<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kamienica w Długim Rynku
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1868
Druk J. Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Od opisanych wypadków prawie bez żadnych zmian spłynęło długich kilka miesięcy. Teofil pisywał regularnie do Klary... ale listy jego były jakoś i krótsze coraz i mniéj może szczére a serdeczne jak dawniéj. Uczuła to ona chociaż do formy, do treści ich nawet nie można było się przywiązać i oprzéć na nich zarzutu. Ale z dwóch najczulszych listów z których jeden pisało serce, drugi ręka i nawyknienie, serce kochające mimowolnie odróżni ten z którego woń prawdy się rozlewa. Jest cóś w uczuciu niewynaśladowanego i jak eteryczne owe ekstrakty fruktowe pachnąc doskonale ananasem i cytryną... czuć razem apteką, tak udanie czuć fałszem, choćby było najwytworniejsze.
Klara broniła się wrażeniu którego doznawała — ale mu się oprzéć nie mogła... nadto znów była dumną żeby miała czynić wymówki, listy jéj stały się poważne, smętne... Czasem Teofil wybuchał z dawną gorącością uczucia... to ostygał znowu... Bliższych szczegółów o życiu jego w Berlinie nie miano. Klara chodziła na pensyą, ukradkiem zarabiając i ukradkiem ten grosz rzucając do skarbony domowéj... Mały to był przybytek... ale cóś znaczył przecie, a tak uspakajał jéj sumienie!!
Pułkownik w razach pilnéj potrzeby przez ręce Klary, a bez wiadomości Jakuba... z pensyjki swéj cóś dorzucił także. Jednemu tylko ojcu nieszczęściło się... on jeden żadnego, nawet najlichszego zajęcia znaléźć nie mógł, skutkiem bowiem zabiegów Wudtkego i Fiszera unikano go. Wudtke ostrożnie, bardzo ostrożnie, półgębkiem... ale dawał do zrozumienia, że do odprawienia Jakuba... musiały być ważne powody...
Te słowa ogólne, niejasne, rzucały cień na niego, a dosyć jest często cienia, aby człowiek wydawał się czarno. Sprzedaż willi codzień się zdawała niemożliwsza... na najgwałtowniejsze potrzeby, zdecydowano się budowle sprzedać tylko jako materyał i gruz... ale to nie wiele przyniosło, a resztę wartości odjęło kawałkowi ziemi.
Szło tak wszystko źle a coraz gorzéj i gorzéj, gdy Jakub raz Wiktora wyciągnął z domu... chcąc z nim pomówić. Już to samo że tak skrycie potrzebował poufnie mu cóś zwierzać, przestraszyło pułkownika.
Jakubowi szło o to żeby Klara nie posłyszała nowiny fatalnéj.
— Wiesz pułkowniku kochany, co nam nowego grozi, zawołał Jakub... a! wolałbym wszystko nad to! bo Klara... Klarę to zabić może...
— Ale cóż, co? mów? niecierpliwie zawołał Wiktor...
— Teofil... Teofila zbałamuciła ta sławna Rosa artystka berlińska, któréj talent jest tak głośny... Mówią że głowę stracił dla niéj, że szaleństwa dokazuje, że się ruinuje... że... słowem... zapomniał Klary...
— A któż ci to mówił? spytał pułkownik chłodno.
— Znajomy mi przybyły z Berlina.
Wiktor się zamyślił.
— Nie jestli to umyślnie puszczony bąk? rozważ? Teofil pisuje do Klary, to wiem, powtóre, to z czego tyle czynią, hałasu... może być... chwilowym roztrzepaniem lub... jakąś artystyczną fantazyą... Talent, talent... no, to może mu talent nie ona zawraca głowę...
— Zawsze to źle — odparł Jakub... gdy się ściany zrysują... dom grozi ruiną...
Pułkownik potrząsnął głową.
— Młodość! wybryk! a miłość dlatego trwać może... cicho, i nie gadajmy o tém nawet...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.