Kasper Karliński (Bełza)/Akt III


Akt II Kasper Karliński • Akt III • Władysław Bełza
Akt II Kasper Karliński
Akt III
Władysław Bełza

AKT III.

(Podwórzec zamkowy — działa na lawetach, przy działach puszkarze.
Szary poranek; scena stopniowo rozjaśnia się).

SCENA I.
KARLIŃSCY później ZAREMBA.
KARLIŃSKA.
Straszna to trwoga i boleść matczyna,
Utracić syna, jedynego syna,
A z nikąd nawet nadziei promyka.
KARLIŃSKI.
Czyż serca twego straszniejsza daleko,
Nad własną stratę boleść nie przenika?
Patrz, dzielnej młodzi krew leje się rzeką.
W gruzach świątynie i zagrody leżą,
Ołtarze jeszcze dymią się krwią świeżą,
A groby przodków, których sam Bóg strzeże,
Wróg oplugawił i zorał jak zwierzę.
Zaliż nam wolno, gdzie cierpiących tyle,
Patrzyć, czem własna boleść się osłodzi?
Przecież nie padaj — z obozu za chwilę
Wróci posłaniec — (spostrzegając Zarembę)
Lecz oto nadchodzi.
Jakież nowiny?
ZAREMBA.
Niepomyślne zgoła —
Twarde warunki rokoszanin kładzie;
Wiara schyliła uznojone czoła,
A syn twój został u wrogów w zakładzie.

KARLIŃSKI.
A jak z okupem?
ZAREMBA.
Cóż poczniesz z hołotą,
Jeno się z mojej naśmieli szczerości:
„A co to stary — niesiesz złoto, złoto,
Daj sam — jest za co, będziemy grać w kości”.
I to co miałem połknęli mi gładko.
KARLIŃSKA.
A cóż mi starcze niesiesz za nowiny?
Nie masz litości nademną — jam matką,
Ja pragnę wiedzieć co tam mój jedyny
Pieszczoch porabia — czy mu tam, na mrozie,
Jest aby na czem przespać się w obozie,
Bo to tak zimno — a otwarte pole.
ZAREMBA.
Właśnie chcę mówić: widziałem pacholę,
W braku kołyski tarczę wyścielono,
Na wroga szczycie pacholę złożono —
Spało, gdym przyszedł.
KARLIŃSKI.
Zły to znak to spanie,
Kto legł na tarczy nie łacno z niej wstanie
KARLIŃSKA.
Dobra noc synu — sklej senne powieki —
Kto wie, czyś dla mnie nie zasnął na wieki!
KARLIŃSKI.
I cóż tam jeszcze — mów mi prawdę nagą.
ZAREMBA (wskazując na Karlińską).
Wodzu — lecz —
KARLIŃSKA.
Mów, mów, ja słucham z odwagą.
ZAREMBA.
Ano, wieść smutna do mnie się przedarła,
Bo mi ją chcieli zataić niecnoty,

Nasza panienka najmilsza umarła!
Nie mogąc przenieść na chwilę sromoty,
W ręku skonała staroście —
KARLIŃSKA.
Tak, Hanna
Umarła czysta.
KARLIŃSKI.
Hosanna, hosanna!
Chwała bądź Panu na niebie wysokiem,
Że strzegł imienia naszego i domu!
Lepiej że tam się skryła za obłokiem,
Niśli by wróg ją owiał chmurą sromu.
KARLIŃSKA.
O biedna siostro!
KARLIŃSKI.
Cóż mi niesiesz dalej?
ZAREMBA.
A cóż, złe wszystko — warunki podali
Twarde —
KARLIŃSKI.
Lecz jakie?
ZAREMBA.
Jeżeli o świcie,
Dzisiaj, mówili — broni nie złożycie,
Jeżeli zanim trzeci kur zapieje,
Z murów chorągiew biała nie powieje,
Zginiecie wszyscy —
KARLIŃSKA.
Lecz dziecię, cóż dziecię?
ZAREMBA.
Pani, mówili że wszyscy zginiecie!
KARLIŃSKI (do Zaremby).
Choćby tak padło, niech wiedzą nieczuli,
Że mi nad syna droższą ziemią matka —

Dopóki starczy mi prochu i kuli,
Murów tych bronić będę do ostatka!
Lecz gwiazdy gasną — bierz hyżo na wały!
Walka to będzie straszna — Bóg to widzi.
Słuchaj, gdy znajdziesz szmat chorągwi białej,
Podrzej ją w sztuki, niech wróg z nas nie szydzi.
Idź, w pogotowiu niech stoją puszkarze!
Za pośpiech starcze dajesz własną głowę —
Czekać dopóki strzelać nie rozkażę,
Lecz wszystko ma być do szturmu gotowe.
(Zaremba wychodzi).


SCENA II.
KARLIŃSKI (zwracając się do żony).
Nie płacz Barbaro! tu łzy nie pomogą,
Najświętszą sprawę trza okupić drogo,
Bóg dał, Bóg weźmie — o wolałbym raczej
Na ołtarz kraju dać żywot biedaczy,
I własną głowę położyć pod topór,
Niśli to dziecię. — Chcieć im stawiać opór —
Próżno nadzieja do mnie się uśmiecha —
W sercu mem wyją strasznej groźby echa:
Będziesz zabójcą! Precz okropna maro,
Co w duszy na mnie wołasz z wielkim krzykiem:
Odwagi, skoro nie mogę ofiarą —
Miłej ojczyźnie będę ofiarnikiem.
KARLIŃSKA.
Ty ofiarnikiem? zaliż kraj wymaga
Takiej objaty przed Bogiem i światem —
Żona cię prosi, matka u nóg błaga,
Własnego dziecka wszak nie będziesz katem?
KARLIŃSKI (surowo).
Niewiasto!
KARLIŃSKA.
Jam je przy piersi nosiła,
Na przyszłą kraju gotowałam chlubę;

Lecz mi przemocy wydarła go siła,
A własny ojciec obmyśla nań zgubę.
KARLIŃSKI (czulej).
Żono!
KARLIŃSKA.
O pomnij, że to nasz najmłodszy!
Siedmiu już dałeś ojczyźnie w ofierze,
Nasz Beniamin najmilszy, najsłodszy —
Zaliż i tego Stwórca mi zabierze,
Nieczułą ręką własnego rodzica —?
KARLIŃSKI.
Bóg ma w opiece i starce i dzieci —
Jeśli go stracim —
KARLIŃSKA (z wybuchem)
Ja będę jak lwica
Bronić dziecięcia, mojego dziecięcia,
I chyba z życiem co za niem uleci,
Z macierzyńskiego wydrzesz je objęcia.
KARLIŃSKI.
Przestań już, przestań — wszak ja ojcem przecie,
I pocóż w pierś mą wbijać ostre noże.
Wszak i ja żono kocham moje dziecię,
Jak rodzic własne dziecię kochać może.
Jam w niem położył całą ufność moję,
Podporę wieku marzył w tej dziecinie,
Przy niej mieć chciałem bespieczną ostoję,
Gdy łódź żywota do brzegu dopłynie.
On miał uświetnić mą tarczę herbową —
Domowi memu nowej dodać chwały:
Stokroć w snach moich ponad jego głową
Widziałem wieniec z wawrzynu wspaniały —
I naraz wszystko niby senna mara,
Prysło przedemną, het — aż w przepaść ciemną!
Panie — straszna goryczy Twej czara,
Jeślim zasłużył — zlituj się nademną.
(Zaremba wchodzi).


SCENA III.
CIŻ i ZAREMBA.
ZAREMBA.
Wodzu, czas działać — bo widzę, z daleka
Niemców się mnogość leje jako rzeka —
Wróg szturm przypuszcza — a chwila nie minie.
Mniejsza tam o nas, ale syn twój zginie.
KARLIŃSKI.
Skąd ci się wzięło, skąd syn do tej sprawy!
Jeżeli zginiem, to ten zastęp wraży
Za syna weźmie okup suty, krwawy!
A jeśli szala fortuny przeważy,
I wróg odparty, zwyciężony wszędzie —
ZAREMBA (przerywając).
To i tak panie syn twój żyć nie będzie.
KARLIŃSKA.
Cóż to za słowa okropne — mów jaśnie —
ZAREMBA.
Więc stałem sobie u wyłomu właśnie,
I bystrem okiem patrzyłem przed siebie —
Śnieg lekko pruszył — może ich zagrzebie —
Myślałem w duchu gdy większy popada.
Naraz ta cała w obozie gromada,
Halabard, koni, chorągwi i ludzi,
Nagle się rusza, niby ze znu budzi —
Jak smok wyrasta w kolumnę olbrzymią:
Wloką się działa i pochodnie dymią.
Ha, więc im pilno nabawić się sromu!
Krzyknę na swoich: „czuj duch, strzedz wyłomu!”
I patrzę dalej — aż w tem —
KARLIŃSKA.
Panno złota
Z Jasnego Wzgórza! jak on słowa cedzi —
KARLIŃSKI.
I cóżeś ujrzał?

ZAREMBA.
Przed wojskiem — Dorota,
A na jej ręku nasz paniczyk siedzi,
A niańka płachtą owija mu nogi
Aby nie zmarzły. Więc ja do załogi:
„Patrzeć tam — wiara!” Dłoń w kułak — spojrzeli,
I choć nic więcej nie rzekłem do wiary,
Każdy się żegnał, chcąc odgonić czary,
Bo oni, wodzu, wszystko zrozumieli —
KARLIŃSKI.
Więc to był syn mój?
KARLIŃSKA.
Słyszysz niewzruszony!
Wróg przeciw tobie szuka w nim osłony;
Zanim twa kula jego szereg zmiecie,
Naprzód twe własne podruzgota dziecię.
ZAREMBA.
Wodzu, czas nagli —
KARLIŃSKA.
Mężu! daj odprawę —
Patrz, serce moje rozpęknie się krwawe.
Pomnisz, on nieraz szczebiocząc wesoło,
Na szyję twoją zawieszał ramiona,
Do piersi twojej tulił białe czoło,
Jak gdyby mówił: „tu moja obrona!”
On czuł dziecięciem, że kiedyś twe ramię,
Krok jego młody w życiu poprowadzi,
Że serce twoje praw ojca nie złamie,
Że rodzic dziecka własnego nie zdradzi.
I tak już w zamku zabrakło żywności,
Dziś, jutro — zewnątrz wrogi go obsadzą, —
Każ most opuścić — o mężu! litości!
Wszak za tę twierdzę syna ci oddadzą.
KARLIŃSKI.
Powrócą dziecko — o straszne tortury —
Lecz utraconą kto mi cześć powróci?

Za krew dziecięcia, choć oddam te mury,
To ono potem klątwę na mnie rzuci —
KARLIŃSKA.
Syn twój?
KARLIŃSKI.
Zoczywszy, jak od ojca stronią,
Jak piętno hańby o próg się zahaczy,
Stanie przedemną, zakrywszy twarz dłonią,
I spyta, czemuś nie zabił mię raczej?
KARLIŃSKA.
Lecz ja cię błagać będę do ostatka,
Litości szukać w twojej chmurnej twarzy:
Ma prawa swoje ojczyzna — ma matka,
Rzuć je na szalę — patrz, która przeważy?
KARLIŃSKI.
O Panie, straszną zsyłasz na mnie próbę!
Nad czołem moim widzę miecz Twój nagi,
Własne mi dziecko wieść każesz na zgubę,
Ale nie pytasz czy starczy odwagi!
Jaka jest boleść dla ojca najsroższa,
Wszystka mi ducha osłabia i gniecie!
(Otrząsając się:)
Lecz Karlińskiemu ziemia ojców droższa,
Nad własną boleść, i nad własne dziecię —
Ha, lont mi podaj —
KARLIŃSKA.
Boże!
KARLIŃSKI.
O mój synu!
W takąż mi przyszło wyprawiać cię drogę.
(Chce lont przyłożyć — pauza — opuszcza rękę.)
Serce mi pęka, sił brakło do czynu,
Precz, precz z tym lontem — ja strzelać nie mogę!
KARLIŃSKA.
Mężu! Bóg święte zsyła ci natchnienie,
Bo on sercami człowieczemi władnie:

Ukórz się przed nim i ukój cierpienie,
Niech na twą głowę krew dziecka nie spadnie!
KARLIŃSKI.
O tak, nie na mnie, lecz niechaj na wroga,
Krew ta upadnie i toczy mu ciało,
I niech o pomstę wciąż bije do Boga! —
(Do Zaremby:)
Do mnie mój druhu! sam tu, podpal działo!
ZAREMBA (przyklękając).
Wodzu! to dziecię, to syn twój jedyny;
Ty sam zostaniesz w świecie jak sierota,
Bóg boleść twoją policzy za czyny —
Wodzu — ja pójdę i otworzę wrota.
O! stokroć lepiej poddaj im się. — Dłużej
Trudno już walczyć, nie bądź dla mnie głuchy;
Wszak nam nie nagną szyi do obróży,
Ani nam ducha nie skują w łańcuchy. —
KARLIŃSKI.
Precz, precz odemnie! tak nie mówią męże!
Zaliż zniewaga spodleniem się płaci?
U nóg siepaczów jak gady i węże,
Czołgać się mamy, lub ściskać jak braci?
O Polsko biedna — więc już się jednoczy
Niewolnik z katem, i stopy mu liże?
O Panie! straszne zsyłałeś już krzyże,
Ale od tego daj odwrócić oczy.
(Odtrąca od nóg Zarembę.)
KARLIŃSKA (do Zaremby cicho).
Ratuj mi syna, gdy ojciec nie może,
Wróć biednej matce jej dziecko jedyne.
ZAREMBA.
Zbiorę więc zaraz ochoczą drużynę,
Zrobię zasadzkę — reszcie Bóg pomoże.
(Wychodzi.)


SCENA IV.
KARLIŃSCY.
KARLIŃSKA.
Mężu, on obcy naszemu dziecięciu,
A łza litości u powiek mu drżała —
Słyszysz, za chwilę może już w objęciu,
Syna, mojego syna będę miała.
Daj się przebłagać! —
KARLIŃSKI.
O jakież katusze!
Żono, ty nie wiesz że każda łza z oka
Twego, jak kamień spada mi na duszę,
I na mej piersi ciąży jak opoka.
Tyś mi kazała w zapomnienia szale,
Miłość ojczyzny kłaść z twoją na wagę;
Ja teraz moją dorzucam na szalę,
Która przeważy — patrz, gdy masz odwagę.
KARLIŃSKA.
Lecz rozważ — co cię król Zygmunt obchodzi;
Nie znasz go w oczy, on tobie nieznany.
Czy on ci syna twego oswobodzi,
Czy wróci chociaż krwi kroplę przelanej?
KARLIŃSKI.
Tak, ja go nie znam — lecz po jego stronie,
Cnota stać każe i cześć niewzruszona.
Jego już widzę u steru — na tronie,
Naród go wybrał — więc sprawa skończona.
Toć jak przekupniarz stałbym się najlichszy,
Gdybym się pytał kto trud mój zapłaci? —
Wbrew temu stawam — kto tu w kraju wichrzy,
Z narodem trzymam i zginę za braci —
Gdyby mi padło żywot dać w ofierze,
Dałbym z ochotą dla ojczyzny mojej
I dziś gdy Stwórca syna mego bierze —
Do tej ofiary — serce me uzbroi —

A ty idź żono do swojej kaplicy,
I przed ołtarzem błagaj Boga w niebie:
Niechaj podwoi bystrość mej źrenicy
Abym nie chybił —! Dla siebie —
KARLIŃSKA (kończąc).
Dla siebie
O cóż się będę Panu naprzykrzała —
Jam już odważna, patrz, mam suche oczy,
Jam już łzy wszystkie dawno wypłakała,
Teraz się jeno z nich wolno krew toczy — —
O! teraz we mnie siła wielka, wielka,
Bespiecznie mieczem godzić w pierś mą można —
Jam Polka przecie — jam obywatelka —
Ja syna święcę — (pada)
KARLIŃSKI (do straży).
Wynieść ją z ostrożna.
(Postępując na proscenium.)
Ostatnia wreszcie zbliża się godzina —
Zda się, że na mnie cała Polska woła:
„Nie trwóż się przelać krwi twojego syna,
Abrahamowi Bóg zesłał anioła,
I tobie z niebios nadejdzie pociecha!”
(Gwar za sceną.)
Pieśni wojennej dolatują echa —
To wrogi moje na zwycięstwo pieją.
Wcześnie wam jeszcze cieszyć się nadzieją:
Choć mi ten wieniec gotujecie krwawy,
Hańbą się nigdy nie splamię, nie zmażę —
Ani się świętej wyprę mojej sprawy,
Jeno stać będę jak ojczyzna każe!
Więc niech się spełni —
(Zbliża się do wyłomu i za wałami spostrzega syna.)
Boże! ach to dziécię!
Widzę je, widzę! wyciąga rączęta,
Twarz jego zda się mówić uśmiechnięta:
— Ojcze, ty kochasz mię więcej niż życie,
I niż ojczyznę — powinność — cześć własną?
O nie, idź synu twoją drogą jasną,

Pierwej ojczyźnie wierność ślubowałem,
I pierw Polakiem niż ojcem zostałem.[1]
(Słychać trąbkę.)
Cóż to za hałas, wrzask trąby złowrogi?
(Zaremba wprowadza Stadnickiego.)
Ha! to ten szatan!


SCENA V.
KARLIŃSKI. ZAREMBA, STADNICKI.
ZAREMBA.
Przytarte ma rogi.
Nasi na obóz napadli z nienacka!
Przez krótką chwilę kipiał bój złowrogi,
Lecz nam się jakoś udała zasadzka.
Ano — ten ptaszek, już się nie wywinie.
(Odchodzi do wyłomu.)
KARLlŃSKI (z goryczą).
Panie Stadnicki! tu, w takiej godzinie,
Patrzyć, czy ręka ojcu nie zadrżała,
Gdy ją złość twoja ciągnęła do działa? —
(gwałtownie)
Słuchaj szatanie — tyś to dziecię moje,
Przed wojsk kolumną kazał nieść na czele,
I mnie krwią bluzgasz — ja się krwi tej boję!
Strzelaj — gdy możesz.
STADNICKI.
Z palca nie wystrzelę!
Każ mi lont podać.
KARLIŃSKI.
Masz! przekleństwo tobie!
Lecz kończ, przez litość, mnie drży z twogi[2] ręka —
STADNICKI (zbliża się i spostrzega dziecinę.)
Dziecko! — Precz z lontem — nie, tego nie zrobię,
Starcze, piekielna, piekielna to męka

Strzelać do dziecka — nawet w mojej duszy,
Takich pomysłów szatan nie układa.
Szalony starcze, ja z dziećmi nie toczę
Wojny, a krwi chcesz, to ci jej utoczę
Tyle — aż skąpiesz się po same uszy —
Każ dom podpalić brata czy sąsiada
Podpalę — własnej nie oszczędzę duszy,
Lecz to straszniejsze niż zemsta i zdrada!
ZAREMBA.
Wodzu mój! chwili do straty nie mamy!
Już wał zdobyty, garstka naszych kona,
Wróg toporami wybija nam bramy —
KARLIŃSKI.
Lont, lont mi podaj! — (strzela)
Ofiara spełniona!
(Pauza.)
Idź, zobacz co tam? — (Zaremba wychodzi i wraca po chwili)
Jak mi serce bije —
Bóg jest miłościw — o ja wierzę, wierzę,
On mi dziecięcia mego nie zabierze!
ZAREMBA.
Niemce odparto.
KARLIŃSKI.
A syn mój?
ZAREMBA.
Nie żyje!
KARLIŃSKI.
W oczach mi ciemno!
STADNICKI.
Nie rozpaczaj stary,
Pociesz się, będziesz miał trupa do pary!
(Przebija się.)

(Zasłona spada.)









  1. Historyczne.
  2. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — trwogi





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Bełza.