Kara Boża idzie przez oceany/Sen — zamiast wstępu

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Nagiel
Tytuł Kara Boża idzie przez oceany
Część Sen — zamiast wstępu
Wydawca Spółka Wydawnictwa Polskiego w Ameryce
Data wyd. 1896
Miejsce wyd. Chicago
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Sen — zamiast wstępu.

Jedna z osób występujących w tej powieści miała sen taki przykry i straszny:
„....W kamieniołomach, położonych tuż obok więzienia karnego (State Prison) w jednym ze Stanów Ameryki północnej, w gronie przestępców, zatrudnionych ciężką pracą, znajduje się starzec.
Ubrany jest w bawełniany kaftan i spodnie kryminalisty, w czarne i białe paski; do nogi przykuta kula żelazna.
Dłoń jego ujęła ciężki, żelazny drąg — i rozbija skałę. Pryskają odłamy kamienia z pod żelaza. Starzec siwy, ale widocznie silny, wykonywa swą pracę z regularnością machiny. Pot leje się mu z czoła.
To praca przestępcy. Zarobek z niej nie da mu szczęścia, zadowolenia, spokoju.
Nie czeka on niczego — i niczego się nie spodziewa. Na zawsze już pozostanie śród tych murów kamiennych, uwiązany do żelaznego drąga i młota.
Beznadziejna apatya leży w zmarszczkach pięknej niegdyś twarzy starca.
Jego towarzysze, pomimo surowych spojrzeń dozorcy, przerzucają się drwinami lub przekleństwami. Co chwila, któryś z nich zmęczony, zatrzymuje się w ciężkiej pracy, ociera pot, prostuje stwardniałe ramiona. Starzec pracuje wciąż, z ciągłością i regularnością automata. Nigdy słowo nie wypadnie z jego ust.
Oczy starca patrzą w świat, nie widząc, co się na świecie dzieje.
„Old dumb Joe” — tak go za jego mrukostwo przezwali towarzysze każni. W regestrach zaznaczony jest, jako numer 697... Zresztą — niekiedy, bardzo rzadko — nawet i ten „dumb Joe”, ten numer bez nazwiska, ma chwile pewnego ożywienia.
Taka chwila przyszła na starca teraz.
Nie objawia się to niczem prawie — na zewnątrz.
Ruchy starego Joe są równie miarowe, jak przed chwilą. Od uderzeń żelaznego drąga odłamy kamienia pryskają, jak zwykle. Na twarzy żaden muskuł nie zadrga.
Tylko w oczach — zmiana.
Rozszerzają się one, błękitnieją, pogłębiają.... Budzi się w nich wspomnienie. Na zmęczonym mózgu starca rysują się, jak fata morgana, dawno niewidziane obrazy. Wzrok jego ogląda je w promienistych barwach młodości. Ucho słyszy dziwne szmery....
Do twarzy przywarła kamienna maska; w oczach budzi się — niebo szczęścia.
I widzi przed sobą w promieniach słońca lipcowego: zielone pola kraju ojczystego i szaro-błękitne fale Wisełki, igrającej z gałęźmi wierzb. nadbrzeżnych — i tratwy flisacze, posuwające się zwolna po rzece — i dworek wiejski, na pół schowany pośród lip i topól odwiecznych, a obok studnię z żurawiem w podwórzu — i czubate stogi siana w polu — i chłopskie zagrody i kwitnące przed niemi czeremchy — i wreszcie lud roboczy, pracujący w znoju na roli....
Widzi — Polskę.
Do uszu jego dochodzi plusk fal Wisełki, klekotanie bociana, senne pomruki bydełka, odgłos fujarki pastuszej z wiklin nadbrzeżnych — a po chwili dźwięk sygnaturki z poblizkiego kościółka. To „Anioł Pański”. Dźwięk srebrzysty milknie.... Aż naraz — co to? — trąbka wojenna, capstrzyk, burza, bicie w bębny.... grzmot.
Oczy starca ogniem teraz tryskają.
W uszach mu brzmi pieśń bojowa. Zmienia się ona.... Huczy tryumfem; rozwesela zuchowatą radością i nadzieją; przechodzi pod koniec w potężną, pełną boleści i siły modlitwę do Pana — o ojczyznę.
„Boże, coś Polskę!” — huczy w uszach staremu.
To chwila natężenia najwyższego. Od dźwięków, które teraz, po latach, przyszły mu na pamięć myśli, dusza jego, tak dawno zastygła w kamiennej martwocie, roztajała. Nagle miarowy ruch jego żelaznego drąga ustał. Oskard wypadł mu z rąk.... Żelazo zadzwoniło o skałę.
Wszyscy więźniowie spojrzeli po sobie. Stało się coś, czego się nie spodziewał nikt.
— Co takiego! Co! Stary Joe się rusza! — odezwało się kilkanaście głosów zdziwionych.
W tym chórze, pełnym zdziwienia i szyderstwa, jeden tylko głos brzmiał złością.
You, dirty pig! (ty brudny wieprzu) — syczał sąsiad starca, Irlandczyk (Ajrysz), któremu upadające żelazo otarło się o niekształtny — you, goddam Polack! (ty, przeklęty Polaku.)
Te ostatnie słowa były kroplą, która przepełniła czarę cierpliwości starca. Ta obelga nie dla niego, ale dla imienia Polaka, spaliła mu ostatni szczątek zeskorupiałego serca. „Ajrysz” była to postać olbrzymia, której „old Joe“ nie dorastał do ramion. Pomimo to, nie mówiąc słowa, jak zelektryzowany, rzucił się nad, podniósł pięść — i uderzył.
— Masz! — było jedyne słowo, które wymówił, słowo polskie.
Ogromny „Ajrysz” zachwiał się i upad!... Cios ogłuszył go. Starzec musiał być kiedyś siłaczem.
Sceny podobne rzadko się zdarzały w tym karnym zakładzie, w którym surowość była przysłowiową. Wszyscy zdumieli się. Przybiegli dozorcy. Zaświstał bat. Starcowi, już znowu bezwładnemu, narzucono na ręce kajdanki — i powleczono go ku gmachom więziennym.
Za chwilę spoczywał na słomie w kamiennej celi — i marzył.
W półmroku celi znów przychodziły doń wonie od Wisły, klekoty bocianów, sylwetki lip i topól ojczystych, napływały mu do uszu fale ojczystych melodyj....
„Jeszcze Polska nie zginęła!” — brzmiało mu w uszach.
Łzy grube, jak groch, spływały po wywiędłej, oddawna nie znającej uśmiechu twarzy.
Był w tej chwili pomimo wszystko szczęśliwy, raz pierwszy od lat...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na tem się skończył sen, fantazya rozluźnionej i udręczonej życiową walką wyobraźni... Sen mara! Choć zresztą czyż sny są zawsze tylko obłędem zmysłów, wyjętych z pod kontroli uśpionego rozsądku i woli? Kto wie....



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Nagiel.