<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Listy do cudzej żony
Pochodzenie Listy do przyszłej narzeczonej i Listy do cudzej żony
Wydawca Saturnin Sikorski
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Artystyczna Saturnina Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Następny list jest bez wymówek i bez burzy — już ani słowa o chłopce, ani wzmianki o żydówce. Ton spokojny, trochę poważniejszy, mniej lamentu i użalania się na losy. Musiało się w domu stać coś takiego, co pchnęło myśli pani Anieli w nowym kierunku. Jest i komis, którym z nieśmiałością obarcza swego kuzyna i korespondenta. Mam kupić amazonkę i kapelusz. Aha, będziemy więc jeździli konno. Śliczna idea! Taki sport nie zaszkodzi; owszem, zbawienny jest dla zdrowia, a jako rozrywka, należy do najprzyjemniejszych. Oczywiście w tej chwili udałem się do sklepów, kupiłem, co mi polecono, i wysłałem paczkę na pocztę. „Przepraszam najmocniej, że cię, szanowny Kuzynie, trudzę, były słowa listu, ale idzie o pośpiech. Przyszła mi myśl, może szczęśliwa, może nie, aby czasem towarzyszyć Henrykowi w jego wycieczkach gospodarskich. Trzeba zobaczyć nareszcie, jak wyglądają zblizka te pola, lasy i łąki, o których ciągle słyszę. Nie wyjawię jednak mężowi tego zamiaru, aż mieć będę wszystko, co mi do takiej wycieczki potrzeba. Gdybym mu wspomniała o tem naprzód, natychmiast posłałby kogo do Warszawy naumyślnie, lub sam pojechał i w czwórnasób wszystko przepłacił, po co?
„Dziś przy obiedzie zapytałam go, ile ma wołów? Uważałam, że go to zapytanie niezmiernie zdziwiło. Zrobił wielkie oczy i zanim odpowiedział, zwrócił moją uwagę, że woły nie są jego, lecz nasze. Co prawda, on jest zawsze bardzo uprzejmy i nie ominie żadnej sposobności powiedzenia mi czego przyjemnego. Pokazuje się, że tych nieszczęsnych wołów jest bardzo dużo. Pytałam, czem są żywione, ile kosztuje ich utrzymanie i jakie z tego są zyski?
„Niedowierzał jakoś szczerości tego zapytania... Patrzył na mnie badawczo i rzekł (powtarzam rozmowę dosłownie):
„— Dlaczego zapytujesz o to?
„— Bo, jak sam powiedziałeś przed chwilą, są to nasze woły.
„Zerwał się z krzesła i pocałował mnie w rękę.
„— Dziękuję — rzekł — serdecznie dziękuję. Nie masz może pojęcia, ile przyjemności zrobiłaś mi tem zapytaniem.
„Z niezmiernem ożywieniem opowiadać mi zaczął o wielkiem gospodarstwie, jakie prowadzi, a trzeba wiedzieć, że gospodarstwo jest to przedmiot, do którego on się umie zapalać, nawet entuzyazmować. Kiedy mówi o niem, znać, że nad przedmiotem tym pracuje, że go zna doskonale, że oddaje mu się z całem zamiłowaniem. Ja, co prawda, nie podzielam tych zachwytów, ale muszę przyznać, że opowiadanie, a raczej wykład tego przedmiotu, bo naprawdę był to wykład, rodzaj wstępnej prelekcyi, zajęło mnie żywo. On mówił, jak trzeba ziemię znać dobrze, aby ją skłonić do wytwarzania największej ilości tych roślin, które mieć pragniemy, jak gruntownie trzeba badać właściwości tych roślin, ich życie i potrzeby. Mówił o tem, jakie to jest rozległe pole pracy, ile wymaga nauk i wiadomości pomocniczych, przez ile czasu ludzkość badała te tajniki natury, aby się dowiedzieć, w jaki sposób obchodzić się z ziemią. Słuchałam z wielkiem zajęciem, gdyż istotnie dla mnie były to zupełnie nowe rzeczy. Wyobrażałam sobie zawsze, że rolnictwo wymaga najmniej inteligencyi ze wszystkich gałęzi pracy ludzkiej i wogóle dość lekko traktowałam rolników. Cóż-bo wielkiego — myślałam — nająć ludzi, i kazać im, aby zebrali zboże i zwieźli je do stodół. To przecież potrafi każdy. Od dzisiejszej rozmowy z Henrykiem przekonałam się, że byłam w grubym błędzie.
„Muszę go poprosić, żeby mi jeszcze kiedy co o tym przedmiocie opowiedział, tembardziej, iż widzę, że mu to sprawia wielką przyjemność. Cały czas po obiedzie do późnego wieczoru przepędził ze mną. Chodziliśmy po ogrodzie, rozmawiali długo, długo. On ma powierzchowność bardzo sympatyczną, ale jak się ożywi, jest zupełnie przystojny.
„Poprosiłam, żebyśmy poszli na folwark; było to już o samym zachodzie słońca, kiedy inwentarz z pastwisk powrócił. Co tam krów, co koni, a jakie ładne źrebiątka! Najbardziej ubawiłam się w owczarni; owce, jagnięta chwytały mnie za ręce, jakgdyby dopominając się o pieszczotę, czy o przysmak. Bardzo miłe stworzenia. Za tydzień wszystkie mają być umyte i ostrzyżone. Muszę zobaczyć, jak się to robi. Wybieram się na wieś, sama, bez męża; chcę się przekonać, jak wyglądają wewnątrz te małe domki chłopskie, które widuję czasem przejeżdżając. Chcę zbadać, jak ci biedni ludzie żyją i czy im czego nie potrzeba.
„Jestem teraz trochę zajęta, bo mam wiele różnych projektów, którebym chciała wykonać, dlatego i ten list jest pobieżny i krótki, powetuję to za przyszłym razem, jak znajdę więcej chwil swobodnych, powetuję, gdyż mam się z kochanym Kuzynem o wiele, wiele rzeczy posprzeczać, pokłócić, a także za niektóre podziękować. Ale to później, dziś nie mogę. Doznaję w tej chwili różnorodnych wrażeń. A proszę pamiętać o sprawunku, szczerze wdzięczna będę za pośpiech“.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.