<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł January
Podtytuł Powieść współczesna
Wydawca Redakcya »Świata«
Data wyd. 1891
Druk WŁ. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Helena zrozumiała, iż nie mogła rachować na nikogo i na nic, tylko na samą siebie. Przeświadczenie to dodało jej siły, jak to zwykle ma miejsce w energicznych naturach. Potrzebowała zebrać myśli, ale miasto otaczało ją gorączkowem wrzeniem, wszędzie snuły się tłumy zajęte lub ciekawe. Potrzebowała skupienia i ciszy i szukała ich daremnie poza domem; bo do domu lękała się powracać, czekało ją tam nadto wiele pamiątek. Na progu werendy, w ogrodzie, w salonie, w pokoju dziecinnym nawet, wszędzie rysowała się w jej wyobraźni postać Januarego, wszędzie spotykała się z palącemi wspomnieniami, czuła na sobie to spojrzenie, które przejmowało ją dreszczem trwogi i rozkoszy i odejmowało zmysły.
Nie, ona do domu powracać nie mogła, zanimby powzięła postanowienie jakie. Czuła potrzebę oddalenia się z tych miejsc, gdzie wszystko sprzymierzało się przeciwko niej.
Czas jakiś błąkała się po ulicach, aż wreszcie, przechodząc koło dworca kolei, usłyszała świst lokomotywy, spotkała cały ruch gorączkowy, towarzyszący zwykle odejściu pociągu. Och! gdyby mogła uciec ztąd, uciec daleko, choćby na godzin kilka!
Myśl ta opanowała ją. Spojrzała na zegarek: było jeszcze bardzo wcześnie; miała czas wyjechać o parę stacyi za Warszawę, parę godzin przepędzić samotnie wśród pól, łąk, lasów i powrócić bez zwrócenia uwagi i zaniepokojenia domowników.
Weszła na dworzec, kupiła bilet i wsiadła do pierwszego pustego wagonu, jaki spotkała.
Pociąg odchodził już, konduktor zamknął drzwiczki; znalazła się sama. Szybki ruch pociągu sprawił jej nieokreśloną przyjemność. Przedmioty migały się tylko przed jej oczyma, co chwila zasłaniane obłokami pary, które miotała maszyna. Gdyby to tak można zostawić poza sobą wszystko, co tłoczyło serce! Czuła się coraz swobodniejszą, w miarę, jak oddalała się od Warszawy.
— Pruszków, Grodzisk — wołał po kolei konduktor, ile razy przystanął pociąg na minut parę.
Helena wysiadła wreszcie na jednej z mniejszych stacyi i, mijając zabudowania kolejowe, odetchnęła szeroko czystą i orzeźwiającą atmosferą wsi. Było to w samo południe, dnia sierpniowego; ziemia spalona upałami lata, przybrała koloryt, właściwy gorącym krajom. Słońce pałało na rozognionem niebie, nadając gwałtowność i jaskrawość barwom. Nigdzie chmury żadnej, któraby chociaż przelotnie chłodziła ziemie.
Krótkie cienie, rzucane przez przedmioty, odcinały się ostro w krajobrazie, oblanym rażącemi światłami, w którym żółty kolor rżysk świeżo sprzątnionych łączył się z niepewnym kolorem dojrzewających owsów, z brudno różową barwą tatarki i z szarawemi obszarami piasków.
Okolica, w której znalazła się Helena, nie odznaczała się ani wdziękiem, ani urodzajnością. Przestrzenie piaszczyste, zamknięte falistemi pagórkami, przerżnięte taflami uprawnych pól, porastały smętną i bladą roślinnością, właściwą jałowym gruntom. Gdzieniegdzie krzywy krzak jałowcu rozkładał gałęzie i wydawał się jak czarna plama na gorącym tle krajobrazu; gdzieniegdzie gromada bladolistnej dziewanny wznosiła sztywne łodygi, ustrojone złocistym kwiatem; gdzieniegdzie leżał głaz omszony, wśród kępy traw spalonych.
Cisza południowa panowała w całej naturze, cisza i samotność. Żniwiarze odpoczywali w cieniu chat lub drzew, trzody zgonione do obór, ptaki nawet milczały, i tylko jednostajny głos świerszczów polnych brzmiał ze stron wszystkich, wtórując jaskrawym barwom południa, ognistym promieniom słońca i spieczonej ziemi.
Jeśli Helena pragnęła samotności, przypadek usłużył jej widocznie i zpod stóp jej zrywały się tylko owady i muszki, znęcone słodyczą kwiatu dziewanny, chorowitych bratków, lub dzikich skabioz, porastających z rzadka jałowe piaski.
Pora nie zdawała się sprzyjać przechadzce, powietrze przejmowało żarem. Upłynął jednak czas pewny, zanim Helena, drżąca od bezsenności i niepokoju, uczuła dojmujące gorąco.
Szła ona ciągle naprzód, nie oglądając się za siebie używając swobody tej chwili. Aż wreszcie znalazła kamień, ocieniony krzakiem jałowcu, i usiadła na nim zmęczona, próbując zebrać myśli.
Wyrwawszy się ze wszystkich krępujących ją życiowych warunków, czuła się swobodniejszą. Zdala od tego człowieka, którego moralnej potędze oprzeć się nie była zdolną, sądziła się bezpieczną, gotową do walki, pewną siebie, pewną niemal zwycięztwa. Zdawało jej się, że rozkołysana wyobraźnia, zwiększała niebezpieczeństwo, — i zaczęła snuć plany przyszłości.
Trzeba jej było koniecznie porzucić Warszawę, wymyślić jakiś powód podróży, chociażby to nawet za kaprys wzięte być miało, wyjechać daleko i pozostać tam, dopókiby nie zmieniły się warunki jej bytu, dopókiby przynajmniej zapomnianą nie została.
Na tę myśl wprawdzie serce zamierało jej w piersi, i na przekór południowej godzinie skwaru, czuła zimne dreszcze... Ale ona nie zważała na to, nigdy nie targowała się z cierpieniem. Rozumiała dobrze, iż była to jedyna deska ocalenia, jaka jej zostawała, i chwyciła się jej gorączkowo.
Być może, iż głos wewnętrzny szeptał, że ludzie tacy, jak January, nie zdolni są zapominać. Oddalała tę myśl, starała się rozważać to, co jej wypada uczynić, nie oglądając się na drugich.
Czas jakiś siedziała pod chwiejnym cieniem jałowcu, z głową pochyloną, z twarzą ukrytą w dłoniach, gdy doleciał ją szelest zbliżających się kroków. Wśród panującej ciszy, szelest ten doszedł ją zdaleka. Zrazu nie zwróciła na to uwagi; rozmaite ścieżki krzyżowały się wkoło niej, droga należała do wszystkich: zapewnie jaki żniwiarz szedł na swoje pole, lub przechodzień dążył do celu swojej wędrówki. Kroki jednak były lekkie, pewne, nie miały nic wspólnego z ociężałym zwykle chodem wieśniaków, kierowały się wprost ku niej i zatrzymały snadź nagle, bo szelest ustał, a na gorącym piasku zarysował się cień jakiś.
Podniosła oczy, tknięta niepojętym przeczuciem. Stał przed nią January.
Dumny, namiętny, z okiem pałającem i przyciętą wargą spoglądał na nią czas jakiś.
Helena nie poruszyła się z miejsca, jak ptak, ogarniony wężowem spojrzeniem, tylko serce jej uderzało gwałtownie, myśli zmącone wirowały, a przed oczyma biegały ogniste plamy.
Nie zapytała się, jakim sposobem ścigał ją aż tutaj? jak odkrył to chwilowe schronienie? — on też nie tłumaczył się, nie usprawiedliwiał i zaczął mówić tak, jakby znalazł ją pod cieniem werendy, lub w ciszy jej salonu.
— Nie skończyliśmy wczorajszej rozmowy, a pani wiesz dobrze, iż tak dłużej być nie może.
Słowa te, jak cała postać jego, były z pozoru spokojne, ale dźwięk głosu, zadawał oczywisty kłam podobnemu. Głos gwałtowny, urywany, wydobywał się z piersi ściśnionej, wychodził syczący przez zaciśnięte wargi, i zdradzał wewnętrzne wzburzenie, nad którem panował tylko wysileniem woli.
Nie znajdowała słów odpowiedzi, patrzała na niego przerażona i zachwycona razem.
On odczuł to zapewne, bo wyrzekł z miększym wyrazem:
— Jeśli chciałaś pani mówić ze mną stanowczo, zdala od ciekawych oczu, bez trwogi, przeszkody i świadków, jestem gotów słuchać wyroków twoich.
Chciała zaprzeczyć, że nie na to schroniła się tutaj, aby szukać z nim rozmowy, — nie mogła; on zaś mówił dalej:
— Jeżeli łudziłaś się pani myślą, że potrafisz pomiędzy mną, a sobą położyć przestrzeń, przychodzę rozwiać tę dziecinną nadzieję. Gdziekolwiek będziesz, ja tam znajdę się także. Nie zatrzymają mnie setki mil, jak nie zatrzymały mnie dzisiaj drobne trudności. Nie powinnaś o tem wątpić.
Te ostatnie słowa zwróciły jej przytomność.
— Więc to ma być prześladowanie! — zawołała.
W oczach jego zamigotała gwałtowna błyskawica.
— Heleno! Heleno! — zawołał — na co te próżne słowa. Gdyby serce twoje nie należało do mnie, wiesz dobrze, iż nie znalazłabyś mnie nigdy na drodze swojej; wiesz dobrze, iż choćbym miał skonać, odrzuciłbym kradzioną słodycz twej obecności.
Miał słuszność: pomimo woli swojej, czuła się tutaj współwinną, uczuciem, jeśli nie myślą.
Spoglądał na nią z niewysłowioną miękkością, do której była zdolną ta bogata natura; potem zbliżył się zwolna, nie zdejmując z niej tego spojrzenia, z pod którego magnetycznej władzy wyłamać się nie mogła, i zaczął snuć przed nią zamiary przyszłości, a głos jego brzmiał łagodny, jak pieszczota, jakby chciał zetrzeć ślady cierpienia z jej myśli, usunąć wątpliwości, walki, powrócić jej uśmiech na usta.
Groźne pytania, które stawały przed nią z całą mocą, przedstawiały się jemu także. Ale on miał odwagę zajrzeć im w oczy. Rozumiał wszystkie trudności położenia, może lepiej od niej samej i, opierając się na nich, osnuł zamiary przyszłości.
Zamiary te były równie śmiałe, jak ich twórca, nie cofały się przed żadnem następstwem, łamały najzupełniej wszystkie ustawy społeczne, nie dbały o sądy ludzkie. January nie wahał się stwierdzić faktem, jak to czynił w teoryi, praw jednostki do bezwarunkowego szukania własnego zadowolenia, do posiadania tego, czego pożąda, stawiając prawa namiętności ponad wszystkie inne.
Według tego prawa, Helena należała do niego, więc winna była rzucić wszystko, by iść za nim. Jeśli ona nie zdolną była do kłamstwa, on nie należał do rzędu ludzi, coby zadawalniali się kradzionem szczęściem: kobieta, którą kochał, musiała należeć do niego zupełnie — nie mieć na świecie innej myśli, ni troski.
Rozwijał przed nią plany swoje, oddając na posługę szalonego przedsięwzięcia całą logikę i energię, do jakiej był zdolny.
Nie zatrzymywały go materyalne trudności; pod tym względem, skromny wprawdzie majątek czynił go panem położenia; zresztą, rachował na swoją pracę, na nazwisko, które już zdobyło sobie uznanie, na niespożytą energię, którą musiał wywalczyć sobie stanowisko, gdy ku temu obróci siły.
Tymczasem mógł zapewnić ukochanej kobiecie owe łatwe życie, do którego przywykła, mógł otoczyć ją dostatkiem i przynajmniej pod materyalnym względem nie wymagać żadnej ofiary. O ofiarach moralnych nie myślał. Jeśli Helena porzucała rodzinę, jeśli traciła położenie towarzyskie, szacunek powszechny, ważąc się na wszystkie hazardy nielegalnego związku, kochała — była kochaną; wszakże słowo to, w jego przekonaniu, starczyło za wszystko, powinno jej było zapewnić szczęście zupełne na przekór światu i ludziom, jak zapewniłoby jemu.
Jak bogacz nie rachuje się z wymaganiami swemi, bo wie, że je opłacić potrafi, tak on czuł w sobie skarby uczucia, zdolne przeważyć szalę na jego stronę, jakkolwiek znaczną była szala przeciwna. Posiadał dumę serca, znającego swą wartość, oddającego się bezpowrotnie i czującego się w prawie żądać równego oddania.
W miarę jak mówił, myśli jego się rozjaśniały, wyraźniej występowały zamiary, a mowa nabierała tej przekonywającej mocy, czyniącej z niego tak nieprzepartego szermierza w zapasach myśli.
Zwykle zimny i poważny, posiadał w chwilach stanowczych, gorącą wymowę wielkich trybunów i reformatorów. A teraz, wśród namiętnych przekonań trybuna, wśród potęgi wywodów filozoficznych społecznego reformatora dźwięczała struna miłości miękkiej, jak puch łabędzi, ognistej jak lawa wulkanu, sprzymierzała się ze wszystkiemi tłumionemi pragnieniami serca i wytwarzała wkoło niej atmosferę burzliwą, gwałtowną i rozemdlewającą, wśród której traciła zwolna hart, broniący ją dotąd.
Wymowa jego harmonizowała z tym spiekłym krajobrazem, spalonym od promieni słonecznych, ze skwarnemi podmuchami lata, z namiętną południową ciszą natury otaczającej, harmonizowały nadewszystko z jej własnem sercem, bijącem szybko, zmordowanem walką daremną.
Przyszła na nią chwila zniechęcenia i bezsilności. Zapytała samej siebie: na co walczyć, skoro zwycięztwa otrzymać nie można. Czuła niepodobieństwo obrony. Człowiek ten panował nad nią siłą intelligencyi, siłą namiętności, siłą woli wreszcie, nie rozłamanej skrupułem, wątpliwością, ani względem żadnym.
January zrozumiał szybko otrzymaną przewagę.
Nakształt poetycznych figur „Jerozolimy Wyzwolonej,“ Tankreda i Kloryndy, miłość ich była dotąd walką; z szalejącem sercem i zmąconą myślą wzajemnym obrazem, ranili się za każdem słowem. Teraz dopiero w przepaścistej głębi jego spojrzenia zabłysnęła iskra szczęścia, a iskra owa przetworzyła tę dumną, przewiędłą twarz, czyniąc ją napowrót młodą, łagodną, ufną, spokojną i nadając wdzięk niepojęty, którego brakło jej zawsze.
Patrzała na niego zachwycona, porwana.
A słowa jego stawały się coraz to bardziej stanowczemi, domagały się odpowiedzi, czytały ją w bladym uśmiechu, co rysował się na jej wargach, czytały ją w południowych oczach, przymglonych, płonących, a wlepionych w niego z takim wyrazem, z jakim patrzy się w błękit nieba, wśród rozdartych chmur w czasie burzy, w zbawczą gwiazdę światła wśród ciemności. Świat cały wydawał jej się teraz burzą, ciemnością, chaosem, — jedynem miejscem schronienia było jego serce.
— Heleno! — mówił tak cicho, iż słowa te dolatywały do niej, jak gorący szept miłosny, jak echo rozkochanej, płonącej natury. — Heleno! ty wiesz dobrze, że walki i cierpienia minęły, że my nie możemy rozstać się więcej. Ty należysz do mnie — do mnie tylko!
Opasał ją ramieniem.
— Chodź! tutaj dłużej zostać nie możemy!
Nie opierała mu się; wola jej była pokonaną. Podniósł ją z miękką przemocą. Chwiała się; bez jego ramienia nie byłaby zdolną kroku postąpić; świat cały krążył jej w oczach.
Zdaleka dochodził świst lokomotywy. January spojrzał na zegarek.
— Chodź! — powtórzył, wiodąc ją lekko w stronę stacyi.
Szła zwyciężona, posłuszna, nie pytając, gdzie ją prowadzi.
Rzeczywiście pociąg jakiś odchodził. Po chwili znalazła się z Januarym w wagonie.
Traf, czy rozmysł sprawił, iż byli sami.
Oparła głowę o poduszki. Ciało jej opanowało znużenie, łatwe do wytłumaczenia.
Całą noc spędziła bezsennie, dnia tego nic nie miała w ustach. Nie czuła jednak senności, ni głodu; zdawało jej się, że jest wyzwoloną z materyalnych warunków bytu. Nerwy jej wytężone utrzymywały sztucznie siły, podnosząc subtelność wrażeń, a odejmując dzielność energicznym pierwiastkom.
Rozkołysana, upojona, czuła niepojętą rozkosz, gdy para unosiła ją obok niego; traciła zwolna poczucie rzeczywistości; gotowa była zapytać siebie, czy to nie było sennem marzeniem? Opuściły ją naraz wszystkie troski bytu; a kiedy dłoń jej spoczywała w jego dłoni, kiedy czuła jej namiętne tętna, wiedziała dobrze, iż ręka ta była dość silną, by poprowadzić ją przez ciernie życia, strzedz i bronić.
Długi czas nie zamienili słowa jednego, jakby lękając się rozwiać urok chwili, której słodycz zalewała ich obojga serca szalone. Powoli świat cały ginął im z myśli, jak przedmioty i okolice ginęły im z oczu. Zapomnieli, że były cierpienia, że sami stali się ich sprawcami, że walczyli tak długo, iż szczęście obecnej chwili było kradzionem tylko. Poza nimi leżały może przepaście bólu, przed nimi mogła być hańba, rozpacz, nieszczęście, długie jak życie; teraz zapomnieli o wszystkiem, wiedzieli to jedno, że byli razem, że patrzyli na siebie swobodnie, że dłonie ich były złączone.
Nagle głos konduktora odezwał się tuż przy oknie wagonu:
— Piotrków! pół godziny.
Pociąg stanął, otworzono drzwiczki na oścież.
Czar prysnął, dłoń jej wyrwała się z jego ręki.
— I gdzież my jedziemy! — zawołała.
Uśmiechnął się, jak człowiek, który osiągnął cel dawno upragniony.
— Jedziemy daleko, tam, gdzie będziemy mogli kochać się swobodnie.
W tej chwili zbudziło się w niej całe poczucie rzeczywistości.
— To być nie może! — zawołała, powstając, gotowa wyskoczyć z wagonu.
— Nie lękaj się! oddawna myślałem o podobnej chwili, przygotowałem wszystko; mam pasporty, to najważniejsza; stosunki się potem ułożą.
Do tej chwili nie wiedziała, że uczyniła krok niepowrotny.
— To być nie może! — powtórzyła, odzyskując nagle energię z nerwową siłą, właściwą pewnym stanowczym chwilom.
Patrzał na nią, nie rozumiejąc.
A ona mówiła dalej:
— January! January! Oddałam ci życie moje, nie dbam o siebie; niech się ze mną dzieje co chce, co chcesz ty! Ale dzieci...
Myślał o nich nieraz; wiedział dobrze, iż tu leżała prawdziwa przeszkoda pomiędzy nim a Heleną. Przeciwko uczuciu matki walczyć nie mógł.
Nie mógł powiedzieć: wybieraj. Wiedział, iż ona wybrać nie może.
Postanowienie jego było uczynione; szło jedynie o chwilę spełnienia.
— Czyż nie wiesz — wyrzekł — że to, co ty kochasz, i ja kochać muszę? Przysięgam! dzieci twoje będą mojemi dziećmi.
Patrzała na niego wzrokiem pełnym niewysłowionego uczucia, jak wówczas, gdy wyniósł je z ognia. Grube łzy popłynęły jej z oczu.
Te łzy doprowadziły go do szaleństwa.
— Ja nie chcę, żebyś płakała! — zawołał — ja nie chcę cię kosztować łzy jednej. Jeszcze raz przysięgam, że dzieci twoje mieć będziesz.
Nie wątpiła o prawdzie słów jego; wiedziała, iż był tak dumny, że skonałby raczej, niż skłamał. Nie pytała o więcej; wiedziała, że nie przyrzekał daremnie.
On nie poprzestał na tem i mówił dalej:
— Gdyby nie chciano ci ich oddać, znajdę na to sposób; wykradnę je, choćby zpod ryglów i zamków.
Przyszło jej na myśl, że dzieci te nie należały do niej jedynie, że był ktoś, który tym sposobem zostałby zupełnie osierocony; spuściła głowę w milczeniu. Za prawami jego ona przecież przemawiać nie mogła; ona, co sama czyniła mu największą krzywdę, co rozrywała rodzinę — opuszczała stanowisko swoje przy ognisku uczciwego człowieka.
— Czy mi nie wierzysz? — pytał niespokojnie.
— Ja?...
Nie mógł omylić się na wyrazie, z jakim wymówiła to jedno słowo.
— Masz słuszność! — wyrzekł po chwili — nie zawiodłem nigdy nikogo. Więc czego chcesz więcej? czy jest w mocy mojej co więcej uczynić?
Miał słuszność; nie było to w mocy jego, ani w mocy niczyjej. Jeśli obietnice jego nie uspokoiły jej zupełnie, musiała dalej dźwigać sama troskę, smutek, czy wyrzuty swoje.
Ale nie tego chciał January, nie na to gotów był spełnić najszaleńsze rozkazy, ażeby widzieć chmurę żalu na jej czole; on pragnął ją widzieć szczęśliwą, z despotyzmem człowieka nienawykłego do oporu, z egoizmem, który świat cały zamykał w sobie i istocie ukochanej.
— I czegóż się smucisz jeszcze? — zapytał, zapuszczając wzrok do głębi jej serca. — Przez litość! mów przynajmniej, mów wyraźnie. Czy mam pochwycić ten promień zachodu, co odbija się w łzach twoich? czy dostać ci z nieba tę różową chmurkę? czy dostarczyć płat błękitu i rzucić ci go na serce? Zdaje mi się, że w tej chwili cudne bóztwa fantazyi, Skierka i Chochlik, powolne będą moim zaklęciom; że to, co ty chcesz, stać się musi!
Uśmiechnęła się mimowoli.
— Więc o czem myślisz? powiedz! — pytał z pieszczotliwym naciskiem — czyż nie mam prawa do marzeń twoich, do smutków i żalów, ja, którego nazywasz w duchu ich sprawcą?
— January! nie jest to czas marzenia.
— Pozwól mi patrzeć w oczy twoje, które nie odwracają się ode mnie; pozwól mi patrzeć na uśmiech twój; pozwól mi być szczęśliwym!
Wstrząsnęła głową.
— Chcesz wiedzieć, co ja myślę?
— Myśl twoja nie ma nic wspólnego z temi złemi myślami, któremi męczyłaś mnie i siebie tak długo.
— Ja myślę tylko, że każda ucieczka jest nikczemnością; i że ty i ja nie powinniśmy jej popełniać.
— Miałabyś słuszność — wyrzekł zwolna — gdybyśmy ukryć się chcieli. Jesteś odważną, Heleno, więc słuchaj! my nie popełniamy ucieczki, my popełniamy to, co świat nazywa skandalem. Jest to jedyny sposób wyjścia z pewnych położeń, obwarowanych przesądem.
Była niemal brutalna szczerość w tej odpowiedzi, którą przecież wywołała sama.
Teraz przyszły jej na myśl następstwa, jakie czyn ich mógł mieć dla niego; bo dotąd zastanawiała się nad niemi jedynie względnie do samej siebie — i w strasznem widzeniu przesunęły się przed jej oczyma pojedynki, rany, śmierć może.
— January! — zawołała — to ja jedna winną jestem; na mnie jedną odpowiedzialność spaść powinna.
— Czyż sądzisz — zawołał dumnie — że zbraknie mi odwagi jakimbądź sposobem odpowiedzieć za czyny. — Bądź spokojną; oddawna już obrachowałem wszystko, ważyłem się na wszystko, i na wszystko jestem gotowy.
Słuchała go przerażona, ale teraz zapominała o sobie, myślała o nim tylko, drżała o niego.
— Nie lękaj się! — mówił. — Czyż nie wiesz, że na tym naszym biednym świecie rozkosz splata się z boleścią, a każdą słodycz okupywać trzeba. Jest to zasadnicze prawo, któremu się poddać musimy. Może słusznie. Skala szczęścia mierzy się tylko cierpieniem; im kto poznał głębsze otchłanie bólu, tym wyżej rozkosz pojmuje. Miara Dantejskich piekieł jest miarą kręgów raju.
— Ty mówisz o tem tak spokojnie! — zawołała z przestrachem, patrząc na niego, jak gdyby już lękała się go utracić.
— Heleno! Heleno! — odparł, przygarniając ją ku sobie — cóż trwałego na ziemi? żyjemy wszyscy z grozą śmierci zawieszoną nad nami, z niepewnością jutra, z poczuciem znikomości własnej, jak z nieodłącznemi warunkami bytu. I cóż ztąd? czy dlatego to dzisiaj jest mniej słodkie?
Była przekonywająca wymowa w jego słowach, w spojrzeniu, jakiem ją ogarniał, w objęciu, którem cisnął ją do piersi.
— Powiedz mi tylko — mówił — że jesteś szczęśliwą, to jedno słowo mi wystarczy i przysięgam, że błogości tej chwili nic na świecie zamącić nie zdoła. Choćby przyszłość przyniosła mi same męczarnie, jeszcze nie powiem, abym ją okupił zbyt drogo. Przynajmniej jeden dzień, godzinę jedną żyję pełną piersią; osiągnąłem to, czegom pragnął, stanąłem na szczycie ludzkiej doli... kocham... jestem kochany. Każdy fibr nerwowy drga szczęściem, każda krwi kropelka szybciej krąży, a każda myśl potęguje uczucia, nadając im świadomość siebie. Szczęście moje nie jest to owa chwila, która przemyka i ginie, zanim je ludzie nazwać zdołają; ja chwytam ją za skrzydła, ja ją czuję, ja spoglądam jej oko w oko. I czegóż więcej człowiek pożądać może?
Słuchała go rozmarzona. Głowa jej opadła mu na ramię, powieki się przymknęły. Porwana wymową jego, ona także nie chciała myśleć ani o groźnem jutrze, ani o walkach przeszłości, ani o tem wszystkiem, co pozostawiała poza sobą. Ona także wraz z nim pochwycić chciała za skrzydła widziadło szczęścia, spojrzeć mu oko w oko i nazwać je po imieniu.
W tej chwili rozległ się przeciągły świst lokomotywy i pociąg ruszył, unosząc ich w tę przyszłość, której, pomimo wszystkiego, uniknąć nie mogli.

Koniec tomu pierwszego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.