony w ruch i mógł wydostać się na wybrzeże tuż przy drodze.
— Do Jubbulpore! krzyknął Banks.
Ale Stor nie zdążył jeszcze nakierować regulatora, gdy na skraju lasu rozległy się wściekłe wrzaski, i banda złożona co najmniej ze stu pięćdziesięciu Indusów rzuciła się na Steam-House. Zanim zdołaliśmy zrozumieć co się dzieje, wieża Stalowego Olbrzyma, wagon, przód i tył pociągu zostały przez nich opanowane. Pochwycili nas i odciągnęli o jakie pięćdziesiąt kroków od pociągu — ucieczka była niemożebną.
Łatwo wyobrazić sobie nasz gniew i wściekłość, skoro zmuszeni byliśmy patrzeć bezczynnie na straszną scenę rabunku i zniszczenia. Indusi zawzięcie siekierami rąbali Steam-House; wkrótce nie pozostało ani śladu z mebli, sprzętów i całego urządzenia. Ogień dokonał czego nie zdołały zniweczyć siekiery; w kilka minut spłonęło wszystko co tylko ogień mógł pochłonąć.
— A! hultaje! łotry! zbrodniarze! krzyknął kapitan Hod, tak się wyrywając iż zaledwie kilku Indusów mogli go powstrzymać. Ale zarówno jak my, daremnie miotał się i wymyślał Indusom, którzy zdaje się nawet tego nie rozumieli, — o ucieczce myśleć nawet nie można było.
Zgasły ostatnie płomienie i z naszego pięknego przenośnego domu pozostał tylko bezkształtny szkielet. Z kolei Indusi rzucili się na Stalowego Olbrzyma, którego koniecznie pragnęli obrócić w niwecz — ale temu podołać nie mogli. I ogień i siekiery okazały się bezsilne tak względem metalowego ciała sztucznego słonia jako też i względem ukrytej w nim maszyny. Pomimo największych usiłowań pozostał nienaruszony, co widząc kapitan Hod wydawał szalone okrzyki zarazem radości i gniewu.
W tej chwili ukazał się jakiś człowiek, widać przywódzca Indusów, gdyż cała banda skupiła się koło niego. Inny jakiś mu towarzyszył. Teraz wszystko się wyjaśniło; był to nasz przewodnik Kalagani.
Gumi’ego nie było nigdzie; wierny nam znikł — zdrajca pozostał. Dobry i poczciwy sługa zapewnie życiem przypłacił swoję wierność i poświęcenie, i nigdy go już nie zobaczymy. Kalagani podszedł ku pułkownikowi Munro, i najobojętniej, nie spuszczając oczu, rzekł wskazując na niego:
— Oto ten!
Na jego skinienie pochwycono i uniesiono pułkownika Munro i znikł wśród lasu otoczony bandą rabusiów, w kierunku południa, nie mogąc powiedzieć nam ani słówka lub pożegnać uściśnieniem dłoni.
wszyscy rzuciliśmy się chcąc wyrwać go z rąk Indusów — daremnie! przytrzymywało nas pięćdziesięciu Indusów którzy powalili nas na ziemię, grożąc zamordowaniem jeźli się będziem opierać.
— Nie brońmy się! zawołał Banks.
Inżynier miał słuszność; w tej chwili nie mogliśmy nic uczynić dla ocalenia pułkownika Munro, przedewszystkiem należało myśleć o przyszłości.
W kwadrans później, Indusi puścili nas i pobiegli w ślad pierwszej bandy; chcieliśmy pogonić za nimi, nie zastanawiając się że nie zdołamy przynieść żadnej pomocy pułkownikowi Munro.
— Stójcie zawołał Banks,
Byliśmy posłuszni.
Wyraźnie więc Indusi naprowadzeni przez Kalagani’ego tylko dla pochwycenia pułkownika Munro urządzili zasadzkę. Jakież zdrajca ten mógł mieć zamiary? Widocznie działał w cudzej sprawie... ale czyjeż spełniał rozkazy?... Nana Sahib przyszedł mi na myśl!...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Na tem skończył się rękopism Maucler’a. Młody Francuz wkrótce potem powrócił do kraju i nie był już świadkiem wydarzeń stanowiących zakończenie tego dramatu. Później jednak dowiedzieliśmy się o wszystkiem, i ułożywszy w formie powieści, podajemy dla uzupełnienia tej podróży po Indyach północnych.






XI.

Oko w oko.

Gdy Indostan został nareszcie uwolniony od Tugów którzy tak krwawemi zgłoskami zapisali się na kartach jego dziejów, miejsce ich zajeli godni pod każdym względem następcy, tak zwani Dakoici, którzy w rzeczywistości byli tylko zreformowanymi Tugami. Złoczyńcy ci zmienili sposób wykonywania i cel swych morderstw — ale nie zaprzestali bynajmniej zabijać i mordować.
Nie chodziło już o składanie ofiar dzikiej Kali, bogini śmierci; dzicy ci fanatycy obecnie już nie duszą, ale trują aby okradać i obdzierać. Dusicieli zastąpili praktyczniejsi ale równie straszni zbrodniarze.
Dakoici, stanowiący oddzielne bandy w pewnych częściach półwyspu, przyjmują do swego grona wszelkich zbrodniarzy i morderców jacy zdołają wymknąć z sideł policyi anglo-indyjskisj. Dzień i noc uwijają się po głównych drogach, szczególniej w więcej dzikich okolicach, i powszechnie jest wiadome że Bundelkund najlepiej się nadaje i często bywa widownią tych scen gwałtu i rabunku. Często rabusie ci zbierają się licznie i napadają na jakąś odosobnioną wioskę. Wtedy ucieczka jest jedynym ratunkiem ludności, ci zaś którzy wpadną w ręce Dakoitów, stają się ofiarą najstraszniejszych morderstw i męczarni.
Pułkownik Munro dostał się w moc bandy Dakoitów, naprowadzonych przez Kalagani’ego; skrępowawszy, powlekli go drogą wiodącą do Jubbulpore. Od chwill zawiązania stosunków z mieszkańcami Steam-House, całe postępowanie jego było jednym ciągiem matactwa i zdrady. Był on wysłańcem Nana-Sahiba, który wybrał go za narzędzie mające ułatwić mu zemstę.
Czytelnicy nasi pamiętają zapewnie, iż podczas uroczystości Moharum, w Bopalu, dnia 24. maja, Nana-Sahib wmięszał się zuchwale między tłum i tam dowiedział się o wyjeździe sir Edwarda Munro do prowincyj północnych. Na jego rozkaz, Kalagani, jeden z najbezgraniczniej sprawie i osobie jego oddanych Indusów, opuścił Bopal, śledził nieustannie za śladem pułkownika, ścigał wszędzie i nie tracił z oczu, gotów choćby życie swoje narazić, i nie zaniedbując niczego co dozwoliłoby mu dostać się do otoczenia nieubłaganego wroga Nana-Sahiba, którego pragnął zguby.
Kalagani udał się natychmiast w kierunku prowincyi północnych. W Kawnpore spotkał pociąg Steam-House; od tej chwili ścigał go wszędzie nie pokazując się nigdy, i czekając sposobności która się nie nastręczała. I dla tego także gdy pułkownik z towarzyszami osiedlił się czasowo w sanitarium Himalaya, zgodził się wejść do służby Mateusza Van Guit.
Bystry i przebiegły odgadł instynktowo że niezawodnie zawiążą się ścisłe stosunki między kraalem i sanitarium; jakoż nie zawiodły go wyrachowania, a nadto udało mu się, zaraz od pierwszego spotkania, nietylko zwrócić na siebie uwagę pułkownika Munro, ale nawet nabyć prawa do jego wdzięczności.
Postawił więc na swojem. Czytelnicy pamiętają że następnie Indus często przychodził do Steam-House, znał zawczasu nasze zamiary i zamierzony przez Banks’a kierunek podróży. Odtąd całe postępowanie jego do jednego tylko zmierzało celu: starać się wszytkiemi sposobami aby został przyjęty na przewodnika naszej wycieczki na południe.
Dla dopięcia tego zamiaru nie wahał się narazić nietylko życie innych ale i swoje. Umyślił sobie iż jeźli zacznie towarzyszyć nam w podróży jako zostający jeszcze w usługach Mateusza Van Guit, nikt nie poweźmie najmniejszego podejrzenia i może uda mu się tak rzecz nakierować, iż sam pułkownik zaofiaruje mu czego tak usilnie pragnął.
Aby to mogło nastąpić, potrzebował pozbawić dostarczyciela jego bawołów do zaprzęgu, co musiało zniewolić go uciec się do pomocy Stalowego Olbrzyma. Dlatego nie omieszkał korzystać z owej niespodziewanej napaści dzikich zwierząt, i nie troszcząc się jak straszne może to ściągnąć następstwa, niepostrzeżenie odsuną sztaby żelazne, podtrzymujące bramę kraalu. Tygrysy i pantery rzuciły się do wnętrza, bawoły się rozpierzchły lub zostały rozszarpane, kilku Indusów śmierć znalazło, ale plany Kalagani’ego zostały uwieńczone powodzeniem. Mateusz Van Guit zniewolony był prosić pułkownika Munro, aby dostawił jego menażeryę do stacyi kolei w Etawah.
Ztamtąd miał już wieźć ją dalej koleją żelazną i oddalić chikarisów jako już niepotrzebnych, co odnosiło się także i do Kalagani’ego. Wtedy to Indus udał bardzo zakłopotanego co z sobą zrobić i Banks mu uwierzył. Inżynier sądził że ten Indus tak rozgarnięty i wierny, i tak doskonale znający całą tę część Indji, będzie im mógł być bardzo użyteczny, i dlatego wziął go za przewodnika aż do Bombay — odtąd już losy wyprawy zostawały w ręku Kalagani’ego. Któżby mógł przypuścić że ten Indus tak zawsze gotów do poświęceń może być zdrajcą!
Raz tylko Kalagani o mało się nie zdradził, wtedy gdy Banks mówił mu o śmierci Nana-Sahiba. Nie zdołał powstrzymać ruchu niedowierzania zwiastującego że nie może dać wiary słowom inżyniera — ale wszakże było przekonanie wszystkich Indusów, uważających legendowego nababa za istotę nadprzyrodzoną, której śmierć dosięgnąć nie może.
Czy ów dawny towarzysz z którym Kalagani spotkał się — bynajmniej nieprzypadkowo — podczas przechodu karawany Benżarisów, potwierdził czy zaprzeczył wiadomości o śmierci Nana-Sahiba, niewiadomo — to pewna że zdrajca nie wyrzekł się bynajmniej swoich niecnych zamiarów i pragnął doprowadzić je do skutku, jeźli nie na rachunek nababa, to na swój własny. I dlatego to skierował Steam-House w wąwozy Windhyasów, a podróżni przebywszy straszne wyż opisane przygody, przybyli nareszcie na brzegi jeziora Puturia, na wodach którego musieli szukać schronienia.
Kalagani zdradził się jednak wtedy gdy chciał opuścić pływający statek, pod pozorem iż pragnie udać się do Jubbulpore aby tam szukać żywności i opału. Pomimo jego panowania nad sobą, wydał prosty objaw fizyologiczny niemogący ujść bystrego oka pułkownika, który powziął podejrzenie aż nadto usprawiedliwione. Pozwolono mu odpłynąć, ale w towarzystwie Gumi’ego; obadwaj rzucili się w fale jeziora i w godzinę dopłynęli do południowo-wschodnich jego wybrzeży.
Płynęli więc tak w pośród ciemnej nocy; Gumi przestrzeżony aby się miał na baczności i pilnował Kalagani’ego, który nie domyślał się bynajmniej że jest podejrzywany — i to też Gumi’emu dawało nad nim przewagę.
Przez trzy godziny szli wielkim gościńcem ciągnącym się przez południowy łańcuch Windhyasów i prowadzącym do stacyi Jubbulpore. Mgła nie była tu tak gęsta jak na jeziorze; Gumi miał baczne oko na swego towarzysza i postanowił sobie że za pierwszym podejrzanym ruchem utkwi w piersi jego wielki nóż jaki miał za pasem, aby nie mógł szkodzić pułkownikowi i jego towarzyszom. Ale, niestety! pomimo całej swojej energii, wierny Indus nie mógł postąpić jak zamierzał.
Była to noc bezksiężycowa, tak czarna że o kilka kroków nic dojrzeć nie można było; nagle na zakręcie drogi dał się słyszeć głos jakiś przyzywający Kalagani’ego:
— Kalagani! czy to ty?
— Tak, Nassimie! odrzekł Indus.
W tejże chwlili[6] jakiś dziwny, ostry krzyk rozległ się z prawej strony drogi. Krzyk ten, był to tak zwany „kisri“ jaki wydają jako hasło dzikie plemiona Gondwana, dobrze znane Gumi’emu.
Zaskoczony niespodzianie, Gumi nie wiedział co począć. Gdyby nawet udało mu się zgładzić Kalagani’ego, to nie zdoła oprzeć się całej zgrai Indusów, którym krzyk ten zwiastował aby przybiegli natychmiast. Przeczucie jakieś mówiło mu że powinien uciekać aby przestrzedz towarzyszy. W tym celu powinien coprędzej wracać do jeziora, dopłynąć do Stalowego Olbrzyma i uprzedzić aby nie dopływali do brzegu. I dlatego w chwili gdy Kalagani zwrócił się do oczekującego nań Nassima, odskoczył na bok i znikł w przydrożnych żunglach. Gdy Kalagani powrócił ze swoim wspólnikiem, w zamiarze pozbycia się narzuconego mu przez pułkownika towarzysza, już go nie zastali na drodze.
Nassim, był to przywódzca bandy Dakoitów, całkiem oddany sprawie Nana-Sahiba; wysłał natychmiast ludzi aby przeszukali żungle i starali się koniecznie schwytać śmiałego zbiega. Ale pomimo największych usiłowań nie mogli tego dokonać; czy to z powodu ciemności; czy też Gumi ukrył się gdzieś tak dobrze, dość, że niepodobna go było znaleźć.
Ale nie zaniepokoili się tem wcale, bo czegóż nareszcie mogli się obawiać od Gumi’ego, wszelkiej pozbawionego pomocy, już o trzy godziny drogi oddalonego od jeziora Puturia, do którego w żaden sposób nie zdoła dobiedz przed nimi.
Po krótkiej naradzie przywódzcy Dakoitów z Kalaganim, którego rozkazów zdawał się oczekiwać, zwrócili się wraz z całą bandą na drogę wiodącą do jeziora Puturia, spiesznym przebywając ją krokiem.
Banda ta już od pewnego czasu przebywała w wąwozach Windhyasów, które opuściła jedynie dlatego iż Kalagani zdołał zawiadomić o rychłem przybyciu w te strony pułkownika Munro, przez owego Indusa towarzyszącego karawanie Benżarisów, a był to właśnie Nassim, znoszący się z kimś niewidzialnym, kierującym całą tą niegodziwą zmową.
Wszystko co odtąd miało miejsce, było wynikiem doskonale ułożonego planu, czego ani pułkownik Munro ani jego towarzysze domyśleć się, a tem samem i uniknąć nie mogli. To też gdy pociąg dopłynął do południowych wybrzeży jeziora, napadli na niego Dakoici, którym przywodził Nassim i Kalagani.
Jednakże chodziło im tylko o samego pułkownika Munro; o towarzyszy jego porzuconych bez żywności i schronienia nie troszczyli się i nie obawiali wcale; to też pochwycili jedynie pułkownika Munro, i o siódmej rano był już uprowadzony o sześć mil od jeziora Puturia. Nawet przypuszczać nie można było żeby go prowadzili ku stacyi Jubbulpore; to też pułkownik był pewny że zmierzają ku wąwozom Windhyas i że nigdy może nie zdoła się z nich wydostać.
Odważny i przygotowany na wszystko, nie tracił zimnej krwi; szedł spokojnie jak gdyby nie widział Kalagani’ego. Zdrajca ten szedł teraz na czele zgrai, której rzeczywistym był przywódzcą. O ucieczce myśleć nawet nie można było. Jakkolwiek pułkownik nie był skrępowanym, ale Dakoici otoczyli go tak zwartym szeregiem, iż w żadną stronę kroku postąpićby nie mógł — a zresztą schwytaliby niebawem. Zastanawiał się nad przyczyną i następstwami swego położenia. Nie przypuszczał nawet aby Nana-Sahib był sprężyną wszystkiego, gdyż wierzył temu że został zabity; sądził że zapewnie brat jego Balao Rao albo któryś z towarzyszy pragnął nasycić się zemstą której nabab poświęcił życie.
Myślał z boleścią o nieszczęśliwym Gumi, którego Dakoici nie pojmali. Czy udało mu się uciec? lub, co prawdopodobniej, czy pierwszy nie padł ofiarą? W każdym razie, zdawało się że na pomoc jego liczyć nie można było, bo gdyby nawet udało mu się dostać do Jubbulpore dla zawezwania pomocy, przybyłaby zapóźno. Jeźliby znów powrócił do Banksa i jego towarzyszy, to i ci bez broni i żadnych sposobów obrony, choćby puścili się za nim w pogoń, ocalić go nie zdołają.
Widzimy że pułkownik zimno i rozważnie zastanawiał się nad swojem położeniem; nie rozpaczał, nie upadał na duchu, ale chciał widzieć je w rzeczywistem świetle, zamiast łudzić się za mrzonkami, niegodnemi poważnego umysłu i człowieka nieustraszonej odwagi.
Cała banda szła bardzo spiesznie; zapewnie Nassim i Kalagani pragnęli przed zachodem słońca przybyć do jakiegoś umówionego miejsca, gdzie miał się rozstrzygnąć los pułkownika. Ale nietylko zdrajcom było pilno, i sir Edward Munro chciał jak najspieszniej dowiedzieć się jaki los go czeka.
Raz tylko, około południa, Kalagani kazał zatrzymać się na pół godziny. Dakoici mieli z sobą żywność, usiedli nad brzegiem strumienia aby ją spożyć. I pułkownikowi podano kawałek suchego mięsa i chleba — nie odmówił ich przyjęcia; nie jadł nic od wczoraj, a nie chciał sprawić tej radości swym wrogom, aby mu w ostatniej chwili zabrakło sił fizycznych.
Do tej chwili przebyli już przeszło szesnaście mil; Kalagani skinął i znów puszczono się w dalszą drogę, posuwając się ciągle w kierunku Jubbulpore. Dopiero około piątej wieczorem, Dakoici zeszli z gościńca na lewo, na boczną drogę; pułkownik Munro pojął doskonale, że teraz już tylko od samego Boga mógł spodziewać się pomocy.
W kwadrans później, zapuścili się w ciasny wąwóz na krańcu doliny Nerbudda, wiodący do najdzikszych okolic Bundelkundu. Miejscowość ta oddalona była o jakie 350 kilometrów od paalu Tandit, na wschód gór Santpurra. Tam, na jednym z ich szczytów, wznosiła się stara forteca Ripore, oddawna opuszczona, z powodu, iż w razie zajęcia wąwozów od strony wschodu przez nieprzyjaciół, niepodobna było zaopatrywać ją w żywność. Do fortecy tej prowadziła wązka nadzwyczaj kręta ścieżyna wykuta w skale, którą tylko pieszo i to z wielkim trudem przebyć można było.
Na szczycie najwyższego wzgórza rysowały się z oddali mury i ruiny zniszczonych bastionów, a w środku, na płaszczyźnie wznoszącej się po nad otoczoną parapetem otchłanią, stał na wpół rozwalony budynek, stanowiący kiedyś koszary małego garnizonu forteczki Ripore. Z licznych niegdyś dział, wytykających swe paszcze przez otwory parapetu, pozostało jedno tylko wielkiego kalibru, tak ciężkie i tak zużyte, że niewarte było trudów i kosztu wyprowadzenia. Stało więc na swej lawecie, przetrawione rdzą.
Do tej to fortecy banda Kalagani’ego przyprowadziła jeńca; przybyli tam wieczorem, przebywszy blizko dwadzieścia pięć mil angielskich. Niezadługo więc pułkownik miał się dowiedzieć wobec którego z wrogów swoich miał być stawiony.
Gromada Indyan zajmowała ruiny budynku stojącego w głębi; wystąpili z niego, a przybyli Dakoici uszykowali się do koła parapetu; pułkownik Munro stał w środku, skrzyżowawszy ręce na piersiach.
Kalagani postąpił kilka kroków naprzeciw wychodzących z budynku, na czele których szedł jakiś Indus niebogato ubrany. Kalagani zatrzymał się przed nim i skłonił głęboko; tenże wyciągnął ku niemu rękę którą pocałował z uszanowaniem. Indus skinieniem głowy dał mu poznać że jest zadowolony z jego usług, poczem zwolna podszedł ku więźniowi, z zaiskrzonem okiem, z oznakami najgwałtowniejszego, zaledwie hamowanego gniewu. Wyglądał jak dziki zwierz, już, już mający pochwycić swoją ofiarę.
Pułkownik Munro stał nie cofając się ani o krok, równie bystro wpatrując się w Indusa jak tenże w niego. Gdy Indus był już zaledwie o pięć kroków, rzekł z największą pogardą:
— A! to Balao Rao, brat nababa.
— Przypatrz się lepiej! odrzekł Indus.
— Nana-Sahib! krzyknął pułkownik, odskakując mimowolnie — Nana-Sahib żyje!
Tak, był to rzeczywiście nabab, dawny podżegacz i przywódzca zbuntowanych Cipayów, nieubłagany wróg pułkownika Munro.
Któż więc zginął w potyczce w paalu Tandit?
Brat jego, Balao Rao.
Nadzwyczajne podobieństwo tych dwóch ludzi, zarówno dziobatych i pozbawionych jednego palca u jednej i tej samej ręki, wprowadziło w błąd żołnierzy. Zobaczywszy poległego Balao Rao, przekonani byli że to Nana-Sahib zginął, i prawie niepodobna było nie popełnić tej omyłki. Tak więc gdy doniesiono o śmierci Nababa, poległego w bitwie, Nana-Sahib żył a brat jego zginął.
Nana-Sahib nie omieszkał wyzyskać tej okoliczności na swoją korzyść, i zapewniła mu też prawie zupełne bezpieczeństwo. Wiedział dobrze iż policya angielska nie poszukuje brata tak zawzięcie jak jego, gdyż nietylko nie uważano go za sprawcę rzezi i mordów w Kawnpore i w Luknowie, ale wiedziano że nie wywiera na Indusów tak nieograniczonego i zgubnego wpływu jak Nana-Sahib.
Ścigany ze wszech stron, nabab postanowił uchodzić za umarłego, aż do chwili gdy znów będzie mógł rozpocząć walkę, i zawieszając czasowe swe działania powstańcze, myślał tylko o zasyceniu swej zemsty. Zbieg okoliczności posłużył mu wybornie. Pułkownik Munro, nieustannie otoczony jego szpiegami, opuścił Kalkuttę udając się w podróż w ciągu której miał być w Bombay; a czyby też nie udało się sprowadzić go w okolice Windhyasów, przez prowincye Bundelkundu? Tego pragnął Nana-Sahib i w tym właśnie celu wysłał przebiegłego Kalagani’ego.
Opuściwszy paal Tandit, niezapewniający mu już pewnego schronienia, udał się w głąb doliny Nerbudda, w najodleglejsze wąwozy Windhyasów. Tam stała opuszczona forteczka Ripore, postanowił w niej zamieszkać, będąc niemal pewnym, że wierząca w śmierć jego policya angielska, tam go szukać nie będzie.
Osiadł więc tam z gromadką Indusów bezgranicznie mu oddanych; załogę tę wzmocnił wkrótce bandą Dakoitów, szeregowców godnych podobnego wodza — i oczekiwał sposobnej chwili, w której spełniwszy swe posłannictwo Kalagani zawiadomi go o rychłem przybyciu w te strony pułkownika Munro, którego wtedy starać się będzie dostać w moc swoją.
Tego się tylko obawiał Nana-Sahib, aby rozpowszechniona po całym półwyspie wieść o jego śmierci, nie doszła do Kalagani’ego, i ten uwierzywszy jej, nie zaniechał niecnego posłannictwa zdrady względem pułkownika Munro. I dlategoto kazał Nassimowi przyłączyć się do karawany Benżarisów, śledzić przejścia pociągu Steam-House na drodze do Scindia, i zawiadomić Kalagani’ego o prawdziwym stanie rzeczy. Spełniwszy to polecenie, Nassim coprędzej powrócił do Ripore, i tam, stosownie do objaśnień Kalagani’ego, opowiedział nababowi o wszystkiem co zaszło od czasu gdy tenże opuścił Bopal. Pułkownik Munro i towarzysze jego zbliżali się powoli ku Windhyasom, Kalagani był ich przewodnikiem, należało więc oczekiwać na nich w pobliżu jeziora Puturia.
Tak więc spełniały się najgorętsze pragnienia nababa — teraz był pewnym swej zemsty.
Zamieniwszy te kilka słów, pułkownik i nabab przez chwilę wzajem w milczeniu wpatrywali się w siebie. Wtem nagle postać lady Munro, żywo stanęła przed oczyma i w myśli pułkownika, i krew uderzyła mu do serca i do głowy. Bezwiednie prawie rzucił się ku mordercy więźni w Kawnpore...
Nana-Sahib odsunął się o dwa kroki, a jednocześnie trzech Indusów rzuciło się i gwałtem przytrzymało pułkownika.
Jednakże sir Edward Munro prędko zapanował nad sobą; zrozumiał to Nabab, gdyż skinieniem odsunął Indusów.
Dwaj zacięci nieprzyjaciele, oko w oko stali naprzeciw siebe.
— Munro, rzekł Nana-Sahib, koledy twoi przywiązali do otworu armat stu dwudziestu jeńców z Peszawaru, a następnie przeszło tysiąc dwieście Cipayów takąż zginęło śmiercią. Koledzy twoi mordowali bez litości uciekających z Lahory, po zdobyciu Delhi zadali śmierć trzem księciom i 29 członkom rodziny królewskiej, i strasznych dopuszczali się mordów w Luknowie i Pendżabie. Sto dwadzieścia tysięcy naszych oficerów, a dwieście tysięcy żołnierzy i krajowców przypłacili życiem miłość swej rodzinnej ziemi i walczenie za jej niepodległość.
— Śmierć jemu! śmierć jemu! wykrzyknęli otaczający nababa Dakoici i Indusi.
Skinieniem ręki nabab nakazał milczenie, i oczekiwał odpowiedzi pułkownika.
Sir Edward Munro nie odrzekł ani słowa.
— A ty, Munro, rzekł znowu nabab, zabiłeś Rani z Jansi, wierną moją towarzyszkę... dotąd nie pomściłem się za nią!
Pułkownik milczał.
— Cztery miesiące temu, mówił dalej Nana-Sahib, brat mój Balao Rao poległ od kul angielskich... i dotąd nie pomściłem jego śmierci!
— Śmierć jemu! śmierć mu! krzyczeli.
— Milczeć i czekać aż wybije godzina kary! krzyknął Nana-Sahib.
Wszyscy zamilkli.
— Munro, rzekł znowu Nabab, to jeden z przodków twoich, Hektor Munro, pierwszy poważył się zastosować straszne męczarnie, które tak okrutnie naśladowali rodacy twoi podczas wojny z 1857 roku. On to pierwszy kazał przywiązywać do armat Indusów, naszych krewnych i braci...
I znowu rozległy się wrzaski, których Nana-Sahib stłumić już by był nie mógł, to też rzekł:
— Nadeszła chwila odwetu; Munro, zginiesz śmiercią jaką oni poginęli.
A odwracając się, dodał:
— Czy widzisz to działo? zostaniesz przywiązany do jego paszczy! Jest nabite, jutro przed wschodem słońca huk wystrzału głośnem echem rozlegający się w górach Windhyasów, oznajmi światu że zemsta Nana-Sahiba została dokonaną.
Pułkownik Munro patrzył na Nababa ze spokojem którego zapowiedź blizkiej śmierci zakłócić nie zdołała, i odrzekł zimno:
— Dobrze, tak samo postąpiłbym z tobą, gdybyś był wpadł mi w ręce.
I sam stanął przed paszczą armaty; Indusi najpierw związali mu w tył ręce, a następnie mocnemi postronkami przywiązali do armaty. Poczem, przez całą godzinę cała ta dzika zgraja nikczemnie znieważała i naigrawała się z niego.
Pułkownik Munro stał tak niewzruszony wobec zniewag, jak niewzruszonym chciał pozostać wobec śmierci.
Nareszcie noc nadeszła; Nana-Sahib, Kalagani i Nassim udali się do starych koszar, a w końcu i cała banda opuściła płaszczyznę, udając się za swymi przywódzcami.
Sir Edward Munro pozostał sam wobec śmierci i wobec Boga...






XII.

Przed paszczą działa.

Cisza niedługo trwała. Bandzie Dakoitów wydano wiele żywności i trunków; zajadając a szczególniej pijąc nadmiernie nadzwyczaj mocny arak, wydawali dzikie, przerażające okrzyki i wrzaski. Stopniowo, powoli ucichło nareszcie; znużeni długim pochodem i przesyceni trunkiem nareszcie twardym snem zasnęli.
Jakkolwiek pułkownik tak mocno był skrępowany że ruszyć się nie mógł, jednakże Nana-Sahib kazał jednemu z Indusów stanąć na straży przy więźniu. Ten zbliżył się do armaty aby się przekonać czy więzień nie ruszył się czasem z miejsca, poczem silnie szarpnął za sznury — ani drgnęły. Potem nie patrząc na pułkownika, rzekł jakby do siebie:
— Dziesięć funtów dobrego prochu! działo to długo, długo już milczało, ale jutro odezwie się nareszcie!...
Słowa te nie zdołały wywołać najmniejszej zmiany na dumnej twarzy pułkownika Munro, tylko na ustach ukazał się pogardliwy uśmiech. Nie lękał się on choćby najstraszniejszej śmierci.
Rozpatrzywszy się bacznie w przedniej części ognistej paszczy, Indus przeszedł na tył działa i pogłaskawszy je ręką, położył palec na naboju, jakby zapominając o więźniu, który stał jak skazaniec u stóp szubienicy, oczekujący wysunięcia się z pod nóg jego deski.
Czy to skutkiem obojętności czy nadmiernego uraczenia się arakiem, Indus nucił półgłosem jakąś starą gundwańską śpiewkę. To śpiewał, to przestawał, jak człowiek na wpół pijany, nie będący panem swych myśli.
W jaki kwadrans może, zerwał się nagle i przesunął ręką po lufie armaty; potem obszedł ją w koło, zatrzymał się chwilkę przed pułkownikiem Munro, i patrząc na niego mruczał jakieś niezrozumiałe wyrazy. Instynktowo chwycił ręką krępujące go postronki, jakby chcąc zacisnąć je mocniej, następnie pokiwawszy głową jak człowiek pewny swego, poszedł oprzeć się o parapet o kilka kroków od więźnia.
Stał tak z jakie dziesięć minut, jużto zwrócony ku płaszczyźnie już przechylony na zewnątrz, wpatrując się w głęboką otchłań u stóp fortecy. Widocznie opierał się ostatkiem sił ogarniającej go chętce snu; wkrótce jednak znużenie i rozmarzenie trunkiem przemogły, Indus osunął się na ziemię i położył przy parapecie.
Ciemna noc zaległa już dokoła; coraz grubsze chmury pokrywały obłoki; powietrze było łagodne i spokojne, żaden odgłos nie dochodził z doliny; zapanowało niczem niezakłócone milczenie.
Pomodliwszy się gorąco, pułkownik w głębokiej zatonął zadumie; nie myślał o strasznej czekającej go śmierci, ale cała przeszłość stanęła mu przed oczyma. Widział, jakby wyraźnie postać lady Munro, którą tak kochał i tak gorąco opłakiwał. Zdało mu się że jest w tem okropnym Kawnpore, w mieszkaniu w którem ją poznał i widzi ją młodem dziewczęciem a następnie żoną swoją. Uprzytomniały się w jego umyśle owe kilka lat niezamąconego szczęścia przerwanego nagle tak okropną katastrofą, której najdrobniejsze szczegóły najwierniej odtworzyły się w jego pamięci. Zatopiony w tych wspomnieniach, ani się spostrzegł jak upłynęło pół nocy, i tylko kilka godzin oddzielało go od godziny okropnej śmierci. W tych upłynionych trzech godzinach, pamięć odtworzyła mu trzy lata szczęśliwego pożycia; ale z kolei stanęło mu przed oczyma uwięzienie lady Munro i jej matki w Bibi-Ghar, zamordowanie ich łącznie z setkami nieszczęśliwych ofiar, i owa straszna studnia którą po raz ostatni zwiedził przed paru miesiącami.
I ów niecny Nana-Sahib, będący teraz tak blizko niego, sprawca tylu strasznych rzezi, morderca lady Munro i tylu jego rodaków trzymał go teraz w swej mocy, i nie może pomścić się nad okrutnikiem którego sprawiedliwość dosięgnąć nie zdołała!
Ślepym uniesiony gniewem, pułkownik Munro szarpnął się rozpaczliwie chcąc zerwać krępujące go więzy; powrozy zatrzeszczały, zaciśnięte węzły wpiły mu się w ciało. Krzyknął, nie z bólu, ale z bezsilnej wściekłości. Usłyszawszy ten krzyk, Indus podniósł głowę; odzyskał w części przytomność, i przypomniał sobie że miał stać na straży przy więźniu.
Wstał i chwiejącym krokiem zbliżył się do pułkownika, położył mu rękę na ramieniu jakby dla upewnienia się że nie uciekł, i na wpół przez sen mruknąwszy: „Jutro przed wschodem słońca... Bru!...“ powrócił na swoje miejsce, rzucił się znów na ziemię, i wkrótce zasnął twardo.
Po tym bezowocnym wysiłku, pułkownik ochłonął, myśli jego inny wzięły kierunek — myślał teraz o swoich przyjaciołach i towarzyszach podróży. Zadawał sobie pytanie czy i oni nie wpadli w moc jakiej innej bandy Dakoitów, tak licznych w górach Windhyas, i czy ich także nie czekał los podobny. Na samo to przypuszczenie, serce ściskało mu się boleśnie.
Zastanowiwszy się, wywnioskował iż gdyby Nabab i ich śmierci pragnął, byłby kazał ich pojmać i na jednakowe skazał męczarnie; widać więc na nim jednym tylko zemścić się pragnął. Myśl ta wielką stała mu się pociechą.
Jeźli są wolni, myślał, gdzież się obracają? Dakoici nie byliby w stanie zniweczyć Stalowego Olbrzyma, mogliby więc bardzo prędko dostać się do Jubbulpore, gdzie z łatwością znaleźliby pomoc. Lecz na cóżby się to zdało, skoro nie wiedzieli co się z nim stało? nie wiedzieli o istnieniu owej forteczki Ripore, w której ukrywał się Nana-Sahib. A zresztą jakżeby nawet mógł im przyjść na myśl Nana-Sahib, skoro byli pewni że już nie żyje, że zginął w potyczce w paalu Tandit?... O! tak, oni żadnej nie mogą dać mu pomocy!...
I Gumi nie budził w nim nadziei. Niezawodnie Kalagani go zamordował, i wierny sługa już pewnie nie żyje... Tak więc znikąd i od nikogo nie mógł spodziewać się ratunku, a nie należał do ludzi lubiących łudzić się mrzonkami.
Trudno byłoby oznaczyć ile godzin tak rozmyślał. Noc była jeszcze czarna; na szczytach gór od strony wschodu nic nie zwiastowało jeszcze brzasku jutrzenki.
Mogło być około czwartej, gdy szczególniejsze zjawisko zwróciło uwagę pułkownika Munro. Dotąd, zatopiony w obrazach przeszłości, nic prawie nie widział w koło siebie; lecz nagle oczy jego utkwiły w jeden punkt, i wszystkie wspomnienia rozwiały się na widok jakiegoś niepojętego zjawiska.
Na krańcu płaszczyzny ukazało się jakieś niepewne światło. Migotało i zwracało się w tę i w ową stronę i jakby niepewną trzymane ręką już to zdawało się gasnąć, już znów świeciło jasno. W położeniu nieszczęsnego więźnia najmniejsze wydarzenie mogło ważne sprowadzić następstwa. Pułkownik nie spuszczał oczu z tego światełka; dostrzegł że się migotało i jakby lekki dym wydobywał się z niego, co kazało wnosić że nie była to latarka.
Pewnie któryś z moich towarzyszy, pomyślał pułkownik Munro; może to Gumi!... Ale nie... nie przychodziłby z latarką która mogłaby go zdradzić... Co to być może?...
Plomień zbliżał się powoli. Najpierw przesuwał się około murów starych koszar, i sir Edward obawiał się aby go nie dostrzegli spiący w ich wnętru[7] Indusi. Ale przesunął się niedostrzeżony. Niekiedy, gdy niosąca go ręka zadrgała jakimś gorączkowym ruchem, podniecony płomień żywszym jaśniał światłem. Wkrótce zbliżył się do podmurowania parapetu i błyszczał nad niem jak ognik Św. Elma podczas nocnej burzy.
Teraz pułkownik mógł dojrzeć rodzaj widziadła, bez wyraźnych kształtów „cień“ na który plomień niepewne rzucał światło. Ta przesuwająca się tak istota musiała być okryta jakby długim płaszczem, osłaniającym całą jej postać.
Pułkownik stał nieruchomy, zatrzymując oddech, z obawy aby nie spłoszyć widziadła, nie zgasić światełka kierującego je w ciemności. Był tak nieruchomy jak owo działo zdające się trzymać go w swej paszczy.
Widziadło przemykało się ciągle wzdłuż parapetu — czy nie potknie się o leżącego przy nim Indusa? Nie. Indus leżał z lewej, widziadło zbliżało się do prawej strony, to zatrzymując się, to powoli posuwając dalej.
Nareszcie zbliżyło się o tyle, że pułkownik mógł widzieć je lepiej.
Była to postać średniego wzrostu, od stóp do głów owinięta jakby w prześcieradło; z pod którego wysuwała się tylko ręka trzymająca zapalone łuczywo.
Jakiś obłąkany, który widać często snuje się wśród koczowiska Dakoitów, i wiedząc o tem nie zwracają już na niego uwagi! pomyślał sobie pułkownik Munro. A! gdyby tak zamiast płonącego łuczywa trzymał w ręku nóż, może mógłbym...
Nie, to nie był obłąkany, a jednak pułkownik prawie odgadł prawdę. Była to bowiem obłąkana z doliny Narbudda, nieszkodliwa istota, już od czterech miesięcy błąkająca się w wąwozach Windhyasów. Zabobonni Gundowie szanowali ją i przyjmowali gościnnie. Ani Nana-Sahib, ani żaden z jego towarzyszy nie wiedzieli jaki udział miał „Błędny Ognik“ w potyczce w paalu Tandit. Niejednokrotnie spotykali ją w tej górzystej stronie Bundelkundu, ale żadnej na jej obecność nie zwracali uwagi.
Często bardzo odbywała wycieczki aż do fortecy Ripore, a nikt ani myślał jej tego wzbraniać; i tej nocy, bezmyślnie i przypadkiem zwróciła ku niej swe kroki.
Pułkownik Munro nie wiedział nic o tej obłąkanej, nigdy nie słyszał nawet o Błędnym Ogniku, a jednak w miarę zbliżania się tej nieznanej istoty, która może dotknie go się albo przemówi, serce jego biło coraz silniej i jakieś niewysłowione ogarniało go wzruszenie.
Obłąkana zbliżyła się powoli do działa. Łuczywo coraz słabsze rzucało światło; zdawała się nie widzieć zupełnie więźnia choć już stała naprzeciw niego, i choć oczy jej patrzały przez otwory wycięte w okryciu. Pułkownik stał nieruchomy, nie probując ani ruchem ani słowami zwrócić na siebie uwagi tej dziwnej istoty.
Błędny Ognik zwrócił się niebawem, obszedł do koła wielkie działo, a od jej płonącego łuczywa przelotne cienie padały na jego powierzchnię. Czyż ta biedna obłąkana pojmowała do czego służyć miała ta armata i jej długa paszcza do której przywiązany był ten człowiek, aby z brzaskiem dnia wystrzał rozszarpał go w kawałki? Trudno to przypuszczać; obchodziła ją bezmyślnie jak wszystko co robiła. Jak wielokrotnie już tak i dzisiejszej nocy, przyszła błąkać się po płaszczyźnie Ripore, i znowu jak zwykle opuści ją bezwiednie, krętą ścieżyną spuści się w dolinę i uda się w jaką inną stronę, sama nie wiedząc gdzie i po co.
Mogąc obracać głową, pułkownik Munro śledził bacznie wszystkie jej poruszenia. Widział więc jak do koła obchodziła działo; poczem nagle zatrzymała się o parę kroków od spiąćego Indusa i obejrzała się; jakiś niepojęty instynkt pociągał ją widocznie do pułkownika Munro — stanęła przed nim nieruchoma. Tym razem serce sir Edwarda tak gwałtownie bić zaczęło, iż chciał mieć wolne ręce aby je przycisnąć.
Błędny Ognik przysunął się bliżej i podniosłszy płonące łuczywo zaczęła mu się przyglądać. Przez otwory wycięte w osłaniającej ją płachcie oczy jej błyszczały jak dwa rozpalone węgle.
Jakby urzeczony tym wzrokiem, pułkownik nie mógł od niej oderwać oczu. Obłąkana, lewą ręką rozsunęła nieco fałdy okrycia, odsłaniając przez to całą twarz, a jednocześnie wstrząsnęła parę razy łuczywem, które żywszym zajaśniało blaskiem.
W tejże chwili krzyk na wpół przygłuszony siłą woli, wydarł się z piersi więźnia.
— Laura! Laura!
Czyżbym i ja rozum stracił?... pomyślał, na chwilę zamknął oczy.
Lady Munro stała przed nim.
— Tyżeś to, Lauro? powtarzał.
Obłąkana nic nie odpowiadała. Nie poznawała go, zdawało się jakby nawet nie słyszała słów jego.
— Laura! Laura obłąkana!... obłąkana!... ale żyje!...
Postać młodej, ukochanej żony zanadto głęboko wyryta była w jego pamięci, aby podobieństwo jakie złudzić go mogło. Po dziewięciu latach rozłączenia — wiecznego już jak mniemał — i pomimo zmiany zaszłej w pięknej zawsze, ale wychudłej i mizernej lady Munro, która jakby cudem uniknęła rzezi nakazanej przez Nana-Sahiba, mąż poznał ją odrazu.
Nieszczęśliwa lady Munro, broniąc matki zamordowanej w jej oczach, padła ugodzona przez któregoś z Indusów, ale zadana jej rana nie była śmiertelną. Zemdloną wzięto za umarłą, i wraz ze zwłokami innych pomordowanych ofiar wrzucono do owej studni w Kawnpore, szczęściem jedną z ostatnich. Jak wiemy, studnia pod wierzch została zapełnioną. Z nadejściem nocy, Laura odzyskała przytomność i wiedziona instynktem — gdyż skutkiem strasznych przejść straciła rozum i nie wiedziała co robi, uchwyciła się cembrowiny i wyszła ze studni. Żyła więc, ale była obłąkaną.
Bezprzytomna, sama nie wiedząc co robi, zdołała wyjść z Kawnpore, właśnie w chwili gdy Nana-Sahib opuszczał je po dokonanych mordach. Biegła przed siebie w ciemności, uciekając od miast i miejsc licznie zamieszkanych. Po wsiach dawali jej przytułek biedni rajoci, szanując ją jako istotę pozbawioną rozumu. Tak błąkając się doszła do gór Sautpurra i Windhyas; od lat dziewięciu miano ją za umarłą, żyła jednak i błąkała się zachowując jedynie w pamięci wspomnienie pożarów i pożogi.
Pułkownik znów wołał na nią po imieniu — ale i tym razem nie odpowiedziała... Cóżby nie dał w tej chwili, aby mógł uchwycić ją w objęcia, porwać ztąd i unieść, rozpocząć z nią nowe życie, i otoczywszy bezgranicznem poświęceniem i najtroskliwszemi staraniami, przywrocić rozum!... A był skrępowany i przywiązany do tego ogromnego działa, krew płynęła z rąk jego od wpijających się w ciało powrozów, i nie mógł uciec wraz z nią z tego przeklętego miejsca!
Nawet okrutna wyobraźnia Nana-Sahiba nie zdołałaby wymyśleń takich udręczeń i męczarni, jakie nieszczęśliwy pułkownik Munro przechodził w tej chwili. A! gdyby potwór ten wiedział że lady Munro żyje i jest w jego mocy, z jakąż radością pastwiłby się nad obojgiem!
— Lauro! Lauro moja! powtarzał pułkownik Munro.
I wołał głośno, nie pomnąc na to że wołanie to może przebudzić Indusa i całą bandę Dakoitów, a nawet i samego Nana-Sahiba.
Nie rozumiejąc go i nie odpowiadając, lady Munro nie przestała wpatrywać się w niego błędnemi oczami. Nie rozumiała jak straszne ponosi męki jej mąż nieszczęśliwy, odnajdujący ją właśnie w chwili, gdy sam miał umierać. Nie poznała go, nie pojmowała że do niej mówi.
Tak upłynęło kilka minut, poczem zasłoniła twarz, i cofnęła się o krok. Pułkownik sądził że chce odejść.
— Lauro! zawołał znowu tak boleśnie, jak gdyby ostatnie wypowiadał pożegnanie.
Ale lady Munro nie myślała bynajmniej opuszczać płaszczyzny Ripore, i straszne już tak położenie, jeszcze groźniejszem stać się miało.
Zatrzymała się i zaczęła znowu wpatrywać w armatę, która widocznie zwróciła jej uwagę. Może widok jej przywodził jej na myśl oblężenie Kawnpore. Powoli zbliżyła się do działa; przesuwała po nim ręką trzymającą zapalone łuczywo, gdyby jedna iskierka padła z niego na nabój, wystrzał nastąpiłby w tej chwili.
Czyż więc nieszczęśliwy Munro miał zginąć z tak ukochanej ręki?...
Nie mógł znieść tej myśli; wolał umierać wobec Nana-Sahiba i jego bandy. Chciał więc krzyknąć, aby zbudzić swoich katów...
Wtem uczuł że jakaś ręka wysuwająca się z wnętrza armaty ujęła jego skrępowane za plecami ręce; a widocznie była to dłoń przyjazna, gdyż starała się wyzwolić go z więzów. Uczuł niebawem zimno stali wsuwającej się ostrożnie między ręce jego i krępujące je powrozy, co dało mu poznać, że nie wiedzieć jakim cudem, oswobodziciel jego ukrywał się we wnętrzu armaty.
Tak, nie mylił się, wyraźnie przecinano sznury któremi był przywiązany...
Trwało to parę sekund; mógł odsunąć się parę kroków, był wolny. Pomimo całej mocy nad sobą, zaledwie stłumił okrzyk radości który byłby go zdradził.
Dwie ręce wysunęły się otworem armaty... Munro je pochwycił i szarpnąwszy silnie zobaczył jak ktoś przecisnąwszy się z wielką trudnością przez otwór paszczy, upadł przy jego nogach.
Był to Gumi!
Ukrywszy się aby uniknąć śmierci z rąk Kalagani’ego, wierny sługa nie zwrócił się ku jeziorowi, ku któremu dążyła zgraja Nassima, ale poszedł drogą wiodącą do Jubbulpore. Doszedłszy do drogi prowadzącej do Rippore, znów zmuszony był ukryć się, gdyż dostrzegł zgraję Indusów rozmawiających o pułkowniku Munro: że liczny poczet Dakoitów, których naprowadził Kalagani, popędzą go do fortecy Ripore, w której Nana-Sahib ma zadać mu śmierć wystrzałem z działa, do którego przywiązać go każe. Bez wahania zapuścił się w krętą ścieżynę i dostał się nią na płaszczyznę zupełnie wtedy opuszczoną. Tam przyszła mu myśl wsunięcia się w olbrzymie działo, aby, w razie sprzyjających okoliczności uwolnić ukochanego pana, a gdyby nie udało mu się go ocalić, zginąć jedną z nim śmiercią.
— Dzień nadchodzi, rzekł cicho Gumi, uciekajmy!
— A lady Munro? rzekł pułkownik.
I wskazał na obłąkaną, stojącą nieruchomie. W tej chwili oparła rękę na armacie, w poliżu naboju.
— Unieśmy ją!... odrzekł wierny Gumi, żadnych nie zadając pytań.
Lecz gdy obaj zbliżyli się do biednej obłąkanej, chcąc ją unieść, chcąc im się oprzeć, ręką uchwyciła się działa; wtedy zapalone łuczywo dotknęło naboju, i straszny odgłos wystrzału, głośnem odbijający się echem w górach Windhyas, jakby silny grzmot rozległ się po całej dolinie Nerbudda.






XIII.

Stalowy Olbrzym.

Na odgłos tego wystrzału, lady Munro padła zemdlona w objęcia męża, który nie tracąc chwili zaczął z nią uciekać. Przebudzony wystrzałem Indus, któremu powierzono straż nad więźniem, zerwał się chcąc ich ścigać, ale Gumi zadał mu śmierć trzymanym jeszcze w ręku nożem. Poczem puścili się szybko wązką ścieżyną wiodącą do drogi.
Zaledwie minęli wał forteczny, zbudzona nagle banda Nana-Sahiba, wyległa na płaszczyznę.
Nie mogli oni pojąć co się stało i co mają robić, a to ich wahanie nader pożądanem było dla zbiegów.
Nana-Sahib rzadko kiedy całą noc spędzał w fortecy; to też i teraz, kazawszy przywiązać pułkownika Munro do paszczy armaty, poszedł odwiedzić kilku naczelników plemienia Gundwana, u których nigdy nie bywał we dnie. Ponieważ była to godzina o której zwykle powracał, oczekiwano go więc lada chwila.
Kalagani, Nassim, Indusi, Dakoici, razem przeszło sto ludzi, byliby niezawodnie rzucili się w pogoń za zbiegłym więźniem, gdyby odrazu zrozumieli że uciekł; ale nie wiedzieli co i jak się stało, a zabity Indus nie mógł ich objaśnić. Z różnych przypuszczeń to wydawało im się najprawdopodobniejszem: że niepojętym wypadkiem ogień dostał się do naboju przed oznaczonym przez nababa czasem, i wystrzał musiał rozszarpać więźnia, daleko rozrzucając jego szczątki.
Kalagani i towarzysze jego, wściekłym uniesieni gniewem, wygłaszali różne złorzeczenia i przekleństwa; więc ani Nana-Sahib, ani żaden z nich nie będzie mieć tej rozkoszy aby mógł patrzeć na męczarnie i zgon pułkownika Munro!...
Nie dość na tem, Nabab był gdzieś niedaleko i niezawodnie dosłyszał odgłos wystrzału, zatem powróci niebawem do fortecy — i cóż mu powiedzą gdy zapyta o więźnia którego w niej zostawił?
Gdy oni naradzali się i wahali, sir Edward Munro i Gumi, dziękując Bogu za tak cudowne ocalenie, biegli prędko krętym wąwozem. Choć zemdlona lady Munro była tak lekką iż nie wiele zaciężyła pułkownikowi, który był nadzwyczaj silny, zresztą idący obok niego Gumi, mógł w każdym razie przyjść mu z pomocą.
W pięć minut po minięciu wału fortecznego, przebyli połowę drogi z płaszczyzny do doliny; ale dnieć zaczynało i pierwsze blaski jutrzenki przedzierały się do głębi ciasnych wąwozów.
Nagle gwałtowne krzyki rozległy się nad ich głowami.
Przechylony nad parapetem, Kalagani dostrzegł cienie dwóch uciekających ludzi; jednym z nich był pewnie więzień Nana-Sahiba.
— To Munro! to Munro! wrzasnął wściekłym uniesiony gniewem.
I w tej chwili wraz z całą bandą rzucił się za nim w pogoń.
— Dostrzegli nas, rzekł pułkownik do Gumi’ego, niezwalniając kroku.
— Powstrzymam najpierwszych, odrzekł Gumi; ja zginę, ale może pan pułkownik zdoła uciec.
— Jeźli nie zdołamy się ocalić, zginiemy oba, odrzekł pułkownik.
O ile tylko mogli, przyspieszyli kroku; ścieżyna była teraz mniej stromą, mogli więc biedz prędzej. Już tylko z jakie czterdzieści kroków oddzielało ich od gościńca, po którym ucieczka będzie łatwiejszą, ale też i ścigającym łatwiej będzie ich gonić.
O ukryciu się gdzieś myśleć nawet nie można było, gdyż znający miejscowość Dakoici, znaleźliby ich niebawem. Trzeba więc tylko było starać się ich wyprzedzić, i pierwszym wyjść z wąwozów Windhyas.
Pułkownik postanowił raczej umrzeć niż żywcem dostać się znów w moc Nana-Sahiba.
Gdy pierwsi Indusi przebywali wał forteczny, pułkownik Munro i Gumi dochodzili już do drogi prowadzącej do gościńca, odległego o jakie ćwierć milki.
— Odwagi, panie mój! zawołał Gumi, gotów każdej chwili poświęcić własne życie dla ocalenia pułkownika, za pięć minut wejdziemy na drogę wiodącą do Jubbulpore.
— Daj Boże, abyśmy znaleźli na niej pomoc! wyszeptał pułkownik.
Wrzaski Indusów coraz wyraźniej słyszeć się dawały. W chwili, gdy dwaj zbiegowie dochodzili do drogi, dwóch szybko biegnących ludzi weszli na ścieżkę. Było już dość widno, można więc było widzieć się dobrze i poznać, to też jednocześnie dwa krzyki niewysłowionej nienawiści rozległy się w przestrzeni:
— Munro!
— Nana-Sahib!
Posłyszawszy odgłos wystrzału, Nabab coprędzej wracał do fortecy; nie mógł pojąć dlaczego przed oznaczoną godziną spełniono jego rozkaz.
Jeden tylko Indus mu towarzyszył, ale ten ugodzony niespodzianie, padł u stóp Gumi’ego który śmiertelny cios zadał mu nożem.
— Do mnie! krzyknął Nana-Sahib do nadbiegającej tłuszczy.
— Dobrze! zawołał Gumi, rzucając się na Nababa.
Uczynił to w tym celu, aby jeźli nie zdoła wydrzeć mu życia, mógł przynajmniej przeciągnąć walkę, aby pułkownikowi dać czas do ucieczki: ale silny bardzo Nabab tak mocno uderzył go w rękę, iż nóż mu z niej wypadł.
Widząc się rozbrojonym, Gumi zawrzał szalonym gniewem, który spotęgował jeszcze nadzwyczajną jego siłę. Uchwycił wpół Nababa i gwałtownie przyciskając do siebie, niósł go tak z zamiarem rzucenia się wraz z nim w pierwszą napotkaną otchłań.
Pod ten czas Kalagani i towarzyszący mu Indusi i Dakoici zbliżali się coraz więcej; gdy ich dopędzą, ani nadziei aby ujść mogli.
— Panie pułkowniku, wytężaj ostatki sił, wołał Gumi; ja jeszcze przez kilka minut zdołam stawiać im opór, jakby puklerzem, zasłaniając się Nababem, ale pan uciekaj nie oglądając się na mnie!
Ale zaledwie trzy minuty oddzielały już tylko zbiegów od goniących za nimi, a Nabab przytłumionym głosem przyzywał wciąż Kalagani’ego.
Wtem o jakie dwadzieścia kroków przed nimi rozległy się nawoływania:
— Munro! Munro!
Na drodze stykającej się z gościńcem był Bsnks, kapitan Hod, sierżant Mac-Neil, Fox i Parazard, a sto kroków dalej, na gościńcu, czekał na nich Olbrzym Stalowy buchający kłębami dymu, a w nim Stor i Kalut.
Po zniszczeniu ostatniego wagonu Steam-House, Inżynier i towarzysze jego zniewoleni byli poprzestać na olbrzymim słoniu, którego banda Dakoitów nie zdołała zniweczyć ani uszkodzić. Umieściwszy się na jego grzbiecie jak na koniu, zwrócili się na drogę wiodącą do Jubbulpore. Gdy przejeżdżali obok drogi do fortecy, nadzwyczaj silny strzał armatni rozległ się nad ich głowami, wtedy zatrzymali się i wiedzeni przeczuciem czy instynktem, pobiegli na drogę. Zobaczywszy ich, pułkownik Munro zawołał:
— Ratujcie lady Munro!
— I trzymajcie dobrze prawdziwego Nana-Sahiba! krzyknął Gumi!
I gwałtownie rzucił na ziemię na wpół już uduszonego Nababa, a kapitan Hod, Fox, i Mac-Neil, pochwycili go w tej chwili. Poczem o nic nie pytając, nie żądając żadnych objaśnień, wszyscy pobiegli ku Stalowemu Olbrzymowi.
Z rozkazu pułkownika, który chciał wydać Nababa władzom angielskim, tenże został mocno przywiązany do karku słonia. Lady Munro przeniesiono do wieżycy; pułkownik starał się ocucić ją z zemdlenia, a gdy zaczynała odzyskiwać zmysły, śledził bacznie czy nie objawi się choćby iskierka przytomności.
Inżynier i towarzysze jego wdrapali się znów na grzbiet słonia.
— Pędź jak można najprędzej! krzyknął Banks do mechanika.
Dzień już nastał. Pierwsza banda Indyan ukazała się o jakie sto kroków od nich; trzeba było wszelkiemi siłami dostać się przed nimi do pierwszych posterunków wojska, stojących w pobliżu stacyi Jubbulpore.
Stalowy Olbrzym miał teraz podostatkiem wody i opału, i nie zbywało mu na niczem niezbędnem do podniesienia do maximum ciśnienia pary aby mógł pędzić o ile możliwe najspieszniej — ale droga tak pełna była zakrętów, iż niepodobna było jechać zbyt prędko.
Wrzaski Indusów wzmagały się ciągle; dopędzali Stalowego Olbrzyma.
— Przyjdzie nam się bronić, rzekł sierżant Mac-Neil.
— A więc bronić się będziem! odrzekł kapitan.
Mieli wszystkiego dwanaście nabojów, należało więc bardzo ich oszczędzać aby odstraszały nacierających uzbrojonych Indusów.
Kapitan Hod i Fox, z karabinami w ręku, umieścili się nieco po za wieżycą. Gumi tak się uszykował, aby mógł strzelać z boku; Mac-Neil stał tuż obok Nana-Sahiba, z rewolwerem w jednej, ze sztyletem w drugiej ręce, aby ugodzić w pierś jego gdyby Indusi ich dopędzili. Kalut i Parazard stali przy ognisku, aby dodawać paliwa. Banks i Stor kierowali bieg Stalowego Olbrzyma.
Gonitwa trwała już dziesięć minut, i nie więcej jak dwieście kroków oddzielało Indusów od pułkownika i jego towarzyszy. Wtem rozległo się kilkanaście strzałów.
Kule świsnęły po nad Stalowym Olbrzymem, z wyjątkiem jednej która trafiła go w koniec trąby.
— Nie odstrzeliwajcie! krzyknął kapitan Hod; są jeszcze za daleko, trzeba oszczędzać kul i strzelać tylko na pewno.
Wtem miejscu droga zaczęła się ciągnąć w prostej linii, co widząc Banks kazał dodać pary i otworzyć regulator, i dzięki temu, wkrótce wyprzedzili Indusów o kilkaset kroków.
— Wiwat! wiwat! nasz Stalowy Olbrzym! krzyknął kapitan, aha! łotry nie będziecie go mieli!
Lecz niebawem znów nastała kręta, pod górę pnąca się droga, zniewalająca do zwolnienia biegu; wiedział o tem Kalagani i jego towarzysze, nie zaprzestawali więc pogoni. Jakkolwiek nie mieli już nadziei ocalenia Nana-Sahiba, pojmując, że za ich zbliżeniem, którykolwiek z towarzyszy pułkownika pchnięciem sztyletu pozbawi go życia, ale pragnęli przynajmniej pomścić śmierć jego.
Niebawem rozległy się nowe wystrzały, ale nie dosięgły żadnego z uciekających na Stalowym Olbrzymie.
— Baczność! krzyknął kapitan Hod, celując.
On i Gumi dali ognia jednocześnie, i dwóch najbliżej znajdujących się Indusów, padli ugodzeni w piersi.
— Mniej o dwóch! zawołał Gumi, nabijając karabin.
— Dwóch na sto, to za mały procent! odrzekł kapitan; niech nam zapłacą lichwiarski odsetek!
Fox przyłączył się do nich, wystrzelili z karabinów, znów padło trzech Indusów.
Na nieszczęście coraz więcej zwężająca się kręta i bardzo spadzista droga, nietylko nie dozwalała dopuszczać pary dla przyspiesznia biegu, ale nawet zniewalała do coraz wolniejszej jazdy. Ta stroma pochyłość ciągnęła się jeszcze z pół mili, gdyby je przebyć zdołali, znaleźliby się o jakie sto kroków od odwachu, zkąd widać już stacyą Jubbulpore.
Strzały kapitana i jego towarzyszy nie zdołały powstrzymać pogoni Indusów, ani myśleli się cofnąć; za nic mieli życie własne skoro chodziło o ocalenie lub pomszczenie Nana-Sahiba. Zginie dwudziestu lub trzydziestu, ale kilkudziesięciu pozostałych rzuci się na Stalowego Olbrzyma i z łatwością pokonają garstkę którym słoń ten służył za ruchomą fortecę. To też podwajali usiłowania aby ich dogonić.
Zresztą Kalagani wiedział dobrze iż kapitan i towarzysze jego ostatnie już użytkują ładunki, i że wkrótce karabinami swymi posługiwać się nie będą mogli.
Jakoż rzeczywiście kilka już tylko pozostało im ładunków, i za chwilę mieli być pozbawieni wszelkiego środka obrony. Znów jednak dali cztery strzały i padło czterech Indusów.
Kapitan i Fox mieli już tylko po jednym ładunku, inni żadnego.
W tej chwili Kalagani ciągle pozostający w tyle, więcej niż dozwalała przezorność wysunął się naprzód.
— A! mam cię! zawołał kapitan, i celując do niego, wystrzelił.
Kula ugodziła zdrajcę w samo czoło; wyciągnął ręce, zachwiał się i upadł.
Jednocześnie ukazał się koniec wąwozu; padł ostatni strzał z karabina Foxa, i poległ jeden jeszcze Indus.
Gdy ustały wystrzały, Indusi zmiarkowali że ścigani nie mają już naboi, i postanowili niebawem przypuścić szturm do słonia, już zaledwie o pięćdziesiąt kroków oddalonego — dościgną go więc niedługo.
— Zeskoczyć na ziemię! krzyknął Banks.
W tym stanie rzeczy nie można było ratować się inaczej, jak opuszczając Stalowego Olbrzyma, biedz co tchu starczyło do niezbyt oddalonego odwachu.
Pułkownik porwał żonę na ręce i zeskoczył; kapitan Hod i inni poszli za jego przykładem. Sam tylko Banks pozostał w wieżycy.
— A co zrobimy z tym łotrem? zapytał kapitan, wskazując Nana-Sahiba przywiązanego do karku słonia.
— Bądź spokojny, kapitanie, spuść się na mnie, odrzekł Banks szczególniejszym tonem.
I nadawszy ostatni obrót regulatorowi, z kolei i on zeskoczył na ziemię. Wszyscy zaczęli biedz co tchu ku odwachowi, trzymając sztylety w ręku, aby przynajmniej drogo sprzedać swoje życie.
Jakkolwiek pozostawiony samemu sobie, Stalowy Olbrzym posuwał się dalej, ale pozbawiony kierunku, uderzył o skałę wystającą z lewej strony wąwozu, i zatrzymując się nagle, całkiem prawie zagrodził drogę.
Banks i towarzysze jego ubiegli ze trzydzieści kroków, gdy cała zgraja Indusów rzuciła się na Stalowego Olbrzyma, aby uwolnić Nana Sahiba.
W tem nagle rozległ się w powietrzu przerażający huk, potężniejszy od najsilniejszego grzmotu.
Przed samem opuszczeniem wieżycy, Banks dopuścił nadzwyczaj wiele pary; wskutek czego nastąpiło nadzwyczajne ciśnienie, gdy więc Olbrzym uderzył o skałę, para nie mogąc uchodzić przez cylindry, rozsadziła kocioł i szczątki jego z przeraźliwym hukiem rozleciały się na wszystkie strony.
— Biedny Olbrzym! rzekł ze smutkiem kapitan zginął aby nas ocalić!






XIV.

Pięćdziesiąty tygrys kapitana Hod.

Teraz już pułkownik Munro, jego przyjaciele i towarzysze podróży, nie potrzebowali obawiać się ani Nababa, ani Indusów ani Dakoitów, gdyż na odgłos wybuchu nadbiegł oddział żołnierzy z odwachu. Indusi pozbawieni wodza, na ich widok uciekli.
Pułkownik Munro dał się poznać żołnierzom. W pół godziny doszli do stacyi Jubbulpore, gdzie znaleźli wszystko czego zapotrzebować mogli, a szczególniej żywność której od tylu godzin byli pozbawieni.
Lady Munro zamieszkała z mężem w wygodnym hotelu, do czasu przewiezienia jej do Bombay. Tam pułkownik miał nadzieję wrócić zdrowie duszy tej która fizycznem tylko żyła życiem, i pozostałaby zawsze jakby martwą dla niego, jeźliby nie odzyskała rozumu.
Zresztą i wszyscy przyjaciele pułkownika cieszyli się nadzieją że lady Munro zostanie uleczoną, oczekując z ufnością tej chwili mającej tak zbawiennie oddziałać na jego życie i usposobienie.
Po kilku dniach postanowiono odjechać do Bombay, stolicy Indyi zachodnich, pierwszym rannym pociągiem, ale zamiast okazałego Steam-House i Stalowego Olbrzyma, z którego tylko bezkształtne pozostały szczątki, zajęli miejsca w zwykłych wagonach kolei, zupełnie zwyczajną ciągnionych lokomotywą. Jednak gorący wielbiciel stalowego słonia, kapitan Hod, twórca jego, genialny inżynier Banks, jak równie każdy z uczestników tej niezwykłej podróży, zachowali do końca życia pamięć o „tem wiernem zwierzęciu“ w którego życie prawie uwierzyli. Zawsze brzmiał im w uszach straszliwy odgłos wybuchu który go zniweczył.
To też łatwo pojąć że Banks, kapitan Hod, Fox i Gumi, zapragnęli przed odjazdem zwiedzić miejsca będące widownią tak przerażającej katastrofy.
Jakkolwiek nie potrzeba już było obawiać się bandy Dakoitów, jednak, przez chwalebną przezorność, oddział żołnierzy towarzyszył Banks’owi i jego współtowarzyszom podróży. O jedenastej stanęli u wejścia do wąwozu.
Tu zaraz zobaczyli na ziemi rozszarpane ciała kilku Indusów, tych właśnie którzy rzucili się na Stalowego Olbrzyma, aby oswobodzić Nana-Sahiba. Zresztą z całej bandy najmniejszego nie zostało śladu. Widać nie chcąc wracać do zniszczonej forteczki Ripore, skoro wiedziano już że się w niej ukrywali, ostatni z wiernych do końca Nababowi, rozbiegli się po dolinie Nerbudda.
Co do Stalowego Olbrzyma, wybuch kotła rozsadził go i zniszczył zupełnie. Jedna z ogromnych łap jego leżała dość daleko; część trąby zaryła się w skałę, sterczącą w niej jakby olbrzymia prawica. Tu i owdzie leżały poodrywane kawały stali, śruby, nitable, odłamy cylindrów, szczątki wieży i lokomotywy. Straszne to zniszczenie dowodziło że w chwili wybuchu ciśnienie pary musiało przechodzić dwadzieścia atmosfer.
I oto z tego sztucznego słonia z którego podróżnicy ze Steam-House tak byli dumni, z tego kolosu wywołującego zabobonny podziw Indusów, z tego mechanicznego arcydzieła genialnego inżyniera, z tego urzeczywistnionego marzenia radży Butanu, pozostał tylko nędzny, nie do poznania szkielet, najmniejszej nie mający wartości.
— Biedny Słoń! zawołał kapitan Hod patrząc na te szczątki ulubionego swego Olbrzyma, i ciężkie westchnienie wydarło się z jego piersi.
— Nie rozpaczaj, kapitanie, rzekł Banks, mogę zbudować innego, potężniejszego jeszcze.
— Wierzę temu, odrzekł kapitan Hod, ale ten już nie powstanie!...
Wtem przyszło im na myśl rozejrzeć się po miejscowości czy nie znajdą jakichś śladów Nana-Sahiba. Gdyby w braku głowy choć ręce znaleźli, to i tak po brakującym palcu, poznać by można Nababa i stwierdzić jego tożsamość; a bardzo pragnęli mieć ten niezaprzeczony dowód śmierci Nana-Sahiba; Balao-Rao już nie żył, nikt więc za niego nie będzie mógł uchodzić. Ale nigdzie nie było ani śladu jego ciała, unieśli je widać fanatyczni wielbiciele.
Oto jakie pociągnęło to za sobą następstwa: ponieważ nie było pewnego dowodu śmierci Nababa, legenda o nim odzyskała swe prawa, i niepochwycalny Nana Sahib zawsze żyć będzie w pamięci ludności Indyi środkowych, zanim nareszcie zaliczony zostanie do rzędu nieśmiertelnych bożków.
W każdym razie, ani Banks, ani towarzysze jego nie mogli przypuszczać, aby dawny przywódzca mógł uniknąć śmierci, spowodowanej wybuchem kotła.
Przed powrotem na stacyę, kapitan Hod podniósł z ziemi odłamek trąby ulubionego swego Stalowego Olbrzyma, aby go zachować jako drogą pamiątkę.
Nazajutrz, dnia 4 października, wszyscy opuścili Jubbulpore w odzielnym wagonie, który oddano do rozporządzenia pułkownika Munro i jego towarzyszy. We dwadzieścia cztery godzin, minęli Gaty zachodnie, te Andy indyjskie ciągnące się na długość trzystu mil, w pośród gęstych lasów bananów, sykomorów, teków, palm, kokosów, areków, sandałów i bambusów. W kilka godzin później kolej dowiozła ich do wyspy Bombay, która łącznie z wyspami Salcette, Elephanta i kilku innemi, tworzy doskonałą przystań, i na której południowo-wschodnim krańcu, wznosi się stolica prezydencyi.
Pułkownik nie miał jednak pozostać w tem wielkiem mieście zamieszkanem przez najrozmaitsze narodowości, gdyż przyzwani doktorzy polecili mu zamieszkać w jakiejś poblizkiej willi, gdzie zupełny spokój, troskliwa ich opieka i poświęcenie męża musi stopniowo oddziałać zbawiennie na umysłowy stan lady Munro.
Upłynęło parę miesięcy, żaden z towarzyszy i sług pułkownika ani myślał go opuścić; chcieli koniecznie być przy nim w dniu, którego blizkie nadejście zwiastowali lekarze, gdy nareszcie lady Munro odzyska rozum.
Nie zawiodły ich nadzieje. Umysł lady Munro, powoli, stopniowo budził się do życia, i wkrótce Błędny Ognik pozostał tylko smutnem wspomnieniem.
— Lauro! Lauro moja! zawołał pułkownik, spostrzegłszy, że jakoś inaczej patrzy na niego.
— Edwardzie! krzyknęła, i padła w jego objęcia.
W parę tygodni potem wszyscy zebrali się w saloniku w bungalowie w Kalkucie, gdzie miało rozpocząć się odtąd zupełnie inne życie, niż to jakie wiódł tam przed podróżą zrozpaczony pułkownik. Banks spędzał w nim wszystkie wolne od pracy chwile; Hod przyjeżdżał ilekroć mógł dostać urlop. Sierżant Mac-Neil i Gumi zaliczali się do domowników, i nigdy nie mieli rozstać się z pułkownikiem Munro.
Fox nie odstępował kapitana, razem z nim odjechał do pułku stojącego garnizonem w Madras i razem z nim na urlopy przyjeżdżał do Kalkutty.
— Bywaj zdrów i do widzenia! kochany kapitanie, rzekł żegnając się z nim pułkownik Munro. Cieszę się myśląc, że nie masz powodu żałować odbycia podróży do Indyi północnych, chyba może tego tylko żeś nie zabił swego pięćdziesiątego tygrysa.
— Jakto pułkowniku, przecież go zabiłem.
— Gdzież i kiedy? zapytał pułkownik Munro.
— W wąwozie Windhyasów, odpowiedział. Czterdziestu dziewięciu tygrysów i... Kalagani — razem pięćdziesiąt.

KONIEC.






  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przepaść.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – względem.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – dostawca.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – trwogą.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przechodzą.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – chwili.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wnętrzu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.