<<< Dane tekstu >>>
Autor Theodore Roosevelt
Tytuł Grant
Pochodzenie Życie wytężone
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1904
Druk A. T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwik Włodek
Tytuł orygin. Grant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XI.
GRANT.
Mowa w Gallens (Illinois) 27 września 1900 r.

Z biegiem czasu każdy naród wielki instynktownie poznaje ludzi, którzy są szczególnymi i wybitnymi przedstawicielami jego własnego typu wielkości. Tutaj, w kraju naszym mieliśmy wielu mężów publicznych wysokiej miary, żołnierzy, mówców, mężów stanu twórczych i przywódców ludowych: Mieliśmy nawet wielkich filozofów, którzy byli przywódcami myśli narodowej. Każdy z tych ludzi miał swoją grupę zupełnie oddanych stronników, a niektórzy z nich rządzili narodem z taką władzą, jaka nie była udziałem najwybitniejszych.
A przecież w miarę tego, jak zanikają pokolenia, jak opada kurz zatargów i jak spoglądamy na siebie poprzez rozjaśnione obłoki, jak z bystrą mądrością przenikamy w przeszłość narodu — między najpotężniejszymi z potężnych rysują się wypukłe trzy wielkie postacie: Washingtona, Lincolna i Granta. Mamy także wielkich ludzi drugiego rzędu; bo w każdej galeryi sławy czysto narodowej Franklin i Hamilton, Jefferson i Jackson mają zapewnione swoje miejsca.
Ale ci trzej najwięksi zajęli swoje miejsce między wielkimi ludźmi wszystkich narodów, między wielkimi ludźmi wszystkich czasów. Wyniesieni zostali potężnie podczas dwóch wielkich przesileń naszej historyi, przy dwóch sposobnościach, w których zadaliśmy największe ciosy, jakie kiedykolwiek zostały zadane, walcząc za sprawę wolności ludzkiej pod prawem, walcząc o tego ducha uporządkowanej swobody, który wnosi podstawę wszelkiego rozsądnego ruchu, mającego na celu zapewnienie każdemu jego praw i zabezpieczenie każdego, tak, aby bliźni jego szkodzić mu nie mogli.
Washington walczył w pierwszej z tych walk i miał szczęście i zaszczyt zyskania sobie najwyższego rozgłosu, jako żołnierz i jako mąż stanu. W drugiej, a nawet większej walce, czyny Lincolna, męża stanu, zostały poparte czynami Granta, wojownika, a później Grant sam poprowadził dzieło, które wysunęło się ze zmęczonych rąk Lincolna, kiedy uderzyła go kula mordercy i kiedy smutne, cierpliwe, dobre jego oczy zawarły się na zawsze.
Nie był to prosty przypadek, że z trzech najpotężniejszych naszych mężów było dwóch żołnierzy i jeden prezydent czasu wojny. Tylko przez pracę i walkę naród lub jednostka wznosi się do poziomu wielkości. Wielki człowiek bywa zawsze mężem potężnego wysiłku i wogóle człowiekiem, którego do tego wysiłku pchała niezwyciężona potrzeba wewnętrzna.
Wypoczynek i pokój są bardzo dobremi rzeczami, są wielkiemi błogosławieństwami, ale tylko wtedy, jeżeli przychodzą drogą uczciwą, a zazwyczaj ci, którzy odwracają się od nich nieustraszenie, jeżeli nie zostały zapracowane, najlepiej zasługują się krajowi. Spożywamy chleb tylko w pocie czoła naszego, i chociaż pot bywa czasem gorzki, daleko bardziej gorzkim jest chleb, spożywany jako nie zapracowany, nie zdobyty, nie zasłużony. Ameryka musi nieustannie szczepić sobie poczucie pracy i niebezpieczeństwa. Ludzie, którzy stworzyli naszą wielkość narodową, to są ci, którzy śmiało spoglądali w oczy niebezpieczeństwu i zmogli je, którzy natrafiali na przeszkody i przezwyciężyli je, a nie ci, których drogi życia szły po miłych równinach, od których znój i obawa były zawsze daleko.
Nie był to również przypadek, że nasi trzej wodzowie byli ludźmi, którzy, choć nigdy nie cofali się przed wojną, przecież w głębi duszy byli ludźmi dokoju. Człowiek, który nie chce walczyć, aby odsunąć, czy zniszczyć zło, jest biedną istotą; ale ostatecznie jest mniej niebezpieczny, niż człowiek, który walczy po stronie zła. W historyi narodu kilkakrotnie może, a czasami istotne musi przyjść czas taki, że najwyższym obowiązkiem narodu jest wojna.
Ale pokój musi być stanem normalnym, bo inaczej naród jest na drodze do krwawej ruiny. Dwa razy w czasie wielkich przesileń, w r. 1776 i l861 i dwa razy w czasie mniejszych — w r. 1812 i 1898 powołano naród do broni w imię wszystkiego tego, co ze słów „honor”, „wolność” i „sprawiedliwość” czyni więcej, niż puste dźwięki. I w każdym z tych wypadków czysty rezultat wojny wypadał wyraźnie na korzyść ludzkości. Ale w każdym z tych wypadków rezultat był korzystny tylko dlatego, że po wojnie nastąpił pokój, że zapanowała sprawiedliwość i swoboda. Gdyby po rewolucyi nastąpiła krwawa anarchia, gdyby ogłoszenie niepodległości nie było poparte przyjęciem konstytucyi, gdyby wolność, zdobyta mieczem Washingtona, nie była wzmocniona stałym i porządnym rządem w którego stworzeniu współdziałał, wówczas bylibyśmy tylko zwiększyli chaos świata, a nasze zwycięztwa przemawiałyby przeciwko, a nie za interesem ludzkości. To samo stosuje się również do wojny domowej. Gdyby po czterech latach żelaza nie nastąpił pokój, to wojny nie można byłoby usprawiedliwić.
Gdyby wielki wojownik milczący, Młot Północy, rozkuł kajdany niewolników tylko po to, aby nałożyć je na ręce ludzi wolnych, jak to robiło przed nim tylu zwycięzców w sporach domowych, to cała wojna byłaby była wydana napróżno i gorzej niż napróżno. Gdyby Unia, dla odbudowania której tylu ludzi wylało krew swoją, nie była dziś unią faktyczną, to drogocenna krew byłaby wylana nadaremnie. Ale krew ta nie poszła na marne, bo dzieło pokoju usprawiedliwiło dzieło wojny, i dziś Północ i Południe, Wschód i Zachód, wszyscy my jesteśmy jednym narodem, nietylko z imienia, ale i faktycznie. Stanowimy jedność w zamiarach, w koleżeństwie i w wysokich aspiracyach i tak stajemy, aby powitać nowe stulecie i z podniosłem sercem patrzeć śmiało w potężne zagadnienia, które napewno niosą nam z sobą przyszłe dziesięciolecia.
Grant i jego towarzysze-żołnierze, którzy walczyli podczas wojny, i jego towarzysze-mężowie stanu, którzy uzupełnili dzieło, dokonane po części przez żołnierzy, nie pozostawili nam tylko dziedzictwa kraju połączanego i ziemi, z której na wieki wygnano niewolnictwo, ale pozostawili nam spadek równie ważny, wielkie wspomnienie o ich wielkich czynach, aby nam zawsze służyło za przykład i natchnienie, aby nas podniecało, abyśmy nigdy nie upadli poniżej poziomu, osiągniętego przez ojców naszych. Mocny i surowy poeta demokracyi śpiewał o Grancie, jako o „człowieku dni potężnych i równym tym dniom”. Dni są dziś mniej potężne, tem więcej przyczyn, abyśmy się okazali na ich wysokości.
Zgromadzamy się tu, aby złożyć radosny hołd pamięci naszych sławnych zmarłych; ale zachowajmy zawsze w umysłach naszych bardzo jasne poczucie tego, że zwyczajne uznanie ust zupełnie nie jest uznaniem, lecz jedynym hołdem, który się rachuje, jest hołd czynów, a nie słów. Sławienie pamięci zmarłych jest tylko czczą stratą czasu, jeżeli my, żywi, w życiu naszem nie usiłujemy stać się godnymi ich wielkości. Jeżeli życiorysy Washingtona i Granta nie są dla nas żywotne mi i pełnemi znaczenia, jeżeli są tylko cząstką historycznej przeszłości i nie podniecają nas do chciwego współzawodnictwa w nieustannej i nieskończonej walce dobra przeciwko złemu, to nie mamy w sobie pierwiastku dobrych myśli, a tam, gdzie niema zdrowej myśli, nie może nastąpić czyn zdrowy i dobry.
W mowie niniejszej nie mam zamiaru naszkicować życia i czynów Granta, nawet w sposób najogólniejszy. Nie mam nawet zamiaru dotykać tych punktów, w których wpływ jego przemawiał tak silnie w tworzeniu historyi naszej. Częścią wielkości człowieka jest to, że życie jego może nam dziś służyć poprostu, jako ilustracya. Możemy uważać za stwierdzone, że każdy Amerykanin, który zna historyę swego kraju, musi znać koniecznie historyę tego człowieka przynajmniej w jej najogólniejszych zarysach, i że nie potrzebujemy wyjaśniać Vicksburga i Appomatoxa, jak nie potrzebujemy opowiadać o Yorktownie. Będę prosił o uwagę nie dla opisu życia Granta, ale dla nauk, które niesie nam z sobą to życie, nauk, które powinniśmy brać do serca my, ludzie dzisiejsi.
Przedewszystkiem nauka wytrwałości, uporczywej stałości w zamiarach. W armiach Unii byli generałowie, równie świetni, jak Grant, ale nie było żadnego z jego żelazną stanowczością. Zalety te wykazał jako prezydent, nie mniej niż jako generał. Nie był to człowiek, który pozwoliłby wywierać na siebie wpływ wrogiej większości kongresu, ani sprowadzić się i porzucić stanowisko na korzyść zdrowego i stałego prądu; nie dawał też wpłynąć na siebie porażkom i zmiennym kolejom; nie zwolnił nacisku na oblężony Richmond. Szczególnie chętnie odwołujemy się do tego czynnika niewzruszonej siły, kiedy chwalimy człowieka w sposób najprostszy i najwyraźniejszy, chwaląc go za to, że był mężem. Jest to zaleta, na której stratę najmniej sobie pozwolić możemy.
Jest to jedyna zaleta, której utrata nie może być przebaczona ani narodowi, ani jednostce. Jest ona przeciwieństwem lekkomyślności, niestałości, płochości, przesadnej egzaltacyi, niepotrzebnego zwątpienia, histeryi i neurastenii w miryadzie ich przejawów. Nauka nieubłaganej, niezwyciężonej, nieprzerwanej wytrwałości na drodze, na którą wszedł naród, jest jedną z najniezbędniejszych dla pokolenia, którego rzecznicy zbyt wiele czasu poświęcają polityce chwili. Nie są nieliczni mężowie publiczni, którzy próbują urabiać opinię wewnątrz i na zewnątrz kongresu, w podróżach wyborczych, i w prasie codziennej, którzy zdają się dążyć do niestałości, którzy schlebiają, a przez to wzmagają pragnienie przesady w każdej sytuacyi, w miarę, jak się wznosi, których usiłowania idą więcej w kierunku poruszania ludu zygzagowato, niż w linii prostej. Widzieliśmy to wszyscy w wojnie z Hiszpanią, kiedy ci sami ludzie, którzy w pewnej chwili piętnowali mianem zdrajcy każdego, kto mówił, że są rzeczy złe w wojsku, w innej — nazywali zdrajcami tych, którzy robili z wojska przedmiot pochwały. Oczywiście stanowisko takie jest równie niezdrowe z jednej, jak i z drugiej strony i sprzeciwia się w równej mierze wszelkim usiłowaniom wykorzenienia nadużyć.
Jak zawsze, tak i wówczas, było szerokie pole do krytyki, były wszelkie podstawy do naprawiania, błędów. Ale ostatecznie dziś winni jesteśmy wdzięczności przedewszystkiem nie krytykom, nie poszukiwaczom błędów, ale ludziom, którzy istotnie wykonywali jakąś pracę, nie przedstawicielom polityki negatywnej, ale tym, którzy walczyli o cel określony. Miłosierne zapomnienie pokryło nazwiska tych, którzy obrzucali błotem ludzi, zajętych właśnie ratowaniem Unii, podczas gdy zachowaliśmy pamięć tych ostatnich, jako spuściznę czci — na zawsze; a najświetniej pomiędzy nimi błyszczą nazwiska Lincolna i Granta, stanowczych, wytrwałych, ufnych i w końcu zwycięzkich.
Najwyższą cnotą Granta, jako wojownika, był jego upór doga, zaleta, która znalazła swój wyraz w słynnych zdaniach „o poddaniu się bez warunków” i o tem: „że trzeba się bić na tej linii, aby załatwić zatarg, choćby to miało trwać całe lata“. Był to mistrz strategii i taktyki, ale był to także mistrz twardego uderzenia, owego „bezustannego kucia młotem”, które ostatecznie złamało i starło nawet gwardyę Lee’a. Póki jeden nieprzyjaciel uzbrojony był w polu, nie przychodziło nigdy na myśl Grantowi, że może być coś ważniejszego nad zgnębienie go. Uczuwał tylko niecierpliwą pogardę dla dusz słabych, które chciały rozpocząć układy z wrogiem, póki wróg ten był jeszcze zdolny do oporu.
Mamy tu piękną naukę dla ludzi, którzy ośmielali się żądać od nas inicyatywy zupełnego zniszczenia władzy naszej na Filipinach i co za tem idzie, pewnego rozstroju samych wysp za pomocą ustępstw z naszej strony — przed spełnieniem obowiązku zaprowadzenia spokoju na tych wyspach za wszelką cenę i rozproszenia ostatnich resztek oporu zbrojnego. W czasie wojny domowej jedynym środkiem zapewnienia pokoju była walka o ten pokój; byłoby to zbrodnią wobec ludzkości zaprzestać walki, zanim pokój, został zdobyty. Tak samo w mniej ważnem, ale jednak jeszcze bardzo ważnem przesileniu, przez które przechodzimy obecnie, byłoby to zbrodnią wobec ludzkości, gdybyśmy — czy to przez słabość, czy przez sentymentalizm źle zrozumiany — przestali pamiętać, że najważniejszym obowiązkiem na Filipinach jest przywrócenie pokoju; bo pokój i stopniowo zwiększający się udział w samorządzie, który nastąpi po zaprowadzeniu pokoju, mogą być tylko rezultatem zupełnego zaniku oporu zbrojnego.
Grant nie był zupełnie kłótliwy; nie był miłośnikiem walki dla walki. Był to człowiek prosty, spokojny, nie szukający chwały; ale zarazem człowiek, który raz puszczony w ruch, zachowywał śmiertelną powagę i nigdy nie usuwał się od spełnienia obowiązku. Trudno mu było zdobyć się na uderzenie, ale nie uderzał nigdy lekko. Zupełnie nie należał do tych charakterów, które porywają zgromadzenia, wygłaszają mowy ogniste albo przeprowadzają ogniste uchwały, a potem pozwalają, aby czyny niesłychanie słabe następowały po słowach niezmiernie gwałtownych. Obietnice jego pokrywały się zawsze wykonaniem. Jego czyny stwierdzały tylko jego słowa. Nie piętnował zła w przemowach przesadnych i hiperbolicznych, ale kiedy je piętnował, starał się, aby o skuteczności jego słów zaświadczyły czyny. Lekkomyślnie nie pogrążył się w wojnę, ale kiedy raz wziął się do niej, prowadził ją aż do końca, a kiedy była skończona, to już zupełnie i na zawsze. Bezlitośny w bitwie, był miłosiernym po zwycięztwie. Nie było przerwy w jego srogich napaściach, w jego srogich pościgach, aż póki nie poddał się ostatni zbrojny oddział nieprzyjacielski. Ale po dokonaniu tego wielkiego czynu, pierwsza myśl jego była dla walecznych zwyciężonych, aby pozwolić im zabrać konie do ich małych mieszkań, bo będą ich potrzebowali do pracy na roli. Grant, wojownik, którego miecz był najostrzejszy w wielkiej walce o wolność, był niemniej surowy i nieubłagany w kwestyach porządku publicznego i posłuszeństwa prawom. Nie było nigdy w naszych granicach bardziej nieprzejednanego wroga anarchii we wszystkich jej formach. Człowiek, który bardziej niż ktokolwiek, z wyjątkiem Lincolna, przekształcił nas na naród, którego wszyscy obywatele są ludźmi wolnymi, zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ci ludzie wolni pozostaną wolnymi tylko wtedy, jeżeli będą umieli zapanować nad swemi ziemi namiętnościami. Wiedział, że bezprawie we wszystkich jego formach jest sługą tyranii. Nigdy dotąd żaden naród nie zachował wolności przez czas dłuższy po zatraceniu poszanowania prawa, po zaniku ducha popierania praw, ducha, który jest podstawą uporządkowanej swobody.
Krótko mówiąc, Grant był przedstawicielem wielkich cnót zasadniczych, sprawiedliwości, wolności, porządku, nieprzepartej stanowczości, energii męzkiej w jej znaczeniu najszerszem i najwyższem. Wielkość jego nie tyle płynęła z wielkości umysłu, ile z wielkości charakteru, pojmując pod słowem „charakter” splot wszystkich mocnych cnót męzkich. Tylko charakter liczy się w narodzie, jak i w jednostce. Dobrze jest, jeżeli naród ma bystre i przenikliwe umysły, bo te dają mu mówców, artystów, zdolnych kupców i przemysłowców; ale nieskończenie lepiej jest posiadać te mocne zalety, które grupujemy razem pod mianem charakteru — wstrzemięźliwość, stanowczość, poczucie obowiązków wobec bliźnich i wobec Boga, twardy, zdrowy rozsądek i połączony z tem wszystkiem zapał i entuzyazm szlachetny dla wszystkiego, co jest sprawiedliwe. Są to te zalety, które pomagają do stworzenia prawdziwej wielkości narodu, a były to te, które Grant posiadał w wysokim stopniu.
Zebraliśmy się więc tutaj, aby zdać sobie sprawę z tego, co potężni zmarli zrobili dla nas, którzy żyjemy obecnie. Wzamian za to starajmy się kierować, czynami naszemi w ten sposób, aby Ameryka przyszłości usprawiedliwiła w swojej karyerze żywoty wielkich ludzi w jej przeszłości. Każdy człowiek, który spełnia swój obowiązek jako mąż stanu albo jako prosty obywatel, oddaje pamięci Granta hołd największej wartości, jedynie jego godny. Mamy obecnie dosyć trudności i niebezpieczeństw; sposób, w jaki się wobec nich zachowamy, rozstrzygnie, czy jesteśmy lub nie godnymi potomkami ludzi z potężnej przeszłości. Nie powinniśmy się uchylać od obowiązków naszych na zewnątrz kraju pod pozorem,, że mamy obowiązki — i to ważniejsze nawet — wewnątrz Stanów. Ze te obowiązki są najważniejsze ze wszystkich, przyzna to łatwo każdy człowiek myślący. Powinniśmy spełniać nasze obowiązki względem nas samych i względem naszych braci w złożonem życiu społecznem współczesnem. Powinniśmy posiadać w sobie ducha szerokiej ludzkości, głębokiego miłosierdzia, kochającej dobroci względem bliźnich i powinniśmy równocześnie pamiętać, że duch ten jest w istocie absolutnem przeciwieństwem czystego sentymentalizmu, zup ludowych, filantropii pauperyzującej, oraz prawodawstwa, dyktowanego bądź to przez szaloną rzekomą dobroczynność, bądź też przez chciwość lub nienawiść klasową. Trzeba, abyśmy byli przeniknięci duchem sprawiedliwości i przekonaniem, że właściwym celem wysiłku jest praca, a nie próżniactwo.
Oczywiście, najważniejszą rzeczą jest dobrze wbić sobie do głowy, że upadniemy, jeżeli nie będziemy mieli równocześnie siły i cnoty. I w istocie, w starożytnem znaczeniu tego słowa cnota zawiera w sobie pojęcie siły i odwagi. Ludzie przenikliwi na początku naszej ery poznali, że cnoty bierne same przez się nie mają wartości, że mądrość bez odwagi zwyrodniałaby wkrótce w chytrość, a odwaga bez moralności, w okrucieństwo bezlitośne, bezprawne, niszczące samo w sobie.
Rzymianin z żelaza stał się panem świata, bo odwadze barbarzyńców przeciwstawiał odwagę równie srogą i inteligencyę nieskończenie bystrzejszą, podczas gdy jego rywale cywilizowani, Grecy i Kartagińczycy, chociaż jeszcze bystrzejsi umysłowo, pozwolili zepsuciu wgryźć się w ich świetne cywilizacye, aż zjadło je, jak rdza zjada żelazo. Krótko mówiąc, Rzymianin miał i charakter i umysł, i kiedy miał się zmierzyć z ludami niższego umysłu lub niższego charakteru, to ludy te upadły.
W miarę tego, jak rozwijają się i przechodzą stulecia, wieczne zagadnienie, które bez końca staje przed każdym człowiekiem i przed każdą rasą, bez końca zmienia swój kształt zewnętrzny, a pomimo to zawsze pozostaje tem samem. Istnieją niebezpieczeństwa pokoju i niebezpieczeństwa wojny, niebezpieczeństwa przesady w militaryzmie i niebezpieczeństwa uchylenia się od obowiązku, którego wyrazem jest militaryzm, niebezpieczeństwa powolnego i suchego gnicia i niebezpieczeństwa, które zaostrzają się tylko w czasie wielkich przesileń. Kiedy nadejdą te przesilenia, naród zwycięży lub utonie stosownie do tego, czy wytworzy lub nie takich mężów stanu, jak Lincoln, i takich wojowników, jak Grant, i stosownie do tego, czy będzie ich popierał, czy nie w ich wysiłkach. Nie potrzebujemy ludzi o świetnej zmienności lub chwiejnej władzy — ludzi niezrównoważonych.
Ludzie, których nam potrzeba, to mężowie mocnego, poważnego i pewnego charakteru, posiadający cnoty domowe i łączący z temi cnotami surową odwagę, surową uczciwość i wysoką stanowczość. Grant ze swojem panowaniem nad sobą, umiarkowaniem i równowagą; Grant, który kochał pokój, a nie obawiał się wojny, który nigdy nie dobyłby miecza, gdyby mógł z honorem zatrzymać go w pochwie, ale który, raz dobywszy go, nie włoży go do pochwy, zanim lata znoju nie przyniosą okupu krwi — zwycięztwa; Grant, który po wygraniu bitwy nie miał innej ambicyi nad prowadzenie życia zwykłych Amerykanów i który myślał o prezydenturze tylko tak, jak Zachary Taylor albo Andrew Jackson — Grant był tym typem, na którym dzisiejsi ludzie wzorować się powinni.
Jak już mówiłem, naszym pierwszym obowiązkiem, naszą główną pracą powinno być zaprowadzenie porządku w naszym własnym domu. Musimy być szczerzy wobec siebie samych, bo inaczej z czasem stalibyśmy się fałszywi wobec innych. Rzeczpospolita nie może być utrzymana, jeżeli uczciwość i przyzwoitość nie będą przeważały zarówno w życiu publicznem, jak prywatnem, jeżeli nie weźmiemy się poważnie do pracy, aby rozstrzygnąć straszne zagadnienia społeczne, które stawia nam przymusowo szerokie i zmiatające wszystko zmiany przemysłowe obu ostatnich pokoleń.
Ale rozpatrując życie Granta, musimy szczególnie pamiętać, że oprócz odrodzenia w życiu społecznem i politycznem wewnątrz granic naszych, musimy również odpowiadać temu, co dzieje się po za niemi. Żadne stosunki przyjacielskie z innemi narodami, żadna przyjaźń dla nich lub z ich strony nie może zastąpić ufności narodu we własne siły. Żadne przymierze, żadne spokojne zachowanie się z naszej strony nie może zastąpić, w razie potrzeby, braku umiejętności utrzymania naszych praw mocną i stanowczą ręką. Musimy spełnić nasze przeznaczenie własnemi siłami. Naród, młody i silny, jak nasz, nie może zawsze pozostawać nieruchomym. Od czasu do czasu nadchodzi chwila, w której albo musi się skupić, albo rozszerzyć swój stan posiadania. Grant czuwał nad tem, abyśmy nie potrzebowali się ściskać i dlatego to musieliśmy się rozszerzać, kiedy nadeszła chwila nieunikniona.
Wielkie obowiązki stają przed nami na wyspach, gdzie powiewa obecnie sztandar gwiaździsty zamiast aroganckiego sztandaru Hiszpanii. Stosownie do tego, czy źle, czy dobrze spełnimy te obowiązki, określimy swoje prawo do zajęcia miejsca między wielkiemi narodami świata. Musimy więc przystąpić do nich w duchu Granta. Jeżeli zadanie to przeraża nas, nadewszystko, jeżeli tchórzymy i zrażamy się każdą klęską lub każdym gwałtem przekupniów sensacyi, okażemy się samiczkami, niegodnemi powoływania się na wspomnienie ludzi mocnych, którzy walczyli aż do końca w wielkiej wojnie domowej. Jeżeli nie będziemy rządzili mądrze, jeżeli rząd nasz nie będzie leżał w interesie ludów, które dostały się pod naszą opiekę, to bylibyśmy lepiej zrobili, nie kusząc się o to ponownie. Jako naród powinniśmy wybierać naszych przedstawicieli na tych wyspach równie starannie, jak Grant wybierał generałów, którzy mieli służyć na najżywotniejszych punktach. Na szczęście, dotychczas zrobiono mądry wybór. Żaden naród nie wysłał nigdy lepszego człowieka nad tego, którego my posłaliśmy na Kubę, kiedy prezydent Mac Kinley mianował Leonarda Wooda generał-gubernatorem tej wyspy; a teraz wysyłając sędziego Tufta na czele komisyi filipińskiej, prezydent znowu wybrał istotnie najlepszego człowieka, którego możnaby na ten cel wyszukać w Stanach Zjednoczonych.
Część wielkości Granta pochodzi i ztąd jeszcze, że brał zawsze fakty takiemi, jakie były, a nie jakiemi chciałby je widzieć sam. Na początku nie był on abolicyonistą i zapewne trudnoby mu było określić swoje poglądy na zakres zwierzchności państwa. Ale kiedy wybuchła wojna domowa, spostrzegł, że jedyną rzeczą do zrobienia jest bić się aż do końca i siłą broni ustalić prawo konstytucyjne, a zwalczyć buntowników. To samo dotyczy dziś ekspansyi. Nastąpiła — i nastąpiła, aby pozostać, czy chcemy tego, czy nie. Niektóre obowiązki spadają na nas jako spuścizna po wojnie z Hiszpanią i nie możemy odmówić ich spełnienia. Wszystko, co możemy postanowić, streszcza się w tem, czy spełnimy je dobrze, czy źle. Nie możemy opuścić Filipin. Musimy pozostać tam, zaprowadzić porządek, a następnie nadać mieszkańcom samorząd w takich rozmiarach, aby mogli korzystać z niego z powodzeniem. Nie moglibyśmy uciec nawet gdybyśmy chcieli. Musimy doprowadzić dzieło do pomyślnego zakończenia, ponieważ nie jesteśmy narodem samiczek. Jesteśmy ludźmi mocnymi i chcemy spełnić swój obowiązek.
Spełnić obowiązek! — oto jest treść i podstawa wszystkiego. Nie próbujemy zyskać sobie sławy. Nie próbujemy zrobić czegoś szczególnie świetnego i niezwykłego. Bierzemy się mocno do roboty około spełnienia każdego zadania, o ile się nadarzy, i próbujemy sprostać każdej trudności, jak Grant sprostał nieskończenie większym i niezliczonym trudnościom. Najpewniejszym środkiem powodzenia będzie wzięcie się do pracy w duchu, który cechował życie wielkiego wojownika: w duchu spełniania obowiązku, mocnego, uczciwego i lojalnego, sprawiedliwego a nieustraszonego postępowania względem wszystkich ludzi, i żelazne postanowienie nieporzucania nigdy raz rozpoczętego zadania przed doprowadzeniem go do pomyślnego i zwycięzkiego zakończenia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Theodore Roosevelt i tłumacza: Ludwik Włodek.