<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Hypatya
Pochodzenie Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom VII
cykl Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne
Data wydania 1915
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz G. Gerbethner i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I. HYPATYA.

Grafika na początek utworu 1.png

Hypatya, córka sławnego matematyka Teona, urodziła się w Aleksandryi, przy końcu IV-go wieku. — Obdarzona bystrym i podniosłym umysłem, poświęciwszy się naukom pod kierunkiem ojca swojego, wkrótce przewyższyła go w sławie. Wstąpiwszy do szkoły platońskiej, wykładała słuchaczom wszelkie działy filozofii i matematyki z właściwą sobie poważną swobodą słowa, traktując wielkich mężów godnie i roztropnie. Napisała »Kanon astronomiczny« i komentarz do Diophanta, jak również do »Konika stojcheja« Apolloniusza.
Piękna i kształtna, była w życiu sprawiedliwą i niepokalaną. Współobywatele czcili ją dla jej szczególnej skromności — i z podziwem o niej mówili[1]. Wykłady swoje rozpoczynała zwykle od matematyki, a oparłszy się o jedną z jej niezbitych podstaw, zstępowała w pełnej siły i trafności dedukcyi do różnych działów wiedzy, objętych wówczas wspólną filozofii nazwą[2]. W liczbie uczniów tej młodej poganki, której audytoryum stanowiło wszystko, co było świetnem i wykwintnem w Aleksandryi, znajdowało się nawet wielu chrześcijan; między innymi Synesius z Cyreny, późniejszy biskup Ptolemaidy, który w listach swoich złożył hołd wzniosłemu umysłowi Hypatyi[3].
Tak świetne powodzenie młodej filozofki, która objęła dziedzictwo dwuwiekowej sławy wielkich aleksandryjskich myślicieli, wzbudziło niechęć w duchowieństwie, pożądającem niepodzielnej nad umysłami władzy. Niechęć ta, wzrastając stopniowo, sprowadziła nareszcie tragiczne rozwiązanie, które tak opisuje Wolf w przytoczonem już dziele swojem: »Mulierum graecorum fragmenta« (Hamburg 1735 r.) — »Zdarzyło się raz, iż Cyryli, biskup kościoła chrześcijańskiego, przechodząc około domu Hypatyi, ujrzał był wielki tłum, tak koni, jak ludzi, z których jedni zbliżali się, inni oddalali, inni wreszcie pozostawali na miejscu. I kiedy zapytał, coby to był za tłum i z jakiego powodu takie zbiegowisko, odpowiadali mu przechodnie, że to tak odwiedzają Hypatyę filozof kę i że to jest jej dom. O czem dowiedziawszy się Cyryli, powziął taką zawiść, że poprzysiągł jej śmierć — i to śmierć najhaniebniejszą. Gdy tedy Hypatya, według zwyczaju, wydalała się z domu, wielu namiętnych, wyzutych z bojaźni bożej ludzi, prowadzonych przez Piotra lektora, zmówiwszy się, ściągnęli ją z woza w pobliżu kościoła, zwanego Cesareum[4] a obnażywszy z szat, okrutnie zabili, rozszarpane jej ciało kawałkami rozrzucając po mieście. — Stało się to w czwartym roku biskupstwa Cyrylla, za konsulów Honoryusza dziesiątego i Teodozyusza szóstego, w miesiącu marcu, podczas wielkiego postu«.

I.
(Pobrzeże morskie; na prawo widać biały portyk domu Hypatyi; na lewo przystań i rozpaloną latarnię Faros. Burza. Noc. —
Rzecz dzieje się w Aleksandryi w r. 415)

PIOTR LEKTOR.[5]

Z burzą mi spadasz! Myślałbym, żeś przebył
Przestrzeń, dzielącą cię od Aleksandrji,
Na chmurze, jako na czarnym rumaku...
Żeś go popędzał wichrem, jako biczem...
I żeś błyskawic ostrogi złociste
W obadwa boki wbijał mu zdyszane...
Cały gościniec od Nitrji[6] aż tutaj
Grzmiał pod kopytem twojego rumaka...
A nawałnica, rwiąc cedry i palmy,
Długim ich włosem zmiatała twą drogę...
Przybywasz wreszczie, ajko duch, z rozwianym
Na wiatr kapturem...

(grzmot wzmaga się)
...Grom wita cię salwą!


AMONIUSZ.
(młody mnich z gór Nitryi)

Ach, co słów próżnych! co słów!... cicho!... cicho!...
Może ktoś słyszeć...



PIOTR.
Co? przez Boga w niebie!

Taki w naturze dzisiaj straszny zamęt,
Że ledwo mogę usłyszeć sam siebie...
Czyś ty zapomniał, że ja od lat pięciu
Krzyczę w obadwa głuche miasta uszy
Wyjątki z Pisma?... Głos mi się naciągnął,
Jak bęben... musi grzmieć, gdy go poruszą

AMONIUSZ.
Cóż tu nowego? Wezwałeś mnie...


PIOTR.
Słuchaj,

Wszystko wre w mieście... lub kipi, jak wrzątek...
Oddechy parą są rozpłomienioną...
Myśli — ukropem... słowa — sykiem żaru,
Kiedy nań padnie jadu lub krwi kropla...
Niema dnia tego — i niema tej nocy,
Żeby morderstwa czerwona kometa
Nie przeleciała nad miastem wzburzonom...
Od czasu, kiedy padła synagoga
Pod toporami chrześcijan, sprośni Żydzi
W zemście się swojej złączyli z pogaństwem...
Wczoraj w ulicy, dziś w amfiteatrze,
A jutro może w pałacu biskupa
Znajdziesz nóż krwawy, mordercę i trupa.

AMONIUSZ.
Jakto, na Boga! czyż braknie wam siły,

By zgnieść garść nędznych, rozproszonych pogan,
Którym zwalono ołtarze — i bogi —
I których szczuje prawo, jako zwierza?

PIOTR.
Nie tak są słabi, jak mniemasz; ich siła

Tkwi jeszcze w każdym odłamie kamienia

Zburzonych świątyń — i zda się przenikać
Całe to miasto tchem jakimś subtelnym,
Który głów tyle odurzył... Gnostycy[7]
Kogóż wydała sławna nasza szkoła
Katechetyczna?... Tytusa Klemensa[8],
Którego w rzędzie swoich filozofów
Hellenizm może policzyć bez błędu;
Orygenesa[9], który całą siłę
Potężnej swojej wymowy obracał
Na to, by błahy platonizm zjednoczyć
Z wiarą w Chrystusa: Justyna[10], co mniemał,
Że filozofia grecka jest tą drogą,
Która prowadzi wprost do objawienia...
I innych wielu, których już pomijam.
Dziś, gdy ci mówią, że: »niema nauki,
Którejby wiara nie wspierała« — nie wiesz,
Czy przytaczają Arystotelesa[11],
Czy też proroka... a z dysput uczonych
Widzisz zbyt jasno, że pod wpływem tego
Powietrza, którem tak długo oddychał
Aleksandryjskich zastęp Ptolomejów[12],
W znacznej się części zatarła różnica
Między Chrystusa słowem — a Platona...
Czy myślisz, że te arjańskie wywody



O Trójcy, albo błędy Nestorjanów[13]
Powstaćby mogły w kościele, gdzie pycha
Akademickich rozpraw jest nieznaną?
Na Boga! jeśli każdy już w tem mieście
Chce filozofem być, na co im biskup?
Władza Cyrylla[14] nie jestże złudzeniem?...

AMONIUSZ.
Jakto? czyż biskup rozpuścił zastępy

Swojej milicyi, swych parabolanów[15],
Swoich lektorów?... Czyż się o edykta
Oprzeć nie może? — A oni, co?... Garstka
Duchów, żyjących bezpłodną ideą...
Hufiec rozbity, pod mglistym sztandarem,
W ostatnich szańcach walczący — bez wodza.

PIOTR.
Bez wodza, mówisz? — Oni mają wodza...

Silnego nawet wodza, jakem żywy!
Widzisz na prawo od amfiteatru
Ten portyk biały?... to jest akademia[16]
Hypatyi, córki sławnego Teona.
Tutaj się zbiera wszystko, co hołduje
O celach życia, o granicach wiedzy,
O przedistnieniu dusz, o nieskończonem
Trwaniu idei, o wolności duchów,
O... słowem wszystkie te platońskie brednie,
Co w Aleksandrji umysły nurtują,



Tu mają główne ognisko, z którego
Tem sie potężnej i szerzej rozchodzą,
Że je tak piękna i młoda kobieta,
W płaszcz filozofów owinięta, głosi;
Tu tłum młodzieży zuchwale roztrząsa
Wielkie pytania ożyciu i śmierci,
Które do lekcyi koniecznych wykładu,
Do Ekulipa[17] i Archimedesa[18],
Przebiegle mieszać umie ta poganka...
Zaprawdę, mówię, że dopóki ona,
Gronem wykwintnych Greków otoczona,
Przemawiać będzie do podstaw rozumu,
Dopóty w naszej biskupiej stolicy
Kazać nam przyjdzie dla gminu, w ulicy,
I ograniczyć wpływy wiary — do tłumu.

AMONIUSZ.
O małoduszny! czy zarosła droga,

Którą poprzednik Cyrylla, Teofil,
Prowadził zastęp ludu i wyznawców
Na Serapejon?...[19] Czy stępiał ten topór,
Co blade bogi zdruzgotał na strzępy?
Czy uschły ręce te, które zburzyły
Sławną książnicę sztańskiej mądrości?
Czy się pustynia z żarami swojemi
Od murów miasta cofnęła? Czy niema
Mnichów tych, którzy ze swoich sandałów
Na marmurowe pilony strząsali
Prochy z gór Nitrji?



PIOTR.
O to idzie właśnie!

Niech w oczach ludu pustynia powstanie
W straszliwej, wichrem przepasanej szacie,
I rozpłomieni tchnienia swego żaru
Rycerzy Boga... Niechaj wyda hasło
I lud zzgromadzi pod krzyża sztandarem...
Niech do bram miasta z palm swoich szelestem
Przyjdzie — i krzyczy śpiącym: »0to jestem!«
Ha!... wtedy — drżyjcie bogi — i poganie,
Bo przebaczenia nie będzie dla żywych,
Ni dla kamieni...

(słychać w oddaleniu krzyk)


GŁOS.
Na pomoc!... na pomoc!...


PIOTR.
Co to?... pioruny pobiły się w niebie?...
(Chwila ciszy — krzyk wznawia się — Anafest, jeden z milicyi
biskupiej, wbiega raniony — potrąca się w ciemnościach
o Amoniusza — i pada).


ANAFEST.
Parabolanów mordują!


AMONIUSZ.
(cofa się)
Dzień sądu!...


PIOTR.
Upadł... trzeba mu głowę podnieść...


AMONIUSZ.
Zgoda!


PIOTR.
Jaka krwi struga!
ANAFEST.
(gasnącym głosem)
Na pomoc... o!... o!... o!...
(umiera)


PIOTR.
(puszczając go)
Trup już! Morderca zręczny był, na Boga!...


AMONIUSZ.
Ach! jak on krzyknął przeraźliwie!... jak on

»Na pomoc«... przeraźliwie krzyknął! — Chryste!..
Myślałem, że mi coś w wnętrznościach woła.
I wiem, że ciągle krzyk ten słyszeć będę —
I że pustynia blademi ustami
Przez kóre piaski, jak klepsydra[20], toczy,
Będzie mi odtąd krzyczeć w same uszy,
W bezsenne noce: »Na pomoc!... na pomoc!...«

PIOTR.
Cicho, na Boga!...
(po chwili)

...Ja myślę, że gdyby
Na mojem miejsce stał ten portyk biały
Domu Hypatji, przeklętej poganki,
Jutro wszyscy jej podli niewolnicy,
Jak sprośne kundle, warczeliby, jęcząc
W ciężkich kajdanach, na plac prowadzeni,
Gdzieby musieli ginąć wśród płomieni...[21]
Ach! czemu ona nie jest niewolnicą!
Ach, czemu nie jest!



AMONIUSZ.
To powiedz kolumnom,

Niechaj się ruszą białe — i tu przyjdą...
Niechaj tu staną, jako blade płaczki —
I niechaj tłuką nad tym trupem w żalu
Kamienne głowic swoich kapitele...

PIOTR.
Może ty kiedyś, Amoniuszu, będziesz

Thaumaturgos[22] — i zdziałasz te cuda...

AMONIUSZ.
Jeżeli będę nim, każę za sobą

Całemu miastu chodzić, jak pies wierny...
I stawać murem tam, gdzie zechcę stanąć...
Płynąć łabędziem białym, gdzie popłynę...
I ciebie miasta uczynię prefektem,
Być niewolników palił w niem — jurysto!

PIOTR.
(w zamyśleniu)
Sluchaj-no, bracie... a gdyby też... kiedy

Kolumny nie chcą poruszyć się z miejsca,
Trup się poruszył?...

AMONIUSZ.
To powiedz mu: Powstań —

A idź, czerwony, położyc się cicho
Na tym marmurze białym, przed portykiem...
I leż tam, z twarzą ku niebu podaną,
Chłostany wichrem i burzą po śmierci...
Niech grom w dzwon bije... niechaj błyskawice
Palą nad tobą śmiertelne gromnice...
Niechaj jak matka płacze cię ulewa...
I — niechaj piorun: »Requiescat« — ci śpiewa...



A może masz psa, to tutaj krew ciepłą
Poczuje z dala — i skomląc, przybiegnie
Lizać twarz bladą — i ranę twą skrzepłą —
I będzie wył — wył — Na pomoc!... na pomoc!...

PIOTR.
(wstrząsa nim)
Czy cię opętał czart?... Milczże na Boga!

...Słuchaj, ja myślę... a gdybyśmy sami
Trupa podjęli — i dalej ponieśli —
I tam, ot widzisz, pod temi palmami,
Co jako straże o sto kroków stoją
Od szatańskiego gniazda tej poganki,
Cicho na ziemi złożyli?... I czegóż
Cofasz się, blady? Czyśmy go zabili?...

AMONIUSZ.
Kto wie? — Myśl czasem wydziera z rąk Bogu

Straszliwą pieczęć jakiejś krwawej zbrodni.

PIOTR.
Szały pustyni samotnej cię gonią

Aż tutaj... Słuchaj! korzystać nam trzeba
Z nocy tej, która sprzymierza się z nami —
I szybko działać... Nie gniewam się wcale,
Że nam naradę na czyn przyszło zmienić.
Bóg sam chce tego, mój bracie! Dotychczas
Nie można było nic o tę gadzinę
Zahaczyć w ruchach miasta, ni dosięgnąć
Niczem białego i dumnego czoła...
Bo jak monolit stała w oczach tłumu
Bez skaz i pęknięć — z jednej sztuki cała...
I dłoń się po tej obsuwała bieli,
Jako po gładkiej tafli kryształowej,
Nie mając o co zaczepić tej dumnej...
Lecz niech raz tylko imię jej sie wplecie
W jakiś wypadek uliczny i krwawy,

Niech lud raz na nią oczy śmiało zwróci,
jako na słońce zachodzące w ciszy,
Kiedy już blaski zgasi jaskrawe...
Niech raz jej imię obiegnie po placach,
W ustach pospólstwa — i zmiesza się z błotem,
Które tak łatwo podjąć — i w twarz rzucić,
A ja przysięgam, że rozdmucham iskrę
W pożar, co zajmie ten dom, od różycy
Kolumn do podstaw... Cóż? — chcesz mi pomagać?

AMONIUSZ.
Przeciw poganom — tak! — Lecz ja chcę jawnie

Iść, jako rycerz chrystusowy, śmiało
W błękity nieba o dniu jasnym parząc,
Rychło aniołów posiłki nadlecą...
Chcę iść, toporem zdruzgotać te mury —
I wywlec bladą tę — i chrzcić ją we krwi —
I na objatę złożyć Panu Bogu
Za grzechy własne — i całego świata...
Ja chcę na czele mnichów moich czarnych
Jako szarańcza spaść na tę stolicę,
O wschodzie słońca różową w swej bieli,
Żeby poganin krzyczał: »Klęska!... klęska!...«
I nie tym krzykiem krew popędzał w żyłach...
Chcę iść na czele rozognionych twarzy,
Co płonącemi źrenicami palą,
Jako czerwonem żelazem — pierś wroga...
Ja chcę chorągwi i hymnów i krzyża —
I słońca, coby wkładało na czoło
Złocistą glorję... chcę tłumów — i Boga!

PIOTR.
Więc ja sam zrobię...
(schyla się — i unosi trupa)
...O! jak on ociężał...


AMONIUSZ.
Krew mu się z rany rzuciła... o Chryste!
PIOTR.
(wlokąc trupa)
Idźże przedemną...


AMONIUSZ.
Co? chcesz ze mnie robić

Czarną gromnicę?... Niech ci burza świeci
I jako giermek niech idzie przed tobą
Z piorunowemi pochodniami...
(błyska — uderza piorun)
...Ave!...
Słuchaj mnie, Piotrze, połóż tego trupa...
Bo jakaś siła potężna mnie chwyta
Od końca stopy na drżącej tej ziemi
Aż do ostatnich strzępków moich włosów,
Które powstają jak wichry nad dołem —
I zaczepiają się o węże złote
Krwawych błyskawic — i drżą — i goreją,
Jako korona nad świętych obliczem...
I wiem, że gdybym powiedział w tej chwili
Temu trupowi: Wstań! — onby tu wskrzesnął...
I gdybym tylko jednem palcem skinął,
Ty padłbyś martwy przed memi stopami...
A trup ten — włosy twoje kędzierzawe
W koło rąk krwawych owinąłby sobie —
I tambyś leżał — aż do dnia sądnego!

PIOTR.
(cofa się)
Thaumaturgos!... Odejdź, przeraźliwy!...

Piorun w przelocie gubił iskry złote —
I niemi włosy twoje rozpłomienił...
Grzmot w słowa twoje huk zaklął straszliwy...
A błyskawica, co leci z twej dłoni,
Chwyta mnie żądłem... i warczy... i goni...

AMONIUSZ.
Nędzny! do rzeczy podłych tylko zdolny!

Idź! grzesz w ciemnościach! Idź! idź! jesteś wolny!
Lecz jutro — jeśli tłum da się rozpalić,
Jako suchego łuczywa ognisko,
Przyjdą z pustyni... chcę sam, własny ręką,
Krzyż lub nóż zatknąć w piersiach tej poganki!...

PIOTR.
Zawołaj burzy!... niechaj mnie nie ściga

Swemi krwawemi źrenicami...

AMONIUSZ.
Odejdź!
(Piotr oddala się z wolna — słychać przyciszone grzmoty)


AMONIUSZ.
(sam)
Ha! więc nareszcie!... Znędzniały przez posty,

Od bezsenności wybladły, szalony,
Z ciałem zoranem i wyschłem od chłosty,
Tysiącem pokus szatańskich dręczony,
Walczyłem dotąd — i zawsze daremnie...
Czułem cię w piersiach, ty piękna... ty biała,
Co gdzieś istniałaś daleko odemnie,
Wabiąc rozkoszą miłości — i ciała...
(zasiania rękami oczy)
Cicha i lekka, przez skwarne puszcz piaski
Szłaś zmrokiem, by mi zarzucie ramiona
Na szyję, zgiętą pod mniszym kapturem...
Uśmiech twój miewał nagłe jakieś blaski,
Jakby ust twoich królewska zasłona
Skarb zakrywała przed okiem olśnionem...
Szłaś — i dziewiczym wabiłaś mnie łonem...
A palmy imię twe śpiewały chórem...
A wiatr twe tchnienie niósł mi gorejące...
Jam padał na twarz w pustyni kurzawę,

Jak na ogniste mąk piekielnych łoże —
Głuszących hymnów śpiewając tysiące,
Które leciały przez gwiazd blaski mgławe,
Przez chór zdumionych aniołów, do Ciebie,
Nieogarniony w ciszy wiecznej Boże!

(wznosi głowę)

Więc to ty byłaś!... ty, przed której domem
Stoję — i mówię wichrami i gromem
I w łzach gorących taję, jak kaskada...
Biada ci!... pustynia już powstaje!...

(grzmi)


ODDALONE GŁOSY.
...Biada!...


Grafika na koniec utworu 3.png

II.

(Dom Hypatyi. — Otwarta z kolumn białych galerya — Na lewo ogrody i nekropolis — na prawo amfiteatr i wodotrysk. — W głębi port. — Grupa rozmawiających przypatruje się krajobrazowi. — Przejrzysty zmierzch).




ATENAGOR.
Ze wszystkich świata całego uroków

Najwięcej kocham ten kawałek ziemi:
Błękitną przystań z masztami ciemnymi,
Jak las wiszący, pośród mgły — i zmroków —
Tłum białych kolumu, co lekkie, wytworne,
Portyków strzegą — i niebo wieczorne.

HYPATYA.
Jakto? grek młody w tak szczupłym przestworze,

Nie lecąc dalej ni wzrokiem, ni duchem,
Znajduje wszystko, co kocha — i zowie
Pięknem na ziemi?... O Atenagorze!
Wytęż ty oko, jak orzeł do słońca —
Przeleć spojrzeniem las masztów przystani...
Tam szumi morze, niezgłębione morze,
Co jak myśl ludzka, wiecznym żyje ruchem —
I jak duch rwący się z ciemnej otchłani,
Fale swe wiecznie o brzegi roztrąca...
Słuchaj ty jego burz, które szaleją,
Jak żądzy ślepej niszczące orkany...
Słuchaj, jak przypływ, wezbrany nadzieją,
Potężną piersią uderza o ściany

Skalistych brzegów — a w chwilę ze drżeniem
Cofa się w siebie śmiertelnem zwątpieniem —
I wody swoje toczy zadumany,
Jak człowiek, który szuka w piersi dzielnej
Siły do walki duchów nieśmiertelnej...
Słuchaj tej ciszy, co spada przejrzysta
Na ukojone, wysrebrzone fale —
I niech twa dusza w jasnych wód krysztale
Tonie, jak perła przeczysta...
— Jeśli w świat zjawisk na ziemi i niebie
Przedwieczna mądrość idee wcieliła,
Mniemam, iż morze, ruch wieczny i siła,
Wieczna harmonja życia — i przemiana,
Przed którą zawsze w nieskończoność droga,
Która wyczerpać nie w stanie jest siebie,
Żadną potęgą nieopanowana —
Jest formą bytu godną — nawet Boga!

ATENAGOR.
Cicho, Hypatjo! Posejdon cię słucha!


DEJTEROS.
A co jest, powiedz, formą godną ducha?


HYPATYA.
Mniemam, że człowiek.


DEJTEROS.
Człowiek? wielkie bogi!

Człowiek, ten, który od swego stworzenia
Dotąd się błąka w ciemnościach bez końca,
Nie mogąc znaleźć dla swego istnienia
Formy społecznej — i wielkiej tej drogi,
Co wiedzie duchy do słońca? —
Człowiek, co nazwał występki i zbrodnie
I w dziejach czyny zapisał najkrwawsze?...
Człowiek, co tchem swym zagasza pochodnie
Światła — i tłumi je zawsze?...

Człowiek, co większe usypał mogiły,
Niźli śmierć sama, w morderczych wyprawach?...
Człowiek, co trwoni duchowe swe siły
W zbytkach, rozkoszach, zabawach?...
Człowiek, co chaos w zamęcie wyręcza,
Mnożąc ustawy wątpliwe i ciemne,
Osnuwające, jak siatka pajęcza,
Nawet wzruszenia tajemne?...
Człowiek, co gdyby nie iskry te boże,
Które świat pchają po torach przyszłości,
Stworzyłby tłumy, gromady, lecz może
Nigdy nie zaznał ludzkości?...
Człowiek, co z brata swojego, nędzarza,
Miecz pomsty ukuł — i krwawego wroga?...
Co od ołtarza biega do ołtarza,
Szukając dla siebie Boga?...
O! cofnij słowo, Hypatjo! ja wierzę
W wieczne materji i ducha przymierze,
Ale nie widzę, jak świat ten szeroki,
Godnej dla niego powłoki.

HYPATYA.
Dejteros! kto tak czuje nędze ziemi,

W tych duch zamieszkał — i w bólu się zrywa,
By mógł ulecieć skrzydłami jasnemi,
Gdzie spokój prawdy przebywa!...

ATENAGOR.
Och! poco rzucać rozprawy gorące

W to ciche, greckie, błękitne powietrze?...
Niech myśl wypocznie, wszak spoczywa słońce;
Niech zmrok wieczorny z czoła lekko zetrze
Palące ślady uniesień — i burzy...
— Jutro, jeżeli wiatr wschodni posłuży,
Popłyniem wszyscy do Faros...[23]

(Wbiega Posenja, niewolnica, z dziecięciem na ręku — i rzuca
się z płaczem do nóg Hypatyi).

PONSENCJA.
O pani!...

Prefekta słudzy... pachołków tłum cały
Przybył — i mówią, że wszystkich nas na śmierć
Prowadzić mają!...

HYPATYA.
(podnosząc ją).
Co to jest?... Posenjo!

Ucisz się... powstań! Co ty bredzisz?...

PONSENJA.
Pani!

Zabito kogoś — a nas mają karać...
Ja tego dobrze nie rozumiem, pani,
Ale zginiemy wszyscy!... o bogowie!...

HYPATYA.
Co to ma znaczyć?... nie płacz... mówże jasno!


PONSENJA.
(łkając).
Wielcy bogowie!...
(Wchodzi Seton, Rzymianin, zastępca prefekta. — W głębi
dziedzińca widać spędzonych niewolników Hypatyi — i straż,
która ich otacza).

SETON.
Niewolnicy twoi,

Pani, śmierć ponieść muszą; straż ich wiąże.

HYPATYA.
Cóż zawinili?...


SETON.
Posłuchaj mnie, pani.

Jest prawo dawne, które z słusznych przyczyn

Sławny nasz senat obostrzył i wznowił,
A które, w razie tajnego morderstwa,
Na śmierć skazuje wszystkich niewolników,
Jacy się znajdą w domach na odległość
Głosu od miejsca popełnionej zbrodni.
Anafest, jeden z milicji biskupiej,
Zamordowanym został dzisiaj w nocy,
Między palmami, nieopodal domu
Twojego, pani. — Sprawiedliwość prawa
Spełnić się musi, wyrok już wydany.

HYPATYA.
Ależ to hańba!... Oni są niewinni!!


SETON.
(szyderczo).
Niewinni, pani? — Kiedyż to niewolnik

Bywa niewinnym? —

HYPATYA.
Wtedy, kiedy przemoc

Na jego barki zrzuca swoje zbrodnie
I upodleniem własnem go piętnuje...
Kiedy deptany, z wściekłością rozpaczy
Chwyta za kamień, by rozbić łańcuchy,
Które mu ręce krępują — i wtedy,
Kiedy go sądzi sam Bóg — a nie człowiek! —

SETON.
Takich wypadków niewinności nie zna

Prawo krajowe.

DEJTEROS.
O! ja wiem!... Dla ciebie

Niewolnik wtedy jest niewinnym, kiedy
Do żarn przyrosły, znędzniały, zgarbiony,
Tak się z bydlęcym trudem swoim zbrata,

Że głowy podnieść nie może od ziemi...
Kiedy myśl jego za ruchem kamienia
Kręci się w kółko, spodlona, zabita;
Gdy wzrok nie widzi prócz pyłu z piaskowca;
Ucho nie chwyta nic prócz żarn łoskotu,
Głos nic nie wyda prócz cichego jęku...
Duch nic nie czuje — nawet udręczenia —
A ciało tylko krwawe krople potu...
Wtedy niewinnym jestże?

SETON.
Na Jowisza!
Nie nam to sądzie!
(zwraca się w głąb).
Czy wszyscy zebrani?


POSENJA.
(z krzykiem).
Jakto! mam umrzeć z tem dzieckiem na ręku?...


SETON.
Nie, dziecko możesz pozostawić pani.


ATENAGOR.
Wspaniałomyślność wzniosła! godna kata!


POSENJA.
Lecz jam mu matką, panie! ono małe, Piersią go karmię!...


SETON.
Tem lepiej dla niego;

Nie wyssie z ciebie, nędzna niewolnico,
Podłych, nikczemnych, przewrotnych instynktów. —

POSENJA.
(z obłąkaniem)
Tak... ty masz słuszność!... to lepiej dla niego,

Że z głodu zginie jak pisklę bez pierza,

Kiedy mu matkę jastrzębie rozszarpią...
To lepiej... słusznie...

(ogląda się nieprzytomnie)
Ha! trzeba przyśpieszyć

Ten straszny koniec... niech wiem w śmierci chwili,
Że ono zimne, martwe, że nie kwili...

(chwyta dziecię za nóżki i chce je roztrzaskać o kolumnę)
O bogi!... bogi! czy wy to widzicie?


HYPATYA.
Stój!... ty nieszczęsna!
(wyrywa jej dziecię i tuli do piersi. — Posenja pada ze
łkaniem twarzą na ziemię)


POSENJA.
O!... co ja zrobiłam!...


DEJTEROS.
Ależ to zgroza!


ATENAGOR.
Czyż niema ratunku

Dla tych nieszczęsnych?... obrony? — okupu? —

SETON.
Zaiste, niema. — Prawodawca nie mógł

Przewidzieć nawet, by za nędzną zgraję
Dawano okup; o tem milczy prawo.

DEJTEROS.
Och! ono milczy o wielu niedolach,

O wielu nędzach — i o krzywdach wielu!
I łzy nie wszystkie wypłaca w obolach,
Nie wszystkie rany w sestercjach[24] oblicza!...
Ale pamiętaj, ty, prawa czcicielu,

Że jest potęga wyższa, tajemnicza,
Co sprawiedliwość w błękitach odważa
Dla sług prefekta — i dla łez nędzarza!

SETON.
Cóż jest niewolnik, że go tak bronicie?


DEJTEROS.
Co jest niewolnik?... Karjatyda[25] zgięta

Pod całej ziemi ciężarem i pracą,
Której ramiona dźwigają od wieków
Krwawą budowę świata — i społeczeństw...
Aby się tylko te barki znużone
Nie wstrzęsły kiedy!... bo, na wszystkie bogi,
Zmierzylibyśmy głowami przepaście!

SETON.
(zwraca się do straży)
Wiążcie ich! Dalej!


GŁOS KOBIECY Z TŁUMU.
O!... o!... mamże umrzeć?


INNE GŁOSY.
Niewinni ginąć będziemy!... niewinni!...
(Chwila zamieszania — Seton odwraca się do wyjścia)


HYPATYA.
(nagle)
Słuchaj, Setonie! — a gdyby też oni

Wolnymi byli?... Czy straszne to prawo
Już z odległości pobytu nie wniesie,
Że mordercami są?

SETON.
Wolnych to prawo

Nie tycze zgoła!

(do straży)
Pędzić ich tam... dalej!...


HYPATYA.
(pochyla się do Posenii)
Weź dziecię swoje!
(wyciąga ramiona — i mówi głosem wzruszonym)
Bracia! wyście wolni!


Grafika na koniec utworu 3.png
III.

(Wielki plac, przecinający dwie główne ulice miasta; w pośrodku wznosi się grobowiec Aleksandra; na prawo gmach sądowy i Cesareum; na lewo giełda i gimnazyum[26]. — W głębi akademia Hypatyi i zburzona biblioteka, z pośród gruzów której wznosi się wysmukla, monolitowa kolumna. — Grupy ludu zbierają się tłumnie; Piotr lektor przemawia do nich. — Wzburzenie).




GŁOS Z TŁUMU.
Nie będzie kaźni?


PIOTR.
Nie. — W ostatniej chwili,

Kiedy liktorzy[27] dom już otoczyli,
Gdy niewolnicy byli skrępowani,
Z piekłem zbratana poganka, ich pani,
Wyzwoleńcami wszystkich ogłosiła.

GŁOS Z TŁUMU.
Szatański wybieg, żeby obejść prawo.


PIOTR.
Któż wiedzieć może, czy w tajemnej zmowie

Sama Hypatja z mordercą nie była?

GŁOSY.
Śmierć — i przekleństwo!


INNE GŁOSY.
Zapłaci nam krwawo!


PIOTR.
Słudzy biskupa giną...


GŁOS.
Niech odpowie

Za Anafesta krew!

GŁOSY.
Niechaj odpowie!...


PIOTR.
Świątynie Pańskie pustoszeją oto,

A tłumy biegną, by widzieć jej czary,
Słyszeć jej wróżby — i sprośne ofiary
Czynić bałwanom — i obmyślać zbrodnie
Na zgubę chrześcijan!...

GŁOS.
Ha! wieczna sromota!


GŁOSY.
Dom jej rozburzyć!... spalić jak pochodnię!
(wrzawa wzmaga się — słychać okrzyki)
Anafest!... Cyryll!... przekleństwo mordercy.


GŁOS NIEWIEŚCI.
Przysięgam, że ta pogańska zwodnica

Wróży z szafirów i z blasków księżyca,
Które rzeszotem kryształowem chwyta.

GŁOS STARCA.
Uwodzi młodzież!
INNY GŁOS.
Z gwiazd nocami czyta...


GŁOSY.
Niech niewolników odda — lub przepada!...

Wszystkich wyzwolić to podstęp!... to zdrada!...

GŁOS KOBIECY.
To tak, jak gdyby wspólniczką ich była...


INNY GŁOS.
Od stóp — do głowy nieczysta w niej siła...


PIOTR.
Pan pomsty żąda! — Ludu sprawiedliwy,

Ty wołaj za mną: Biada! biada! biada!...
I bądź, jak gniewu piorunowa strzała,
Puszczona z Pańskiej cięciwy!
Pomsta poganom!...

GŁOSY.
Hypatja!... Hypatja!...

Niech krwią obmyje — a ciałem swem otrze
Drogi skalane swą stopą w tem mieście!...
Niechaj przepada! niech ginie!...

PIOTR.
Nareszcie!...


GŁOSY.
Śmierć! śmierć poganom! Ty nas prowadź, Piotrze!
(wzburzenie wzrasta)

(Od wschodu nadciąga orszak pogrzebowy; młodzi katecheci[28]
idą naprzód z pochodniami; dalej kapłan z krzyżem — i dwóch

subdyakonów. — Parabolanie niosą zakryte mary, na których
spoczywają zwloki Anafesta. — Słychać prosty, liturgiczny
śpiew na dwa głosy).
GŁOS PIERWSZY.
Człowiek, z niewiasty zrodzony,

Podlega wielu nędz...

GŁOS DRUGI.
Jak kwiat usycha skoszony,

Przemija jako cień...[29]

CHÓR.
Kyrie elejson!...


GŁOS PIERWSZY.
Azaliż godnym jest Ciebie,

Byś nań obracał wzrok?

GŁOS DRUGI.
Ty, któryś wiecznym jest w niebie, A nie masz liczby lat!


CHÓR.
Chryste elejson!...
(Orszak nadciąga znowu. — Z przeciwległej strony ukazuje się
wóz Hypatyi, której Dejteros towarzyszy do akademii. —
Hypatya owinięta w płaszcz długi i ciemny, trzyma w ręku
kilka świeżych róż).

GŁOS Z TŁUMU.
Precz tam!... precz z drogi, przeklęci poganie!


INNE GŁOSY.
Wóz!... wóz zatrzymać'!... wóz niechaj tam stanie!
(Dejteros wstrzymuje wóz; w głębi, w kurzawie ukazuje się Amoniusz z mnichami).
HYPATYA.
Co to, Dejteros, pochód?


DEJTEROS.
Chrześcijanie

Grzebią zmarłego.

(Hypatya powstaje — patrzy chwilę — a potem rzuca róże przed
niosących mary).


HYPATYA.
Ty byłeś nam wrogiem...

Przebacz — i żegnaj!

AMONIUSZ.
To ona!... to ona!...

To jest Hypatja!...

KAPŁAN.
(posępnie)
Zamordowanego

Nie stroim w kwiaty!

(orszak przeciąga dalej — słychać śpiew).


HYPATYA.
Czego ten człowiek tak krzyknął, Dejteros?


DEJTEROS.
Och! ja się lękam o ciebie! Ta wrzawa

Wróży nieszczęście...

PIOTR.
Ha! świadczę się Bogiem,

Że ta przeklęta nawet trupa tego
Czarami swymi chce urzec...

GŁOSY.
Precz z nimi!
AMONIUSZ.
Śmierć'!... śmierć poganom!...


GŁOSY.
Śmierć córce Teona!

Niech ginie, nędzna!...

(wzburzenie wzrasta; garstka pogan otacza wóz Hypatyi. —
Parabolanie, niosący zwłoki, rozdzielają przez chwilę obie
grupy).

HYPATYA.
O, tak! niechaj ginie!

I po cóż żyć ma, gdy ojców jej miasto
Wkrótce się w dziką zamieni pustynię?
Gdzie wielkość nasza? gdzie są te zdobycze,
Które zebrały wieki dla przyszłości?
Gdzie księgozbiory sławne? — gdzie muzea[30],
Na które niegdyś nosili kamienie:
Eratostenes[31], Hipparch[32], Timochares?
Gdzie ustroń cicha, w której Ptolomeusz[33]
Samotny, dumał nad układem świata?
Gdzie są pomniki nasze narodowe,
W których się taił duch wolny Hellady?
Ja tylko jeszcze podnoszę dziś głowę —
I ten obelisk sierocy — i blady.
Wiek — a posępna ciemnoty niewola
Padnie na kraj ten skrzydłami mrocznemi...
Niechaj więc ginę! niech spełni się dola
Tych, co przeżyli potęgę swśj ziemi!

(zakrywa twarz płaszczem).
GŁOS WSPÓŁCZUCIA Z TŁUMU.
Bogdajbyś była len przędła niewiasto!


DEJEROS.
Kto nad wielkimi płacze, bywa mały.
(Orszak pogrzebowy przechodzi, obie grupy łączą się
w najwyższem zamieszaniu).

AMONIUSZ.
(wznosi krzyż).
Pan walczy!... ludu!... Pan walczy!... Kto ze mną?...


DEJTEROS.
Nie słońce! Ono nie bywa, gdzie ciemno!


PIOTR.
(rzuca się do wozu).
Przeklęta! ciało twe zrąbię w kawały:

I psy prefekta[34] karmić będę niemi!

DEJTEROS.
(odtrąca go ramieniem)
Wpierw je rozłakom szczętami własnemi...
(walczą)

Precz wszystkie bogi... precz od niej... zuchwały!

(Dejteros upada — tłum ciska klątwy i kamienie).


HYPATYA.
(z nagłem przerażeniem)
Dejteros!... bracie!...


PIOTR.
Ha!... giń potępieńcze!


DEJTEROS.
(gasnącym głosem)
Brońcie jej...
(garstka pogan rzuca się do kamieni i wiciekłością).
AMONIUSZ.
Nędzni!... wybiła godzina!...


HYPATYA.
(z siłą)
Umrzeć już muszę!... muszę umrzeć!... Bracia,

Dajcie mi zginąć! Ja jestem okupem
Spokoju miasta... pozwólcie mi zginąć!...

(do stojącego najbliżej)
Dalej!... uderzaj!...


GŁOS Z TŁUMU.
Przeklęta odwaga

Szatańskiej pychy!

PIOTR.
(przedzierając się przez tłum)
O! zginiesz! Za włosy

Ciągnąc cię będę po ulicach, nago...
Żadnej boleści nie dam cię ominąć
I żadnej hańbie... sam piekło wyręczę...
Zgnijesz! Ja twoim poszarpanym trupem
Zamiotę wszystkie w Aleksandrji drogi...

HYPATYA.
Żegnaj mi świecie!... Widzę jakąś tęczę

Niknącą... Życie! czem jesteś, o życie?...

AMONIUSZ.
Do Cesareum z nią! Niechaj w świątyni

Sprawiedliwości zadość się uczyni!...

GŁOSY.
Do Cesareum!... Precz z woza!... precz z woza!...


PIOTR.
Noża mi dajcie! Tamten spadł...
GŁOSY.
Powroza!

Związać ją!... z rąk się wymknie, czarownica!...

HYPATYA.
(pochyla się do umierającego Dejterosa i mówi z cicha)
Dejteros! dusza nigdy nie umiera!

Formy są zmienne, lecz idee wieczne —
I nad łez ziemią — są światy słoneczne!
Żegnaj mi, bracie!

(Piotr zrywa z niej płaszcz).
...Bogi!... wielkie bogi!...

O! nie opuszczaj ty mnie, ojców męstwo...

AMONIUSZ.
(nadbiega i uderza ją w pierś nożem)
Ha! masz, przeklęta poganko!...


HYPATYA.
silnym dźwięcznym głosem)
O Helios!...
(chwieje się chwilę — i pada martwa. — Piotr zrywa z niej
szatę. — Tłum wśród okrzyków ciągnie obnażoną do Cesareum).


PIOTR.
Zawcześnie kona...


AMONIUSZ.
(z nagłem pomieszaniem)
Na pomoc!... na pomoc!...


GŁOS Z TŁUMU.
O! opłakane, pełne klęsk zwycięstwo!


Grafika na koniec utworu 3.png

Przypisy

  1. J. Ch. Wolf: Mulierum graecorum fragmenta.
  2. Socrates: Historiae eclesiasticae lib. VII, cap. XV.
  3. »Synesii episcopi Cyrenaei epistolae« — wyd. w Bazylei 1558
  4. Cesareum (Caesareum) — pierwotnie świątynia ubóstwionego C. Juliusza Cezara, następnie zamieniona na kościół chrześcijański.
  5. Urząd Lektora, odczytywacza, należał do niższych święceń.
  6. Nitrya, góry Nitryjskie na południe od Aleksandryi a na zachód od delty nilowej; istnieja tam jeszcze cztery koptyjskie klasztory.
  7. Gnostycy — sekta chrześcijańska (nazwana od γνωστς — poznanie wiary), mieszanina chrześcijaństwa z żywiołami semickimi i greckimi.
  8. Titus Flavius Clemens — filozof chrześcijański z końca II w.
  9. Orignes (ur. 185, zm. 254) — słynny teolog chrześcijański, niewolny jednak od błędów, potępionych przez Kościół.
  10. Justinus (ur. około 105, zm. 166) — filozof chrześcijański, jeden z pierwszych apologetów chrześcijaństwa.
  11. Arystoteles (ur. 384, um. 322 przed Ch.) — słynny filozof grecki.
  12. Ptolemejowie — dynastia królów tego nazwiska zaszczepiła i rozwinęła w Egipcie kulturę i oświatę grecką.
  13. Nestoryanie — sekta chrześcijańska V w. tak nazwana od Nestoriusza, mnicha, następnie biskupa konstantynopol.
  14. Cyryll św., patryarcha aleksandryjski (412-444). Wedle pisarzy katolickich nie przyczynił się w niczem do zamordowania Hypatyi.
  15. Prabolanie — kościelny cech posługaczy szpitalnych czyli pielęgniarzy, jednak bez święceń kościelnych.
  16. Akademia — zakład naukowy, w którym Hypatya wykładała matematykę i astronomię.
  17. Ekulides — twórca geometryi, żył ok. r. 300 przed Chr. w Aleksandryi.
  18. Archimedes (ur. 287, um. 212 przed Chr.) — słynny matematyk.
  19. Serapejon — świątynia Serapisa, w której znajdowała sie słynna biblioteka, zniszcozna w r. 389 przez fanatycznego arcybiskupa Teofila.
  20. Klepsydra (z greck.) — zegar wodny, w którym przeciekająca woda z górnego naczynia do dolnego ozanczała godziny; później wodę zastąpiono piaskiem, ale nazwa została.
  21. Tacyt (P. a.).
  22. Thaumaturgos (z greck.) — cudotwórca.
  23. Faros — wysepka około Aleksandryi (dziś zrosła z lądem) na której stała latarnia morska.
  24. Sestercyusz — półtrzecia asa, pieniążek wartości około 20 h.
  25. Karyatyda — postać niewieścia, podtrzymująca zamiast słupa belkowanie. Nazwę wywodzą zwykle od m. Karyai w Peoponezie, którego mieszkanki za sprzyjanie Persom zaprzedane w niewolę, spełniać musiały najniższe usługi.
  26. Gimnazyum (z greck.) — gmach z placem dla ćwiczeń gimnastycznych.
  27. Liktorzy — pachoły namiestnika, wyprzedzający go z toporami w wiązkach prętów (fasces), znakami władzy.
  28. Katecheci — uczniowe zakładów kościelnych, w których kształcili się kandydaci na duchownych; katecheci w ścisłem znaczeniu są nauczyciele tych zakładów.
  29. Job. 14, 1-2
  30. Muzeum — wielka biblioteka w Aleksandryi, załozona przez Ptolomeusza I.
  31. Eratostenes (ur. 275, um. 194 prz. Chr.) — geograf i matematyk, bibliotekarz w Aleksandryi.
  32. Hipparch — największy astronom starożytności, żył między r. 160 a 125 na Rodos i w Aleksandryi.
  33. Ptolemeusz (ok. 140 po Chr.) — geograf i astronom, twórca układu świata, zwanego od jego nazwiska.
  34. Prefekt — namiestnik cesarski w Egipcie.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.