Dawid Copperfield/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XVIII. DORA.

Upływały tygodnie i miesiące. Ludzie mówili, że mi się powodzi. Rzeczywiście sam czułem się już pewny siebie, moje zamiary zwykle spełniały się podług życzenia, nie miałem zupełnie obawy o przyszłość, i choć byłem tak młody, czułem z pewną dumą, że ceniono już moje zdanie.
W czem leżała tajemnica tego powodzenia, nie umiałbym określić jasno. Nie wiem, czy byłem silny i stanowczy, lecz zawdzięczałem babce ważne cechy charakteru, które niejednokrotnie dały mi zwycięstwo; to były: punktualność, wytrwałość, porządek. Do czego się zabrałem, spełniłem dokładnie i najlepiej, jak mogłem, oddając się każdej pracy całą duszą. I to budziło w ludziach zaufanie.
„Trot powiedział“ — to znaczy, że będzie zrobione. „Trot się podjął“ — więc można liczyć na to. Zrozumiałem, że taka opinja jest skarbem i daje duży procent. Miss Betsy z dumą spoglądała na mnie, a Traddles wzdychał ciężko.
Poczciwy chłopak nie zazdrościł mi zupełnie i pomagał gorliwie w pracy nad stenografją, należał jednak do tych nieszczęśliwych, którzy nie umieją nic zdobyć dla siebie. Z jakimi trudem odkładał każdy funt na przyszłość, a gdyby nie miss Zofja, nie byłby zdolny i do tego.
Dzięki niemu, w stosunkowo krótkim czasie, opanowałem wszystkie tajemnice utrwalania głosu mowców w parlamencie i zdobyłem opinję pierwszorzędnej firmy. Najlepsze dzienniki ubiegały się o mnie, skutkiem czego moje dochody stały się bardzo pokaźne. Wkrótce musiałem nawet zrzec się miejsca sekretarza u zacnego doktora i jako prawnik nie dążyłem dalej, gdyż nowa droga otworzyła się przede mną zupełnie niespodziewanie.
Układanie w myśli coraz to nowych obrazków dla własnej przyjemności stanowiło już od dzieciństwa ulubioną moją rozrywkę. Z początku nie zastanawiałem się nad tem, później pragnąłem nadać moim opowiadaniom coraz piękniejszą, artystyczną szatę. Zbudziła się pokusa, aby utrwalić je pismem, a stąd już niedaleko do marzeń autorskich.
Jedno z tych opowiadań podobało mi się więcej od innych, bezimiennie posłałem je do tygodnika i zostało wydrukowane. To ośmieliło mię do nowej próby. Udała się pomyślnie, zapłacono mi dobrze. Odtąd zacząłem już pisywać stale i pod własnem nazwiskiem. Powiększało to znacznie moje dotychczasowe dochody i dawało mi wiele przyjemności.
Czas ślubu z Dorą zbliżał się tymczasem i zaczęliśmy z babką urządzać przyszłe gospodarstwo. Ciotka jej proponowała mi wprawdzie odłożyć to małżeństwo jeszcze na rok, ponieważ Dora była rzeczywiście wątła i nie mogła jakoś powrócić do zdrowia, lecz oboje nie chcieliśmy już tej zwłoki.
Wynająłem niewielki, bardzo miły domek z ogródkiem, a niedaleko drugi dla miss Trotwood, która tu zamieszkała z Dickiem i Peggotty.
Z początku chciałem zabrać Peggotty dla siebie, ale Dora wolała jakąś swoją dawną służącą, więc byłem rad prawdziwie, że babka będzie miała wierną i przywiązaną opiekunkę.
A tymczasem babka z Peggotty urządzały nasz miły domek, który wyglądał, jakby się uśmiechał do nas, tak świecił wśród zieleni czystemi szybkami, białością firanek i jasnemi barwami kwiatów.
Nadszedł nakoniec dzień oczekiwany. Przyjechała Ania i narzeczona Traddlesa, miss Zofja. Dora wyglądała cudnie w ślubnym stroju, przysiągłem ją kochać gorąco do śmierci i z dumą wprowadziłem śliczną młodą żonę do naszego mieszkania.
Żadne przykre wrażenie nie zaćmiło szczęścia naszej weselnej uczty, do której zasiedliśmy przy otwartych oknach, w radosnym blasku słonecznych promieni.
Wieczorem odprowadziliśmy oboje Anię do dyliżansu. Chciałem nieść Gipa, ale Dorze się zdawało, że on będzie nieszczęśliwy, bo sobie pomyśli, że jest niewdzięczna i nie dba o niego, ponieważ wyszła zamąż. I tak się rozczuliła tem nieszczęściem Gipa, że zaczęła naprawdę płakać.
Więc oddałem jej ulubieńca.
Konie ruszyły, Ania skinęła nam chustką, nawzajem przesłaliśmy jej życzliwe znaki, i zostaliśmy sami, małżonkowie, powracający do własnego domu!
Jak sen minęły pierwsze chwile szczęścia. Bawiliśmy się niby dwoje dzieci, które uciekły od ludzi do raju, gdzie niema pracy, ani mierzonego czasu, ani godzin obowiązkowych, a może nawet niema dnia i nocy.
Jedliśmy, gdy podano, gdy byliśmy głodni, nie troszczyliśmy się o nic zupełnie, byle być razem, śmiać się, bawić i żartować.
Na nieszczęście, nie mogło to trwać ciągle, trzeba było „pracować na kawałek chleba“, choć Dora znieść nie mogła tego wyrażenia, trzeba było nakręcić zegar i uważać na przesuwające się godziny, trzeba było jeść obiad we właściwej porze, wiedzieć, gdzie co leży i gdzie czego szukać, mieć przy sobie kawałek miejsca do pisania, parę krzesełek wolnych, słowem z chaosu marzeń, choćby stopniowo, przejść w krainę rzeczywistości.
A tu czekały nas ostre ciernie. Najpierw służąca, która nic nas nie słuchała, a my obawialiśmy się jej szczerze, gdyż jednem słowem umiała poskromić naszą chęć rozkazywania i oporu. A przecież to jej wina, że wszystko ginęło z pod ręki: kapelusze, trzewiki, książki i bielizna, wszystko gdzieś się zapodziewało w miejscu tak nieprzewidzianem, że byłoby to śmieszne, gdyby nie sprawiało nieraz dużo kłopotu.
W niedzielę sam zabrałem się już do porządku. Sprzątnąłem z mego biurka kieliszki, oliwę, pieprz, solniczkę i chciałem schować do kredensu. Ale w kredensie złożono bieliznę, nawet już używaną, a gdy ją wyjąłem, znalazł się szczęśliwie trochę pognieciony śliczny kapelusik Dory i zgubiony trzewik.
Nad wieczorem zdawało nam się, że już teraz wszystko leży na swojem miejscu i można zacząć życie naprawdę porządne, ale wkrótce powtórzyło się to samo.
Delikatnie ośmieliłem się zapytać Dory, czy sama nie uważa, że musimy zmienić służącą, bo przecież gdyby u nas mieszkała Peggotty, byłoby wszystko dobrze.
Biedna Dora płakała, złożywszy mi głowę na piersi, ale dziwnie wstydziła się Peggotty, a może też nie chciała pozbawiać miss Betsy jej opieki, dość że postanowiła powierzyć tę sprawę swej ciotce.
Zmieniła się służąca, lecz to niewiele pomogło. Wydatki były wielkie, a dochody małe, gdyż wszystko przeszkadzało mi pracować. Dora zdawała sobie z tego sprawę, była przerażona trudnościami życia, martwiła się, że jest złą żoną, i choć ją pocieszałem, jak mogłem, rozchorowała się naprawdę.
Teraz już bez pytania wezwałem Peggotty, a miss Betsy sprowadziła się też na czas jakiś, gdyż stan Dory wymagał troskliwej opieki i trzeba było czuwać przy niej ciągle.
Przez czas choroby przywiązała się bardzo do babki i już sama prosiła, abyśmy zamieszkali razem.
Tak było nam najlepiej. Peggotty wzięła w swoje ręce gospodarstwo, miss Betsy pielęgnowała delikatny, wątły „kwiatuszek“, ja mogłem znów pracować, a gdy byłem wolny, nic nie psuło nam godzin szczęścia.
Czasem jednakże śliczna, jasna twarzyczka Dory powlekała się cieniem smutku. To mię przerażało.
— Doro, najdroższa żono, czy jestem złym mężem? — pytałem jej troskliwie. — Co ci jest, mój skarbie?
Miała łzy w oczach, westchnęła głęboko.
— Czy nie żałujesz, Dewi, że się ożeniłeś ze mną? — spytała kiedyś cichym, drżącym głosem.
— Doro! — oburzyłem się na to pytanie.
— Bo widzisz, Dewi, wyście wszyscy mądrzy, wszystko umiecie, nawet ta Peggotty, a ja jestem jak dziecko, chociaż jestem żoną. Ach, Dewi, takbym chciała być taką jak Ania!
— Ania jest dla mnie siostrą — powiedziałem — a ty złotym kwiatkiem, który kocham nadewszystko.
— Chciałabym się nauczyć wszystkiego od Ani — powtarzała mi nieraz.
Była ogromnie dumna z mej autorskiej sławy, chodziła na paluszkach, gdy zasiadałem przy biurku, ale wkońcu robiło jej się smutno, że nie mogła ze mną rozmawiać. Na szczęście, była teraz w domu babka, która ją zabierała do swego pokoju i starała się zająć rozmową. Poczciwe dziecko słuchało jej z wielką uwagą i mówiła mi potem, że uczy się życia.
Pan Dick naturalnie odwiedzał nas często. Z początku Dora trochę go się obawiała, ale potem zaprzyjaźnili się szczerze. Razu jednego przyniósł jej ciężkie pudełko i otworzył je z miną tajemniczą. Było pełne świecących, wyczyszczonych monet.
— To mój majątek — szepnął — zbieram dla niej. (To znaczyło: dla miss Betsy). Co tydzień chowam wszystko, co zarabiam. Będzie znowu bogata. Już napisałem testament.
Po tem zwierzeniu Dora pokochała prawdziwie pana Dicka.
Do najbliższych przyjaciół należał też Traddles. Pamiętałem dobrze, ile mu zawdzięczam, pamiętałem braterską jego pomoc i starałem się teraz spłacić ten dług delikatnie, ażeby nie urazić jego uczuć.
Wiedziałem wprawdzie, że długi uczucia nie spłacają się nigdy i nie myślałem o tem. Za przyjaźń zapłaciłem mu przyjaźnią. Ale za pomoc mogłem okazać mu pomoc.
Skończył nareszcie prawo i był adwokatem, a ponieważ autorskie zajęcia zmuszały mię do wycofania się z zawodu, który zabrałby mi cały czas, odsyłałem klientów do Traddlesa. Moje znane nazwisko pociągało ludzi, a jakaś większa praktyczność życiowa pozwalała wybierać dla kolegi sprawy najkorzystniejsze materjalnie, a zarazem wyrabiające mu opinję.
Tym sposobem prawie w rok po moim ślubie oboje z Dorą byliśmy świadkami szczęśliwego połączenia Toma z panną Zofja.
Mogli sobie wynająć także mały domek niedaleko naszego. Pani Traddles, wychowana w szkole oszczędności, była gospodynią praktyczną i miłą, serdeczną i gościnną, pracowitą i umiejącą zająć się domem męża.
Być może, iż dlatego budziła w Dorze pewną zazdrość, zresztą pozbawioną zupełnie niechęci, gdyż mój złoty kwiatek nie był do niej zdolny, — zasmucał ją jednakże widok ładu, porządku, spokoju i rozsądnych rządów w domu pani Zofji.
— Ja tak nie umiem — skarżyła mi się pieszczotliwie. — Nie chciałabym być więcej bez Peggotty. A cobym robiła, kiedyś ty zajęty, gdyby babcia nie chciała mieszkać z nami?
— Pani Zofja starsza od ciebie — pocieszałem swojego ptaszka — przytem zdrowa i silna, a ty potrzebujesz troskliwej opieki i nie możesz się męczyć gospodarstwem.
— Ja jestem niemądra — szeptała z westchnieniem. — Czy myślisz, Dewi, że zmądrzeję zczasem? I jakby to zrobić? Bo ty możesz żałować, że się ze mną ożeniłeś.
Zapewniłem ją, że żałować nigdy nie będę, i zaczynałem poważne rozmowy o książkach, literaturze, historji. To ją męczyło jednak bardzo prędko, słuchała mię z oczami łez pełnemi, następnie dostawała bólu głowy.
Nie, mój złoty kwiatek musiał zostać takim, jakim go stworzyła natura. Nikt nie zaszczepi gruszek na najpiękniejszej róży, a moja Dora była kwiatkiem polnym.
Prawda, że czasem czułem się dziwnie samotny, nie zaspakajała wszystkich pragnień mego ducha, nie mogłem z nią dzielić się myślą, lecz oddała mi całe czyste serce dziecka i nic poza mną nie miała na świecie.
Najsmutniejsze jednakże było zdrowie Dory. Nikła nam prawie w oczach i traciła siły tak, że po schodach nosiłem ją codzień na ręku, a babka nie odstępowała jej prawie. To pogorszenie przyniosła nam zima w drugim roku pożycia małżeńskiego. Jeszcze w lecie wszyscy mieliśmy nadzieję, że złe minęło i nie wróci więcej, tymczasem wraz ze słońcem i pogodą znikały wątłe siły coraz szybciej.
— Kiedyż ja będę mogła znów biegać jak dawniej? — skarżyła się biedaczka. — Gip także łazi jak mucha w jesieni, a był niegdyś taki wesoły!
— Gip jest stary, kwiatuszku — powiedziała babka. — Psy starzeją się prędzej od ludzi.
— Gip stary? — powtórzyła Dora z przerażeniem. — Stary?... I co się stanie, jeżeli... jeżeli...
— Gip może żyć długo, chociaż się zestarzał — uspakajała babka — a gdyby... żyć przestał, znajdziemy podobnego.
— O! — zawołała Dora. — Za nic w świecie! Nie chcę!
— Dlaczego, duszko? — zapytała babka, podnosząc na nią oczy od roboty i trzymając w ręku okulary.
— Nie chcę innego — mówiła Dora nawpół z płaczem. — Nigdy, nigdy nie będę miała innego! To byłoby szkaradnie z mojej strony. I cóż ten inny? Nie znał mię przecież dawniej. Nie poszarpał bukietu, który dostałam od Dewi, nie warczał na niego, kiedy pierwszy raz mię spotkał. Coż mi po takim psie? Nie mogłabym go lubić!
— Masz słuszność — rzekła babka.
— Babcia nie gniewa się na mnie?
— Za co, kwiatuszku? Że masz wierne serce? Szanuję to i cenię.
W niedzielę państwo Traddles przychodzili do nas na obiad. Bywało wtedy gwarno i wesoło, Dora śmiała się i klaskała w dłonie, lecz nie wstawała ze swego fotela, chociaż przy pożegnaniu obiecywała zwykle, że za tydzień odprowadzimy ich do domu.
Ale za tydzień było znów to samo. I czułem, że mój ciężar staje się z każdym dniem lżejszy, a nie widziałem na to żadnej rady. Radziliśmy się przecież najlepszych doktorów, wypełnialiśmy wszystkie ich przepisy, ale każdy z nich potrząsał głową i zapewniał, iż... życie ludzkie w ręku Boga.
Więc gdy w nocy usiadłem sam przy swojem biurku, zamiast sięgnąć po pióro i snuć fantastyczne obrazy, oparłem twarz na dłoni i płakałem długo.
Nie śmiałem wypowiedzieć swoich myśli, ale czułem, że stoję na progu nieszczęścia, że mój kwiatuszek rozwija skrzydełka, aby ulecieć ode mnie już na zawsze.
A nie mogłem wyobrazić sobie życia bez niej, bez tej ukochanej i słodkiej dzieciny, która była mi wiosną życia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.