<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



VI.



Po odprawieniu poczestném czechów, których Mieszko obdarzonych sowicie, wkrótce do granicy odesłał — cisza znowu na zamek wróciła, i na pozór nic się w nim nie zmieniło.
Nie poruszono ani chramu w Gnieźnie na górze Lecha, ani staréj na grodzie nad Cybiną świątyni — kapłani chrześciańscy nie odprawiali jawnie nowéj wiary obrządków, żadnemi oznakami nie objawiała się ona na zewnątrz.
Ks. Jordan odprawiał pocichu mszę świętą w zamkowéj kaplicy, ale na nią Dubrawka z trudnością mogła męża przyciągnąć — nowo i dawniéj nawróceni gromadzili się po cichu na Krasnéjgórze. Gdy następowały dnie, które kościół zwykł uroczyście obchodzić — drogami różnemi zewsząd ściągali się ludzie do dworu Luboniów, i zbierali się w małéj kapliczce. Częstokroć przebywali tu po dwa i trzy dni, przyjmowani przez Własta spędzając większą część godzin na nabożeństwie.
Śpiewy dawały się słyszeć coraz śmieléj, i choć się na pozór jeszcze ukrywano, z każdym dniem odwaga rosła w wyznawcach Chrystusowych. Dodawało jéj to co się działo na zamku kneziowskim, a nikomu to tajném nie było.
Jarmierz, z obawy napaści jakiéj pilno około dworu stróżował, nie wpuszczano do zagrody tylko znajomych ludzi. Zdawało się téż, iż wróżbici i gorliwsi obrońcy bałwochwalstwa, choć się uparcie przy niém trzymali, cofali się w głąb lasów i ukrywać starali. Można było sądzić, że stracili odwagę do dalszych wystąpień.
Około dworu, choć się czasem niepostrzeżeni snuli różni ludzie, na tych nie zwracano uwagi, gdy się zdala trzymali — parobcy i czeladź mająca stosunki podejrzane, zręcznie się ukrywała z niemi.
Jarmierz był już ochrzczony, gorliwie uczył się swych obowiązków chrześcianina; Hoża téż nieopierając się woli brata, słuchała go i zdawała nauki brać do serca.
Na zamku, choć Mieszko na pozór nie czynił nic, robiło się bardzo wiele. Ks. Jordan był duszą wszystkiego, choć niemiec pochodzeniem, był prawdziwym chrześcianinem i przywiązał się dawno do słowian, teraz do polan, których stał się bratem serdecznym. Pan Bóg go stworzył do tego posłannictwa, dając mu anielską cierpliwość, wesele a przytomność ducha, nieopuszczające go nigdy.
Na grodzie zbierały się ciągle kupy wojska, wśród którego ks. Jordan prawie nieustannie się krzątał. Dawał się spoufalać z sobą, zyskiwał ludzi przysługami i datkami, a potém, na proste umysły, umiał działać bardzo téż prostemi środkami. Toż samo, na inny sposób Dobrosław robił u dworu.
Nie upłynął tydzień, ażeby w kaplicy książęcéj nie ochrzczono kogoś potajemnie — a każdy neofita stawał się natychmiast narzędziem do nawracania towarzyszów.
Z władyków i żupanów kilkunastu już dało się skłonić do przyjęcia chrztu, ci w domach swych tygodniami ugaszczali ks. Jordana. Wiara chrześciańska miała dla nich, oprócz tego uroku, jaki jéj tylko jest właściwym — potęgę jakąś wyższości, siły, która[1] z sobą niosła, mającéj kraj podnieść i odrodzić, postawić go na stopniu równym innym. Możniejsi wiedzieli jak stały naówczas chrześciańskie narody, zamożnością, obfitością wszystkiego, umiejętnością życia w pokoju i wojnie. Przykład Mieszka połączonego z żoną chrześcianką, gotowego do przyjęcia uroczystego téj wiary (z czego nie czyniono tajemnicy), skłaniał możniejszych do naśladowania.
Dubrawka otwarcie ich do tego namawiała i nagliła o pospiech. Chociaż wszystko na pozór niby jakaś osłaniała tajemnica — lud, który stał przy swych starych bogach, wróżbici i gęślarze — starszyzna, ofiarnicy — wiedzieli dobrze co się po dworach działo, co na zamku gotowano w milczeniu. Obawiając się jawny stawić opór, zbiegali starowiercy w głębie lasów, knowali i przemyślali nad zemstą, grozili nią, ale na nic się porywać nie śmieli. Starszyzna czekać kazała pomyślniejszéj doby, wojny lub zawikłania. Szukano wodza i znaleść go było trudno.
Mieszko choć milczący i nieczynny — znali go — był im strasznym. Wiedziano, że to co go otacza, dwór, wojsko, urzędnicy będą mu ślepo posłuszni. Nie było zresztą pozoru do poruszenia ludu, bo jawnie kneź nic nie czynił przeciwko staremu obyczajowi.
Z każdym dniem tymczasem rosło a mnożyło się chrześciaństwo — najmniéj jednak między ludem, który trzymał się tego, do czego nawykł od wieków.
Na oko więc spokój był największy, ale kneź wiedział przez swych ludzi, że po lasach wrzało i opór się przysposabiał. Dlatego może, chcąc być pewniejszym zwycięztwa, zwlekał kroki stanowcze... W ciszy uroczystéj przyspasabiało się to dzieło, które o przyszłości narodu stanowić miało.
Wśród tego niewidomego trudu, ucierano się na granicy z Geronem i jego namiestnikami, Mieszko wychodził sam, wysyłał Sydbóra — walczył ze szczęściem różném.
Nadchodziły wielkanocne święta.
Ks. Jordan wielkie ponosił utrapienie z kneziem, do postu go nie mogąc nałamać, w czém i Dubrawka mało pomogła. Mieszko wcale ich słuchać nie chciał, mięso na stół przynosić kazał, żonę do jedzenia go zmuszał i lekce to sobie ważył. Miał się już ów czterdziestodniowy post ku końcowi, gdy jednego dnia, nagle, zapowiedziano podróż jakąś.
Śmiejąc się Dubrawka, spytała go, czyliby od téj nakazanéj wstrzemięźliwości uciekał? Rozciągała się ona bowiem, jak widziemy z opowiadań Dytmara, nietylko do użycia mięsa, ale do wszelkich innych przyjemności cielesnych, od których się czasu postu powściągać musiano.
Mieszko jakoś na te przestrogi i namowy był głuchym dotąd — i pytanie Dubrawki, zbył dwuznaczném głowy ruszeniem.
Badała go więc dokąd jechał — ale śmiechem i milczeniem odpowiedział — probowała się dowiedzieć czy zabawi długo — rzekł obojętnie, że tego naprzód obrachować nie może.
Coś tajemniczego, niezwyczajnego podróż ta zapowiadała. Książę wyruszał zwykle w licznym poczcie, teraz zaledwie kilkunastu wyznaczył ludzi. Między innymi, co było najdziwniejsza, i ks. Jordan miał mu towarzyszyć. Suknie i konie, z których baczna Dubrawka odgadnąć coś chciała, wybrane były tak, jakby kneź się ze swém dostojeństwem nie bardzo chciał objawiać. Orszak téż ani zbyt lichym być miał, ani nadto pokaźnym...
Trwoga jakaś ogarnęła żonę.
Znając męztwo męża, mogła się obawiać, że się zuchwale z garścią tą gdzieś rzucić może. Probowała ks. Jordana o cel wycieczki, kapłan jéj słowem swém zaręczył, że nie zna go, nie wie o niczém, a wezwany posłusznym być musi.
Jednéj nocy, dobrze przed ranem, nim się reszta dworu przebudziła, kneź siadł na koń i z tą szczupłą garstką zniknął z grodu. Nie wiedziano nawet w którą się udał stronę.
Stara Różana, która usiłowała sobie zaskarbić łaski nowéj pani, tegoż dnia szepnęła jéj po cichu, iż od szatnego się dowiedziała, jakoby Mieszko w podróż szaty i stroje pobrał na krój niemiecki — a ludzi téż kazał tak poodziewać, aby ich nie łatwo poznać można, do kogo należeli. Zdawało się więc to dowodzić że się udać musiał do Niemiec, co i towarzystwo ks. Jordana potwierdzało. Wiedziała Dubrawka o tém, że sąsiadując, a nieustannie mając do czynienia z niemcami, Mieszko od dzieciństwa, języka ich dobrze się wyuczył. Mógł więc przekraść się niepostrzeżony, ale trwogą myśl téj wyprawy, napełniała serce Dubrawki — bo z twarzy mógł go łatwo poznać niejeden nieprzyjaciel, co go widział z blizka na polu bitwy, lub przy zjazdach i umowach na granicy.
W istocie — Mieszko, nikomu się nie zwierzywszy z tego, dążył ku granicy niemieckiéj do Sasów.
Na pół drogi, zjechał się z nim Chotek nawrócony dawniéj wódz Lutyków, z którym stosunki były częste, choć tajemne. Mieszko połączył się z nim, przybrał imię Wrotka knezia, krewniaka jego, i w podwojonym orszaku wkroczyli na niemieckie ziemie.
Nie lękał się od nikogo zdrady, gdyż najmniejszéj po sobie nie okazując obawy — jechał jako sprzymierzeniec cesarski — przerzynając się ku Quedlinburgowi, gdzie zwykłym swym obyczajem, cesarz Otto, święta miał przepędzać.
Znając dotąd tylko z posłuchów kraje niemieckie, Mieszko po raz pierwszy mógł się im przypatrzeć z bliska, a przekonać o wielkiéj różnicy między niemi a ziemiami słowiańskiemi.
Przejeżdżali miasta, osady, mijali zamki, świadczące o urządzeniu kraju zupełnie różném, i na pozór silném — tak, że wojna nigdy go całkiem spustoszyć nie mogła... Ludzie tu trzymali się spójnie i karnie, wszędzie nad sobą mając władzę surową.
Podróż szła powoli — a w drodze było się czemu przypatrywać. Kościoły i klasztory stojące po wszystkich znaczniejszych osadach, wyglądały wspaniale; dwa razy ks. Jordan zapukał do wrót gościnnych opactw i monasterów, i zgromadzeniom tym, a kunsztom, które one uprawiały, Mieszko się przyglądał ze zdumieniem. W owéj epoce przepisywanie ozdobne rękopismów, malowanie, rzeźba, złotnictwo, szczególniéj dla potrzeb kościoła i klasztorów, były w rękach zakonników. Oni kuli sprzęty ze srebra, złota i bronzu, i okrywali je świetnemi barwami.
Duchowieństwo świeckie i zakonne, nietylko w tém, we wszystkiém przodowało. Tryb życia i porządek był tu cale inny. Siła, która wcale nie istniała u słowian — bo tam kapłanami byli naczelnicy rodzin, starszyzna, kneziowie, wróżbici; siła osobnego stanu kapłańskiego — występująca obok i na równi z władzą świecką, podpierająca ją, kierująca nią zarazem — tu się objawiała Mieszkowi, jako nowa i nieznana.
W obecnéj chwili cesarska potęga Ottona była tak wielką, że sobie przywłaszczała zwierzchnictwo i nad duchowieństwem, właśnie był cesarz zrzucił Jana XII, a Leona VIII na stolicy osadził, zapewniając dla swych następców prawo ustanawiania głowy kościoła — a jednak cesarz ten sam, ulegać musiał duchowieństwu, i w niczém sprzeciwić mu się nie mógł. Otaczało go ono czcią — ale stało na straży prawa i sumienia, wskazywało drogi, broniło fałszywych, groziło karami, rzucało anathemy...
Była to siła nieznana słowiańskiemu panu — a téj poddać się i on musiał. Stała ona ponad wszystkiém, cesarz kłonił przed nią głową.
Po drodze ustępować musieli z drogi orszakom biskupów, świetniejszym niż świeckich hrabiów i książąt, potężnie zbrojnym, ciągnącym z bogatemi dwory, okazałością i powagą — a choć edykta zakazywały zbroi i hełmu duchownym (wyrzucano ich używanie Janowi XIII), wielu prałatów jechało przy mieczach i w zbroi.
Ks. Jordan opowiadał ciągle, ile to ziem i osad należało do kościołów, ile szlachty wpisało się w ich opiekę i poddaństwo... On mu był tłumaczem wielu zagadkowych rzeczy, które poganinowi, na pierwszy rzut oka, zrozumieć było trudno. Uderzały one silnie człowieka nieobeznanego z tym światem nowym, z jego hierarchią i porządkami, ale Mieszko umiał tak pokrywać swe zdziwienie, iż się z niém nie wydał wcale...
Nie unikali spotkań i znajomości, Chotek towarzyszący Mieszkowi znał tu wodzów i grafów wielu, przed któremi pokornym był sługą, choć w duszy ich nie nawidził — wdawano się więc w rozmowy, i ciekawych spraw nasłuchać się było można. Kneź, z którego twarzy biła buta nieposkromiona, jak mógł pokornego Lutyka udawał... Ten i ów pytał ich, po co i z czém jechali — Mieszko mruczał, że z pokłonem i ciekawością jedzie, aby tak możnego władzcę jak cesarz Otto zobaczyć. Nikogo to nie dziwiło, ciągnęli również, jak wiedziano, posłowie od Ugrów, Bułgarów, od Duńczyków i Greków.
Było to w wielkim tygodniu, wiosna acz wczesna, niestała była i przemienna, deszcz i śnieg ze słońcem walczyły, drogi kałużami stały, rzeki były wezbrane, i podróż uprzykrzona szła powoli. A tuż ku Quedlinburgowi się zbliżając, coraz było tłumniéj na gościńcach.
Wzgórzystsza coraz okolica, piękna dla oka, jeszcze się w zieloną trawę nie była całkiem przybrała, łąki tylko już młodą trawą się okryły... Tu oczów od najrozmaitszych widowisk oderwać było trudno.
Tłumami płynęły ku miastu poczty książąt, grafów, markgrafów, biskupów i wszelkiego ludu. Wśród nich i słowiańskie książątka zawojowane, spotykały się ciągnące z żalami i prośbami do cesarza. Konne te poczty, zbrojne różnie, każdy odziany inaczéj, mówiące językami najrozmaitszemi, spoglądały na siebie ciekawie, często nie bardzo przyjaźnie, szydersko nawet i wzgardliwie. Grekom śmiesznie wydawały się obcisłe frankijskie stroje, bulgarom saskie okrycia głów słomiane, a tym co z odkrytemi włosami jechali, czapki włochów zdały się próżnym ciężarem. Mieszko choć pańsko wyglądał z lica, z małym swym, niepokaźnym orszakiem, ginął w téj powodzi. Było mu to może na rękę, gdyż więcéj widzieć pragnął, niżeli być widzianym.
Wiodło mu się też bardzo szczęśliwie, i nie zwracał oczów na siebie, aż o pół dnia drogi do miejsca, ku któremu dążyli — gdy tu — cale niespodzianie, o mało bez niczyjéj winy, zdradzonym nie został... Z rana spuszczając się z góry, natrafili na liczny i okazały poczet, który zdala ciekawość knezia obudził. Dla dognania go konie puszczono kłusem i, w chwili gdy się mijać mieli, obróciwszy się Mieszko poznał na przedzie jadącego, szwagra swojego, młodego Bolka czeskiego.
On téż przez niego postrzeżonym został i poznanym, nie pozostało mu więc nic, jeno zatrzymawszy konia, przyznać się do potajemnéj wycieczki pod cudzém imieniem.
— Spodziewam się — rzekł Mieszko — że ani wy, ani ludzie wasi, nie zechcecie wydać mnie, kim jestem. Jadę, abym się przypatrzył oczyma własnemi temu, o czém mi ludzie opowiadali — ale nie chcę, aby o mnie wiedziano.
Bolko nietylko zgodził się na to chętnie, ale dla bezpieczeństwa większego zaprosił, aby się Mieszko z nim połączył, by jadąc w jego orszaku, mniéj jeszcze oczów zwracał na siebie. Tak się téż stało i skromnie w poczet czechów się wmięszawszy z ludźmi swojémi, chętnie zgodził się kneź na podrzędne stanowisko, Bolkowi dając pierwszeństwo.
Chociaż w tym roku, napływ na dwór cesarski mniejszym był może, niż w innych latach, zawsze jeszcze był dość znacznym, aby dać pojęcie o potędze cesarza Ottona. W murach miasta, na zamku, cesarz zaledwie i najbliżsi go z rodziny i dworu, a najdostojeńjsi z duchowieństwa, arcybiskupi książęta Kolonii, Krewiru, Moguncyi, pomieścić się mogli — reszta gospody sobie pod namiotami w polu szukać musiała nad obu ramionami Body.
Poczty pańskie, niemal wszystkie do koła, na równinie i stokach wzgórzów otaczających, rozkładały się obozami, a namioty różnobarwne, szałasy i budy, wielką już przestrzeń zajmowały... Gdzieniegdzie po nad niemi powiewały małe chorągiewki z przeróżnemi znaki. Wśród ciżby wojskowych i ciurów, tłum najróżnorodniejszych handlarzy, kupców, kuglarzy i posługaczy roił się wykrzykując i nawołując. Bliżéj bramy miasta, przy wozach okrytych, kupcy z Wenecyi i Amalfi dobijali się wnijścia dla sprzedaży... Na tysiące liczyć było można poczty panów, które już Bolka i Mieszka poprzedziły, tak, że chcąc sobie dogodne i niezbyt odległe znaleść miejsce na obozowisko, musieli szukać długo, dobierać, a potém się o nie prawie z orężem w ręku dobijać jeszcze.
Z samego miasta, mocnemi mury i wieżami obwarowanego, widoczniejszemi były niż pałac cesarski, klasztory i kościoły, niedawno jeszcze z wielką wspaniałością wzniesione i obdarowane. Cesarskiéj krwi niewiasty pobożne pierwszemi tu były opactwa przeoryszami; w zamkowym kościele grób sascy panowie wystawili dla siebie, tu spoczął Henryk ojciec Ottona i matka jego. Kopuły i krzyże kościelne wysoko panowały nad grodem.
Zaledwie spocząwszy na wytkniętém obozowisku, które Bolko znamieniem swém na włóczni osadzoném naznaczyć kazał, wdziawszy suknie i przypasawszy miecze, Bolko i Mieszko razem poszli do kościoła. Na nieszporném nabożeństwie najłatwiéj mogli ujrzeć zdala pobożnego pana, którego oba oglądać byli ciekawi.
Z niemi i za niemi szedł tłum mnogi z obozu ku kościołom, wśród którego różne narodowości rozpoznać lub domyślać się ich mogli.
Frankijskich strojów prostota mięszała się już z grecką, ze wschodu przywiezioną wykwintnością, krótkie opończe niemieckie ocierały o płaszcze dalmackie fałdziste; szli giermkowie dwubarwni, których odzież napoły była żółta i niebieska, obok rycerzy zbrojnych jakby do wojny z dzidami w ręku, tarczami, nożami u pasa i mieczami. Jedni z długiemi włosy i odkrytemi głowy, drudzy w skórzanych, blachami obciąganych hełmach, inni w słomianych kapeluszach i czapkach futrzanych... Wprawniejsze oko mogło rozeznać sasów, bawarczyków, franków i szwabów, włochów i duńczyków, greków i ugrów w dziwnych strojach przybranych bogato. Fryzyjskie płaszcze, greckie okrycia, jedwab i wełna, składały się na ubiory pstre i jaskrawe, a błyskotkami nawieszane. Dawna prostota franków już ustępowała obyczajowi nowemu. Przepych dworu saskiego i byzanckiego odbijał się w hołdownikach Ottona, który Rzym i Włochy zagarnąwszy, z nich miłość do wystawności i błyskotek przyniósł z sobą.
Do kościoła zaledwie się już mogli docisnąć. Mieszko po raz pierwszy oglądał zbliska budowę z takim kunsztem i okazałością, jakby nie ludzką ręką wzniesioną. Kamienne jéj ściany wyniosłe, sklepienia wiszące w powietrzu, ozdoby, oświecenie, bogactwo ołtarzów, choć teraz na wpół zasłonami żałobnemi okrytych, szaty duchownych, naczynia ofiarne, postacie ukrzyżowanego, gołąb złocisty nad ołtarzem zdający się ulatywać w powietrzu, skrzydlate anioły, olbrzymie posągi przejmujące grozą, surowe i straszne, odgłos śpiewów pełnych boleści, uroczysty spokój świątyni i pokora wszystkich w niéj znajdujących się, uczyniły wrażenie jakiejś trwogi i niepokoju na mieszkańcach i panu krajów, żyjących w pierwotnych wieków prostocie.
Trony — cesarski i biskupi, stojące naprzeciw siebie, zwróciły naprzód jego oczy. Na jednym z nich siedział w czapce ze złocistém kołem i przepaską kamieniami sadzoną, mąż surowéj twarzy, z brodą ciemną, niestrzyżoną, z pochyloném czołem, zamyślony i smutny. Twarz to była rycerza, pana, człowieka nawykłego walczyć z losem i przełamywać co stało na drodze, poorana marszczkami, fałdami porznięta, ogorzała, zmęczona... Domyśleć się było można w nim ojca, co musiał walczyć z synem, z bratem, z papieżem, z cesarzem byzantyńskim, z saraceny i ugrami, ze słowiany i własnym narodem, który zwyciężył wszystkich i teraz spoczywał w swéj sile, marząc o połączeniu może dwóch koron cesarskich na jednéj skroni, przez Teofanię dla syna wyswataną. Odziany płaszczem purpurowym, obszytym klejnotami, spiętym klamrą iskrzącą na piersi, w przepasanéj kosztownym pasem od miecza tunice, w szkarłatném obuwiu, Otto siedział na tronie złotym, którego dwie lwie paszczęki z pod fałdów płaszcza wyglądały. Zamyślony słuchał pieśni, która się lała powoli jak krew z rany. Nie rozumiejąc słów jéj, czuć było jęk, jakby konających z rozpaczy...
Tuż przy tronie, na stopniach aż do dołu i posadzki, ustawieni byli, jak posągi nieruchome, cesarscy urzędnicy, wedle dostojeństwa, dzierżący miecze, laski, tarcze pańskie i godła władzy... Z odkrytemi głowy, ze wzrokiem spuszczonym, obwieszeni łańcuchami, okryci płaszczami bogatemi... czuwali na straży przy panu.
Naprzeciw na drugim tronie, niższym, ale wspaniałym jak cesarki[2], pod baldachymem także, siedział starzec z brodą siwą, z głową okrytą czapką dwurożną złocistą, od któréj dwa końce szyte spadały, w płaszczu bogatym, ze złotą laską pasterską w ręku. Otaczał go równie prawie liczny orszak duchowieństwa, przyklękającego przed nim, przynoszącego mu światło i kadzidło... podtrzymującego księgi w złotych okładzinach, rękami ich gołemi dotknąć nie śmiejąc.
Przed nimi obu i nad nimi wznosił się ołtarz, a wśród niego na prostym krzyżu z ledwie ociosanego drzewa umęczony Zbawiciel, ranami okryty, konający, odarty, w cierniowéj koronie, królował wyżéj purpury i złota, w majestacie boleści.
Mieszko, duchem poganin jeszcze, nie rozumiał tego Boga, ale drżał przed nim...
Niżéj stał tłum ogromny, w żelazo okuci rycerze, cali w łuskowych kaftanach, niektórzy z tarczami krągłemi, po których duńczyków poznać było można, inni z owalnemi rzymskiemi, inni z ogromnemi puklerzami gockiemi, z mieczami u nasadzonych pasów złotych, w blachach, w okryciach jasnych, w strojach najrozmaitszych, longobardowie, włochy, skandynawy, grecy, dalmaci, bulgarowie, francuzi...
Na każdéj z tych twarzy czarnych, bladych, śniadych, czerwonych, żółtych, napiętnowanéj pochodzeniem odmienném, inny charakter, inne ludzkie tryskało uczucie i myśl, to rozbudzona, to na pół uśpiona, to w pieluchach dziecięcych drzémiąca...
Wszystkie te sprzeczności, niesworności, zapaśnictwa, w milczącéj czci łączyła jedność wiary i jedna karna władzy podległość.
Potęga tego Boga i pana chrześcian, który w jego imieniu sprawiał rządy nad światem, nigdzie się wyraźniéj odmalować nie mogła, jak tu i w téj chwili. Na skinienie z tych dwu tronów, w najodleglejsze krańce ziemi gotowe były biedz te hufce i ćmy zbrojne.
Mógłże Mieszko walczyć z tą siłą, jak fale wezbranego morza wylewającą się na ziemię?
Stał on wpatrzony, zamyślony, a w głowie jego zarazem przesuwało się wspomnienie o wszystkich ziemiach jednéj mowy, rozdzielonych, rozproszonych, rozbitych, które on mógł w imię téj saméj Bożéj potęgi zjednoczyć.
Mieszko czy Bolko, ktokolwiekby miał rozum i siłę, nie miałżeby państwa od granic Byzancyum aż po rubieże Ottona?
Upokorzenie, uczucie słabości, jakiego doznał na chwilę, ustąpiło dumie pewnéj i nadziei.
Sascy książęta w swém gnieździe nad Łabą byliż dawniéj potężniejsi od niego?..
Ażeby dorosnąć do téj potęgi, potrzeba było tylko tych dwu tronów siłę uśpić, sprzymierzyć się z nią, pokłonić jéj, cierpieć, milczeć, uniżyć się, by podnieść — może dopiero w spadku pokoleniom zostawić owoc tego upokorzenia i ofiary.
Gdy w chórze brzmiały żałobne pieśni kościelne, Mieszko stał myśląc o sobie, o przyszłości rodu i narodu swojego, okiem trwożliwém badał tę twarz cesarską, niepojętą dlań, bo widział na niéj teraz pokorę tylko i smutek.
Tak pokornym musiał on być, aby pozyskać siłę...
Ściśnięci wśród mnóztwa napełniającego świątynię stali aż do końca długich modłów i śpiewów. Umilkły wreszcie i cesarz przyklęknąwszy, ruszył ze swojego tronu, przeprowadzany przez biskupa i duchowieństwo. Niesiono przed nim światło i kadzono mu jak bóztwu. Szeregiem przed nim postępowali dostojnicy dzierżący miecze, tarcze, laski, rozgarniający tłum, strzegący, aby się suknia pańska nie otarła o ciżbę poślednią. W tym orszaku szedł Billung saski i Otto król syn cesarski i Luitgarda i książęta bawarscy i mnodzy inni. We drzwiach świątyni znikało powoli widzenie, kościół ciemniał, mrok i cisza zalegała go, lampy płonęły tylko u grobu Chrystusa...
Bolko i Mieszko stali długo przypatrując się się[3] odpływającym tłumom, które po ulicach miasta, w podwórcach pałacu i drzwiach domostw znikały.
I im wreszcie pora była odchodzić do obozu, gdyż do oblicza cesarskiego nie przystępował nawet z daleka, kto chciał. Poszli więc w milczeniu, nie mówiąc nawet do siebie, i dostawszy się do bramy, znaleźli się na obozowisku. Tu paliły się latarnie, gdzieniegdzie pobrzękiwała muzyka i mimo żałoby odzywały się śpiewki, rżały konie, a okolica przypominała przeddzień bitwy, gdy się wojsko położy napół, wpół czuwa, aby nazajutrz do boju gotowém było.
Mieszko ścisnąwszy szwagra, nie mówiąc słowa o tém, co widział, pod swoim namiotem legł na spoczynek.









  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – którą.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – cesarski.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; dwa razy się.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.