Artur (Sue)/Tom I/Rozdział dziewiąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Artur
Wydawca B. Lessman
Data wyd. 1845
Druk J. Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Arthur
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział 9.
PAWILON. ―

Pawilon w którym miałem zastać Helenę wznosił się w głębi zwierzyńca; aby przybyć do niego, trzeba było przejść długie i smutne aleje, usłane martwemi liściami. Mgła poranna opadała tak ciężka i tak gęsta, iż zaledwie można było widziéć o dziesięć kroków przed sobą, chociaż dopiéro była dziewiąta. Myśli, które mi się snuły przez noc, jeszcze bardziéj utwierdziły mnie w mojéj wątpliwości i postanowieniu; skoro raz przypuściłem myśl, że Helena powodowana była chciwością, stawało mi się na nieszczęście aż nazbyt łatwo nędznie tłómaczyć sobie każdy jéj postępek; i tak, to niejako wyznanie, prawie pomimowolne, które mi uczyniła, ten wstydliwy krzyk miłości, który wydarł się z serca, od dawna już może zniewolonego, był tylko w moich oczach zaczepką haniebnie wyrachowaną.
Cóż powiem! udając się do tego pawilonu, myśli moje były okropną mięszaniną samolubstwa, obrażonéj miłości własnéj, postanowień najokrutniejszych, i zarazem rozdzierających żalów, żem tak prędko utracił to złudzenie tak lube, że mi nawet ani jeden dzień niepozostaje na pocieszenie się lub rozjaśnienie mych myśli... pamięć pierwszéj miłości, czystéj i bezinteressowanéj....
Zarazem rzeczą okropną i śmieszną jest wyznać, że mi nawet ani na chwilę nie przyszła myśl iż mogę się po grubijańsku mylić; że przypuszczając nawet możność pozorów złego, trzeba także było przypuścić możność i dobrego; że wreście, bez względu na charakter i szlachetność uczuć, jakie poznałem w Helenie, tysiąc okoliczności, tysiąc drobnych szczegółów, mogły sprawić aby jéj miłość była niewinną i prawdziwą; wreszcie, że kiedy mój majątek był nieodstępnym odemnie, nie byłaż Helena zmuszony kochać mnie bogatym, kiedy byłem bogatym?
Ale nie, ta wyłączna myśl, i tak po zwierzęca prawie dzika, tak mocno mnie ochłonęła, iż ani pomyślałem poszukać najmniejszéj nawet wymówki dla téj, o któréj tak srodze wątpiłem.
Długie lata odtąd upłynęły, i gdy dzisiaj bezinteressonie rozpatruję się w ówczesném mojém postępowaniu, mam przynajmniéj smutne przekonanie, iż, niestarałem się upoważnić tą ślepą wiarą w złe które przypuszczałem, aby się wymówić od spełnienia powinności; gdyż, chociaż pogłoski o których wspomniałem były najzupełniejszą potwarzą, w oczach świata miały pozory najprawdziwszéj rzeczywistości, a niebezpieczna nierozwaga mego postępowania jeszcze je na nieszczęście bardziéj utwierdziła: winien więc byłem Helenie wynagrodzenie, które jéj w pierwszém ofiarowałem uniesieniu; lecz ona była moją krewną, była prawie córką dla mojego ojca, poznałem w niéj najwyborniejsze przymioty, i byłem przekonany iż stanę się najszczęśliwszym z ludzi biorąc ją za żonę. Lecz, powtarzam, okrutne moje względem niéj postępowanie nie było natchnione jednym z tych chciwo-sknerskich podstępów których sami przed sobą nieprzyznajemy, lecz które pomimo wiedzy prawie naszéj nami powoduję... Późniéj, może, byłbym się tak umyślnie zwodził; lecz wtenczas byłem na to zamłody, za bardzo ufny, w mojém niedowierzaniu... i przypominam sobie doskonale, iż to, co mi sprawiało najdokuczliwszą niespokojność, był to rozpaczny żal, iż niemogłem wzbudzić w Helenie prawdziwéj miłości.
Przybyłem nakoniec do pawilonu. Gdym wchodził, Helena na mnie czekała, siedząc blisko drzwi; owinięta była w czarną salopę, i drżała od zimna. Skoro mnie postrzegła, powstała, i zawołała z niewysłowionym wyrazem boleści, wyciągając do mnie ręce: — Przecie, jesteś! Ach! ileżeśmy ucierpieli od dwóch dni!
Potém, uderzona zapewne wyrazem opryskliwym i oschłym moich rysów, dodała: — O Boże! co ci jest Arturze? przerażasz mnie!
W tenczas, z tém okrucieństwem głupiém i szyderczém, które jest udziałem dzieci i ludzi szczęśliwych i samolubnych, którzy nigdy niecierpieli, przybierając minę lekceważenia i płochości, i całując ją w rękę, odpowiedziałem: —
— Jakto, przerażam cię! nie takie jednakże wrażenie spodziewałem się uczynić na tobie, w tak powabném widzeniu się sam na sam!
Ton ironiczny z jakim wymówiłem te słowa, tak był odmienny od mego zwykłego obejścia, iż Helena, otwierając swe wielkie oczy zdziwione, bynajmniéj mnie niezrozumiała; po chwili też milczenia, dodała z westchnieniem; — Arturze, matka mi wszystko powiedziała.
— I cóż! — odpowiedziałem obojętnie... — Potém zapinając kołnierz jéj salopy, dodałem: — Strzeż się, mgła jest przenikająca i wilgotna... może ci być zimno.
Biedne dziewczę sądziło że to sen. — Jakto! I cóż! — odezwała się znowu składając ręce z osłupieniem, — nieznajdujesz tego straszném, niegodném?
— Mniejsza o to? Kiedy to fałszywe — odpowiedziałem bez zmarszczenia brwi.
— Mniejsza o to! Jakto! więc nic nie szkodzi, że ta, co nosić będzie twe nazwisko, będzie znieważoną, nim zostanie twą małżonką?
Na te wyrazy Heleny, które mi się zdały być najwyższym stopniem bezczelności i największym dowodem prawdy mych podejrzeń, niewypowiedziana potrzeba zemsty podburzyła me serce; wszystkie moje skrupuły zniknęły, i dziś błogosławię przypadek który zatrzymał na mych ustach straszliwe wyrazy, które mi na myśl przyszły. Szczęściem dla mnie, chciałem być ironiczny, i wstrzymałem się.
— Heleno, — rzekłem do niéj — nasza rozmowa powinna być poważna i surowa: chciéj mnie posłuchać. Ty, co jesteś samą niewinnością, samą szczerością i bezinteressownością, uosobistnioną, — dodałem z wyrazem nędznéj śmiałości, który nie mógł uczynić na niéj wrażenia, tak dalece sumienie stawiało ją wyżéj nad wszelkie podejrzenia, — odpowiedz mi, proszę cię, z najzupełniejszą szczérodusznością: nasza wspólna przyszłość od tego zależy.
Tą domyślnością serca, która rzadko kiedy zwodzi, Helena przeczuła jakowąś zdradę, gdyż krzyknęła z przerażeniem: — Ach! Arturze! tobie się dzieje cóś nadzwyczajnego; nigdy nie widziałam u ciebie téj miny lodowatéj i opryskliwéj; przerażasz mnie! Na nieba! cóżem ci zrobiła?
— Niceś mi nie zrobiła; lecz ponieważ nosić będziesz moje nazwisko, ponieważ będziesz moją żoną, i niewymownie ci jestem wdzięczny za tę ufność którą pokładasz w przyszłości, która obojgu nam zaszczyt przynosi, — mówiłem daléj, z tym uśmiechem co ją przerażał, — trzeba abyś odpowiedziała na me zapytania.
— Jakimż to tonem, o Boże! powiadasz mi to Arturze! Nie rozumiem... co to wszystko ma znaczyć? na cóż mam odpowiadać? — Heleno, gdy pierwszy raz moja obecność lub moje wspomnienie wrażenie na tobie uczyniły, słowem, skoroś mnie pokochała, jaki był twój cel?
— Mój cel!...... jaki cel? Jeszcze raz powtarzam, nierozumiem cię, — rzekła potrząsając głową; potém dodała, pomieszana z podziwienia: — Arturze, ty mi zadajesz męczarnie, jak gdybyś chciał na śmierć zabić zakłóciami szpilki; zaklinam cię, w imię twéj matki, wytłumacz się otwarcie; czego chcesz odemnie? co znaczą wszystkie te pytania?
— Posłuchaj więc! chcę ci wyrównać w szczerości, wielkoduszności i czystości zamiarów; podobnie jak ty, dozwolę się unieść całemu popędowi mych wrażeń, bez żadnéj ubocznéj myśli, bez najmniejszego wyrachowania; a że niema żadnéj wątpliwości, iż będziesz moją żoną, i że w téj zachwycającéj godzinie możemy, powinniśmy sobie wszystko powierzyć, powiem ci jakim sposobem i dla czego cię pokochałem, lecz wprzódy, żądam od ciebie tejże saméj ufności.... Będzie to wzajemną zamianą wyznań wspaniałych i tkliwych, na którą biedne moje serce niewypowiedzianie się raduje! — rzekłem, z miną ironiczną, zimną i okrutną, która tak straszliwe udręczenie sprawiała nieszczęśliwéj dziewczynce, chociaż niemogła odgadnąć nędznych zastósowań, któremi więdliłem jéj czystą i szlachetną miłość.
Teraz, kiedy się z zimną krwią zastanawiam nad tą sceną, strach mnie ogarnia na samą myśl o tém co musiała ucierpiéć Helena, słysząc mnie w ten sposób pierwszy raz do niéj przemawiającego; widzę ją jeszcze, bladą, drżącą z zimna i niespokojności w tym pawilonie umeblowanym po wiejsku w samo tylko drzewo, a przez którego otwarte okna widać było mgłę gęstą; płonię się ze wstydu, pomyślawszy iż to niejako przed nieprzyjacielem uprzedzonym, niedowierzającym i przygotowanym wszystko złośliwie tłumaczyć, miała, śród łez, wykryć mi te tkliwe i niewinne myśli, poprzedzające zwykle wyznanie; te skarby nieznane kochankowi, które mu wykrywają radości, obawy, niespokojności, jakich się nawet niedomyśla, a których jednak sam był przyczyną.
Nakoniec Helena, przezwyciężając swoję niespokojność, rzekła do mnie: — Arturze, bynajmniéj tego niepojmuję, co się dzieje w tobie; chcesz abym ci powiedziała, jakim sposobem cię pokochałam, — dodała, z oczami łzami zalanemi.... — to rzecz tak prosta.... O mój Boże! będąc dzieckiem słyszałam matkę ciągle mówiącą o tobie, o samotności, w któréj ojciec kazał ci pędzić życie, zdala od roztargnień przyzwoitych twemu wiekowi, bez przyjaciela... Prawie codziennie zajmować się poważnemi naukami, i być zupełnie pozbawionym zabaw, przyzwoitych twojemu wiekowi. Pierwsze wrażenie, jakiego doznałam myśląc o tobie, było, żem cię sądziła nieszczęśliwym, i zaczęła żałować... gdyż, wedle tego com posiadała, miarkowałam na czém ci zbywać musi: udałam towarzyszki, które kochałam; matka moja, zawsze dobra i tkliwa, uprzedzała wszystkie moje radości dziecinne. Słowem, sama niewiedząc dla czego, wstydziłam się niekiedy żem siebie znajdowała tak szczęśliwą, gdy ty wiodłeś życie, które mi wydawało się tak nieszczęśliwe i odosobnione; ztąd to, zdaje mi się, powstał we mnie pewien wstręt do zabaw które mnie zajmowały w dzieciństwie; wyrzucałam je sobie, gdyż wiedziałam że ich jesteś pozbawiony; słowem, powtarzam ci, Arturze, dla tego że zdawałeś mi się pożałowania godnym, będąc dzieckiem, zajmowałam się tak mocno tobą. Późniéj, gdyś wyjechał, odbyć pierwsze swoje podróże, niebezpieczeństwa na jakie się narażałeś, a które zapewne przesadzałam sobie, obudzały we mnie obawę o ciebie, i zwiększyły moje przywiązanie... Wtenczas to, jak Zofia ci powiedziała, byłam tak dziecinna, iż w klasztorze obchodziłam twe imieniny i codziennie prosiłam Boga o twoje zdrowie i szczęście... Późniéj znowu, gdy biedna twoja matka umarła... zdało mi się, iż ostatnie węzły, które jeszcze pozostawały do ściśnięcia, bardziéj spojone zostały tą straszliwą, stratą; gdyż od téj chwili wydałeś mi się najzupełniéj osamotniony, nieszczęśliwy, i pozbawiony jedynéj osoby, w któréj kiedykolwiek położyłeś nadzieję.... Wtenczas to przybyliśmy tutaj... mieszkać wraz z twoim ojcem Matka mawiała mi często: — że, chociaż niezmiernie dobry dla ciebie, twój ojciec był jednak zimny i surowy... W istocie, tak mi się zdawał poważny, tak smutny, a ty zdawałeś mi się zawsze tak lękliwy w jego przytomności i tak nieukontentowany, tak posępny po rozmowie mianéj z nim z rana, iż jeszcze z większą goryczą żałowałam ciebie i miłość moja ku tobie zwiększała się jeszcze wszystkiemi gorzkiemi cierpieniami, które sądziłam że doznajesz. Jednakże, chociaż tak bardzo obawiałam się twojego ojca, nie mogłam się wstrzymać aby go niekochać; tyle cierpiał!... a potém, okazując się zawsze uprzejmą i uprzedzającą dla niego, sądziłam iż tym sposobem dowiodę ci jeszcze bardziéj mojéj miłości.... Nakoniec, Arturze, gdyś doznał niezmiernéj boleści utracenia go, widząc cię samego tylko na świecie, zdawało mi się iż odtąd los mój był z losem twoim połączony, że przeznaczeniem całego mojego życia było, i być powinno kochać cię, uszczęśliwić, słowem, że niemiałeś innego schronienia prócz w mojém sercu — Nigdyś mi niepowiedział że mnie kochasz, lecz zdawało się że tak być musi... że być inaczéj nie może, że mojém przeznaczeniem było poświęcić tobie życie; ufna też.... czekałam codziennie twego wyznania, a jeśli, w rozpaczy że go niesłyszę, powiedziałam ci pomimowolnie: »Ach! ty nigdy nic kochać nie będziesz... nigdy nie będziesz szczęśliwy!.... bo mi się istotnie zdawało że musisz być zawsze nieszczęśliwym... jeśli mnie kochać nie będziesz... mnie, co cię tak mocno kocham! mnie, com się sądziła być tak potrzebną do twego szczęścia!.... Od owego dnia przyznałeś się przedemną że mię kochasz; bardzo mnie to uszczęśliwiło.... o! głębokie sprawiło mi szczęście; lecz to bynajmniéj niezadziwiło mnie. Wczoraj, matka zmartwiła mnie bardzo, opowiadając mi wszystkie te okropne potwarze. Nie widząc cię, sądziłam że podzielasz moje cierpienia w tym względzie... Oto wszystko, com ci miała powiedzieć, Arturze... tak cię kochałam, tak cię i teraz kochani; lecz, przez litość, nie dręcz mnie tak bardzo; stań się tém, czém dawniéj dla mnie byłeś!... Pocóż ta zmiana? raz jeszcze pytam, cóżem ci zrobiła?......
Podczas gdy Helena wyrażała się z prostoty tak dobroduszną, i bezwątpienia tak prawdziwą, ani na chwilę nie spuściłem jéj z oka; zamiast być najczuléj wzruszonym, podstrzegałem ją ze złośliwością i niedowierzaniem sędziego, nienawistnego i uprzedzonego; jednakże, gdy wznosiła łagodne swe oczy, piękne i czyste, pod długich rzęs zasłoną, wlepiając je w oczy moje z zapewnieniem tak niewinném i tak pogodném, iż musiałem być tak bardzo zaślepiony, jak byłem, aby w nich niewyczytać miłości najszlachetniejszéj i najgłębszéj.
Lecz niestety! kiedy nas owładnie uporczywe powątpiewanie, wszystko? co dąży do zniszczenia go w naszym umyśle, drażni nas, jak gdyby pochodzące ze zdrady lub fałszu, tém bardziéj upieramy się przy naszém przekonaniu im bardziéj sądzimy wystawić się na dudków porzucając je: najnieuleczeńsze prawdy, wydają się wówczas zręcznemi kłamstwy, a najszlachetniejsze najniespodziańsze natchnienia, tyluż sidłami, z najzimniejszą krwią zastawionemi. Tak i ja postąpiłem, i nieporzuciłem smutnéj roli, którą przyjąłem na siebie.
To jest jak najdoskonaléj i najzręczniéj wyrachowane, — odpowiedziałem; — przyczyny i skutki wiążą się ze sobą i jedne z drugich wywodzą jak najlepiéj bajka jest nawet bardzo do prawdy podobną.... i trochę odemnie głupszy, łatwo by wpadł w sidełka.
— Bajka!... jaka bajka? — rzekła Helena, która niemogła się nawet domyśleć moich podejrzeń.
Lecz nie odpowiadając na jéj zapytanie, mówiłem daléj: — Kiedy tak mądrze dowodzisz, jakżeś się niezastanowiła, iż dozwalając mi okazywać pierwszeństwo tak wyłączne, sama siebie mocno skompromitujesz?
— Niemyślałam o niczém, nad niczém się niezastanawiałam, kiedy kochałam ciebie; mogłamże zresztą nawet pomyśleć, aby to, co czynisz, złém być mogło, kiedym była pewna twojego przywiązania?
— Więc już wtedy myślałaś, że zostaniesz moją żoną?
Helena zdawała się mnie niesłyszyć, i odpowiedziała:
— Co mówisz, Arturze?
— I tak więc, — odezwałem się niecierpliwie, w tedy już byłaś pewną że się z tobą ożenię?
— Ależ — odpowiedziała mi Helena, coraz to bardziéj zadziwiona, — niepojmuję zapytań które mi czynisz, Arturze... Sam się zastanów nad tém, co mi mówisz... O Boże Wszechmogący! po naszych wyznaniach! miłości naszéj... mogłamże wątpić o tobie... o?... — Potém, sama przerywając sobie, zawołała: — Ach! nieoczerniaj tak sam siebie!
Ta pewność w saméj sobie, lub raczéj to nadzwyczajne zaufanie w mojéj uczciwości, tak, mocno obraziły moję głupią dumę, iż zdobyłem się na okropną odwagę dodania, zwolna w prawdzie, lecz z tak bolesném udręczeniem, iż usta moje stały się spiekłemi i gorzkiemi, wymawiając te słowa:
— A w owych pięknych zamiarach połączenia; które pewnie na zawsze zamiarami tylko pozostaną... nigdy zapewne niepomyślałaś o mojém majątku?
Skoro straszliwe te słowa zostały wyrzucone... byłbym dał własne życie aby je zatłumić; bo, dopóki tylko miałem, je w myśli, niedały mi się uczuć w całém ich niecném znaczeniu; lecz skoro usłyszałem sam siebie odpowiadającego tak głośno na owe wyznania tak prostoduszne, tak szlachetne i tak rozrzewniające, które mi Helena uczyniła, ona, która jeszcze będąc dzieckiem, dla tego jedynie mnie kochała, gdyż sądziła mnie być nieszczęśliwym.. lecz gdy wspomniałem na głęboką i nieuleczoną ranę, którą zadałem téj wspaniałéj duszy, któréj duma tak była dziką i tak przesadzoną, ogarnął mnie żal przerażający i nadaremny.
Niestety! aż nadto miałem czasu nasycić się całą goryczą mego rozpacznego żalu, gdyż Helena długo zrozumieć mnie niemogła... i długo wyjść z osłupienia, gdy mnie zrozumiała.
Lecz skoro ujrzałem zjawiający się na téj pięknéj twarzy wyraz boleści, oburzenia, i gromiącéj pogardy, które nadały jéj powagę majestatyczną i prawie groźną, uczułem w sercu tak mocne wstrząśnienie, iż, składając ręce, padłem do nóg Heleny, wołając: Wybacz mi!
Lecz ona, niewstając z miejsca, z zapłonionemi policzkami, z iskrzącemi się oczyma, pochyliła się ku mnie, potém, trzymając obie moje ręce, któremi wstrząsnęła gwałtownie, i wlepiając we mnie spojrzenie, którego nigdy niezapomnę, nieubłaganéj pogardy, powtórzyła zwolna:
— Ja miałabym myśleć o twoim majątku.. ja! Helena!!
Rozlegał się w tych dwóch słowach — Ja! Helena! — tak odznaczający się wyraz szlachetności i dumy, iż zgromiony wstydem schyliłem głowę i łkać zacząłem.
Wówczas ona, niedodawszy ani słowa, powstała nagle, i wyszła z pawilonu pewnym i śmiałym krokiem.
Pozostałem zgromiony.
Zdało mi się i i odtąd mój los nieodzownie jest przeznaczony na złe i nieszczęście.
Postanowiłem jednakże raz jeszcze widziéć się z Heleną.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.