<<< Dane tekstu >>>
Autor Halina Krahelska
Tytuł Oświęcim - pamiętnik więźnia
Wydawca Wydawnictwo Komisji Propagandy Biura Informacji i Propagandy KG AK
Data wydania 1942
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Więc naprzód muszę kilka słów o sobie, by wiedziano, za co się trafia do Oświęcimia. Nie jestem literatem, nie robię literatury, więc może będzie to wszystko źle napisane. Trudno. Ale będzie szczere. Nie byłem żadnym ważnym działaczem, politykiem, wogóle żadnym. Przed wojną byłem rok na uniwersytecie i skończyłem podchorążówkę piechoty ze stopniem kaprala, w tym też charakterze brałem udział w kampanii wrześniowej. Teraz to już obojętne. Potem — zostałem w kraju. Cała grupa bliższych kolegów zastanawiała się nad wyjściem do naszego wojska, zagranicę, do Francji i zrealizowała ten zamiar. Byłem też za tym, ale nie umiałem pokonać oporu, próśb, błagań rodziców. Zdawało im się, że nieodwołalnie mnie stracą, jeśli wyjdę. Nie zdawali sobie sprawy, że łatwiej — najmarniej w świecie — zczeznąć tu, w obozie. Nie uczestniczyłem w żadnej robocie podziemnej /mam na myśli jakąś planową i stałą aktywność/, bo my dwudziesto — dwudziestoparoletni wydawaliśmy się — sami sobie — całkiem do takiej akcji nieprzygotowani. Urodziliśmy się w Polsce wolnej, przywykliśmy do jawności życia w równej mierze, jak do codziennego ubierania się, jedzenia itd. Oczywiście, nie było bez tego, że się miewało w ręku pisemka, czytywało i oddało dalej komunikat, ale była to tylko sporadyczna, przypadkowa łączność ze światem podziemnym, żadna polityczna działalność.
Zostałem wzięty podczas jednej z ulicznych łapanek letnich r. 1940. W kilkadziesiąt godzin po złapaniu wywieziono nas do Oświęcimia. Niedługo przedtym ”uruchomiono” ten obóz.
Już w czasie siedzenia w warszawskich koszarach /w oczekiwaniu na wyjazd/ — a raczej: leżenia, bo kazano nem leżeć na podłodze, wstawać nie było wolno, tylko na rozkaz — dowiedziałem się, że ogromna większość aresztowanych byli to tak samo ludzie przygodni, przypadkowi, t. zw. ”szary człowiek” z ulicy, no, bo taka była ta metoda zgarniania. Właśnie dlatego, że byliśmy tą ”zbieraniną” warto chyba powiedzieć, że ”zbieranina” potrafiła się znakomicie zachować. Proszę sobie wyobrazić parę tysięcy osób wrzuconych do wielkiej hali, którym kazano położyć się i leżeć na podłodze, jeden przy drugim, bez ruchu. Gdy ktoś musiał wstać dla załatwienia swej potrzeby naturalnej, unosił się na łokciach, ostrożnie wysuwał rękę, w ten sposób powiadamiając wartownika, że prosi o pozwolenie przejścia do ubikacji. W pierwszej godzinie, gdy próśb było odrazu dużo, gdy ruchy były jeszcze mniej ostrożne i mniej wyuczone, ludzie z miejsca dostawali po palcach butem, bagnetem, gdy tylko byli blisko brzegu i dopiero po czasie pozwalano im wyjść. Na wzniesieniu, znajdującym się w końcu wielkiej hali, siedział żołnierz z karabinem maszynowym i w ciągu pierwszej godziny zabawiał się nastawianiem, kierowaniem karabinu na różne odcinki ludzkiej leżącej ciżby, przyczym stroił różne miny, to groźne, to ucieszne. Potym znudziło mu się i siedział już spokojnie. Ale bicie, uderzenia w twarz, kopniaki trwały stale, gdyż przechadzający się dokoła nas wartujący żołnierze niemieccy /była to, zdaje się, policja/, uważali to widocznie za niezbędną czynność wychowawczą. I jakże zachowywali się ludzie, Polacy?... Zupełnie spokojnie!! Nawet w najcięższym okresie pierwszych kilku godzin, kiedy jeszcze warta nie ułożyła sobie żadnego porządku postępowania z tą masą aresztowanych, nie słyszałem ani jednego płaczu, ani jednej poniżającej prośby, żadnego skamlania, nie widziałem żadnego płaszczenia się. Była prawie cisza, bardzo ponura — odczuwało się ogromne ludzkie przygnębienie, byliśmy przygotowani na najgorsze, bo czegoż mogliśmy się spodziewać? Oczywiście fragmenty przyciszonych rozmów, jakie doszły moich uszu, brzmiały tragicznie: ludzie chcieli żyć, mieli w domu żony, małe dzieci, starych rodziców... Ale szept tragiczny i ponury, skłopotane westchnienia, zaciśnięte koło twarzy dłonie — i to było wszystko, cały wyraz zewnętrzny. Zwracanie się do Niemców — owszem było: jednostkowe — z prośbą o wyjaśnienie, o sprawdzenie dokumentów. W pobliżu leżał jakiś oficer, zwolniony z oflagu wskutek ciężkiego inwalidztwa: miał częściowy bezwład nóg. Zgarnęli go z jakiegoś mieszkania czy lokalu, nie bacząc na urzędowe niemieckie świadectwo zwolnienia; sądził jednak — tak mówił do nas — że przecież musi to być dla nich miarodajne. Kilka razy, uprzednio prosząc o pozwolenie wstania, usiłował przedstawić to swoje świadectwo warcie, a choć za każdym razem dostawał po głowie lub po ręku i nic nie wskórał, ponawiał swoją prośbę. Być może, że na tę masę ludzi działał widok karabinu maszynowego i groźba natychmiastowej śmierci /choć spodziewaliśmy się jej wszyscy/; może lęk przed biciem — ale faktem jest, że nie miały miejsca żadne zbiorowe wołania czy błagania o litość, jęki ani szlochy. Uczucie beznadziejności, jakie musiało opanować wszystkich w tych warunkach, wyładowywało się w skąpych, powściągliwych, ponurych słowach: ”No, to już po nas!.. Jak już tak, to nikt nas stąd nie wydobędzie!... Trzeba ginąć”... itp.
Ale to przecież było pierwsze, krótkie kilkadziesiąt godzin!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Halina Krahelska.