<<< Dane tekstu >>>
Autor Zdzisław Kamiński
Tytuł Święta ręka
Podtytuł Legenda z życia górników
Pochodzenie W królestwie nocy
Nowele górnika
Wydawca Księgarnia Polska B. Połonieckiego; E. Wende i Sp.
Data wyd. 1907
Druk Drukarnia Słowa Polskiego
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ŚWIĘTA RĘKA
LEGENDA Z ŻYCIA GÓRNIKÓW



Zajęty rąbaniem twardej skały w ustronnej części kopalni, nie mógł, nie zdołał usłyszeć, co się dzieje po za nim w odległości kilkuset metrów.
Siekł ścianę ostrym końcem kilofa, aż iskry leciały. A miały od czego lecieć te iskry, bo takie bary i takie żylaste ramiona żelazem biły, że się i najtwardszy kamień nie ostał przed niemi.
Walenty Ćwik był jednym z najtęższych górników. Dzięki swej niespożytej, herkulesowej sile odwalił w ciągu miesiąca taki szmat calizny, któremu i dwóch zwykłych ludzi rady by nie dało. Zarobki też miewał największe, ale mu i trzeba było znaczniejszych niż innym z roboty dochodów. W chałupie Ćwik miał siedm gęb do wyżywienia: żona Magda, pięć własnych drobnych dziecków i jeden krewniak sierota, którego za swoje przyjął, także ledwo co od ziemi odrósł.
Brał też chętnie najodleglejsze miejsce w podziemiach, teren najgorszy, skałę najtwardszą, byle tylko zarobić, jak najwięcej. Dziwili się tej niezwykłej obojętności towarzysze, którzy za nic w świecie w „singla” bez kompani nie byliby pracowali.
— Że wy się też nie boicie Walenty, tak sam jak palec na pustkach robić.
— Czegoż bym się miał bać? Czy to Pana Boga nie ma nademną?
— A jak przyjdzie Skarbnik[1] to co?
— Ja się ta żadnego skarbnika nie boję, ino Pana Jezusa i Matki Najświętszej.
Przyjmował robotę w najmniej dostępnych częściach kopalni i wcale mu się nie cniło, choć tylko w towarzystwie wiernego druha kaganka, który syczeniem i pryskaniem oznajmiał mu spóźnioną porę — pracować musiał dzień cały.
Przy rąbaniu śpiewał zwykle pobożne pieśni, donośnym głosem, który z jego szerokiej piersi rozchodził się daleko w tem królestwie nocy i zamierał echem w głębinach i czeluściach kopalni.
Ulubioną jego pieśnią było: „Serdeczna Matko“, tak się dobrze w takt tej melodyi rąbało, tak jakoś przy niej szła robota od ręki.
I teraz śpiewał właśnie przy pracy słowa ostatniej zwrotki, kiedy w odległości kilkuset metrów od jego stanowiska wypadek zaszedł niespodziewany.
W chodniku, którym zawsze powracał od roboty Walenty i który stanowił jedyną drogę do wyjścia „na świat“ z tej opustoszałej części kopalni, upadła nagle powała na przestrzeni kilku metrów, zawalając jednolitą prawie bryłą całe przejście od dołu do góry.
Ściana, przy której pracował Ćwik, nadto była odległa od miejsca katastrofy, więc nie mógł tam dolecieć huk spadającego stropu.
Jedna rzecz tylko zastanowiła Walentego: nagły silny powiew wzruszonego tem załamaniem powietrza, który jakby gwałtowny pęd wiatru spłaszczył prawie płomień jego kaganka.
Nie myślał jednak nadtem dłużej; szychta miała się ku końcowi, więc pozbierał narzędzia, wdział przestronną kapotę, którą przed robotą wieszał opodal na kołku i ruszył wolnym krokiem w drogę.
Po tak wytężającym fizycznym ruchu, czuł dobry apetyt i sama mu się nasuwała myśl o dużej misie okraszonych ziemniaków, którą tam pewnie Magda teraz dla niego i dziecków rychtuje.
Przyspieszył kroku nie zwracając nawet uwagi na dziwnie połamane, potworne jakieś cienie, które mu kaganek rzucał za ściany komór.
Nagle stanął jak wryty, zaparł oddech i patrzył przez chwilę wytężając wzrok.
W ciemnym chodniku zamajaczyła postać biała, jakby mu ktoś chciał drogę zastąpić. Przysłonił kaganek dłonią, by rzucić dalszy refleks światła: zjawisko nie znikało wcale, więc przeżegnawszy się kilka razy, wolniejszym trochę krokiem szedł naprzód.
Przed wpatrzonemi badawczo w czeluść chodnika oczyma, zaczynała coraz wyraźniejsze przybierać kształty powłóczysta szata białej postaci. Walenty rozpoznał zasypisko — i z lękiem już nie tym, który budzą przelotne wizye, jeno z trwogą, która ściskała mu gardło zaczął prawie biedz ku miejscu załamania.
Stanął przed ścianą bryły i od razu zdał sobie sprawę z okropnego swego położenia... wiedział, że dla niego niema z kopalni innego wyjścia.
Ale przez chwilę nadzieja wstąpiła mu w serce, że to może tylko usypisko małe, które on kilku uderzeniami kilofa rozrzucić zdoła. Chwycił oburącz żelazo i z olbrzymiem wytężeniem bić zaczął o ścianę. — Uderzeniom kilofa odpowiadał stuk głuchy świadczący, że ściana zawalona, musi być bardzo grubą.
Prężył ramiona, uderzał ostrem narzędziem raz po raz sapiąc mocno i nie ocierając potu, który mu z pod stożkowatego małego kapelusza ściekał strugami po czole, znacząc swą drogę na twarzy okrytej pyłem rąbanej skały. Zdawało się, że mu w dwójnasób sił przybywa: echo jego potężnych uderzeń odbijało się daleko o ściany komór. Wreszcie uczuł, że musi trochę wypocząć, przytem zaczęło go trawić pragnienie. — O kilka kroków było źródło podziemne, dowlókł się i przyłożywszy suche wargi do cienkiej strugi pił długo, chciwie. Gdy wrócił światło kaganka zaczynało się kurczyć, więc knot rozjaśnił, wlał resztę zapasowej oliwy i na nowo jął się roboty. — Zrzucił kubrak i stanął tylko w koszuli. Z ogromną wprawą, głębokiemi wrębami zaczął rozbijać bryłę, dzielić na części, myśląc, że je w ten sposób łatwiej rozsunąć potrafi — wszystko napróżno! Odrzucił kilof, sparł się rękami i z nadludzką siłą pchać począł rumowisko twardemi dłońmi. W ten sposób udało mu się poruszyć część głazów ku górze, które popchnęły tylko trochę drobnych odłamów skały, spadających z szelestem ku wrosłym prawie w ziemię stopom górnika. Natężenie to wielkie, wyczerpało do reszty jego siły, ledwie nie omdlał ze znurzenia i głodu, który dokuczać mu zaczął. — Znowu zawlókł się do źródła...
Usiadł potem przy ścianie chodnika i jął rozmyślać nad swojem położeniem.
Wiedział, że tam na górze spostrzegą wśród zapisków brak kreski znaczącej powrót, przy jego nazwisku, wiedział, że go szukać pójdą, ale czy zdołają odwalić tak grubą ścianę nim go głód zamorzy?
Ufał, że wszystko jest w ręku Boga, i ku niemu też zwrócił swe proste nieskażone serce. — Wzrok jego padł wtedy na mały obrazek męki Pańskiej, który zwyczajem w kopalniach praktykowanym przybity był w małej niszy wykutej w ścianie chodnika.
Walenty powlókł się ku obrazowi i padł na kolana, schylając ku ziemi głowę. — Nie umiał sam składać słów modlitwy stosownej w takim momencie, więc pacierz mówić zaczął i bił się w piersi mocno.
Nie myślał wcale o śmierci, czuł się silny, czuł, że głód długo przetrzymać potrafi, a pragnienie miał na szczęście czem ugasić.
Żal mu tylko było Magdy, że tak się strapi okrutnie i tych dzieciaków, co go tak kochały i pewnikiem wielki lament podniosą, że tatuś się zbłąkali.
Usiadł znowu na ziemi przy ścianie, i ani się spostrzegł, jak mu twardy sen przymknął powieki.
Po przebudzeniu nie mógł sobie zdać sprawy: gdzie się znajduje? Wzrok jego padł na kaganek, który słabnącem światłem tlił się jeszcze tylko, wreszcie łypnął raz ostatni krwawym płomieniem i zgasł wydając syk przeciągły.
Otoczyła go ciemność zupełna.
Chciał powstać ale czuł ogromne osłabienie, ułożył się na ziemi na wznak i słuch wytężył myśląc, że doleci go głos rąbanej skały... Cisza była zupełna... z oddali tylko dochodził, jak szept rozmowy prowadzonej za ścianą, szmer podziemnego strumienia i miarowy szelest sączących się ze stalaktytów kropel.
Leżał tak bez ruchu z rozpostartemi ramionami, jak w odrętwieniu.
Prócz głodu, który mu kurczył wnętrzności, zaczął uczuwać dotkliwe zimno, dygotał chwilami, jak w febrze. Zmęczony wytężającem patrzeniem w czarną, jak kir próżnię, zmrużył ciążące mu, jak ołów powieki i zapadł powtórnie w sen głęboki. I zdało mu się, że oto już wraca do chałupy, że Magda w białym fartuchu z podwiniętymi rękawami wyszła na przeciw, tak hoża jak jabłko, a krzykliwa, a zdrowa, w boki się podparła i mówi:
— Walku! Walku! a kajze się ty podziwas?
A za babą wylatują z chaty rzędem wszystkie dziecka i Stach najstarszy w jego kapeluszu i Maryśka w chustynie czerwonej i Jasiek i Tomek w koszulinach i ten sierotka Józek, co go jak ojca kocha. I ciągnie go to wszystko za długą kapotę.
— Chodźta tatulu, a żywo do miski.
Wchodzi do izby a tam Maciek drze się w kolebie w niebogłosy, więc ojciec bierze benjaminka na ręce i obnosi po izbie i huśta, a huśta...
Układa Maćka, spieszy do stołu, bo i jemu także głód doskwiera, gdy nagle wszystko pochłania czarna bezdenna otchłań, gdzie nie ma ani promyka nadziei.
Z febrycznym dreszczem, budzi się, otwiera oczy i słucha... Ktoś szepce, ktoś gada wciąż tym samym głosem...
To strumień, to krople z okapów... Coś szumi i szumi bezustannie i ten szum straszny w uszach, spowodowany wycieńczeniem wszystko wreszcie zagłusza; — Walenty zasypia znowu.
...Jest w kościele, w ogromnym ścisku, taki tłok, że on nie może się nawet przepchać przed ołtarz, gdzie wisi ten Pan Jezus, którego oni górnicy z własnych zakupili składek. A on tak by pragnął klęknąć przed nim i tak bardzo gorąco z całego serca się pomodlić za tę Magdę swoją kochaną, za sieroty biedne...
Znów się obudził... czuł okropne pragnienie, coś go wewnątrz jak ogień piekło. — Chciał się dowlec ku źródłu, ale taki był z sił wyczerpany, że jużby chyba stamtąd żyw nie wrócił. I wtedy dopiero pierwszy raz pomyślał, że mu tu już chyba zemrzeć przyjdzie, bo snąć taka wola boska. — Więc podniósł się na rękach, zgiął z trudnością kolana, i zwróciwszy się jak sądził w kierunku ściennego ołtarzyka zmówił pacierz i zaczął się na śmierć gotować.
Spowiadał się Panu Bogu Wszechmogącemu ze wszystkich grzechów swoich. A miał ich sporo. Magdę czasem o byle co zeprał i do bójki był skory, jak się tam kiedy na fajeramcie z kompanami zeszło przy piwku. — Ale pan Jezus dobry, łaskawy przebaczy, i może go choć po dłuższym czyśćcu przyjmie do swojej chwały świętej — i o sierotach pamiętać będzie.
— Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, Boże bądź miłościw! — mówił drżącemi usty, bijąc się w piersi.
I gdy tak schylony klęczał, utkwiwszy oczy w tym kierunku czeluści czarnej, gdzie mu się być zdawał obraz męki Pańskiej...
...zobaczył nagle punkt świetlany, jak jutrzniana gwiazda na niebie, potem jaśniejszy, coraz bardziej złocisty, jako ta święta monstrancya w kościele, a z tej jasności wielkiej zaczęła się zwolna ukazywać — Ręka. Ta sama Ręka, na którą tyle razy z czcią i uwielbieniem patrzył w swem życiu, Ręka biała, jak kwiat lilii, Ręka święta, gwoździami przebita, ze śladami krwi najdroższej za grzechy ludzkości przelanej. Ta Ręka podawała mu taki cudowny, taki rumiany bochenek chleba.
Walenty wyciągnął ku niemu obie swe dłonie, wziął chleb i jadł klęcząc i polewając go łzami.
Ciemności znów go otoczyły, ale on już z klęczek nie wstawał, jeno oparłszy głowę o kamień powtarzał bez ustanku:
— O mój Jezusie drogi! o Jezusieńku miły!
Już nic nie słyszał, z niczego sprawy sobie nie zdawał.
Nie słyszał, jak bili młotami, jak odwalali skałę, jak go nawoływali przez coraz cieńszą ścianę zwaliska.
Jak wreszcie pierwszy, co przez wyrąbany otwór ze światłem skoczył, zawołał ku towarzyszom radośnie:
— Żyje!
Jak wpadli potem tłumnie i porwali go za ręce i ściskać zaczęli i ku górze wynieśli, nic nie słyszał.
A kiedy się obudził ze snu długiego i obaczył słonko jasne — i Magdę i cały wianuszek główek dziecinnych, to mu się zdawało, że to Pan Jezus już go powołał do nieba, dając mu tam wszystko, co tak bardzo ukochał.










  1. Duch kopalni.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zdzisław Kamiński.