Dom tajemniczy/Tom V/XVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Dom tajemniczy
Wydawca Dziennik dla Wszystkich i Anonsowy
Data wyd. 1891
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Pantins de madame le Diable
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVII.
Rozpoczęta kampania.

Nazajutrz rano, wynajęta kareta zawiozła markiza de Rieux i Perinę do zakładu w Salpetrière.
Wiedźma ubraną była czarno z wykwintną prostotą.
Czarny, koronkowy, bardzo gęsty woal, zasłaniał jej twarz zupełnie,
— Koniecznem jest, powiedziała przedtem de Renégo, ażebym przed zabraniem się do dzieła, poznała podwórze pierwszego wydziału, ażebym rozpatrzyła się w wewnętrznym rozkładzie tej części olbrzymiego gmachu.
W ubraniu, w jakiem była, wyglądała na elegancką o majestatycznej postawie, damę.
Odźwierny szpitala, poznawszy w panu de Rieux wczorajszego hojnego gościa, wpuścił go bez żadnej trudności, nie pytając nawet wcale o nowe upoważnienie dyrektora.
Sztuka złota była za tę uprzejmość natychmiastową nagrodą sługusa.
Nadzorca, ten sam, co wczoraj oprowadzał Renégo, stawił się w tej chwili do jego usług.
Margrabia i wiedźma weszli na podwórze furyatek.
Ex-wspólniczka Kerjeana, stanąwszy przed Janiną i zobaczywszy bladą jej, łagodną twarzyczkę, po raz pierwszy po owej strasznej nocy pożaru Czerwonego domu, zaczęła drżeć ze wzruszenia, a łzy obfite puściły się z jej oczu.
Zapanowała jednak zaraz nad sobą i cała oddała się obserwacyom, po jakie przybyła.
Po kilku chwilach przekonała się, że wysoki mur, otaczający dziedziniec czworokątny podwórza dotykał z jednej strony pustki, która zajętą jest dzisiaj na drogę bulwaru zewnętrznego.
W murze zauważyła też zaraz jakiś otwór, zarosły trawą, której uschłemi od zimna łodygami wiatr swobodnie kołysał.
Zbliżyła się do nadzorcy i oświadczyła, że pragnęłaby zobaczyć cele parterowe i podziemne.
Nie mamy potrzeby zapewniać, że Tabareau chętnie spełnił żądanie.
Wiedźma nie tylko słuchała z największą uwagą objaśnień jego, ale sama zadawała także mnóstwo pytań, na które morok odpowiadał tak szczegółowo, że wkrótce doskonale wiedziała, co jej porzebnem było.
Po pewnym czasie dała znak Renému i wyszli oboje z podwórza.
Dozorca główny, tak samo jak wczoraj, chciał oprowadzać pana René po innych oddziałach szpitalach, ale hojny pan, tak samo, mu jak wczoraj, odmówił.
Zamiast powrócić do karety, oczekującej na bulwarze, Perina i René udali się na pustą miejscowość, na którą, jakeśmy już mówili o tem, wychodziła jedna część muru.
Po kilkunastu krokach Perina się zatrzymała.
— Czy nie pójdziemy dalej?... zapytał René.
— Nie... odpowiedziała, wskazując na mur, nie mamy potrzeby, bo oto ta sama kępa trawy, którą widzieliśmy z wewnątrz... Nie potrzebujemy wiedzieć nic więcej... Panna de Simeuse znajduje się w tem miejscu... gdyby co mówiła, słyszelibyśmy jej głos z pewnością...
Wyjęła z kieszeni kawałek czerwonej kredy i zrobiła znak w formie krzyża na szarym kamieniu.
— Poszuka pan z latarką tego znaku, znajdzie go pan bez trudności... i tu w tem miejscu będzie pan czekał na mnie...
— Dzisiaj?... zapytał wzruszonym głosem René.
— Dziś wieczór... tak dziś wieczór może mi się już uda...
— O bodajbyż cię Bóg wysłuchał!... zawołał młodzieniec.
— W chwili, gdy na zegarze Salpetrière bić będzie dziewiąta, musisz się pan tu znajdować... ciągnęła wiedźma... i dobrze nadstawiać uszu... Skoro posłyszysz sygnał umówiony, nie stracisz ani minuty i zabierzesz się do roboty...
— O!... wykrzyknął René... wszak wiesz dobrze, że bez wahania oddałbym dziesięć lat życia dla posłyszenia tego sygnału, który nam tryumf nasz oznajmi...
— Wiem o tem i pragnęłabym, żeby ta radość nie kosztowała pana zbyt drogo!,.. Mój plan powinien się udać!... musimy zwyciężyć!... chybaby sam dyabeł pomieszał mi karty w ręku!... Ale miej ufność, panie markizie!...
„ — Ufam ci zupełnie, Perino i błagam, żebyś nie zapomniała o tem, coś mi przyrzekła... coś mi zaprzysięgła...
— Cóż ja przyrzekłam panu?...
— Że żadna nowa zbrodnia nie zostanie popełnioną dla osiągnięcia zwycięstwa!... Janina de Simeuse jest aniołem... Ani jedna kropla krwi nieczystej nie powinna się przelać dla niej...
— Przysięgam ci na to raz jeszcze, markizie!... odpowiedziała Perina... Czy sądzisz, że chciałabym dodawać nowe widmo do widm, jakie mnie już zawadzają!... Nie!... nie!... nie splamię już więcej oczyszczonych rąk moich!... Nie otucha, ale czyn zacny przestąpi ze mną progi Salpetrière!... Idź, panie markizie... idź i nie miej żadnej obawy...
— Czy zaraz mamy się rozstać?.. zapytał młodzieniec.
— Wiesz pan wszakże, że ja muszę pozostać... Chwila stanowcza się zbliża...
— Masz racyę... szepnął de Rieux... Pozostań więc i niech cię Bóg ma w swojej opiece!...
René postąpił krok, ażeby się oddalić.
Perina go zatrzymała.
— Panie markizie... rzekła drżącym głosem... zanim się rozłączymy, chcę pana poprosić o jednę łaskę...
— O jaką?...
— Podaj mi rękę i pozwól złożyć na niej pocałunek... Będzie to zadatkiem przebaczenia... będzie otuchą w pomocy Bożej...
Za całą odpowiedź pan de Rieux wyciągnął rękę ku wiedźmie, a ona złożyła na niej gorący pocałunek i zrosiła rzewnemi łzami.
— Dziękuję!!... wykrzyknęła z gorączkowym zapałem... całem sercem panu dziękuję!...
René poczuł się bardzo wzruszonym, nie przemówił jednak ani słowa, opuścił Perinę, pośpieszył do karety i odjechał do domu.
Niezadługo się z nim złączymy.
W godzinę potem, jakaś kobieta, niby waryatka, odziana w łachmany, wiła się w najstraszniejszych konwulsyach na bulwarze szpitalnym. Dostrzeżona i podniesiona przez kilku litościwych przechodniów, odprowadzoną została przez nich do Salpetrière, pomimo gwałtownego oporu i krzyków prawdziwie zwierzęcych.
Twarz tej kobiety przedstawiała jednę ranę zasklepioną. Nie można było patrzyć na nią bez przerażenia i wstrętu.
Po tym opisie czytelnicy nasi poznali zapewne ex-mieszkankę Czerwonego Domu.
Zdjąwszy ze siebie żałobne ubranie, które pokrywało łachmany, rozpoczęła ona śmiałą i trudną rolę, jaką sobie nakreśliła w znanym nam strasznym dramacie,
Uprzedzono dyrektora, zawezwano dyżurnego lekarza i zaraz jeden, tak jak i drugi wyegzaminowali przybyłą, z obrzydzeniem, jakiego łatwo się domyśleć... Waryacya była widoczną... jeden numer więcej wniesiony został do list szpitalnych... Perina zadrżała z radości, gdy usłyszała rozkaz, ażeby ją pomieszczono w oddziale furyatek i oddano w ręce Tabareau.
Po kilku chwilach wchodziła po raz drugi dzisiaj na podwórze okrutnego oddziału. Zaledwie drzwi się za nią zamknęły, uspokoiła się zupełnie, symptomaty zupełnego idyotyzmu furye teraz zastąpiły.
— E, do pioruna!... wykrzyknął, śmiejąc się Tabareau, i trzaskając batem po nad głową klijentki.. Zrobiłem widocznie na bestyi wrażenie... Przewiduje bodaj los, jaki czeka niespokojne łajdaczki... Ale też szkaradna obywatelka!... Jej gęba wcale nie jest podobną do ludzkiej twarzy... zkąd u dyabła wyrwała tę trupią głowę?... Straciła łotrzyca rozum od częstego przeglądania się w lustrze!... A było, jakem Tabareau, od czego...
Kiedy dozorca monologował w ten sposób ze sobą, Perina padła na ziemię i zaczęła się czołgać w jeden z rogów podwórza.
Tabareau uderzył ją parę razy batem po plecach, ale nie wywołał tem żadnego krzyku lub chociażby jęku tylko, powiedział sobie:
— Patrzcie no, a to ona nie czuje bata wcale!... Wielka szkoda!...
I pozostawił swemu losowi przybyłą.
Perina zdążała jednak prosto do celu, a tym celem było zbliżenie się do panny de Simeuse.
Skoro już była o kilka tylko kroków od miejsca, na którem siedziała Janina, milcząca i nieruchoma, z oczami w niebo wzniesionemi, rozciągnęła się u jej nóg, jak nieżywa. Nad wieczorem, gdy się już ściemniać zaczynało, Tabareau dał sygnał, na który waryatki machinalnie odpowiedziały, taka jest siła przyzwyczajenia nawet u pozbawionych rozumu.
Wszystkie się naraz podniosły i pośpieszyły tłumnie do pawilonu, gdzie czekał na nie posiłek wieczorny. Dozorca stał przy drzwiach i rachował wchodzące. Dwie się tylko spóźniły, Perina i Janina.
Tabareau, wściekły, skierował się w ich stronę z przekleństwem na ustach i podniesionym batem.
Bat ten miał właśnie uderzyć pannę de Simeuse w twarz, gdy wiedźma szybko się podniosła, stanęła pomiędzy młodą dziewczyną a jej katem i wstrzymała uderzenie, przeznaczone dla księżniczki. Tabareau powtórzył razy i śpiczasto zakończone rzemienie obdzieliły wspólniczkę barona Kerjeana zamiast narzeczonej Renégo.
Pochwyciwszy następnie pręt stalowy, jaki nosił zawsze przy sobie, okrutny chłop popędzał obie kobiety przed sobą i zmusił je do wejścia do pawilonu.
Wązki długi stół, zastawiony był w sali ogólnej, która za jadalnię służyła.
Na tym stole stały ustawione żelazne talerze, mosiężne kubki, łyżki i widelce drewniane. Noży nie było wcale. W wielkim szaflu z żelaznemi obręczami mieściła się zupa z jarzyn. Tabareau przy pomocy dwóch chłopców kuchennych rozlewał jadło na talerze. Waryatki posilały się, stojąc w milczeniu.


∗             ∗
Na zegarze w Salpetrière wybiła godzina ósma.

Była to chwila, w której podług przepisów szpitalnych, waryatki zamykane były w pokoikach swoich lub celach.
Tabareau tem ściślej trzymał się przepisu, że miał zwyczaj zaraz po zamykaniu drzwi zażywać dwie lub trzy godziny wywczasu w małym szyneczku na bulwarze Szpitalnym.
Zaledwie też odezwały się pierwsze uderzenia zegaru, potrząsał już swoim złowrogim batem i krzyczał grubym głosem, jakby psy nawoływał:
— Dalej do budy waryatki!... do budy!...
Nieszczęśliwe opuściły natychmiast jadalnię, rozsypały się po galeryi, instynktownie zatrzymywały się przed drzwiami swoich celi.
Drzwi te otwierał i zamykał kolejno Tabareau.
Cela Janiny mieściła się na samym końcu pawilonu. Perina sama tylko pozostała teraz z dozorcą, który w jednym ręku trzymał latarnię, a w drugim pręt stalowy.
Ex-właścicielka Czerwonego domu usiadła na najwyższym stopniu schodów, prowadzących do podziemi, gdzie się klatki znajdowały.
Tabareau zbliżył się do niej.
— No, dalej!... wykrzyknął, uderzając ją prętem po ramieniu — wstawaj, tylko prędko!... wszystkie cele zajęte... pomieszczę cię tymczasowo w jednej z klatek!... Schodź ze schodów a prędko, bo wywalę!...
I łącząc, zaraz groźbę z czynem, kopnął wiedźmę podkutym butem swoim.
Mniemana waryatka zdawała się nie zważać wcale na to brutalne jej traktowanie. Nie zmieniła wcale swojej pozycyi, żadna skarga z jej ust nie wyszła.
Tabareau, nędznik popędliwy i okrutny, zatrząsł się ze złości wobec tego biernego oporu i podniósł pręt stalowy, ażeby energicznie ukarać winowajczynię. Ale nie opuścił strasznego narzędzia i stanął jakby nagłą katalepsyą obezwładniony.
Bo oto jakiś dźwięk dziwny, niewytłomaczony a prześliczny, uderzył niespodzianie słuch jego. Szło mu o to teraz tylko, aby się przekonać, czy nie jest igraszką snu, albo złudnej jakiej iluzyi.
Dźwięk nie był czem innem, jeno metalicznym dźwiękiem złota, spadającego na kamienie... Złote w Salpetrière!... Złoto na schodach, do klatek prowadzących!...
Ocknął się ze swojej nieruchomości, postawił latarkę na ziemi i pochylił się nad miejscem, zkąd dźwięki zdawały się wychodzić.
I zobaczył ze ździwieniem, że obie ręce waryatki były napełnione pięknemi połyskującemi luidorami.
— Co to jest, do wszystkich dyabłów!... wykrzyknął z nieopisanym akcentem chciwej radości, co to jest, do wszystkich dyabłów!... zkąd ty masz tyle pieniędzy, gałganico!...
Perina nic nie odpowiedziała.
Odwróciła głowę i spojrzała na dozorcę wzrokiem bez żadnego wyrazu.
Złoto nie przestawało spływać po schodach i rozpraszać się w różne strony.
— Wszystko mi jedno, zkąd pochodzi... rzekł do siebie filozoficznie morok — wiem to tylko, że napełnię sobie kieszenie i kwita!... Anim się żartem spodziewał takiej wspaniałej dzisiaj gratki...
Nie zajmując się dłużej mniemaną waryatką, zeszedł prędko z kilku schodów, położył się na ziemi i zaczął zbierać luidory. Zebrał ich przeszło piędziesiąt.
Skoro dokończył tej pięknej roboty, podniósł oczy i spojrzał na ręce Periny. Zdawało się, że próżne... przynajmniej deszcz złoty przestał już padać.
— A co, stara!... powiedział, zapominając, że mówi do istoty niezdolnej go zrozumieć, czy to już wszystko?... czy nie masz już więcej?...
Perina zachowując ciągle obojętną fizyognomię, wyciągnęła z kieszeni chustkę śnieżnej białości, związaną jak woreczek i dobrze wypchaną. Rzuciła tę chustkę Tabareau, a brzęk znowu się rozległ w podziemnej galeryi.
— Do pioruna!... mruknął przez zęby dozorca, chwytając chciwie chustkę — to nie kobieta, to mina złota!... Zaraz ja ją przetrząsnę szczegółowo.
Zaczął rozwiązywać chustkę, ażeby się przekonać, co w niej było, ale że węzeł był silnie zaciśnięty, podniósł go do zębów.
Dziwny zapach, którego nie umielibyśmy określić, rozszedł w tejże chwili.
Perina wlepiła w dozorcę spojrzenie ciekawe i niespokojne.
W kilka minut potem podniosła się, jakby nie potrzebnem już jej było wszelkie udawanie, i odeszła o jakie dwadzieścia kroków w galeryę, przyciskając silnie do ust i nosa kaftanik..
Zatrzymała się, spojrzała w dół schodów.
Latarnia słabo oświetlała moroka, stojącego ciągle, ale nieruchomie i podobniejszego do statuy, niż do istoty żyjącej...
Nie trwało to jednakże dłużej nad dwie lub trzy sekundy.
Bez żadnej widocznej przyczyny Tabareau zachwiał się na grubych swoich nogach jak dąb podcięty i runął z głuchym łoskotem, twarzą zwróconą w sklepienie, z oczami szklistemi, podobniejszy do trupa niż do zemdlonego człowieka.
— Zwycięztwo... szepnęła Perina drżącym od radości głosem. Zwycięstwo... dzięki Ci Boże!...
Tymczasem ostry zapach stawał się coraz wyraźniejszym i lubo wiedźma dalej była, zaczął i na nią oddziaływać.
Poczuła, że sztywnieją jej wszystkie członki, że głowa ciężyć zaczyna, że nieprzezwyciężona senność zaczyna ją opanowywać.
Jeszcze chwił parę a tak samo, jak Tabareau padnie jakby piorunem rażona...
Na szczęście wiedziała o grożącem jej niebezpieczeństwie i z całą energią postanowiła się od niego uchronić.
Zebrała siłą woli resztę sił pozostałych, doszła, opierając się o ścianę, do końca galeryi, odsunęła u drzwi zasuwy i roztworzyła je na rozcież.
Zaledwie uderzyło na nią świeże zimne powietrze, zatrważające symptomata zniknęły.
Perina poczuła się orzeźwioną i mogła już zdać sobie sprawę z zupełną przytomnością, z tego co jej zrobić wypada, ażeby doprowadzić do końca przedsięwzięcie podjęte z taką światłością, a przedewszystkiem, ażeby świeże zimne powietrze dostało się do galeryi i rozproszyło niebezpieczne, a może nawet śmiertelne wyziewy.
Usiadła na ławce, obok kamiennego basenu, pełnego wody lodowatej, w którym Tabareau skąpał kiedyś Janinę.
Przeczekała z kwadrans i weszła z powrotem do galeryj, posuwając się wolno i ostrożnie z obawy nowego znieczulenia.
Obawa ta była nieuzasadnioną, wyziewy odurzającego płynu, który późniejsza nauka nazwała chloroformem, ulotniły się już zupełnie.
Przekonawszy się o tem dokładnie Perina, przeszła całą galeryę, wzięła latarkę, zeszła ze schodów i przystanęła dopiero obok leżącego Tabareau.
Pochyliła się nad nim i przyłożyła mu rękę do serca, które wolno biło.
— Niema żadnego niebezpieczeństwa... pomyślała sobie... życie nie uleciało, ale pozostanie zapewne w tym stanie aż do rana... Jednakże nawet zbyteczna ostrożność sto razy lepszą jest od nieostrożności... Żeby za prędko to zwierzę nie przyszło do siebie, potrzeba je tak umieścić, iżby niezdolne było przeszkodzić mojej ucieczce z Janiną de Simeuse, iżby nie mogło dać alarmującego sygnału i zarządzić wysłania pogoni... Zamknę łotra na tę noc w jednej z klatek... do tej, którą dla mnie może przeznaczył...
Uśmiechnęła się przy tej myśli.
Gdy była w Salpetrière z Reném de Rieux, widziała, w jaki sposób dostawał się Tabareau do klatki.
Wciągnęła ciało dozorcy w wązki korytarz po za okratowanemi klatkami... odsunęła zasuwy u pierwszych zaraz drzwiczek i spojrzała w wewnątrz. Klatka ta, zaledwie oświetlona słabem światłem latarni, pozostawionej w galeryi, wydała się pustą. Kupa słomy leżała w jednym kącie.
Perina uniosła Tabareau, potoczyła go na tej słomie, potem zamknęła drzwiczki, zasunęła zasuwy i powróciła do galeryi.
W chwili, kiedy się nachyliła po latarnię, po słyszała tuż przy sobie rodzaj głuchego mruczenia, podobnego do przytłumionego wycia dzikiego zwierza.
Groźny ten i złowrogi hałas wychodził z klatki, tej właśnie, w której zamknęła zemdlonego dozorcę.
Podniosła latarnię do krat; nie bez dreszczu przerażenia zobaczyła najohydniejszą i najwstrętniejszą scenę, jaką wymyśleć może chory umysł.
Jakaś szalona waryatka, z błędnemi, zaszłemi krwią oczami, na wpół tylko odziana poszarpanemi łachmanami, zwlekła się z kupy słomy, na której leżała przed chwilą i kucnęła przy ciele zemdlonego dozorcy, wpatrywała się w niego, jak sęp, a dzikie mruczenie strasznej radości z ust się jej wydobywało.
Nie trwało to dłużej nad sekundę. Waryatka zerwała się nagle i zaczęła skakać po piersiach Tabareau, jak po trampolinie. Każdy szlak odbijał się głuchym odgłosem, którego niepodobna było słuchać.
Po kilku chwilach tego szalonego tańca, waryatka zdawała się zmęczoną. Usiadła obok dozorcy i zaczęła paznogciami szarpać go po twarzy.
Krew się pokazała.
Gdy Perina krew zobaczyła, oddaliła się, nie odwracając głowy, i mówiąc sama do siebie:
— Zabije go... nędznik zgubiony będzie, ale Bóg mi świadkiem, iż nie zdradziłam przysięgi, danej Renému, iż śmierć ta nie będzie mogła spaść na moję głowę...
Czas mijał z nadzwyczajną szybkością. Zegar Salpetrière wydzwonił trzy kwadranse na dziewiątą, a o dziewiątej, jak sobie przypominamy, pan de Rieux miał posłyszeć sygnał umówiony.
Perinie bardzo śpieszyć się musiało... pojmowała to dobrze i postanowiła nie tracić ani minuty.
Podeszła do celi panny de Simeuse, otworzyła drzwiczki i weszła tam z biciem serca.
Janina leżała w ubraniu na wązkim, twardym sienniku, stanowiącym całe posłanie, i zasypiała snem głębokim.
Odemknęła oczy do połowy, gdy światło latarki na twarzyczkę jej padło, ale je zaraz przymknęła znowu, nie okazawszy ani ździwienia, ani przestrachu.
Perina zbliżyła się do niej, ujęła wychudłą jej rękę, przycisnęła do ust i długo okrywała pocałunkami.
Potem wyciągnęła z pod kaftanika maleńką kryształowy flaszeczkę, odkorkowała ją, przybliżyła do nosa księżniczki, ale zaraz ją cofnęła.
— Ani chwila, ani miejsce stosowne... pomyślała sobie... nie w tej ponurej norze, ale w obecności Renégo de Rieux, swojego narzeczonego, dusza Janiny de Simeuse powinna ocknąć się z długiego uśpienia...
Schowała z powrotem flaszeczkę, podniosła z łatwością Janinę i z lekkim tym ciężarem wyszła z galeryi, przebiegła podwórze i stanęła pod murem w miejscu umówionem.
Pośród ciszy nocnej, dochodziły ją niewyraźnie krzyki waryatki, zamkniętej z Tabareau.
Dziewiąta wybiła w tej chwili.
Perina oparła Janinę o mur i trzy razy klasnęła w dłonie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.