Katorżnik/Rozdział XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Siwiński
Tytuł Katorżnik
Podtytuł czyli Pamiętniki Sybiraka
Wydawca Spółka Wydawnicza Polska
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Rozdział xiii.

Etapem.

Dante, w swej nieśmiertelnej, boskiej komedyi opisał nam piekło w całej okropności, zapomniał jednak dodać, że droga przez piekło, to jest właśnie owa droga etapem przez Sybir!
Gdyby Moskale żadnem więzieniem nikogo nie karali, mogliby nawet znieść karę śmierci — bo najzupełniej wystarczyłoby za wszelkie kary, gdyby tylko zasądzili człowieka, aby zamiast ponosić karę śmierci, przeszedł tym etapnym porządkiem, bodaj tylko z Tobolska do Irkucka! Droga ta, czyli pochód ów, jest drogą i pochodem przez samo dno piekieł! Etap opisałem już w poprzednim rozdziale, tu dodam jeszcze i to, że każdy taki etap jest otoczony palisadem czyli ostrokołem tak, że światu bożego nie widać zeń, gdyż ów ostrokół jest bardzo wysoki. Po za tym ostrokołem stoi żołnierz na warcie, raz po raz, całą noc z całego gardła krzyczy: słuszaj!
Partya składa się z politycznych i niepolitycznych, ze zbrodniarzy, rozbójników, brodiagów różnej narodowości i religii; lecz w tym steku ludzkiej mieszaniny nie znajdziesz żadnego człowieka w całem tego słowa znaczeniu, ani się nie dopytasz o żadną religię. Ten tłum nie zna ani Boga, ani szatana — jest niepomniszczy, jak sam powiada — on już tak całe życie chodzi, jak ów żyd wieczny Eugeniusza Sue... Z tych 12.000, które rząd rok rocznie wysyła do Syberyi, powstało owo perpetuum mobile, które wiecznie idzie w Sybir, wiecznie z drogi ucieka, wiecznie go łapią, piętnują i znów szlą — i tak bez końca!
Partya taka składa się od 300 do 400 osób.
Nasza partya, gdy wyszła z Tobolska miała 260 osób, z tych nas politycznych było 80, a zaś owych brygantów było 180. Nie długo jednak cieszyliśmy się tem, że będziemy mieć na etapach dogodnie z powodu małej liczby, gdyż wkrótce z każdego następnego szpitala i z każdego następnego miasta przybywało i rosło aż urosło do 300. Każdy oficer etapny otrzymuje z kasy rządowej pewną ilość pieniędzy, które ma na wypłatę żołdu dziennego dla partyi. Żołd taki dzienny wynosi przeciętnie po 5 kopiejek na osobę, na katorżnika a nie na szlachcica — na szlachcica zaś, który nie jest pozbawiony wszelkich praw, wynosi 15 kopiejek. Tu jeszcze wypada mi objaśnić czytelnika z tą mianowicie okolicznością, jaki właściwie dla kogo zapadł wyrok. Jeżeli wyrok zapadnie z pozbawieniem praw, to wówczas choćbyś był nie tylko szlachcicem, ale hrabią lub księciem nawet, to jednak z pozbawieniem praw stajesz się niczem, jesteś zwykłym katorżnikiem i nic więcej. Kto więc jest do robót katorżnych zasądzony, to już tem samem jest pozbawiony wsiech praw dostojanija, jak nazywają. Kto zaś internowany w Sybir bez pozbawienia praw, temu się należy dziennego żołdu 15 kopiejek i furmanka do jazdy. My braliśmy w najlepszych tylko warunkach po 5 kop. dziennego żołdu, a były i takie miejscowości, że nam dawano tylko po 3 kop. Wobec tego pomyśl kochany czytelniku mój, jak można było wyżyć z 3, a choćby nawet i z 5 kop.?
Otóż posłuchaj! Rano przed odejściem, kupowało się bocheneczek chleba za 8 kopiejek i „krymkę“ czyli garczek mleka za 4 kopiejki i to się zjadało we czterech — po przybyciu na następną stacyę powtarzało znów to samo i to stanowiło nasze pożywienie — pojedyńczo zaś, absolutnie nie można było wyjść na swoje. Wobec takich warunków odżywiania i przy ciągłym absorbowaniu sił, większa połowa szła do szpitali na tyfus i dalsze gorączki i szkorbuty, powstałe z wycieńczenia.
Rząd, aby sam owego żołdu nie był zmuszony każdemu z osobna wypłacać, ustanowił prawo, aby każda taka partya miała swego przedstawiciela, którego się zwie starostą. Taki starosta partyjny ma nie ladajaką władzę! On reprezentuje całą partyę, on jeden tylko może konferować z władzami, upominać o wszystko i dla wszystkich — on ma dbać o porządek partyjny, bo w razie nieporządku on odpowiada i jest karany rózgami — on nareszcie rozdziela podajanie czyli jałmużny, które otrzymuje partya w każdej wsi od ludności miejscowej, jako to: chleb, kołacze, jaja lub pieniądze. Gdy partya aresztancka zbliża się do wsi, wówczas na sam front występują śpiewacy, którzy rozpoczynają pieśń żałosną o swej doli i na żałosną zawsze nutę, jak to oni nieszczęśliwi tułacze i wygnańcy, proszą o litość nad sobą i o wsparcie czyli podajanie. Pieśń ta jedna i ta sama i na tę samą nutę śpiewana bywa przez cały Sybir i we wszystkich partyach i niema prawie domu, z któregoby coś nie podano, coś nie wyniesiono dla nieszczasnych, jak ich tu nazywają. Jeżeli czasem partya w ciągu dnia przechodzi przez dwie lub więcej wsi — co się jednak rzadko zdarza — to wówczas nazbiera kilka worów owego podajania tak, że ma tego dnia czem żyć, a tem samem pieniądze żołdowe zaoszczędzić może na gorsze czasy.
Jaka tu wogóle, tak w Rosyi jako i Syberyi panuje gościnność, to już chyba nie nadybałbyś między żadnymi narodami świata większej gościnności, co tłómaczy się po części tem, że narody tamtejsze nigdy jutra nie pewne, a stąd daje się łatwo wyciągnąć wniosek, że co komu dziś, to jutro może się i mnie przytrafić — lub tem, że obecni mieszkańcy byli sami kiedyś tem, czem ta dzisiejsza partya, gdyż faktem jest, iż cała ludność Syberyi rekrutuje się z takiego społeczeństwa — z osiedleńców. Wobec tego czyż dziwno nam będzie, że owe tysiące aresztantów-uciekinierów mają tu swe schronisko w tych tajgach? Oni tu pracują za pożywienie, oni tu w tych tajgach orzą, sieją, koszą — a gdy ich się dużo nazbiera a inni napływają — to znów idą do innej wsi, do innej tajgi, tam znów biorą się do roboty i tak idą, idą przez cały Sybir, bo tu ich nikt nie wyda, bo tu ich nikt nie zdradzi — aż dopiero w Rosyi ich łapią i znów na nowo szlą na Sybir.
Nic też dziwnego, że chłop sybirski daje chętnie owo podajanie każdej partyi, gdyż za to on sam nic a nic robić nie potrzebuje.
Tutejszy mużyk (chłop), gdy wstanie i zje śniadanie, to zabiera się i idzie do kabaku (karczmy) napić się wadki i grać w karty aż do południa lub do wieczora.
Warunki życia materyalnego są tu świetne! tutaj funt mięsa wołowego kosztuje 3 kopiejki!
Chłop tutejszy jest zamożny i uprawia tyle pola, ile może i chce — lub wycina tyle drzewa w lesie, ile mu potrzeba — bo tak ta ziemia dziewicza, jak i owe lasy dziewicze, są własnością cara samodzierżcy, który jeden na ziemi, tak jak jest jeden Bóg na niebie!
Gdyby nie owe mrozy, nie te pustkowia, nie ta tęsknota za ziemią ojczystą — gdyby ten kraj był ucywilizowany — to możnaby go śmiało nazwać krajem mlekiem i miodem płynącym, a najlepszy dowód w tem, że my za 5 kopiejek wyżyć mogli, będąc więźniami — a cóż dopiero na wolności?
Zbyt oddaliłem się od przedmiotu mego opowiadania i poszedłem aż na stepy i tajgi — lecz czas mi już powrócić na etap i opisać starostę partyjnego. Otóż, jak to już nadmieniłem, każda partya musi mieć takiego starostę, wybranego ze swego grona. Na takiego to starostę wybiera partya zwykle największego zbrodniarza — kajdaniarza, takiego osobnika, co na całe życie jest skazany, i takiego, który ma lwią odwagę samemu nawet dyabłu napluć w oczy — który niema nic do stracenia i który już kilkakrotnie odbywał tę podróż, zna doskonale stosunki i władze — takiego robi partya starostą! Wyobraź sobie kochany czytelniku, że i my chociaż polityczni, chociaż Polacy, chociaż ucywilizowani — a jednak musieliśmy podlegać władzy takiego starosty partyjnego i nie mieliśmy prócz niego żadnej innej władzy ani opieki, gdyż taki komendant etapu nikogo nie chce znać, od nikogo żadnych zażaleń nie przyjmuje tylko od jednego starosty. W takich warunkach jeżelibyś długo pozostał, to utracisz wszelkie piękno, wszelką etykę — utracisz zmysły, utracisz czucie i — powoli, powoli staniesz się idyotą tak zwyrodniałym, jak i to całe otoczenie.
Jest prawo aresztanckie, że dla kajdaniarzy przeznaczone są tak zwane nary, czyli prycze w salach etapnych do spania. Otóż, gdyby kto inny, choćby nie wiem jak chory, śmiał na owych narach się położyć, toby pewnie dostał kajdanami w łeb; prawa albowiem tego nikomu nie wolno przekroczyć, kto niema kajdan. Myśmy prosili owego pana starostę, aby dla nas politycznych wyznaczyła partya jednę salę, abyśmy w niej sami tylko być mogli, lecz pan starosta na to nie przystał, aż dopiero gdyśmy się za to ustępstwo zrzekli owego podajania, owej jałmużny z równego podziału, dopiero nam wolno było zajmować i to tylko na całym etapie, tam gdzieśmy dniówkę odbywali — osobną salę, w której się nas mieściło ośmdziesięciu! Jeżeli na pełnym etapie, tam gdzie wszystkie ubikacye są o połowę większe od pół-etapu, była ciasnota, to możesz sobie drogi bracie wyobrazić, co za ścisk, co za ciasnota panowała na pół-etapach!
Abyś miał przedsmak tego — to posłuchaj:
Do stacyi, na której jest tylko pół-etap, przychodzi partya w nocy (bo zrobiła może z 5 mil w kajdanach) — głodna, okurzona śniegiem, lub zmoczona do nitki od deszczu — każdy zmęczony, znużony, pragnie położyć się i spać — nie zważając nawet na jadło — lecz partya składa się z 400 ludzi, a etap był zbudowany tylko na 200; więc dla dwustu niema miejsca — partya zatem nie lega, lecz prasuje się — ludzie leżą na sobie, pod sobą, siedzą, klęczą lub stoją oparci o ściany — przeklinają i złorzeczą całemu światu — istne piekło — istne szatany! Ile to razy ja sam byłem kontent, jeżeli mogłem oprzeć głowę o poraszkę, o ów „kibel“, z którego exkrementa ludzkie kipiały z przepełnienia!
O! jeżeli mi kochany czytelniku nie wierzysz i myślisz może, że przesadzam lub poluję na efekt — to ja ci powiem, że nie znasz dotąd ani świata, ani ludzi — bo w dziejach świata wszystko już było!...
Na pół-etapach niema ustanowionego porządku, tu panuje prawo mocniejszego, prawo pięści i kułaka. Gdy tylko partya cała u bramy etapowej się zgromadzi, gdy podoficer po raz dziesiąty przeliczy i gdy na dany znak bramę otworzą, to cała partya brygantów pędzi na złamanie karku, odpycha i kułakuje innych, aby tylko dopaść nar, aby tylko módz leżeć całą noc — biada jednak tym, którzy w tej walce zostali obaleni o ziemię! bo po nich wszyscy będą tratować. — Takie stosunki tam panują i tak mało tam potrzeba do szczęścia!
Najgorszą plagą jest to, że w owych etapach wogóle niema wychodków tuż obok, a choćby nawet i na kurytarzach — lecz „kibel“ wstawiają do sali przepełnionej i drzwi od kurytarza zamykają. Jakie powietrze panuje w sali, która mieści w sobie sto osób cuchnących, brudnych, dziegciem przesiąkniętych — to przechodzi najbujniejszą imaginacyę! Powietrze przesycone gazami amoniakalnemi jest tak ciężkie, że lampa wprost gaśnie! Że jednak pomimo takich higienicznych warunków płuca nam od tego wszystkiego nie sparszywiały i że dotąd człowiek żyje — to zapewne ma do zawdzięczenia Opatrzności w pierwszym rzędzie, a powtóre młodzieńczemu wiekowi.
Choćbym mógł wiele, wiele jeszcze mówić i pisać o tych okropnościach, o tych ofiarach i szkieletach wynędzniałych, wycieńczonych głodem i pochodem, o tych szpitalach etapnych, które są ciągle przepełnione tymi nieszczęśnikami, którzy w nich szukają pomocy lekarskiej lub odpoczynku, a znajdują takie same a czasem nawet i gorsze warunki, bo najpierw, że nie wiele może wzbudzić współczucia taki katorżnik-kajdaniarz, a powtóre, że lekarze zjawiają się w owych szpitalach raz, a najwięcej dwa razy na tydzień, co znów stąd pochodzi, że lekarz taki dojeżdża z miasteczka o mil kilka lub kilkanaście odległego, a powtóre, że taki lekarz ma kilka etapów czyli szpitali etapnych w swem rewirze i dlatego nie jest nawet w stanie zająć się chorym. Cała tedy opieka lekarska ogranicza się na prostym felczerze, częstokroć osiedleńcu i podobnego pokroju, jak i cała partya.
Również wiele bym mógł pisać o tej walce staczanej co dnia na etapach i pół-etapach, gdzie tylko zapomocą pięści można było dostać bochenek chleba lub „krymkę“ mleka zmarzniętego! Kto tego nie dokazał, to marł z głodu, gdyż więcej było kupujących aniżeli sprzedających. Partya nieraz przeszła pięć mil drogi w kajdanach, szła cały dzień o lichem śniadaniu, a gdy przybyła do stacyi, była już noc. Przekupki, które czekały na nadejście partyi, w części się porozchodziły — zostało zaledwie parę — a tu wszyscy chcą jeść! Otóż powstaje walka o chleb, walka o mleko — kto silny a bezczelny ten kupił i zjadł, a kto nie miał odwagi, został odepchnięty lub wypoliczkowany przez bryganta lub brodiagę i poszedł o głodzie spać. Takie stosunki powtarzały się każdego dnia i na każdej stacyi.
Na to wszystko jednak spuszczam kurtynę i zostawiam to sprawiedliwości Bożej do sądzenia; to tylko jeszcze nadmienię, że jedyną korzyść jaką odnieśliśmy z tego obcowania z kajdaniarzami było to, że nauczyliśmy się nosić i chodzić w kajdanach. Aby módz, o ile to możliwem jest, chodzić w kajdanach, to trzeba sobie najpierw łańcuch kajdanowy przymocować na sznurku do pasa, a zaś obręcz opasującą nogę od strony zewnętrznej też uwiązać i umocować wyżej łydki, pod kolanem, aby obręcz leżała równolegle i aby nie obcierała nogi, bez tego przyrządu nie możnaby było robić nam każdego dnia od 3 do 5 mil, czyli od 24 do 40 wiorst drogi, albowiem stacye etapne mają taką mniej więcej odległość. Tym sposobem przebyliśmy więcej niż 1000 wiorst pieszo i w kajdanach!
Lecz nie koniec jeszcze na tem.
Jeżeli partya taka ma opinię błahonadiożnej, t. j. spokojnej partyi, na tedy wszystko idzie zwykłym trybem; lecz niechno jaka jednostka poważy się władzy w czem sprzeciwić, wystąpić z jakiem żądaniem, lub upomnieć się o co ośmieli, o! wtedy cała partya dostaje dyby łańcuchowe na ręce i tak skuta po sześciu, musi iść czy deszcz czyli też mróz trzaskający! Ja od czasu zakucia mnie w cytadeli warszawskiej, nosiłem kajdany przez całe 5 lat! Mówią, że więźnia, który lat kilka był na galerach i włóczył kulę przykutą do nogi, można rozpoznać po tem, że już do śmierci będzie ową nogę włóczył za sobą — tak podobnie i ja włóczę moje nożyska, trochę to od kajdan a trochę i od starości.
W takich to warunkach szliśmy ciągle a ciągle w kierunku wschodnim, zbliżając się do miejsca przeznaczenia, szliśmy całe 16 miesięcy, szliśmy rok i miesięcy cztery!
Całej tej podróży nie będę opisywał szczegółowo, nie będę przytaczał każdej stacyi po jej nazwisku, choć je mam dotąd spisane w mych pamiętnikach — boby to wiele zabrało miejsca — lecz ograniczę się tylko do niektórych miast i rzek, które swym ogromem zasługują na to wspomnienie, jak np. taka rzeka jak Jenisej lub taki Obi. Są to bezwątpienia najpiękniejsze rzeki Syberyi!
Otóż wyruszywszy z Tobolska w dniu 20. grudnia 1863 roku, szliśmy tak od stacyi do stacyi, czyli dwa dni idąc a dzień odpoczywając — szliśmy pomiędzy Tatary, Czeremisy, Czuwasy i Rosyan osiedleńców — do stacyi Czystiakowska, gdzie z powodu roztopów, tudzież ruszenia lodów na rzekach, musieliśmy odbywać czterdziestodniową kwarantannę.
Tutaj jakiekolwiek miasto należy do białych kruków i trzeba nieraz przejść kilkanaście a czasem i kilkadziesiąt mil nim się na tej drodze człowiek z miastem zdybie, a przecież to jest jedyna droga i linia telegraficzna przez Sybir!
Wyszedłszy z Czystiakowska, gdy już na nowo lody na rzekach stanęły, przybyliśmy do miasta Tory. O trzy stacye za Torą przechodziliśmy po lodzie przez rzekę Irtysz. Następnie po długim przeciągu czasu przybyliśmy do miasta Kańska. Z Kańska przybyliśmy znów do miasta Koływania. Miasto Koływań leży nad ową olbrzymią rzeką Obi. Z Koływania szliśmy lodem przez Obi na wyspę Ota-Orski-Dom zwaną. Z tej osady czyli z tej wyspy Ota-Orski-Dom, szliśmy jeszcze całą wiorstę przez rzekę Obi po lodzie. Tak idąc i idąc przybyliśmy do gubernialnego miasta Tomska, przeprawiwszy się poprzednio pod samem miastem przez rzekę Tom po lodzie. W Tomsku byliśmy zatrzymani dla nieznanych nam powodów przez cały miesiąc. W ciągu tego czasu przybyły cztery nowe partye a z niemi sporo naszych braci. Skutkiem tego więzienia się przepełniły i powstał ruch towarzyski. Tutaj potworzyły się rozmaite partye, powstały rozmaite intrygi, rzucano rozmaite kalumnie, wytykano palcami szpiegów jeszcze z powstania na usługach Moskwy będących, a dziś zesłanych w Sybir; powstały sądy i wyroki na zdrajców i przeróżne awantury, o tyle przykre i nieuzasadnione, że stronie nie dano czasu, aby się mogła z danego zarzutu oczyścić, lecz bezwzględnie potępiono i wykluczono z towarzystwa. Te i tym podobne awantury wywoływane przez ludzi krewkich i wątpliwych tak nam obrzydły, że z upragnieniem już wyglądaliśmy tej chwili, aby się od tego towarzystwa uwolnić. W końcu nastąpił ten dzień upragniony i wysłano nas w dalszy pochód, lecz już w innem towarzystwie, tak naszych, jak i brygantów.
Następnem miastem za Tomskiem jest miasto Marińsk. Z Marińska znów przebyliśmy rzekę Kiję, a następnie rzekę Krasnę i przybyliśmy do drugiego, a właściwie po Tobolsku do trzeciego już miasta gubernialnego, Krasnojarska. Miasto Krasnojarsk czyli Jenisejsk położone jest nad dwoma rzekami: Krasną i Jenisejem; stąd i jego podwójna nazwa: Krasnojarsk lub Jenisejsk. Okolica Krasnojarska jest największą plagą w Syberyi! Tu bowiem wskutek bagien i moczarów panuje owa plaga „moskitów“. Moskity lęgną się w owych moczarach miliardami jako muszki i literalnie wypełniają i zagęszczają powietrze! Nikt tutaj z mieszkańców letnią porą nie może nic ani robić w polu, ani podróżować, nie przywdziawszy włósiennej lub drucianej maski na twarz. Owad ten, jest tak dokuczliwy i natrętny, że lizie w usta, w nos, w oczy, w uszy — wypełnia przestrzenie powietrzne, nim oddychasz, połykasz go i nie możesz dać sobie rady; odurzejesz i gotóweś zwaryować! Wobec tej strasznej plagi partye nasze wychodziły z etapów do dnia lub nad wieczorem, w których to porach dnia niema takiej rójki; lecz to wszystko nie wiele pomagało, muszka nas cięła i kąsała niemiłosiernie, bo rząd dla aresztantów niema siatek ochronnych.
Lecz, że wszystkiemu koniec być musi, przeto i nasza męka się skończyła, muszka nas nie zagryzła i zostawiliśmy ją, a sami przeszli do następnej już gubernii Irkuckiej. Z Tobolska do Irkucka jest ni mniej ni więcej tylko 3000 wiorst! Cała ta kolosalna przestrzeń jest prawie pusta! Jedyne osady ludzkie, t. j. wsie i miasta, leżą tylko na głównej i jedynej drodze rządowej; na prawo lub lewo widzisz albo stop niezmierny albo niezmierne knieje leśne. Letnią porą podróż przez ten step jest bardzo malownicza. Tu widzisz cały step kwiatem ubarwiony, a wśród stepu jeziora z nieprzeliczonem mnóstwem nieznanego nam ptactwa, które nie zrywa się na widok ludzi, snać niepłoszone przez nikogo. Oświata tutaj jeszcze niema przystępu, a wszystko tu żyje życiem natury!
Myśliwstwo jednak jest tu sportem, gdyż w każdej wsi i na każdym domu suszą się skóry niedźwiedzie i to nie jedna lub dwie, ale i po 10 na jednym wisi domu. Jakkolwiek niedźwiedź u plemion tutejszych jest symbolem bóstwa, to jednak po zabiciu dopiero go przepraszają, że oni nie są winni jego śmierci, lecz ci, co wynaleźli proch i kule, które go zabijają. Po upolowaniu niedźwiedzia schodzi się cała osada do owego bohatera, który celnym strzałem niedźwiedzia położył, a on musi wyprawić im stypę, w czasie której zdejmują skórę z niedźwiedzia i nad każdą częścią ciała jego lamentują. Szkielet zachowują jako mit i składają mu ofiary, by dusza jego na tamtym świecie nie cierpiała niedostatku.
Ja sam w owym pochodzie etapnym byłem uczestnikiem i służyłem za nagankę w polowaniu na niedźwiedzia, a było to tak: Na pewnym etapie w lesie położonym, dano znać komendantowi, że niedźwiedź jest o sto kroków od ostrokołu etapnego na skraju lasu. Komendant znać był myśliwy, to też natychmiast zarządził, aby wsiech Palaków zabrać na nagankę, a zaś sam wojskiem uzbrojonym w karabiny poszedł na polowanie. Polowanie nie było trudne, bo niedźwiedź snać musiał być już ranny i uciekać, a tem mniej rzucać się na nikogo nie myślał. Gdyśmy uzbrojeni w pałki podeszli z tyłu i krzyknęli „hura“, niedźwiedź powlókł się w stronę żołnierzy, którzy dali do niego jeszcze co najmniej dziesięć strzałów zanim go trupem położyli.
Prócz chęci polowania, zauważyłem u tutejszych mieszkańców niepospolity gust i talent rzeźbiarsko-budowlany. Domy tutejsze są piętrowe z balkonami i gankami. Na piętrach mieszkają w lecie, a w suterenach w zimie. Parkany, bramy, facyaty i balkony są bardzo gustownie rzeźbione.
Każda wieś jest symetrycznie pobudowana, ma ulice, place etc., tak jak miasta i w milowym promieniu jest ogrodzona płotem wokoło. Na trakcie do wsi lub ze wsi wiodącym, są domki pobudowane kosztem gminy, w których mieszkają stróże, również przez gminę utrzymywani, którzy otwierają lub zapierają bramy w tem ogrodzeniu za przejezdnymi. Na całej tej milowej przestrzeni, opasanej płotem, pasie się inwentarz domowy niezbędny, t. j. konie, bydło i trzoda — reszta zaś inwentarza znajduje się w tajgach i stepach; również i orne grunta leżą dopiero po za obrębem ogrodzenia. W lecie właściciele gospodarstw wyjeżdżają na całe tygodnie w owe tajgi, tam uprawiają grunta, koszą owe stepy, stawiają stogi i sterty ze sian, które mają służyć w czasie zimy na karmę i pożywienie inwentarza.
Chłop syberyjski jest nieraz właścicielem tysiąca koni, tyluż owiec, prócz krów, które się tylko w owem ogrodzeniu pasą. Tutaj natura ma swoje panowanie! Każde stado koni ma swego stadnika — a gdy na bój śmiertelny wystąpią takie dwa stadniki, to bój trwa dotąd, dokąd jeden z nich nie polegnie; wówczas zwycięzca obejmuje władztwo nad obydwoma stadami.
W tych to tabunach hodują właściciele w sztuczny sposób konie, którym od młodości przywiązują albo do przedniej prawej lub lewej nogi głowę i tak ich zmuszają do chodzenia i biegania czas dłuższy. W ten sposób powstają owe „orły“, owe trójki zaprzągnięte w „orła“, gdzie to prawy koń na prawo a lewy na lewo noszą łby tuż po nad ziemią, a zaś koń środkowy, mając łeb przymocowany do hołobli między dwoma dyszlikami, musi nosić głowę wysoko — co wszystko jako całość, bardzo pięknie wygląda.
Jest jeszcze inny rodzaj koni stepowych, tak zwanych winochodźców. Te konie mają ten przywilej, że stawiają nogi bokiem, t. j. przednią prawą i tylną prawą razem i znów lewą przednią i lewą tylną razem. Konie takie mają bardzo szybki bieg, lekko noszą jeźdźca i nie męczą się, dlatego też poszukiwane są jako konie wierzchowe; jednak tego rodzaju konie są bajecznie drogie. Czy to jednak są wybryki natury, czyli też dzieło ludzkiego przemysłu — o tem konkretnej prawdy nie mogłem się od nikogo dowiedzieć.
Już po raz drugi w tym rozdziale popuściłem wodze fantazyi i zboczyłem z drogi etapnej między stada koni stepowych i winochodźców — bo jakżeż tu nie zaznajomić czytelnika z tymi cudami przyrody! Lecz wracam na etap i zaprowadzę cię, kochany czytelniku, do stolicy Syberyi, do Irkucka.

separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Siwiński.