Odysseja/Pieśń dwudziesta trzecia

<<< Dane tekstu >>>
Autor Homer
Tytuł Odysseja
Wydawca nakładem tłómacza
Data wyd. 1873
Druk Drukarnia Leona Paszkowskiego
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Lucjan Siemieński
Tytuł orygin. Ὀδύσσεια
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PIEŚŃ
DWUDZIESTA TRZECIA.


Piastunka Eurykleja uwiadamia Penelopę o powrocie jej męża i o wymordowaniu zalotników. Niedowierzająca Penelopa udaje się do wielkiej izby. Syn nagania jej oziębłość. — Odyssejs każe wyprawiać w zamku huczne pląsy i śpiewy, aby ukryć świeżą scenę mordu; poczem udaje się do łaźni i wyszedłszy z niej, odkrywa się i jest przez małżonkę poznanym. Małżonkowie opowiadają sobie w łożnicy dzieje swoich cierpień i przygód. Z nadchodzącym porankiem Odys wyprawia małżonkę i każe jej zamknąć się w swojej komnacie, a sam ze synem i pastuchami udaje się do wiejskiej zagrody Laertesa.




PENELOPA POZNAJE MAŁŻONKA.
"U"

Uradowaną starkę szybko nogi niosły

Na górę, gdyż do pani co tchu biegła w posły
Z wiadomością o mężu, że jest między nimi —
I u głów jej stanąwszy, rzekła słowy tymi:
»Zbieraj się córko moja! a ujrzysz przed sobą
Tego, coś oblewała łzami, każdą dobą.
Twój małżonek już wrócił; tu w zamku przebywa;
Wszystkich gachów zabiła ręka jego mściwa,

Za najazd domu, gwałty, zmarnowane mienie,
Za syna poniewierkę i upokorzenie.«
Roztropna Penelopa odrzekła jej na to:
»Bogi cię nawiedziły snać rozumu stratą;
Wszak im łatwo rozumnych szalonymi robić,
A szaleńców mądrości promieniem ozdobić —
Rozum twój się pomięszał, zawsze tak dorzeczny,
Że przynosisz mi drwiny na mój ból serdeczny,
I pustą gadaniną przerywasz sen lekki,
Który łagodnym cieniem nakrył mi powieki.
Odkąd mego małżonka przy mnie tu niestało, —
Pierwszy raz tak mi dobrze tak smacznie się spało;
Odejdź więc, i do dolnych powracaj pokoi.
O gdyby którakolwiek z kobiet w służbie mojej
Śmiała przyjść z taką brednią, i sen przerwać błogi,
Zarazbym ją przegnała za komnat mych progi. —
Wierzaj mi, li na ten raz starość twą szanuję!«
Eurykleja jej na to: »Lecz ja nieżartuję
Córko moja najmilsza! zawierz memu słowu;
Odyssejs już powrócił; pośród nas jest znowu.
Ów gość, ten pogardzony dziad, co w izbie siedział —
To był on, a Telemach wpierw już o tem wiedział,
Lecz ojca tajemnicy potąd niewyjawił
Póki ten butnych mężów niestarł i niezdławił.«

Słysząc to wyskoczyła z pościeli królowa;
Z radości starkę ściska, płacz przerywa słowa,
Ale się przezwycięża i tak mówi do niej:
»Mów matko, lecz niezmyślaj, o niech cię Bóg broni!
Jeżeli, jak powiadasz, on tu jest, już wrócił,

Czyżby na tłum zuchwalców sam jeden się rzucił,
Sam jeden, a ich taka zgraja się zebrała?«
Na to jej Eurykleja tak odpowiedziała:
»Nic niewiem jak to było — li przez grube mury
Dolatywał do komnat naszych jęk ponury
Gdy ich w izbie mordował; a my drżące z trwogi
Siedziałyśmy zamknięte, póki syn twój drogi
Mnie z tamtąd niewywołał. Wchodzę z nim do izby
I widzę tam Odyssa: w środku stał, środ ciżby
Samych trupów leżących na kamiennym toku —
Byłabyś się cieszyła z strasznego widoku
Jak ten lew stał pośrodku wszystek w krwi i kurzu!
Teraz ich ciała leżą pod bramą w podwórzu.
On zaś siarczanym ogniem wziął się w izbach kadzić,
A mnie posłał by ciebie czemprędzej sprowadzić.
Idź więc ze mną; dwa serca znajdą się przy sobie,
Rozpłyną się w radości po długiej żałobie —
Bo najdroższe życzenia od razu spełnione:
On wraca do ojczyzny i zastaje żonę
I syna w zamku swoim, a gachy zbrodniarze
I sługi przeniewiercze mściwą ręką karze.«

Penelopa jej na to odrzekła roztropna:
»Do przedwczesnej radości jesteś zbyt pochopna;
Wiesz, że na jego powrót z utęsknieniem takiem
Czekano; ja najbardziej z synem jedynakiem.
Lecz co mówisz, to pewnie stało się inaczej;
Nie on to butne gachy uśmiercił; Bóg raczej
Zbrodniami ich oburzon, pobrał im żywoty,
Za pogardę zarówno dla złych, jak dla cnoty,

Bo każdym pomiatali kto do nich kołatał.
Więc Bóg głowy występne z karku im pozmiatał,
A nie Odys; mój Odys gdzieś w stronie dalekiej,
Stracił drogę powrotu i zgasł już — na wieki!«
Eurykleja jej na to: »Zaniechaj tych mżonek
Córko! i tak niegadaj. Jakżeżby małżonek
Który tam, w dolnej izbie przy ognisku siedzi —
Niemiał wrócić? Niedobrze, gdy się kto uprzedzi.
Cóż powiesz na tą bliznę, znak to niekłamliwy,
Którą mu dzik na łowach zadał biało-kływy —
Myjąc go jam poznała znak ten na goleniu,
I chciałam ci powiedzieć, lecz on w okamgnieniu
Za gardło mię pochwycił, tak bał się odkrycia.
Chodźmyż więc — w zastaw dam ci krew mojego życia,
Zabij mię, jeśli kłamię choćby w jednem słowie.«
Na to jej Penelopa roztropna odpowie:
»Matko! wyroki Boże są tak niezbadane,
Znasz ich wiele, a jednak niewszystkie ci znane.
Więc zejdę ja do syna, oglądać te zwłoki
Gachów, i poznać tego, co spełnił wyroki!«

Rzekła — i schodząc, w myśli zaczęła układać
Jak męża przyjąć: czy go z daleka wybadać,
Czy się rzucić na szyję, ucałować lice?
Więc gdy przez próg kamienny wstąpiła w świetlicę,
Siadła podal pod ścianą od ognia olśnioną
Naprzeciw Odyssejsa. On, z głową zwieszoną
Siedział po pod filarem; ciekawy w tej mierze,
Co mu powie małżonka, kiedy go postrzeże.
Ona — długo milczała, w walce sama z sobą:

Mąż-li to?; tak podobny twarzą i osobą;
To go znów ubiór lichy robi niepodobnym?
Aż Telemach się ozwał do niej głosem złobnym:
»Matko! niedobra matko! serce twoje z głazu —
Czemuś do mego ojca nie poszła od razu,
Lecz się boczysz; i o nic nie pytasz go matko?
Drugiej takiej małżonki w świecie znaleść rzadko
Coby tak uporczywie stroniła od męża,
Choć ten bied tyle przebył, trudów przezwycięża
I po latach dwudziestu do domu powraca.
Nikt się u ciebie matko serca niedomaca.«

Penelopa mu na to: »O synu mój miły!
Jestem cała w zdumieniu, myśli się zmąciły;
Ani ust ja otworzyć mogę, ni go pytać,
Ni popatrzyć mu śmiało w oczy by w nich czytać.
Lecz jeśli to Odyssejs, on, a nie kto drugi,
To wystarczy słów kilka rozmowy niedługiej
Abyśmy się zbliżyli. Wszak oboje mamy
Pewne znaki, po których zaraz się poznamy.«
Uśmiechnął się Odyssejs boski na to słowo,
I rzekł do Telemacha zwracając się głową:
»Synu! daj pokój matce póki chęć ją zjima
Wybadać mię kto jestem; długo niewytrzyma.
Szpetność to moja sprawia, i te ot łachmany
Że mną gardzi, i myśli żem jej mąż udany.
Lecz pono coś gorszego teraz nam zagraża:
Bo chociaż kto zabije człeka, co się zdarza,
Jakiego tam chudzinę, bez możnych mścicieli —
To ucieka, kraj rzuca, krewnych, przyjacieli.

A my kraju podporę, kwiat itackiej młodzi
W pień wyrznęli — rzecz taka płazem nieuchodzi.«
Więc na to mu Telemach rzekł roztropny młodzian:
»Ojcze ty sam zaradzisz, boś mądrością odzian
Większą, niż inni ludzie; sławę masz z rozumu
Jaką ci nikt niesprosta z śmiertelników tłumu.
Wszyscy pójdziem za tobą; tuszę nienapróżno
Że znajdziesz w nas odwagę, gotowość usłużną.«
Jemu na to przebiegły Odyssejs odeprze:
»Powiem wam, co w tym razie sądzę za najlepsze:
Iść do łaźni, chitony przyodziać świąteczne;
Niewiasty też niech stroje przyobleką k’rzeczne,
Boski pieśniarz z formingą niech wystąpi przodem,
I gra, a wy wesołym pląszcie korowodem,
By sąsiad, lub przechodzień idąc mimo bramy,
Myślał, że tu wesele w zamku odprawiamy.
A tak o rzezi gachów nikt wpierw nieusłyszy
Tam w mieście; aż się schronim do wiejskiej zaciszy,
Gdzie w drzew cieniu, co począć swobodnie ułożym,
W niepewności natchnieniem kierując się Bożym.«

Tak mówił, i ten rozkaz był prędko spełniony:
Do łaźni się udano, przewdziano chitony;
Dziewki strojno przybyły. Pieśniarz wziął do ręki
Gęśl drążoną, pobudził uroczemi dźwięki
Do pieśni i do pląsów im towarzyszących —
Aż zamek się rozlegał tętentem skaczących
Dziarskich chłopców i dziewek spiętych w piękne pasy.
Toż niejeden przechodzień słysząc te hałasy
Rzekł do siebie: Zapewne wesele królowej,

Z którym kniaziem. Niestałeż to te białogłowy!
Pilno jej dom porzucić, bo nawet nieczeka
Nim ten pierwszy małżonek powróci z daleka.«
Tak gwarzyli przechodnie prawdy nieświadome.
A tymczasem we dworze wierna Eurynome
Kąpała Odyssejsa; oliwą wyciera,
W piękny chiton i faros przepyszny ubiera.
Zaś Atena urokiem oblicze mu wieńczy,
Daje wzrost, członkom krzepkość, oraz kształt młodzieńczy,
Ze skroni bujnych włosów kędzior mu rozwinie
Podobny do hyacyntów. A jako naczynie
Srebrne, złotem obleka złotnik biegły w sztuce,
Bo mistrzował mu Hefajst z Ateną w nauce;
Więc też cudne wychodzą dzieła z mistrza ręki. —
Tak samo i boginia w uroki i wdzięki
Przyoblekła Odyssa; że gdy wyszedł z łaźni
Postacią przypomniał niebian najwyraźniej —
Wyszedł i zasiadł w krześle, gdzie i pierwiej siedział
Naprzeciw cnej małżonki — i to jej powiedział:
»Dziwna z ciebie niewiasta! Bóstwa tobie dały
Odmienne niż u płci twej serce, bo ze skały.
Którażby mogła stronić od własnego męża
Gdy ten losów zawziętość w końcu przezwycięża
I po latach dwudziestu jawi się w swym dworze!
Piastunko! ściel mi łóżko; sam się w nie położę,
Sam jeden; gdyż kamienne serce w tej kobiécie.«

Na to mu Penelopa rzekła: »Źle mówicie;
Ni mię pycha ni wzgarda trzyma w oddaleniu,
Postać męża wyryta mocno w mem wspomnieniu;

Wiem przecież jak wyglądał i widzę go prawie
Ztąd odpływającego na wioślonej nawie.
Dobrze więc! Euryklejo ściel dla niego łoże,
Nie w tej, którą zbudował, sypialnej komorze,
Ino wynieś je ztamtąd; naściel skór baranich
Do przykrycia wojłoków, chlenów, nakładź na nich.«
Chcąc męża z mańki zażyć tak mówiła pani.
Lecz Odys przerwał gniewny: »O jakżeż mię rani
Kobieto twoja mowa! I któż to przestawił
Moje łóżko, kto ruszył? Tegoby niesprawił
I najświadomszy rzeczy; chyba mocy boże
Mogłyby cudem ruszyć z miejsca moje łoże,
Ale nikt żywy, nawet z siłą nadzwyczajną —
Gdyż jedną w nim przeszkodę zamknąłem był tajną
Kiedym sam wyciosywał to łoże przedziwne, —
W dziedzińcu stało wielkie tam drzewo oliwne,
Grube jak filar jaki, rozłogie i cienne;
Jam wkoło oliwnika wzniósł ściany kamienne,
Dach zasklepił, drzwi wprawił z silnych tramów zbite,
I na naszą sypialnię przeznaczył tę klitę —
Potem ściąwszy koronę drzewa gęsto-listą,
Sam pień aż do korzenia ociosałem czysto,
Zrównałem ostrzem miednym gładko i pionowo;
A więc noga do łoża była już gotową —
W której świdrem na wylot wykręciwszy dziury,
Wyładziłem łożnicę spaniałej struktury,
Zdobiąc ją w kość słoniową, toż srebrem i złotem,
Wreszcie kraśnych rzemieni obciągając splotem.
Oto masz znak dokładny, — lecz niewiem doprawdy
Czy moje łoże stoi tam, gdzie stało zawdy?

Czy też je kto poruszył; gwoli przeniesienia
Odrąbał pniak oliwny spodem od korzenia.«

Tak rzekł. — W niej serce drżało, zadrżały kolana,
Gdy wyszła tajemnica jemu i jej znana.
Ze łzami się w małżeńskie objęcie rzuciła
Garnąc k’sobie, a twarz mu całując, mówiła:

»Niemiej mi tego za złe! Tyś przecie mój drogi
Zawsze słynął mądrością. Bogów wyrok srogi
Padł na nas i rozdzielił: dni młodych wesele
Nieprzeciągło się w starość dla nas, w tym rozdziele. —
Niechże cię gniew niezżyma, ani rozżalenie,
Żem cię nie powitała na pierwsze wejrzenie;
Bo niemogłam obawy wybić sobie z głowy
Że może przyjść ktokolwiek, i chytremi słowy
Zwieść mię; tyle oszustów włóczy się po świecie.
Wszakże ten obcy gładysz niebyłby zwiódł przecie
Heleny, Kroniowej córy z Argos księżny,
Gdyby była przeczuła że Achiw orężny
Pójdzie po nią, odbije porwaną niegodnie —
Lecz z poduszczeń bogini spełniła tę zbrodnię
I serce jej okropnej winy nieprzeczuło,
Z której i nam niedoli pasmo się wysnuło.
A teraz gdyś dokładnie znaki opowiedział
Łożnicy naszej, o czem nikt z ludzi niewiedział
Krom nas dwojga, i jednej służebny jedynej
Aktoris, mej wyprawnej danej od rodziny,
Która zawsze sypialnej komory drzwi strzegła —
Niewierząc ci z początku, terazem uległa.«

To rzekła — Jemu w sercu wezbrały tęsknice,
Płacząc, — w objęciach trzymał drogą połowicę —
A jak żeglarze ziemi cieszą się widokiem,
Których nawę Pozejdon na morzu szerokiem
Burzą i bałwanami rozstrzaskał na szczęty,
Więc owi co przez wzdęte przedrą się odmęty
Ku lądowi, słonawym obwalani błotem,
Jakże radośnie na brzeg wyskakują potem!
Z taką radością męża powitała żona,
Dwojgiem śnieżystych ramion garnąc go do łona —
I byliby kwilili do jutrzenki złotej;
Lecz Pallas przedłużyła dla nich te pieszczoty,
Bo kres nocy przeciągła i rydwan Eosy
Z Lampem i Faetonem nie wbiegł na niebiosy
Od brzegu Okeanu — ona go wstrzymała,
I Eos blaski swoje nieprędko rozsiała.

Więc Odyssejs tak mówił do małżonki swojej:
»Oj jeszcze wiele przeszkód na drodze mi stoi!
Trzeba walczyć; robota ogromna mię czeka,
I wiele niebezpieczeństw; sprawa to nie lekka!
Niegdyś duch Tejrezyasza to mi przepowiadał
Kiedym w gmachy Aisa zaszedł, wieszcza badał,
O własną moją dolę i mych towarzyszy. —
Lecz pora iść do łoża, aby w nocnej ciszy
Na wygodnej pościeli błogiego snu zażyć.«
Roztropna Penelopa zaczęła znów gwarzyć:
»Łoże wnet ci pościelą, skoro to żądanie
Twojem jest, gdy raczyli wrócić cię niebianie
W dom twój własny, na ziemię ojczystą, rodzinną.

Lecz Bogi cię natchnęły myślą jakąś inną;
Wspomniałeś coś o walce — choć dowiem się o tem
Później — to wolę wiedzieć zaraz, niźli potem.«
Na to odrzekł jej Odys: »Moja ty niebogo!
Czemu chcesz gwałtem wiedzieć tę prawdę złowrogą?
Słuchaj, wszystko opowiem co kiedyś się zdarzy —
Ciebie to niepocieszy, a i mnie nieplaży:
Wiedz zatem że mi kazał iść w dalekie ziemie
Obcych ludów i w ręku dźwigać wiosła brzemię,
Póki ludzi nieznajdę, którzy nic niewiedzą
O morzu, którzy strawę niesoloną jedzą,
Czerwono-dziobych łodzi nieznają też wcale,
Ni wioseł, istnych skrzydeł muskających fale —
Więc abym się niezmylił, tak mi rzekł dokładnie:
Że jeśli kto śród obcych widząc mię, zagadnie,
Czy na barkach łopatę dźwigam? — zaraz brzemię
Złożę, i wygładzone wiosło wbiję w ziemię...
A Pozejdon odemnie, wielki mórz władyka,
Dostanie na obiatę wieprza, kozła, byka —
Poczem wrócę; i sute dam Bogom ofiary
Zamieszkającym niebios niezmierne obszary,
I innym po kolei. Na mnie zaś przez morze
Przyjdzie śmierć, i zagrabi, gdy starość mię zmoże,
Z pośrodka moich ludów, którym szczęście dałem. —
Oto masz, co z proroczych ust wieszcza słyszałem. —«
Na to mu Penelopa: »O jeśli Bogowie
Dadzą żyć długie lata i dadzą ci zdrowie —
Ufajmy, że po smutkach, szczęście się przymili.«
Taką tam między sobą rozmowę toczyli.
Tymczasem Eurykleja z klucznicą co żywo

Ścielą łożę, do słania świeci im łuczywo.
A gdy z miękkich kobierców usłali już łoże,
Starka odeszła na noc spać w swojej komorze —
Eurynoma zaś jako straż sypialni miała,
Szła naprzód i pochodnią państwu przyświecała;
Zawiodłszy ich, odeszła. A tak stadło one
Znalazło się w swem dawnem łożu połączone.
Telemach spał po pląsach; wolarz z świnopasem
Poszli spać; i kobiety miłym się wywczasem
Pokrzepiały — co żyło usnęło w zamczysku.
Li ich dwoje po słodkim miłości uścisku
Długo jeszcze czuwało; ona, swoje biedy
Rozpowiadała jemu, co cierpiała wtedy
Gdy musiała na gachów patrzyć się rozpustę;
Jak się o nią starając bili woły tłuste
I barany; a wina co poszło na stoły!
On zaś jej rozpowiadał swe nędze, mozoły,
Jak go los prześladował, jak się z nim borykał;
Co sam ludzi uśmiercił, co im nadopiekał!
Słuchała go z roskoszą, i od sennych mżonek
Broniła się, aż skończył powieść swą małżonek.
A mówił jej jak najpierw pogromił Kikony,
Jak w żyżny Lotofagów kraj był zapędzony;
Jak się Kiklop z nim obszedł, jak nad okrutnikiem
Mścił się za kilku druchów zżartych jednym łykiem;
Jak potem u Eola dobrze był przyjęty,
Opatrzony na drogę; ale los zawzięty
Niedał mu wrócić do dom; burza się zerwała
I okręty na morze daleko zagnała.
Jak znów aż w Lestrygońskie zaszedł Telefile,

Gdzie nawy stracił, mężów zabito mu tyle,
Że ledwo z łodzią uszedł, w takich był obrotach.
Opowiadał o Kirki czarodziejskich psotach
Jak od niej w Hadesowe zabiegł gmachy ciemne
Pytać ducha Tejrezya o losy tajemne;
I jak tam towarzyszów dawnych spotkał grono,
I duszę matki swojej, matkę swą rodzoną.
Dalej, jak słyszał syren czarowne śpiewanie;
W błędne skały zajechał, w Charybdy otchłanie,
Do Skilli skowyczącej, gdzie ginie, kto wpadnie.
Mówił, jak druchy stado Heliosa szkaradnie
Wyrznęli, — jak w łódź jego Zews uderzył gromem,
Aż wszyscy towarzysze śmierć w morzu łakomem
Znaleźli; a on jeden uszedł strasznej Kerze
I dobrnął do Ogigii, gdzie Kalipso bierze
Pod swoją go opiekę; ugaszcza w jaskini
Lat wiele, i chce gwałtem by się został przy niej
Jak małżonek — a za to chce mu dać nagrodą
Nieśmiertelność i postać wiecznie, wiecznie młodą;
Lecz się jej nieudało sobie go zniewolić.
Ztamtąd się do Feaków przebrał, i przebolić
Musiał wiele w tej drodze. Feacy go prawie
Jak bożka przyjmowali i na lotnej nawie
Odprawili do domu, na ostrów rodzinny,
W złoto, spiż opatrzywszy, w szaty i sprzęt inny. —
Kiedy słów tych domawiał sen przyszedł nań błogi
Ubezwładnił, i duszne uciszył w nim trwogi. —

W tem myśl inna zajęła Pallas sowiooką:
Bo skoro przewidziała że Odys głęboko

Usnął, i przy małżonce wywczasu używa —
Zaraz z nad Okeanu Eosę przyzywa
Aby złotego światła rozlewała strugi:
Odys z miękkiego łoża porwał się jak długi
I rzekł do swej małżonki: »Żono! do tej chwili
Oboje my goryczy czarę wychylili;
Tyś tu mię wyglądała we łzach i tęsknocie,
Lecz mnie, jakkolwiek sercem wciąż rwałem się do cię,
Zews niepuszczał, a Bogi dręczyli bez miary.
Teraz, gdy nas złączyły małżeńskie kotary,
O tem, co mi zostało z mienia, miej starunek;
O bydło i o trzodę mniejszy mam frasunek,
Bo co zjedli gachowie, wrócą mi poczęści
Achiwi; resztę złupię, jeśli się poszczęści
U obcych; a tak znowu napełnię koszary.
Ja sam wnet spieszę na wieś do ojca; mój stary
Laertes, z utęsknieniem czeka na mnie, syna.
Ty zaś masz — choć przemądra z ciebie kobiecina,
Zaraz, — bo pewnie ze dniem wieść w miasto dobieży
Że tu pomordowanych gachów tyle leży —
Iść na górne komnaty z swemi białogłowy
Siedzieć cicho, z obcymi unikać rozmowy.«
Rzekłszy to, wdział na barki przybory pancerne;
Obudził Telemacha i sługi swe wierne,
I kazał im co żywo zbroić się w oręże.
Posłuszni — wnet stanęli w spiży oba męże —
Poczem otwarłszy bronę, wyszli prowadzeni
Przez Odyssa. Już niebo siało dość promieni;
Lecz ich Pallas-Atene skryła w mgły obłoku —
Więc miastem się przemknęli niewidzialni oku.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Homer i tłumacza: Lucjan Siemieński.