[453]Cud w kościele proszowskim.
O kulach do kościoła na obiedwie nodze
Przylazszy w Proszowicach szlachcic chory srodze,
Siedząc w kole podle mnie pedogrę mi gani,
Tymczasem się do kordów porwali pijani.
Hałas, ci się na kościół, ci na cmentarz suli
A mój sąsiad obiedwie porzuciwszy kuli
Nie ciężą mu podszyte futrem suleaty,
Przeskoczył dość wysokie do ołtarza kraty; —
Czego sprawić tak długie nie mogły lekarstwa.
A ja zawstydziwszy się swego niedowiarstwa,
Żeby jaką obrazy mogły mieć moc w sobie,
Pytam, do którego się obiecał w chorobie,
Tymczasem nim odleją nogi jego złotem,
Żeby kule zawiesić na pamiątkę wotem.
Alić on skoro było po onym pogromie,
[454]
Wracając się do środka, po staremu chromie.
Widzę, że strach i nogi, nie tylko ma oczy,
Gdy zląkszy się kaleka, jako jeleń skoczy.
Fortel na recydywę w futro nogi zaszyć,
A przez kilkoro stajań chorego przestraszyć;
Bo i ten gdyby dłuższe do przeciąga pole,
Upewniam, żeby jutro bez kul siedział w kole.