Jak ludzie umierają/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Jak ludzie umierają
Podtytuł Nowele
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Tytuł orygin. Comment on meurt
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Hrabia de Verteuil liczy lat pięćdziesiąt pięć. Jest on potomkiem jednego z najznakomitszych rodów Francyi i posiadaczem znacznej fortuny. Bocząc się na republikę, by zająć się czemkolwiek, pisywał artykuły do poważnych przeglądów, które otwarły mu wstęp do „Akademii nauk moralnych i politycznych“, rzucał się w wir przedsiębiorstw, zapalał się kolejno do spraw rolnictwa, edukacyi i sztuk pięknych. Był nawet czas jakiś deputowanym i wyróżnił się gwałtownością swej opozycyi.
Hrabina Matylda de Verteuil ma lat czterdzieści sześć, cytowana dotychczas jako najpiękniejsza blondynka w Paryżu. Płeć jej zdaje się nawet zyskiwać z wiekiem na białości. Dawniej była cokolwiek szczupłą, obecnie ramiona jej w miarę dojrzenia nabrały okrągłości soczystego owocu. Nigdy nie była piękniejszą w samej rzeczy. Kiedy się jawi w salonie, promieniejąc przepychem swych złotych włosów i atłasowego biustu, podobną się zdaje do wschodzącej gwiazdy i przejmuje zazdrością niejednę dwudziestoletnią kobietę. Małżeństwo jej z hrabią jest jednem z tych, o których świat nic nie znajduje do powiedzenia. Pobrali się, jak się najczęściej pobierają ludzie ich sfery. Nie brak takich, co twierdzą, że żyli z sobą nader zgodnie przez całe lat sześć. W owym okresie mieli syna Rogera, który jest porucznikiem, i córkę Biankę, wydaną zeszłego roku za pana de Bussac, referenta w radzie stanu. Odrodzili się oboje w dzieciach. Ochłódłszy dla siebie od lat wielu, zachowali jednak w swych sercach szczerą przyjaźń z silnym podkładem samolubstwa. Zasięgają więc wzajemnie w każdej ważniejszej okoliczności swej rady, są dla siebie, w obecności ludzi, bez najmniejszego zarzutu, zostawszy jednak sami, usuwają się co żywo każde do swoich apartamentów, aby się oddać całkowicie swym zaufanym.
Pewnej nocy, około drugiej nad ranem, hrabinie Matyldzie, która wróciła z balu co tylko, pokojówka, pomagająca jej zrzucić toaletę, oświadcza przed samem opuszczeniem sypialni:
— Pan hrabia był dzisiaj wieczór cierpiący.
Hrabina, przez pół już zasypiając, odwraca leniwie głowę, aby szepnąć:
— O!...
Poczem, wyciągając się:
— Pamiętaj mnie zbudzić o dziesiątej, zamówiłam modystkę.
Rano, podczas śniadania, nie doczekawszy się hrabiego przy stole, posyła najpierw do męża po wiadomości, następnie decyduje się sama pójść go odwiedzić. Znajduje go w łóżku. Jest mocno blady ale zupełnie poprawny. Było już trzech lekarzy, poszeptali z sobą, wydali zlecenia i mają wieczorem powrócić. Chorego obsługuje dwóch lokai, którzy poruszają się nader poważnie i w najgłębszem milczeniu, zciszając jak najstaranniej na dywanie swe kroki. Obszerny gabinet zdaje się drzemać, pełen surowego jakiegoś chłodu; nigdzie porzuconej sztuki bielizny, wszystkie meble na swojem miejscu. Choroba nie naruszyła tu w niczem porządku, godności ani ceremoniału, przygotowaną jest każdej chwili ną przyjęcie gości.
— Jesteś cierpiący, mój drogi? — zapytuje hrabina wchodząc.
Hrabia czyni wysiłek, aby się uśmiechnąć.
— Och! cokolwiek znużenia, nic więcej, — odrzecze. — Potrzeba mi jedynie wypoczynku... Dziękuję ci bardzo, że byłaś łaskawa się fatygować...
Mijają dwa dni. Komnata nie traci nic z swej godności. Każdy przedmiot leży gdzie zawsze, leki i ziółka pojawiają się i nikną, nie zostawiwszy na meblach najmniejszego śladu. Ogolone twarze służby nie śmieją zdradzić czemkolwiek zniecierpliwienia lub nudy. Tymczasem hrabia wie dobrze, że choroba jego jest śmiertelną. Zażądał od lekarzy całej prawdy i bez skarg oddał im się do dyspozycyi, Większą część czasu przepędza z zamkniętemi oczyma, albo też patrzy przed siebie nieruchomo w jeden punkt, jakby zadumany nad swą obecną samotnością.
Hrabina opowiada między znajomymi, że mąż jest cierpiący. Nic nie zmieniła w swym trybie życia, je, śpi, udaje się na spacerach w tych samych co zawsze godzinach. Co rano i co wieczór przychodzi osobiście zapytać hrabiego, jak się czuje.
— I cóż? lepiej mój przyjacielu?
— Lepiej, daleko lepiej. Dziękuję ci, droga Matyldo.
— Jeżeli sobie życzysz, zostanę przy tobie.
— Dziękuję, to zbyteczne. Jan i Franciszek wystarczą. Po co się masz fatygować?
Rozumią się oboje zupełnie; żyli każde z osobna i przygotowani są w odosobnieniu również umrzeć. Hrabia znajduje w tem pełną goryczy satysfakcyę egoisty, by rozstać się z życiem w osamotnieniu, nie patrząc na nudną komedyę żalu dokoła swego łóżka. Stara się zatem, zarówno ze względu na siebie, jak i na żonę, ile możności skrócić przykrość ostatniego sam na sam. Ostatniem jego pragnieniem jest zejść z tego świata przyzwoicie, jak człowiek światowy, nie deranżując nikogo, w nikim nie budząc wstrętu.
Pewnego wieczora zaczyna mu braknąć oddechu. Czuje, że rana nie doczeka. Wówczas, zdobywając się na uśmiech ostatni, oznajmia hrabinie, przybyłej z zwykłą wizytą:
— Nie odchodź... czuję się niedobrze...
Chce jej oszczędzić gadaniny ludzkiej. Hrabina, podzielając z swej strony to zdanie, pozostaje w pokoju męża. Lekarze nie opuszczają już ani na chwilę dogorywającego. Lokaje pełnią służbę z tą samą zawsze milczącą akuratnością. Posłano po dzieci, Rogera i Blankę, którzy zajęli miejsca w pobliżu łóżka, obok matki. Reszta rodziny znajduje się w sąsiednim pokoju. W ten sposób na poważnem oczekiwaniu mija noc. Rano zjawia się ksiądz z ostatnimi sakramentami, które hrabia przyjmuje w obliczu wszystkich, by po raz ostatni w życiu ukorzyć się przed religią. Po skończonej ceremonii gotów jest na śmierć.
Nie spieszno mu jednak, zdaje się dość jeszcze mieć sił, aby umierać cicho, bez śmiertelnych konwulsji. Tylko jego oddech rozbrzmiewa w przestronnej komnacie słabym szmerem popsutego zegarka. Znać, że to śmierć człowieka dobrze wychowanego. Ucałowawszy wreszcie żonę i dzieci, oddala ich od siebie łagodnym giestem, odwraca twarz ku ścianie i umiera — samotny.
Wówczas jeden z lekarzy, nachyliwszy się, zamyka zmarłemu powieki i rzecze:
— Nie żyje.
Wśród panującej ciszy dają się nagle słyszeć westchnienia i płacz. Hr. Matylda, Roger i Blanka uklękli. Płaczą, zasłoniwszy rękoma twarze. Wreszcie syn i córka uprowadzają matkę, której postać zachwiała się w progu na dowód rozpaczy, szarpnięta ostatnim spazmem łkań. Od tej chwili nieboszczyk należy do przedsiębiorcy pogrzebowego.
Lekarze też odeszli, z pochylonemi, stosownie do chwili, głowami, oblekając twarze w smutek. Poproszono w parafii o księdza, który ma siedzieć przy zwłokach. Obaj lokaje dozorują ciała wraz z księdzem, siedząc na krzesłach w postawach sztywnej powagi; to upragniony kres ich trudów. Jeden z nich dostrzegł łyżeczkę, zapomnianą na którymś z sprzętów, powstaje więc i chowa ją do kieszeni, aby najmniejszy szczegół nie psuł dysonansem ładu komnaty.
Z dołu, z dużego salonu, dolatuje tymczasem stuk młotków; to tapicerzy przeobrażają go na żałobną kaplicę. Cały jeden dzień trwa balsamowanie zwłok; drzwi w czasie tej czynności są zamknięte, specyalista balsamujący ciało pracuje nad niem sam jeden wraz z swymi pomocnikami. Skoro nazajutrz rano zniesiono zwłoki hrabiego na dół i stawiono w trumnie na katafalku, miał już na sobie ubranie frakowe a twarz jego posiadała świeżość młodzieńczą.
W dzień pogrzebu pałac napełnia się od godziny 9-ej zrana ludzką wrzawą. Syn i zięć zmarłego przyjmują gości w salonie, na parterze, witając wszystkich milczącym ale uprzejmym ukłonem ludzi, którch nawiedził cios. Cała śmietanka towarzyska przesuwa się przed nimi procesyą, szlachta, wojskowość, magistratura; nie braknie nawet senatorów i członków instytutu.
O godzinie dziewiątej wreszcie kondukt wyrusza do kościoła. Karawan I-ej klasy, nastroszony piórami, lśni cały od srebrnych frendzli przy draperyach. Sznury całunu dzierżą: jeden z marszałków Francyi, książę — długoletni przyjaciel zmarłego, były minister oraz jeden z członków akademii nieśmiertelnych. Syn i zięć hrabi idą na czele pochodu zaraz za trumną. Za nimi z głuchym tupotem drepcącego stada ciżba ludzi w czarnych krawatach i rękawiczkach, same wybitne osobistości.
Mieszkańcy całej dzielnicy, poruszeni pogrzebem, cisną się do okien. Stawając w szpaler na trotoarach odkrywają głowy i trzęsą niemi z podziwu na widok wspaniałego karawanu. Nieskończony sznur karet żałobnych, prawie wszystkie próżne, tamuje swobodną cyrkulacyę; to też omnibusy i fiakry tłoczą się na przecięciach ulic; słychać klątwy woźniców i trzaskanie z biczów. W czasie tego hrabina de Verteuil, która pozostała w swoim apartamencie, oświadczając, że czuje się nazbyt złamaną przez żal, wyciągnąwszy się na szezlongu, bawi się jedwabnym kwastem opasującego jej negliż sznura, zapatrzona w suft z uczuciem jakiejś ulgi i rozmarzenia.
Ceremonia kościelna trwa blizko dwie godziny. Wszyscy księża są w ruchu; biegają w komżach od samego rana, wydają rozkazy, ocierają pot i z hałasem wycierają nosy. W pośrodku kirem pokrytej nawy wznosi się płonący od świec katafalk. Nakoniec orszak zajął miejsca, kobiety z lewej, mężczyźni z prawej; organy zaczynają żałośnie jęczeć, śpiewacy zawodzą głucho, głosy dzieci z kościelnego chóru brzmią niemal jak łkanie, wysokie kagańce zaś, w których palą się zielone ognie, nadają żałobnej pompie trupioblady blask.
— Podobno L. ma śpiewać? — wymienia ktoś nazwisko głośnego operowego śpiewaka.
— Zdaje się — odrzecze sąsiad, były prefekt, wspaniały mężczyzna, posyłający zdaleka damom uśmiechy zwycięzkie.
W chwili gdy głos śpiewaka wzbił się ponad nawę, — dodaje z cicha, kołysząc głową z zachwytu:
— Co za metoda!... co za pełnia tonu!...
Cały orszak porwany jest również śpiewem. Wspomnienie wieczorów, spędzonych w operze, okrasza usta dam nieuchwytnym uśmiechem. Ten L. ma rzeczywiście talent jakich mało! Jeden z przyjaciół nieboszczyka nie może się powstrzymać od uczynienia uwagi:
— Nie zdarzyło mu się nigdy śpiewać lepiej! Jaka szkoda, że nasz biedny Verteuil nie może go słyszeć, on, co go tak lubił!
Śpiewacy w czarnych kapach okrążają katafalk. Księża w liczbie dwudziestu przyłączają się do skomplikowanej ceremonii, chyląc głowy powtarzają łacińskie formułki, wprawiają w ruch kropidła. Nakoniec asysta zjawia się przed trumną, kropi zwłoki. Poczem cały orszak opuszcza kościół, zamieniwszy z rodziną uścisk dłoni. Na dworze jasny blask dnia olśniewa oczy wychodzących z ciemności.
Ranek jest piękny i ciepły, jak w czerwcu. Na niewielkim placyku przed kościołem powstaje tłok, w którym orszak z trudnością ustawia się w dawnym porządku. Ci, którzy nie mają zamiaru iść dalej, znikają niepostrzeżenie. W perspektywie ulicy widać już o jakie dwieście metrów kołyszące się pióropusze karawanu, a plac ciągle jeszcze pełen jest pojazdów. Na wszystkie strony rozlega się trzask drzwiczek i nagłe uderzenia kopyt o bruk. Powoli woźnice przyłączają się jeden za drugim do długiego łańcucha karet i kondukt odpływa znowu zwolna w stronę cmentarza.
Uczestnikom pogrzebu w pojazdach bardzo dobrze. Niejednemu zdawać się może, że to wiosenna przejażdżka, krok za krokiem, po lasku bulońskim. Ponieważ karawanu nie widać z głębi karet, zapomina się więc wkrótce o pogrzebie i wszczyna się gawędka między damami na temat horoskopów letniego sezonu, wśród mężczyzn o interesach.
— Czy kochana pani przyjedzie tego roku znowu do Dieppe?
— Prawdopodobnie. Nieprędzej jednakże niż w sierpniu. W sobotę wyjeżdżamy do naszego majątku nad Loirą.
—... Wtedy on, uważasz, przejął list i bili się obadwaj, oh! całkiem rozsądnie zresztą, zwykłe zadraśnięcie... Wieczorem jedliśmy już razem obiad w klubie. Wygrał nawet odemnie wtenczas 25 ludwików.
— Ale, ale... Zebranie akcyonaryuszów ma się odbyć pojutrze... Chcą mnie koniecznie mieć w komitecie, jestem jednak taki zajęty, że nie wiem doprawdy, czy...
Orszak posuwa się już od chwili aleją. Drzewa rzucają chłodny cień a promienie słońca wesoło igrają wśród zieleni. Jedna z dam, wychyliwszy się z powozu, wydaje naraz okrzyk zachwytu:
— Spójrzcie! jak tutaj ślicznie!...
Właśnie kondukt wkroczył w bramę cmentarza Montparnasse. Rozmowy cichną, nie słychać już nic, oprócz zgrzytu kół na żwirze alei. Należy przebyć cały cmentarz, ponieważ grobowiec de Verteuil’ów znajduje się na samym końcu, po lewej; okazały grobowiec z białego marmuru w kształcie kaplicy, zdobnej mnóstwem rzeźb. Po ustawieniu trumny u drzwi tejże rozpoczynają się przemówienia.
Jest ich cztery. Były minister kreśli działalność polityczną zmarłego, który posiadając — zdaniem mówcy — geniusz, lecz obok niego zanadto wiele skromności, byłby z pewnością uratował Francyę, gdyby nie nieprzezwyciężony wstręt do intryg. Następnie jeden z przyjaciół mówił o cnotach osobistych, jakiemi jaśniało prywatne życie zmarłego a które wszyscy szczerze będą opłakiwać. Jakiś nieznajomy zabrał głos w charakterze delegata „Towarzystwa przemysłowego“, którego ś. p. hrabia de Verteuil był członkiem honorowym. Nakoniec mały człeczyna o chmurnem wejrzeniu dał wyraz żalowi w imieniu „Akademii umiejętności moralnych i politycznych.“
Wśród tego uczestnicy pogrzebu przyglądali się sąsiednim grobowcom, odczytując napisy na marmurowych tablicach. Nieliczni słuchacze przemówień ledwie byli w stanie chwytać uchem oderwane wyrazy. Jakiś starzec z zaciśniętemi ustami, pochwyciwszy urywek frazesu: „... przymioty serca, szlachetność i dobroć wielkich charakterów“ podrzucił brodę i mruknął:
— No, no!... już ja go znałem dobrze!... To był skończony pies!
Dźwięki ostatniego pożegnania rozległy się w powietrzu. Skoro tylko księża pobłogosławili ciało, orszak oddalił się i tylko grabarze, spuszczający w głąb grobu trumnę, pozostali sami jedni w tym odległym zakątku. Sznury wydają głuchy odgłos tarcia, dębowa trumna trzeszczy. Jaśnie wielmożny hrabia de Verteuil znajduje się wreszcie w miejscu swego wiecznego spoczynku.
Hrabina zaś leży w tym samym czasie nieporuszona na miękkim szezlongu, bawiąc się ciągle jedwabnym kwastem szlafroczka i błądzi oczyma po suficie, zatopiona w marzeniach, które powlekają zwolna rumieńcem jej białe lica urodziwej blondynki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.