Osobliwość Brzozówki/Dentysta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Osobliwość Brzozówki
Podtytuł Obrazki wiejskie
Pochodzenie „Wędrowiec“, 1886, nr 45, 48, 50
Redaktor Artur Gruszecki
Wydawca Artur Gruszecki
Data wyd. 1886
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.
Dentysta.

BBrzozówka to wieś co się zowie porządna — jest w niej bowiem i kościół i sąd i kancelarya wójtowska; jest karczma murowana, kuźnia; stelmach i szewc też są, słowem w Brzozówce może być człowiek ochrzczony, ożeniony, osądzony, wsadzony do kozy; może się upić ilekroć zechce, podkuć konia, naprawić buty, wóz sporządzić... Chyba tylko ptasiego mleka tu braknie — taka wieś.
I chłopi w niej setni, gospodarze, po parę koni trzymają, bo łąk jest dość, a żydy moc zboża kupują i drzewa, to i furmanek do kolei zawsze łakną...
Znajdziemy jeszcze sposobność opisać różne osobliwości tej wsi, ale trzeba iść po kolei, porządkiem... Przy samym wjeździe do wioski rozsiadła się wielka murowana karczma, z bramą szeroką, otwartą dzień i noc dla przyjezdnych i swoich. Taka bowiem jest już nasza słowiańska gościnność!
Wprost karczmy po drugiej stronie gościńca, stoi budynek nizki, czarny, okopcony, z którego wnętrza odzywa się donośny dźwięk młotów uderzających w kowadło. Zasmolony chłopak, wpółdrzemiąc porusza miech, węgle żarzą się, iskry pryskają, a w tem oświetleniu fantastycznem rysuje się postać wiejskiego cyklopa, z obnażonemi po łokcie rękami. Skórzany fartuch chroni go od iskier, młot warczy w jego potężnej prawicy, podczas gdy lewica trzymając kleszcze obraca kawałem rozpalonego żelaza, które pod uderzeniami młota nabiera kształtów podkowy, siekiery lub innego w gospodarstwie potrzebnego narzędzia.
Bo też to i majster nad majstry ten kowal z Brzozówki... Sadłowski się zowie, Onufry mu na imię — cała okolica go zna... Sposobny do wszystkiego, zdaje się, żeby nawet kozę podkuć potrafił i on nawet sieczkarnię fabryczną może zreperować, koniowi krew puścić umie, klucz do zamku dorobi jak ślusarz, kołtun zamówi — paskudnika bydlęciu zdejmie... uczony człowiek na wszystkie sposoby — a nawet od zimnego trzęsienia ma karteczki skuteczne...
Przed kuźnią koń przywiązany stoi, kilku chłopów do wnętrza weszło i podziwiają jak Sadłowski zręcznie kształt podkowie nadaje — jak coraz inszy młot chwyta, jak dziurki na ufnale wybija. Nie przeszkadza mu to rozmawiać o ważnych kwestyach i zadziwiać chłopów bystrością poglądów i znajomością świata.
Tymczasem do kuźni przybywa nowa osoba... jest to kobieta, z twarzą podwiązaną, spuchniętą; jęczy z bólu i oczy łzami jej zachodzą.
— Oj, wyrwijcie panie Sadłowski, wyrwijcie — molestuje z płaczem — bo mnie już bez trzy dni kręci gorzej niż świdrem. Ni mnie do jadła ni do picia, ni do roboty ni do spania... Bez całą noc się tłukłam jak Marek po piekle, a tu mi gęba spuchła jak ćwierć.
Kowal nie przerywając roboty, odrzekł:
— A jużci zara go wyrwijcie?! niby to kużdy ząb do wyrwania jest... Jeśli boli sam z siebie, to nie ma co gadać jeno wyrwać — a jak z uroku — to odczynić, a jeśliby zasie z kołtuna, to niech ręka boska broni rwać, bo by na to mówiąc pokulilo babę w siedmioro... Trza śtukę swoją znać i wiedzieć co do czego pasuje.
— Toć zajrzyjta mi w gębę i obaczta — molestuje baba — bo ja sama nieznająca, nie wiem zkąd na mnie taki ścisk przyszedł...
— Rychtyk — ja wam będę tera w zęby patrzał, a podkowa tymczasem ostygnie. Czekać aż dopasuję wprzódy... Dziwny naród — rzekł jakby do siebie — zdaje mu się, że dość jeno w zęby zarzyć, to i ju.
— A jak pan Sadłowski powiadają? — chłop spytał.
— Jak? wiadomo, że nie tak jak wam się widzi, urok można poznać po oczach, kołtun po krzyżu — a jak sam ze siebie ząb boli — to po nim będzie znać... Moje ludzie, inszego jak od uroku, to będzie bez siedm niedziel bolało, a od kołtuna to dopóki sam ząb nie wyleci. To jest śtuka z temi zębami, co to nie wiadomo zkąd się weźmie, ani gdzie się podzieje i rwać jego też trzeba wiedzieć jak i siłę w garści mieć i statek porządny do tego.
— Wiadomo, że trza statka dobrego — obcęgów.
— Ale jakich obcęgów?! Ja wam dam dziesięć wybierajcie które.
— Albo ja wiem... ja ta nie znający...
— Podług zębów się patrzy, inszemu to i dłutkiem trza wybić, jak cęgami nie ujmie, a inszemu to ledwie za dziesiątym razem wylizie...
— Aj, aj! panie Sadłowski ratujcie! ratujcie! już wam zapłacę rzetelnie, jeno mi tej bolączki choć krzynkę ujmijcie, bo mało mi co do głowy nie przystępuje, sierocie.
— Zara! zara! powiadam — ino co podkowa pierwsza... Maćkowi też w drogę się śpieszy...
— Śpieszy się bo śpieszy, ale niechby ta pan Sadłowski Wojciechowej co poradził... bo mnie Bogu dzięka zębska nie bolą — a żyd może krzynkę poczekać na furę...
— Sprawiedliwie mówią — odezwał się chłopak od miecha.
— Ty smoluchu z gębą nie wyjeżdżaj — kiej cię nikt nie pyta; ruszaj do izby po stołek, ten nizki co kiele pieca stoi — krzyknął kowal — a jaki to was ząb boli u dołu, czy u góry?..
— Aj, u dołu, u dołu, panie Sadłowski.
— To wypadnie rwać siedzący — rzekł kiwając głową; nie bójta się kobieto, do trzeciego razu wylezie jak gwóźdź ze ściany. Trza rwać — rzekł przystępując do pacyentki — uroku po oczach nie widać... kołtuna też nie miarkuję... nie ma co! trza rwać...
— A rwijta, rwijta! już mi i łeb urwijta — aby jeno z tym zębem był skutek, bo sprawiedliwie, że już przez rozumu jestem!
— No siadać! na ziemi siadać, chusty zdjąć — nogi se wyciągnijta przed siebie, nie boić się choć zaboli, to bajki... albo to jednemu na to przyjdzie...
Baba usiadła na ziemi, a kowal odpasawszy wpierw fartuch, na nizkim stołeczku w ten sposób, że głowę jej ulokował między swemi kolanami, co sparaliżowało wszelkie ruchy pacyentki; nie mogła też bronić się podczas operacyi rękami, gdyż te trzymał krzepko Maciek i zasmolony chłopak od miecha.
— Aha — rzekł kowal poważnie — takiś to ty robaczku, poczekaj, pódziesz wnet za piec! nie takie się już wyrywało. Ujął ząb obcęgami, poruszył niemi kilkakrotnie, chcąc sprobować czy mocno trzymają, zakręcił w prawo, w lewo i szarpnął.
Kobieta ryknęła nieludzkim głosem.
— Obsunęły się psia kość — zakonkludował kowal patrząc na obcęgi uważnie — trzeba je będzie narznąć krzynkę pilnikiem... Trzymajcie no Macieju dobrze, obaczymy kto mocniejszy, czy on czy ja.
Pomimo szamotania się biednej kobiety, operacya została powtórzona, tym razem krzyk pacyentki był znacznie przeraźliwszy — ale też i skutek lepszy. Obcęgi nie obsunęły się.
— A co! — zawołał kowal z tryumfem — tera boli.
— Oj! ulżyło, ulżyło, niech wam panie Sadłowski Matka Boska nagrodzi i pocieszy na zdrowiu na dzieciach... jeno widzi mi się, że musieliście mi coś w gębie oberwać, bo tak krew idzie jak z bydlęcia...
— Dziwna wy kobieta, dalibóg — rzekł Sadłowski ramionami wzruszając — żeby to ząb siedział w ziemi jak pasternak, albo jak marchew, to by go można i palicem wyjąć... ale w gębie to zawdy się musi albo dziąsło, albo język krzynkę okaleczyć... toć obcęgi nie z ciasta są, jeno z zielaza.
— Toć prawda — wtrącił Maciek — choćby na to mówiący i gwóźdź ze ściany wyjmował, to zawdy krzynkę drzewa się przytem uszczypnie, a nie dopiero ci ząb!
— Jeszcze taki ząb! jak na urząd, jak bretnal. Co to dziwota... kobieta młoda, zdrowa jak nieprzykładając rzemień, to i zęby ma jak źrebica... aż mnie coś w łokciu strzyknęło jakem pociągnął taki zdrowy! A wy Wojciechowa nie frasujta się, na krew weźta se wody z octem, a jeszcze lepiej z okowitą i trzymajcie w gębie do wieczora — to krew przestanie. No dalej, Mikołajek, dymaj, bo ogień gaśnie, a wy Macieju idźta szkapę potrzymać do kucia...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W trzy dni później Wojciechowa, rzeźko i wesoło szła obok kuźni; Sadłowski zawołał na nią:
— A co kobietko, ząb nie boli?
— I zapomniałam już o bólu — a dziesiątemu zapowiem, że takiego sprawnego mechanika do zębów, jak pan Sadłowski jest, to w świecie poszukać... Kto jeno cierpiący jest, niech tu przyjdzie. Pan Sadłowski to wnet jak ręką odejmie!!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.