<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Janosik król Tatr
Podtytuł „Legenda Tatr“ w opracowaniu dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy „Zdrój“
Data wyd. 1925
Druk Zakłady Drukarsko-Litograficzne „Grafja“ w Łodzi
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.

Zezwał Sobek chłopów ze Skalnego Podhala. Z pod Osobitej od Orawie pod Murań do Zaru rozlecieli się jego wysłańcy po wsiach podtatrzańskich...
Zeszło się przeszło trzystu zbrojnych chłopów przed chałupą Topora Jasicy do Hrubego. Stanęli gromadą, w kosy, łuki, maczugi, ciupagi, często w rusznice i pistolety zbrojni. Było wielu starych, byli chłopcy nieletni, bo młódź parobska w polu przy królu była.
Wyprostował się stary Topór Jasica, że się o głowę wyższy, niż zwykle zdał i zieloną, gałęzią smrekową, krzyż nad wojownikami w powietrzu uczyniwszy, silnym wyrzekł głosem:
— Bogu Przenajświętszemu was oddaję, Panu Jezusowi i Matce Boskiej Ludzimirskiej! Niech was prowadzi.
— Jezus i Maryja z nami! — krzyknęli chłopi.
— Boże prowadź!
Wyszedł Sobek na czoło, a Marduła obok niego, z wielkiego męstwa wyrzucający młyńcem w powietrze zberczącą obrączkami ciupagę. Chciał Sobek Janosika Nędzę Litmanowskiego pozwać ku sobie, aby się z nim spotkał i posłał doń Krzysia z Mardułą na Nędzów Gronik. W ciepłe piękne południe tam zaszli.
— Widzisz, widzisz, jak leży! — ukazywał Krzyś Mardule Janosika Nędzę, wyciągniętego pod jaworem do słońca. Z podziwem nań popatrzeli, choć go dobrze znali, a podziw ten w Mardule był tak wielki, że nawet nie budził zazdrości.
Mały dwunastoletni chłopiec, czeladniczek, siedział za Nędzą na pniaku jaworowym, bo od wieków jaworami Nędzów Gronik zarośniony był i grał mu na gęsiołkach.
Nędza w krzesanice Czerwonych Wierchów błękitno bielejące między ciemnemi lasami na reglach patrzał. Białe i różowawe obłoczki ukazywały się i nikły. Krzyś przybrał uroczystą minę, a Marduła począł drobne kroki stawiać. Podchodzili niezauważeni przylaskiem rzadkim, dom od wschodniej strony ocieniającym. Krzyś ruszył kapelusz nad czołem i ozwał się:
— Niech będzie pochwalony! Co się tak tam patrzycie?
— Niechże będzie! Witajcie! — odrzekł Nędza, wstając z trawy na widok gości.
— Patrzajcie dobrze — rzekł. — Strasznie tu u nas w Polanach dzieci na coś mrą. U samej mojej siostry umarło dwoje, a trzecie konające. Patrzajcież dobrze! W rzece mgiełka. Tam za lasem, popod turnie — widzicie?
— Widzę — rzekł Marduła. — Obłoczek.
— Obłoczek, wpatrzaj się dobrze, a przysłoń oczy, bo słonko razi. W białej szacie Cicha, bogini moru dziecięcego chodzi, a wianek ma na głowie z czerwonego polnego maku i krwawiącą chustką włosy obwija. Ja tu już uważałem, i że ona chodzić ma, bo kwiaty schły i trawa miejscami tak jakby powypalana: Ona to tam!
— E? — zawołał Marduła z przestraszonem niedowierzaniem.
— O, ona będzie — powiedział Krzyś z dwóch powodów: raz, że we wszystko nadzwyczajnie wierzył, powtóre, że skoro tak potęga Janosikowa widziała i mówiła, to tak musiało być.
— No, to ją widzicie — rzekł Nędza. — Ona tam już dość dawno miga. Czeka pewnie na Kanie, co te dzieci, co jej uciekały, przywabi ku sobie, pochwyci i tu je na obłoku przywiezie.
— E jakoż to? — zapytał chłopczyk co gęśle trzymał.
— Cicha jest, czerniata na gębie, a oczy ma wyłupione, jak u sowy i takie, jak mróz. Powietrze koło niej jak z grobu, zimne, wilgotne, zatęchnione. Białą ma szmatę na sobie, taki płaszcz opleśniony, a pręt czarny trzyma w ręce i ka na dziecko trafi, to go tym prętem tknie i dziecko mre.
— A te dzieci, co jej uciekną, to zaś ściga, piekielna bogieńka nieszczęścia, Kania. Ta się obróci każdemu dziecku w jego matkę, kiedy się z niem zetknie i wabi go ku sobie. Dzieci lezą, jak głupie, to je potem na obłoki posadzi, siądnie ku nim i leci.
— Dokąd? — zapytał chłopczyk.
— A któż wie? Cicha służy u Marzanny, Kania zaś Cichej dopomaga.
— No, aleście tu do mnie z czemś przyszli? — zapytał Nędza.
— Maciuś, powiedz matce, że są goście. Coby mleka przyniosła i oscypka i spyrki i placka.
Wyniosła zatem gaździna poczęstunek: popod jaworami legli, jedząc i pijąc. A chłopczątko przygrywało im na gęślikach, raz po raz przerażonemi oczyma ku biało-różowym mgłom pod krzesanicami Czerwonych Wierchów poglądając.
A gdy się najedli i napili i Marduła z Krzysiem, po co ich Sobek Topór posłał, opowiedzieli, wstał wtedy Janosik, do chałupy poszedł i wkrótce stamtąd do czekających z darami powrócił. Rozdał je przybyłym chłopom i przybocznym swoim ludziom.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.