Dawid Copperfield/XV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XV. BURZA.

List od Peggotty: Barkis nie żyje.
Biedna, droga Peggotty! Nie namyślałem się długo i nazajutrz udałem się do Yarmouth, aby być na pogrzebie i pocieszyć Peggotty.
Była tak zmęczona długą bezsennością i czuwaniem przy chorym mężu, że ledwie ją poznałem. Musiała iść do łóżka i sam zająłem się wszystkiem, ażeby pogrzeb odbył się uczciwie.
Barkis pozostawił wcale ładną sumkę, około trzech tysięcy funtów, które formalnie zapisał Peggotty, najlepszej żonie, jak nazywał ją w testamencie.
Należało więc załatwić prawne formalności, w Yarmouth nie było co robić, namówiłem Peggotty na podróż do Londynu i razem udaliśmy się w drogę. Postanowiłem choćby przez czas jakiś zatrzymać ją u siebie, żeby odpoczęła, będąc mi jednocześnie pożyteczną.
Nie trzeba było namawiać jej wcale do tego. Objęła moją kuchenkę z radością i dopiero wtedy oceniłem wielką różnicę kosztu i wygody.
Wieczorami rozmawialiśmy o przeszłości, przypominaliśmy sobie stare dzieje. Nie mogłem ukryć przed nią, że jestem zakochany, nie mogłem się powstrzymać od mówienia o Dorze. Ogromnie się wzruszyła i zajęła, musiałem jej bez końca opisywać piękność mojej wybranej, nie mogła tylko zrozumieć, dlaczego nie rozmówię się odrazu z ojcem.
— Skoro cię sam zaprosił, więc mu się podobasz. Napewno sam dlatego cię zapraszał, że pragnie mieć takiego zięcia. A cóż mógłby ci zarzucić? Jeśli ta jędza patrzy na ciebie i milczy, to widać, że ma przykazane.
Przyrzekła jednak zachować sprawę w tajemnicy.
Czasem przychodził Traddles, który bardzo polubił Peggotty i we troje rozmawialiśmy. Opowiadał o pannie Zofji, która miała dziewięć sióstr, starszych i młodszych, a każdej z nich była potrzebna. Wzdychał przytem, gdyż jego sprawy nie były na dobrej drodze. Zażegnał pierwszą licytację, podpisując panu Micawberowi nowy weksel, lecz w tydzień potem nie było ratunku. Sprzedali jego ruchomości, a co najboleśniejsze, stolik z marmurowym blatem i wazonik. Musiał się wyprowadzić. Teraz żyje tylko nadzieją odzyskania utraconych skarbów.
W kilka dni potem przyszedł jakgdyby zmieszany i oznajmił, że ma do nas wielką prośbę. Wie, u którego tandeciarza znajduje się jego stolik i wazonik, zebrał pieniądze i chce je odkupić. Ale handlarz już poznał, jak wiele mu na tem zależy, i ogromnie podnosi cenę. Obmyślił więc taki sposób: Peggotty pójdzie za nim i zobaczy, jak będzie się targował, przypatrzy się obu przedmiotom, a potem przyjdzie sama i kupi je niby dla siebie napewno o wiele taniej.
Peggotty się zgodziła i podstęp się udał. Traddles był tak wzruszony, że prawie nie mógł mówić. Ściskał nas za ręce w milczeniu, potem owinął wazonik serwetą i jak świętość odniósł do swego mieszkania.
Musiał odczuwać szczęście obecności tych drogich dla niego przedmiotów, bo się nie pokazywał przez kilka wieczorów.
Niekiedy wychodziliśmy z Peggotty na spacer. Chciałem pokazać jej Londyn i jego ciekawe pamiątki, ale prędko zauważyłem, że choć je podziwiała, może dlatego, żeby mi zrobić przyjemność, wolała swoją kuchnię, gospodarstwo, szycie i rozmowę o przeszłości, o Dorze.
W niedzielę najczęściej jeździłem do Dory. Pan Spenlow mię zapraszał, był gościnny, uprzejmy, rad widocznie, że z Dorą wesoło nam i dobrze. Czyż mógłby się nie domyślać, co to znaczy? Nie troszczyliśmy się o to zupełnie.
Rozmarzony, szczęśliwy, wracam pewnego wieczora, wbiegam na schody, aby podzielić z Peggotty najważniejsze wrażenia, zdziwiony słyszę głosy z mojego mieszkania, otwieram drzwi i widzę kufry, paki i pudełka, na jednym z nich miss Trotwood, sztywna i poważna, pan Dick zaięty ogromnym latawcem i Peggotty przyrządza herbatę.
— Babcia! — zawołałem. — Droga, kochana babuńcia!
Przypadłem do niej, potrącając klatkę z ptakami, która stała na podłodze, i płosząc faworyta kota, drzemiącego na jej kolanach.
Uściskaliśmy się serdecznie, długo. Byłem pewny, że dobra babka przyjechała, ażeby poznać Dorę, wolałem jednak o tem pomówić z nią później, gdy zostaniemy sami, teraz zaś kłopotałem się jedynie, czy herbata dobra, czy bułeczki świeże, czy przyjęcie godne tak drogiego gościa.
— Dlaczego babcia siedzi na kuferku? — pytałem oburzony. — Jest przecież miękka sofa, proszę, będzie wygodniej.
— Tu mi dobrze — odparła i machnęła ręką w taki sposób, że nie nalegałem już więcej.
Zaczęło mię niepokoić jej spojrzenie gorączkowe, badawcze, pytające. Pan Dick poruszał głową także zagadkowo, ilekroć zwrócił się ku niej, na chwilę zapominając o latawcu.
Nakoniec wypiła herbatę, odsunęła szklankę, otarła usta i strzepnęła suknię. Potem spojrzała na mnie.
— Trot — rzekła — byłeś dotąd dobrym chłopcem, czy myślisz, że potrafisz być teraz mężczyzną? Czy masz odwagę liczyć na siebie wyłącznie? Stanąć o własnej sile?
— Tak sądzę, babciu — odezwałem się zdziwiony. — Do tego przecież...
— A jak ci się zdaje, dlaczego siedzę tu, na tym kuferku?
Potrząsnąłem głową, nie mogąc znaleźć odpowiedzi.
— Bo to, widzisz, jest jedyna moja własność. Rozumiesz, Trot? Zostałam zrujnowana i nic nie mam, prócz tych pakunków. No, i ten mały domek.
Stałem jak skamieniały. Gdybym się z całym domem zapadł w ziemię, nie byłbym więcej zdziwiony.
— Pani Barkis — zwróciła się babka do Peggotty — jestem bardzo zmęczona i chciałabym się położyć. Trot ustąpi mi łóżka, lecz co zrobimy z panem Dickiem? Czy pani co poradzi na to?
— Bardzo łatwo — odpowiedziała pośpiesznie Peggotty — już długo o tem myslę. Niedaleko ma sklepik przyjaciel mego brata, u którego on zwykle nocuje, jeśli pani się zgodzi, to zaprowadzę pana Dicka i sama tam zostanę. Będzie tu państwu wygodniej.
— To dobrze — rzekła babka — nie mam siły już myśleć o wszystkiem, bardzo potrzebuję spoczynku. Jutro pomówimy.
Ale gdyśmy zostali sami, babka zaczęła chodzić po pokoju, jakgdyby zapomniała o zmęczeniu. Przypomniałem o łóżku, potrząsnęła głową.
— Jestem zmęczona — rzekła — lecz nie mogę się położyć. Ruch mię uspokoi. Czy podobna zasnąć, kiedy tyle myśli ciśnie się do głowy? Ach, Dewi, Dewi, ze względu na ciebie najwięcej mię to boli.
Położyła mi głowę na ramieniu i zaszlochała cicho.
— Babciu — mówiłem, całując jej ręce — dałaś mi naukę, dałaś mi zawód, to dosyć. Powinienem wystarczyć sobie i wystarczę. Czy myślisz, że nie będzie szczęściem dla mnie spłacać ci dług i okazać całą wdzięczność za to, żeś ze mnie zrobiła człowieka?
— A Dora? — rzekła babka. — Przecież zdaje ci się, że jesteś zakochany.
— Zdaje mi się? O, babciu, gdy ją poznasz...
— Tst! Dziecko. Ja ci nie będę ciężarem. Sprzedam domek, prócz tego został mi niewielki dochód, 70 funtów rocznie. To niewiele, ale wystarczy. Pan Dick ma sto funtów na siebie od rodziny. Jeżeli pani Barkis zechce nam gospodarować... bo ja, widzisz, stara już jestem...
— Peggotty? Babciu droga, będzie nam wszystkim dobrze. Zobaczysz, jak wszystkiem zajmie się poczciwie. Ona będzie szczęśliwa, że pracuje dla moich ukochanych.
— Ale Dora? — powtórzyła znowu babka.
— Dora mię kocha.
— Dziecko. Dziecko rozpieszczone. O, biedny, biedny chłopcze, czemuż byłeś ślepy!
Nie zrozumiałem, co chciała powiedzieć, wiedziałem doskonale, że Dora jest dzieckiem rozpieszczonem, przyzwyczajonem do zbytku, ale zarazem była śliczna, dobra i kochała mię przecież. Niech ją tylko babka zobaczy.
Ułożyłem nakoniec miss Betsy do łóżka, posłałem sobie w drugim pokoju na sofie i zagasiłem światło.
Nie chciałem już rozmawiać, żeby zmusić babkę do spania, więc choć słyszałem, że się przewraca i wzdycha, leżałem cicho, czekając poranku. Bo i ja spać nie mogłem. To nie frazes, gdy mię babka zapytała, czy mam odwagę iść o własnej sile. Mam odwagę, lecz trzeba zacząć. Moje prawo daje mi trochę, ale to było dobre, póki babka pomagała. Teraz, jeśli chcę myśleć o małżeństwie, muszę przedewszystkiem powiększyć dochody, muszę zarabiać dużo.
W jaki sposób?
Tysiąc pomysłów, projektów i planów krążyło mi po głowie i dzień zaświtał w okna, zanim usnąłem na chwilę. Wkrótce przyszła Peggotty. Żeby nie zbudzić babki, wyszliśmy aż na schody porozmawiać. Pan Dick śpi jeszcze, jest wśród dobrych ludzi, skoro wstanie, przyprowadzi go tu które z dzieci. Peggotty obejmie opiekę nad babką, a ja pójdę na miasto załatwić swoje interesy.
Było wcześnie i pusto jeszcze na ulicach, powietrze chłodne, świeże, orzeźwiało myśli, rozpraszało znużenie po bezsennej nocy.
Zacząłem rozumować. Dlaczego mną wstrząsnęła ta wiadomość, dlaczego jestem taki przygnębiony? Jeśli, mając lat dziesięć, znalazłem dość siły, aby uciec z niewoli ojczyma i odszukać nieznaną krewną, czyż dziś, zdrów, w sile wieku, mając trochę wiedzy i zawód w ręku, mogę lękać się o przyszłość?
Nie. Więc o cóż mi chodzi? Babka i Dora. Żal mi babki i chciałbym ją otoczyć wszystkiem, czem ona otoczyła me dzieciństwo, a na to nie mam środków.
A Dora?... Czyż mogę sięgnąć po nią bez majątku i stanowiska?
Dlatego przygnębiła mię strata majątku, dlatego muszę go zdobyć.
Jak?
Własną pracą.
Mam zawód, ale — jeszcze lata pracy. I muszę mieć kapitał na otwarcie własnego biura. Więc dziś trzeba powiększyć dochody, trzeba znaleźć zyskowną pracę, która zapewni babce potrzebne wygody i pozwoli odłożyć coś na przyszłość.
— Odważnie, Trot, odważnie! — powtarzałem sobie. — Znajdziesz pracę, wypłyniesz i będziesz wart więcej, niż gdybyś wszystko zawdzięczał losowi.
Czas było iść do biura, więc przyśpieszyłem kroku i wkrótce znalazłem się wobec pana Spenlow.
— Źle pan wyglądasz dzisiaj — zauważył. — Czy stało się co złego?
— Babka straciła majątek — odparłem, nie namyślając się nad odpowiedzią.
Pan Spenlow zbladł i oparł się głową o fotel. Przez chwilę nic nie mówił, patrząc na mnie. Wdzięczny mu byłem za to wzruszenie, świadczące, że los mój obchodził go szczerze.
— Cóż pan zamierzasz teraz? — spytał wreszcie głucho.
— Iść tutaj swoją drogą i pracować jeszcze poza nią, aż wypłynę o własnej sile.
— Piękne zamiary — szepnął. — Bardzo dobre chęci, ale... to długa droga.
— Nie zabraknie mi cierpliwości...
Spojrzał znów na mnie, jakby się nad czemś namyślał, potem zaczął przerzucać papiery na biurku. Lecz widziałem, że ich nie czyta.
Godziny mijały. Wyszedłem wreszcie z biura, zajęty myślami, i wracałem do domu ze spuszczoną głową. Pracy! Pracy! — brzmiało mi w uszach. — Ale jakiej? Gdzie jej szukać? Co robić?
Przyszedł: mi na myśl Traddles i postanowiłem zajść do niego dziś-jutro z pewnym planem. Pracował on w dzienniku poza swoją adwokaturą. Chciałem go się poradzić.
Wtem jadąca za mną dorożka zatrzymała się obok trotuaru. Spojrzałem mimowoli i stanąłem.
— Ania! — zawołałem, radośnie zdziwiony.
Uśmiechnęła się i wskazała miejsce obok siebie.
— Jak to dobrze, że przyjechałaś — mówiłem, czując, że się wszystko rozjaśnia przede mną, że obok niej o wszystko mogę być spokojny. — Wiesz co? Gdybym znał czarodziejskie słowo, które spełnia życzenia, pomyślałbym w tej chwili o tobie. Dokąd jedziesz?
— Do ciebie. Przyjechałam po to, aby zobaczyć miss Trotwood. Właściwie ojciec z Urją musieli przyjechać dla jakichś interesów, a ja zabrałam się z nimi.
— Więc są już wspólnikami? — zapytałem prawie nieśmiało, spojrzawszy na nią i spostrzegając w tej chwili wielką zmianę w jej twarzy. Było w niej coś nad wszelki wyraz szlachetnego, a zarazem taka słodycz i powaga, iż wydała mi się aniołem pociechy.
— Tak — odparła spokojnie. — Duże zmiany: oni mieszkają z nami.
— Kto oni?
— Pan Heep z matką. Ona zajęła twój pokoik, pamiętasz? Szczęśliwe były czasy!
— Aniu, Aniu! — szepnąłem zasmucony.
— Nic strasznego — odparła. — Trochę mniej swobody. Niezawsze mogę być sama, kiedy pragnę, chociaż mam niby swój pokój. Lecz trudno. Na nic innego skarżyć się nie mogę. Nudzi mię czasem rozmową o synu, ale to matka. Urja jest dobry dla niej.
Widoczne było dla mnie, że nie wie nic jeszcze o podstępnych zamiarach Urji względem jej osoby.
— Najgorsza dla mnie — zaczęła po chwili — jest ciągła obecność ich w domu. To mię odsuwa od ojca. Pan Heep jest ciągle między nami. Jeżeli to jednak podstęp z jego strony, jeśli chce tym sposobem opanować ojca, czy ja wiem, do czego doprowadzić, wierzę mocno, że prawda i miłość zwycięży. Prawda i miłość musi być silniejsza od złego i nieszczęścia.
Nie odwracałem oczu od jej twarzy. Była tak dziwnie piękna wyrazem wiary i odwagi, że przykuwała nie wzrok, ale serce. Spytałem, skąd wiedziała, że babka jest u mnie, i czy wiadomo, co się stało z jej majątkiem.
Uczułem, że zadrżała na te słowa. Od babki miała lakoniczną kartę z wiadomością, że wyjeżdża do Londynu. O sprawach majątkowych żadnej wzmianki.
Miss Betsy powitała ją bardzo serdecznie i kiedy zasiedliśmy wszyscy troje koło stolika, uczułem się szczęśliwy. Nic mi nie brakowało, skoro je miałem przy sobie, te dwie tak głęboko kochane kobiety.
Zaczęliśmy rozmawiać o najbliższych sprawach, o moich projektach, i babka słuchała uważnie.
— Jesteś dzielnym i zacnym chłopcem — rzekła wkońcu — mogę być dumna z ciebie. Sprawiedliwość wymaga, abyś poznał przyczynę moich nieprzewidzianych strat.
W spojrzeniu Ani wyczytałem nagle błysk trwogi, twarz jej zbladła.
— Wysłuchajcie, co się stało — mówiła dalej babka. — Jak wiecie, wszystkie moje interesy powierzyłam przyjacielowi, który prowadził je przez długie lata rozumnie i szczęśliwie. Ale nadeszła chwila, kiedy mi się zdawało, że mam dość doświadczenia, aby zająć się niemi sama. Odebrałam więc pieniądze i zaczęłam na własną rękę spekulować. Kupowałam papiery, o których sądziłam, że są dużej wartości. Straciłam na nich, chciałam to powetować, oszukałam się sama. Bank, w którym złożyłam rentę, zbankrutował i zostały mi ruchomości — wskazała ręką na pakunki — no, i domek, który wynajmę lub sprzedam. To wszystko. Zawiniłam, muszę pokutować i nie chodzi mi o mnie. Mniejsza o to. Żałowałam straty ze względu na Trota, lecz skoro on tak śmiało godzi się ze zmianą losu, zdaje mi się, że doprawdy moja strata przyniosła mi największą radość, jakiej mogłam spodziewać się w życiu.
Uważałem na Anię, gdy babka mówiła, gdyż byłem prawie pewny, że znam przyczynę jej trwogi. Zwolna jednak z jej oczu ustąpił niepokój, zniknęła bladość twarzy, uśmiech powrócił na usta.
Babka ujęła ręce nas obojga w długi, serdeczny uścisk.
— Mam was, mam przyjaciół, nie mogę narzekać. Urządzimy sobie małe gospodarstwo, będziemy wszyscy razem i będzie nam dobrze.
— Muszę zarabiać więcej — powiedziałem.
Babka skinęła ręką.
— Kochasz się, więc ci pilno. Ale jesteś młody, możecie poczekać.
— Może mam dla ciebie pracę — uśmiechnęła się Ania. — Doktor Strong potrzebuje sekretarza na parę godzin dziennie. Będzie z pewnością rad, skoro się zgłosisz.
Doktor Strong od lat paru już mieszkał w Londynie, odwiedzałem go nawet niekiedy, ale nie byłem dawno. Dora w ostatnich czasach zajmowała mi wszystkie myśli i cały wolny czas.
— Jesteś moim aniołem, Aniu! — zawołałem.
Roześmiała się głośno.
— Myślę, że jeden anioł ci wystarczy — powiedziała figlarnie. — Zostanę przyjacielem, dobrze?
Wtem ktoś zapukał do drzwi: wszedł pan Wickfield z Urją.
Byłem przygotowany po rozmowie z Anią na duże zmiany w powierzchowności starca, a jednakże nie mogłem oprzeć się zdumieniu. Zdawało mi się prawie, że to inny człowiek. Postarzał się, to było naturalne, ale pochylenie się całej postaci, nerwowe drżenie ręki, chorobliwa cera, a przedewszystkiem trudny do określenia wyraz oczu, w których malowała się trwoga, niepewność, upokorzenie i ból tak głęboki, iż niepodobna go było nie odczuć.
Babka z żywością podbiegła ku niemu i mocno potrząsnęła jego rękę.
— Witam pana serdecznie. Właśnie rozmawialiśmy tu we troje o moich interesach. Trzeba było się wyspowiadać. Teraz już wiedzą młodzi, jak źle na tem wyszłam, że nie chciałam do końca ufać panu i wycofałam pieniądze z pod pańskiej życzliwej opieki, Naradzaliśmy się, co robić dalej. Ania ma główkę! Powinna stać na czele firmy.
— Śmiem pokornie zwrócić uwagę — odezwał się Urja, wykrzywiając na wszystkie strony całą postać — iż uważałbym za największe szczęście, gdyby panna Ania chciała przystąpić do spółki.
Nikt mu nie odpowiedział na te słowa, lecz trzeba było przywitać się grzecznie, co widocznie dodawało mu odwagi.
— Śmiem pokornie — zaczął na nowo, wijąc się całą postacią — śmiem zrobić porównanie, iż rozum, piękność i pokora stanowią dobrą całość.
— Czego się pan tak wijesz? — przerwała mu babka. — Czy cię galwanizują, jak zdechłą ropuchę?
— Przepraszam najpokorniej, miss Trotwood — zawołał Urja. — Nie wiedziałem, że pani tak nerwowa.
— Nie jestem nerwowa — szorstko przerwała mu babka. — Ale kto się urodził wężem czy węgorzem, niech siedzi w błocie, człowiek musi panować nad swemi ruchami.
W przeciwną stronę odwróciła krzesło, jakby nie chciała już patrzeć na niego, i zaczęła rozmowę z panem Wickfieldem.
Ale starzec, jakby zaraził się od Urji, nie mógł także spokojnie usiedzieć na krześle. Kręcił się, jąkał, wreszcie, korzystając z chwilowego milczenia, zaczął mówić głośno, drżąc i jąkając się widocznie.
— Obowiązkiem jest moim oświadczyć tu wobec przyjaciół, że Urja Heep jako wspólnik jest prawdziwą podporą firmy i że czuję dla niego wdzięczność za jego pracę.
Zrozumieliśmy, że to wyuczona lekcja, i nikt się nie odezwał.
Niepodobna było rozmawiać, obecność Urji wszystkich krępowała. Zrozumiał wreszcie, że bez korzyści dla siebie powiększa naszą niechęć przez swoje natręctwo, i oznajmił, że musi odejść, ponieważ ma ważny interes. Biuro spółki wymaga pomocnika, człowieka uczciwego i godnego zaufania, pragnie się z kimś w tym celu porozumieć.
Odetchnęliśmy, kiedy się oddalił, i wkrótce w moim małym pokoiku zrobiło się pogodnie i wesoło. Nawet pan Wickfield zdawał się być spokojniejszy i obejmował Anię pełnem miłości spojrzeniem, w którem jednak taiły się ból i nieśmiałość.
Ania z ojcem zabrali mię na obiad. Potem pan Wickfield drzemał przy kominku, a ja z Anią usiadłem we framudze okna i opowiadałem jej o mej miłości, o Dorze, o jej ojcu, nadziejach i obawach z powodu zmiany mego położenia. Słuchała mię uważnie i dodawała otuchy, czasem zamyślała się, patrząc na ojca, i widziałem, że jest głęboko wzruszona, że łza drży chwilami pod jej długą rzęsą.
Wróciłem do domu późno, rozmarzony, upojony słowami i towarzystwem Ani. Zdawałem sobie sprawę, czem jest w mojem życiu, jak gorąco ją kocham i jak potrzebuję.
A babka, wysłuchawszy mię cierpliwie, ucałowała w czoło na dobranoc i znów z westchnieniem smutku powtórzyła:
— Mój biedny, ślepy chłopcze!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.