Dawid Copperfield/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

VI. OSTATNIE CHWILE SZCZĘŚCIA W RODZICIELSKIM DOMU.

O świcie dyliżans stanął przed dużym zajazdem, kazano mi wysiąść i zaprowadzono do małego, czyściutkiego pokoiku, gdzie oczekiwało mię posłane łóżko.
Jakże wygodnie, ciepło i przyjemnie wyciągnąć się w łóżku po nieprzespanej nocy. Krótki był wypoczynek, gdyż Barkis miał przyjechać po mnie o dziewiątej, nie zaspałem jednakże i nie czekał ani minuty.
Leniwy konik ruszył wolnym truchtem.
— Jak pan dobrze wygląda, panie Barkis — odezwałem się, rozweselony widokiem tej znajomej twarzy.
Pan Barkis spojrzał na mnie, otarł twarz rękawicą i obejrzał ją uważnie, jakby mógł znaleźć na niej obraz swego oblicza.
— Napisałem do Peggotty, jak pan kazał — zapewniłem go znowu poważnie.
— Eh! — mruknął obojętnie, jakgdyby z niechęcią.
— Czy się co złego stało? — zapytałem cokolwiek niespokojny.
— Ni-ic — mruknął znowu. — Nie odpowiedziała.
Otworzyłem oczy szeroko.
— Nie wiedziałem, że miała odpowiedzieć. Tego jej nie napisałem — tłumaczyłem się, szczerze zmartwiony.
— Eh — zaczął znowu Barkis — nie potrzeba. Kiedy człowiek mówi, że jest gotów, to tak samo, jakby powiedział, że czeka na odpowiedź.
Zastanowiłem się nad tem poważnie.
— Ja tego nie wiedziałem, panie Barkis — rzekłem — może i Peggotty nie wie. Jeśli pan chce, to jej powiem.
— Jeśli chcesz — zaczął Barkis po namyśle. — Można jej powiedzieć, że Barkis jest gotów i czeka na odpowiedź. Jak ona się nazywa?
— Kto? Peggotty?
— Peggotty! Czy to imię, czy nazwisko?
Po raz pierwszy sam nad tem się zastanowiłem.
— Nie — rzekłem — ona się nazywa Klara.
— Tak myślałem — szepnął i pogrążył się w głębokie zamyślenie, milcząc i pogwizdując czasem zcicha.
— Tak — odezwał się wreszcie głośno. — Można jej powiedzieć: Barkis czeka na odpowiedź. Na jaką odpowiedź? Na odpowiedź, że jest gotów.
Wreszcie wyjął z kieszeni kawałek ołówka i jakby dla pamięci napisał na wewnętrznej stronie kozła — Klara Peggotty.
Zwolna ogarniało mię dziwne uczucie wobec zbliżania się do tego domu, który nie był już dawnym domem: mamy, moim i Peggotty, i nigdy, już nigdy takim jak dawniej nie będzie. Chwilami zdawało mi się, że wolałbym wrócić i gdzieś daleko spędzić ten czas ze Steerforthem. Lecz oto już przede mną znane wiązy i topole, pełne gniazd ptasich, nasz dom, nasze okna.
Szedłem cicho ścieżką przez mały ogródek z trwogą, czy nie zobaczę w którem oknie pana Murdstone albo miss Murdstone. Lecz nikogo nie było. Otworzyłem ostrożnie drzwi do sieni i postąpiłem znowu parę kroków.
Cicho i pusto, nie, niezupełnie cicho: z bawialnego pokoju słychać cichy śpiew mamy. Śpiewa cicho i smutnie, ale ten głos jej znany budzi tysiące wspomnień, przenika mnie nawskroś, oblewa dziwnym żarem.
Otwieram drzwi i wchodzę. Mama siedzi przy kominku z małem dzieckiem na ręku, pochylona nad niem, wpatrzona w nie, i śpiewa.
— Mamo! — zawołałem przez ściśnięte gardło zdławionym ze wzruszenia głosem.
Podniosła głowę, spojrzała, krzyknęła i zerwała się z miejsca, biegnąc ku mnie. Uklękła na podłodze, objęła mię i całowała, nazywając najdroższym Dewi, tuliła oba skarby do swej piersi, i było mi tak dobrze i tak błogo, że czułbym się szczęśliwy, gdybym umarł w tej godzinie.
— Dewi, mój chłopcze! Moje biedne dziecko! To twój braciszek. Moje dzieci drogie! Mój Dewi!
Nagle drzwi się otworzyły, ciężkim krokiem wbiegła zdyszana Peggotty i runęła obok nas na podłogę. Jakież to było gniazdo szczęścia i miłości! Całowała mię i płakała, mówiła i ściskała, jakiś szał ją ogarnął i nas także, zapomnieliśmy o wszystkiem, prócz tego, że jesteśmy znów razem, sami, że nam dobrze.
Co za szczęśliwy zbieg okoliczności: nikt się nie spodziewał, że będę tak wcześnie, pan Murdstone z siostrą pojechał w sąsiedztwo i mieli wrócić późno, więc byliśmy sami, jak dawniej, jak niegdyś.
Obiad jedliśmy razem wszyscy troje przy kominkowym ogniu. Peggotty postawiła przede mną mój talerz z żołnierzem, który przechowywała troskliwie, żeby się przypadkiem nie stłukł — jadłem swoją łyżką, swoim widelcem i nożem.
Przy stole przypomniałem sobie o Barkisie i zacząłem mówić o jego zleceniu, ale zanim skończyłem, Peggotty zasłoniła twarz fartuchem i tak się zaczęła śmiać, że otworzyłem usta i patrzyłem na nią ze zdziwieniem.
— Co to znaczy, Peggotty? — zapytała mama. — Dlaczego się tak śmiejesz?
Lecz ona przyciskała fartuch obu rękami do twarzy i śmiała się coraz bardziej, ponieważ mama chciała go jej zerwać.
Zaczęliśmy nakoniec śmiać się wszyscy, mamie się udało ściągnąć kawałek fartucha i ukazała się twarz Peggotty jeszcze czerwieńsza niż zwykle.
— Głupi człowiek — powiedziała, śmiejąc się, do mamy — on chce się ze mną ożenić.
— Dobra partja dla ciebie — rzekła po chwili mama.
— Ale ja go nie chcę! — krzyknęła Peggotty. — Nie poszłabym za niego, chociażby był z samego złota. Za nikogo nie pójdę nigdy.
— To mu tak szczerze powiedz — zauważyła mama. — Jakże mogłaś nie odpowiedzieć?
— Alboż mię o to pytał? — oburzyła się Peggotty. — Nigdy w życiu do mnie nie przemówił! Ale niechno spróbuje, to mię popamięta.
Zaśmiała się znowu i zasłoniła fartuchem, a potem jadła prędko, nic nie mówiąc.
Spojrzałem na mamę. Uśmiechała się do Peggotty, ale była bardzo poważna, a oczy miała smutne i jakby niespokojne. Teraz zauważyłem, jak bardzo się zmieniła: twarz miała mniejszą, chudą, bardzo bladą i zmęczoną, a ręce zdawały się prawie przezroczyste. Największa jednak zmiana była w jej ruchach, głosie i spojrzeniu: zniknęła z nich wesołość i dawna swoboda, stały się bojaźliwe i nieśmiałe.
Mama położyła rękę na ramieniu Peggotty.
— Nie pójdziesz za Barkisa? — zapytała cichym i trochę drżącym głosem.
— Za nikogo, póki żyć będę!
Mama wzięła ją za rękę.
— Nie opuszczaj mię... — rzekła. — Zostań jeszcze ze mną... To może już niedługo... Co jabym bez ciebie zrobiła?
— Opuścić panią? — zawołała Peggotty z oburzeniem. — O, za nic w świecie! Co pani przyszło do głowy? Ja wiem — zaczęła znowu po chwili milczenia. — Byłaby radość wielka. Ale nic z tego, ty zły czarny kocie. Zostanę z panią, aż się zestarzeję, ogłuchnę i oślepnę, będę do niczego. Wtedy pójdę do Dewi i poproszę o łaskawy kawałek chleba.
— A ja przyjmę cię jak królowę! — zawołałem uszczęśliwiony i zerwałem się z miejsca, bo już było po obiedzie.
Peggotty mię złapała i ucałowała. Potem śmiała się znowu z twarzą, zakrytą fartuchem. Potem sprzątnęła ze stołu, zapaliła świecę, wzięła do cerowania pończochy, jak dawniej, mama kołysała na kolanach dziecko, a ja opowiadałem im o panu Creakle, o Steerforcie, Traddlesie, panu Mellu, życiu w szkole i nauce.
Mama mi pozwoliła wziąć na ręce braciszka i nosiłem go po pokoju, a on patrzył na mnie i zdawał się zadowolony. Potem usiadłem obok mamy przy kominku, objąłem ją jak dawniej i położyłem głowę na jej drobnem, szczupłem ramieniu. Było mi tak dobrze. Na kominku błyskały iskry i migotały różowe płomyki, a mnie się zdawało, że zły sen jakiś zniknął, że nie było na świecie nigdy pana Murdstone, że jesteśmy jak dawniej tylko mama, ja i Peggotty.
Nagle Peggotty podniosła głowę od roboty i patrzyła na nas przez chwilę.
— Ciekawam bardzo — rzekła — co się stało z cioteczną babką Dewi.
— W imię Ojca i Syna! — zawołała mama. — Co ci przyszło do głowy?
— A tak, chciałabym wiedzieć, bo jeśli umarła, to powinna przecie coś zapisać Dewi.
— Dewi ma jeszcze matkę — zaczęła mama drżącym głosem. — Zresztą czemu miała umrzeć? Miss Betsy mieszka sobie w swoim domku nad morzem i napewno o nas nie myśli, więc i my dajmy jej pokój.
— Wszystko mi jedno — mruknęła Peggotty — ale zawsze chciałabym wiedzieć.
Mama się roześmiała z takiego uporu, a ja zacząłem mówić o odwiedzinach Chama i pana Peggotty.
Po herbacie przyniosłem książkę o krokodylach i zacząłem ją czytać głośno, żeby nam się zdawało jeszcze lepiej, że wróciły te dawne, dobre czasy.
Byliśmy tak szczęśliwi wszyscy tego wieczora!
Już około dziesiątej usłyszeliśmy wreszcie turkot na drodze, który ustał przed naszym domem.
Mama pospiesznie wstała, Peggotty złożyła robotę. Mama pocałowała mię w czoło i kazała iść spać na górę, bo dla mnie była już późna godzina.
Nie gniewałem się, że uniknę dziś powitania, uściskałem, ucałowałem ją gorąco i pobiegłem szybko po schodach. Lecz w pokoju, gdzie byłem przez pięć dni więziony, odżyły wszystkie bolesne wspomnienia i westchnąłem na myśl, że jutro zacznie się inne życie, niż był dzisiejszy wieczór.
Obudziłem się rano z nieprzyjemną myślą, że zobaczę pana Murdstone, którego nie widziałem od owej chwili bicia. Bojaźń przed jego spojrzeniem była tak przygnębiająca, że dwa razy wróciłem ze schodów na palcach do mojego pokoju. Ale to nie pomogło: musiałem go spotkać, i chwiejnym krokiem zszedłem wreszcie do jadalni.
Pan Murdstone stał przed kominkiem, plecami zwrócony do ognia, patrzył na mnie tak dziwnym wzrokiem, jakby miał oczy szklane. Miss Murdstone nalewała przy stole herbatę.
Zbliżyłem się powoli do kominka i przemówiłem cicho.
— Przepraszam pana za to, co zrobiłem. Bardzo tego żałuję i proszę, żeby mi pan przebaczył.
— Bardzo się cieszę, że tego żałujesz — odrzekł pan Murdstone i podał mi rękę.
Zauważyłem na niej jeszcze różową bliznę i podniosłem na niego oczy mimowolnie. Spotkałem wzrok ponury, zimny i zacięty. Oblało mię gorąco.
Zbliżyłem się do stołu i powitałem miss Murdstone.
— Dzień dobry — odpowiedziała, stawiając przede mną herbatę. — Jak długie macie święta?
— Miesiąc, proszę pani.
— Odkąd się liczy?
— Od dzisiaj.
— Więc pierwszy dzień? — westchnęła miss Murdstone.
Zbliżyła się do wiszącego kalendarza i przekreśliła mocno ołówkiem dzień dzisiejszy. Odtąd, kiedy schodziłem na śniadanie, widziałem zawsze dzień bieżący już przekreślony.
Tego samego dnia miałem nieszczęście narazić ją na przykre i silne wzruszenie. Kiedy przyszedłem, aby przywitać się z mamą, piastowała braciszka i kołysała go na ręku. Wziąłem go ostrożnie, żeby ponosić jak wczoraj, lecz miss Murdstone nagle krzyknęła tak strasznie, że o mało nie upuściłem go na ziemię.
— Co się stało? — zawołała mama przerażona.
Miss Murdstone już stała przy mnie.
— Oddaj go! Oddaj! — krzyczała sinemi ustami, wyrywając mi dziecko.
Nagle zbladła okropnie i musiała usiąść. Mama wzięła braciszka, a ja podałem jej wody. Skoro przyszła do siebie, najsurowszym głosem zapowiedziała mi krótko i głośno, abym się nie ważył dotykać małego. Równie stanowczo zwróciła się potem do mamy, wymawiając jej lekkomyślność i narażanie dziecka na kalectwo.
Mama usiłowała uśmiechać się i przyznała jej słuszność, lecz widziałem, że była blada i usta jej drżały.
Innym razem byliśmy we troje w pokoju, mama, ja i braciszek, którego serdecznie lubiłem. Miss Murdstone zdaleka siedziała przy oknie.
— Chodźno, Dewi — skinęła mama.
Przysunąłem się bliżej, miss Murdstone opuściła robotę na kolana i uważnie spojrzała w naszą stronę.
— Jacy oni podobni — powiedziała mama, patrząc na mnie i na braciszka. — Muszą być podobni do mnie. Oczy zupełnie te same.
— Klaro! — usłyszeliśmy surowy głos miss Murdstone, — Czy ty straciłaś głowę? Jak możesz porównywać dziecko mego brata z tym chłopcem? Niema pomiędzy nimi najmniejszego podobieństwa i nigdy być nie może. To sobie pamiętaj. Nie rozumiem, jak możesz pleść podobne niedorzeczności.
Wstała z krzesła i wyszła, trzasnąwszy głośno drzwiami.
Spojrzałem na mamę i nie śmiałem ruszyć się z miejsca. Była okropnie blada, a na obu policzkach czerwieniły się dziwnie dwie różowe plamki, usta jej drżały i dwie łzy upadły na małą główkę dziecka.
Nie byłem tu lubiany, ani pożądany i męczyłem tych ludzi zupełnie tak samo, jak oni mię męczyli. Jeśli rozmawiali swobodnie, moje wejście przerywało ich rozmowę, jeśli pan Murdstone był w dobrym humorze, na mój widok zacinał usta, a oczy jego stawały się zimne i groźne. Rozumiałem, że mama najwięcej na tem cierpi, i tem bardziej czułem się przygnębiony.
Zdawało mi się, że najlepsza rada, abym się trzymał zdaleka od wszystkich, więc zacząłem czytać znów w swoim pokoju, a wieczorem przesiadywałem w kuchence u Peggotty. Nie było z nami mamy, ale czułem się swobodny i przyjemnie upływały nam godziny.
Pewnego dnia jednakże, kiedy chciałem wyjść z pokoju po obiedzie, pan Murdstone odezwał się głosem surowym:
— Zauważyłem, Dawidzie, że masz usposobienie ponure, a to jest źródłem najgorszych skłonności. Moim obowiązkiem jest czuwać nad tobą, póki jesteś pod moim dachem. Dlatego od tej chwili zabraniam ci zamykać się w swoim pokoju.
Miss Murdstone chrząknęła głośno.
— Oprócz tego — ciągnął dalej pan Murdstone — towarzystwo służących nie jest dla dzieci właściwe i wymykanie się twoje do kuchni świadczy o złych instynktach. Wymagam zatem, abyś pozostawał z nami aż do godziny spoczynku. Taka jest moja wola dla twojego dobra i nie przypuszczam, abyś śmiał być nieposłuszny.
Słuchałem, stojąc na środku pokoju ze spuszczonemi oczyma i pochyloną głową. Nie mogłem tak odrazu oswoić się z myślą, że wszystkie dni odtąd mają mi upływać w towarzystwie tych dwojga ludzi, przygniatających mię strasznym ciężarem. Lecz spojrzałem na mamę. Była okropnie blada i oczy miała zamknięte, zdawało mi się, że na jej długich rzęsach zamigotały łzy.
Usiadłem koło okna i milczałem.
Jakież nieskończenie długie i męczące ciągnęły się teraz dni moich wakacyj. Myśl o mamie ściskała mi serce boleśnie. Wiedziałem, że jest ze mną i że mnie żałuje, że i dla niej każda minuta jest bólem, ale nie śmie i nie może mi nic pomóc. Nie ośmieli się nigdy biedna, droga mama, udręczona przez tych dwoje strasznych ludzi.
I cierpiałem podwójnie: za siebie i za nią. Nie śmiałem się poruszyć, nie śmiałem się odezwać, nie śmiałem głośno i nie śmiałem spojrzeć w ich stronę, gdyż każde poruszenie i spojrzenie wywoływało niechętne uwagi miss Murdstone o niespokojnych chłopcach i złem wychowaniu.
Pomimo nieśmiałości próbowała mama parę razy przyjść mi z pomocą, zachęcając np. do czytania, lecz to wywoływało zawsze jakieś gorsze jeszcze następstwa. Zamiast czytania np. kazano mi rozwiązywać zadania arytmetyczne i znów się rozpoczęły męczarnie z serami, które mię doprowadzały prawie do obłędu.
Nic dziwnego, że sam wreszcie wyglądałem końca tych świąt z upragnieniem, ciesząc się nadzieją spotkania Steerfortha, chociaż za nim znajdował się groźny pan Creakle. Porównywając go w myśli z moim ojczymem, wolałem jego laskę i sapanie, niż te okropne, szklane, martwe oczy, które ścinały krew w żyłach.
Nakoniec nadszedł ostatni poranek. Miss Murdstone podała mi ostatnią szklankę herbaty z mlekiem, Barkis już oczekiwał przed furtką.
Wypiłem śniadanie i wstałem pośpiesznie. Mama z czerwonemi plamami na twarzy zbliżyła się, aby mię pożegnać. Ucałowałem ją serdecznie i braciszka, ona przycisnęła mię mocno do serca, czułem na twarzy jej gorący oddech.
— Klaro! — napomniała głośno miss Murdstone.
Jeszcze raz przycisnąłem usta do twarzy mamy i wybiegłem. Wsiadłem do powozu, konik ruszył z miejsca, obejrzałem się po raz ostatni na nasz ogród.
W tej chwili ujrzałem mamę, jak wybiegła z domu z braciszkiem na ręku. Było zimno i wietrzno, ale ona stała w lekkiej sukience, z włosami w nieładzie, patrzyła za mną i wyciągnęła rękę.
Przesłałem jej ostatni pocałunek.
Nie płakałem teraz, ale widziałem ją ciągle: tak samo stała w nocy przy mem łóżku; przyniosłem z sobą ten obraz do szkoły i widziałem ją nieraz niby żywą, bladą, z rozwianym włosem i dzieckiem na ręku, w lekkiej sukience w mroźny i wietrzny poranek. I taką pozostała w mej pamięci.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.